RSS
 

Smolar o Tusku

SMOLAR: DLACZEGO POLACY ZACZĘLI SIĘ ŚMIAĆ Z DOWCIPÓW O TUSKU

 

Premier przestał być symbolem siły, jest aktorem i swoim własnym narcystycznym widzem.

Cezary Michalski: Premier Donald Tusk z coraz większą intensywnością przedstawia się jako suweren stojący na straży pokoju społecznego. Dystansuje się od „salonowych rewolucji”, „nie wyprzedza zmian ani ich nie spowalnia”. Skąd ten nagły wysyp autodefinicji premiera? I czy wciąż służą one osłanianiu tej samej praktyki rządzenia, którą – na dobre i złe – znamy od lat?

 

Aleksander Smolar: Fundamentalnie nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o stosunek Donalda Tuska do władzy i sposób, w jakim on sam postrzega swoją rolę w państwie. Nigdy nie był wizjonerem, szczerze o tym mówił. W każdym razie od momentu, kiedy w 2007 roku przejął władzę w państwie. Był w tym element politycznej mądrości, zrozumienie potrzeb społeczeństwa zmęczonego i straumatyzowanego kosztami transformacji oraz nadmiarem konfliktów, jakie towarzyszyły rządom Jarosława Kaczyńskiego. Ale to nie tylko, jak mi się wydaje, wynik wyczucia „mądrości etapu” – mówiac językiem Stanisława Stommy. Tuskowi, jak sądzę, rzeczywiście są bliskie słowa Busha ojca, który z pogardą mówił o „the vision thing”. U Tuska też jest ta autentyczna, głęboka pogarda dla strategicznych wizji, dla wszelkich długofalowych projektów politycznych, które nazywa „salonowymi”. On władzę postrzega wyłącznie jako domenę taktyki, reagowania na wyzwania, które wyłaniają się niejako z dnia na dzień.

 

Był moment, kiedy przeciwstawiając się Gowinowi, wygłosił niespodziewanie pochwałę związków partnerskich jako elementu koniecznych w Polsce liberalnych zmian.

 

Nie sądzę, żeby przesądziła o tym jego ideowa żarliwość. Wystarczy zresztą sięgnąć do jego wypowiedzi o pół roku wcześniejszych, żeby zobaczyć, że tam nie było żadnych silnych poglądów, także w tej kwestii. Prawdopodobnie prywatnie, jako człowiek o raczej liberalnych przekonaniach, Donald Tusk byłby za przyznaniem takich praw, ale to nie ma żadnego wpływu na typ polityki, jaką on uprawia. Sądzę, że kluczowym impulsem, jaki skłonił go do wyrażenia zgody na przedstawienie przez PO dość konserwatywnego skądinąd projektu formalizującego związki partnerskie, było pojawienie się zagrożenia z lewej strony – inicjatywa Aleksandra Kwaśniewskiego. Tusk ma świadomość, że jeśli chodzi o elektorat, to on częściowo zarządza masą upadłościową lewicy, co jest wynikiem klęski SLD przed dziesięciu laty. I że ci ludzie mogą, z różnych zresztą powodów, nagle wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Duża, nie tylko postlewicowa, część elektoratu Platformy to ludzie, których poglądy w kwestiach obyczajowych i szerzej kulturowych są bardziej liberalne od tego, co reprezentuje obecna PO. Ich wierność Platformie była i pozostaje przede wszystkim skutkiem strachu przed jedyną od dłuższego już czasu wyobrażalną alternatywą, czyli PiS-em. Otóż perspektywa pojawienia się inicjatywy byłego prezydenta, która wydawała się mieć na początku poważne szanse, natychmiast spowodowała „rynkową”, marketingową reakcję premiera. Tusk postanowił szybko pokazać, że Platforma jest gotowa zaspokoić także te represjonowane dotychczas w ramach PO potrzeby. Logikę działania premiera można opisać zdaniem: „Po co macie iść do straganu Kwaśniewskiego, kiedy w moim możecie dostać to samo!”.

 

„Marketingowa reakcja premiera” polegała, jak rozumiem, na przyspieszeniu paru inicjatyw, które do tej pory wygodnie spoczywały sobie w różnego typu zamrażarkach, nie wadząc nikomu. Tyle że in vitro w postaci „programu pilotażowego”można było z zamrażarki wyjąć rękami ministra zdrowia, podczas gdy dla związków partnerskich trzeba było zrobić coś w Sejmie.

 

Premier Donald Tusk nie przewidział, że Jarosław Gowin i „konserwatyści” w Platformie – być może nie mając świadomości, jak wysoka jest stawka – pójdą z nim na konfrontację. Myślę, że źle zrozumieli płynące od niego sygnały – czy brak jakichkolwiek sygnałów – i bardzo dobrze zrozumieli oczekiwania Kościoła. Powstało zawirowanie, które niespodziewanie doprowadziło do zakwestionowania przywództwa Tuska, czego ani on, ani nikt inny się nie spodziewał.

 

Gowin nie był wcześniej znany jako odważny świecki polityk. Po raz pierwszy w całej swojej niedługiej politycznej karierze utwardził się właśnie poprzez odwołanie się do bardzo negatywnego wobec związków partnerskich stanowiska Kościoła.

 

Wcześniej Gowin został namaszczony na lidera konserwatystów w Platformie przez samego premiera po tym, jak z różnych powodów, nie do końca dziś jeszcze jasnych, wypadł z PO faktyczny lider tego skrzydła, Jan Rokita, człowiek zdolny i bardzo kontrowersyjny. Tusk, w ramach typowej dla niego taktycznej gry, chciał pokazać, że w żadnym wypadku Platforma nie odwraca się od konserwatystów. Wypełnił zatem puste miejsce Gowinem, którego później uczynił nadto ministrem sprawiedliwości. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i paradoksalnie Jarosław Gowin dopiero teraz zaczął budować własny kapitał polityczny i myśleć o samodzielnej politycznej przyszłości. Może nawet nie do końca świadomie przy okazji niedawnego konfliktu powiedział Tuskowi  „sprawdzam” i okazało się, że atuty Tuska są zdumiewająco słabe.

 

Jednak nie tak słabe, bo ostatecznie premier odzyskał inicjatywę.

 

Nie sądzę. Gowin potwierdził niezmienność swoich poglądów, a Tusk wycofał się z tego, co dopiero głosił. To starcie przegrał. Przy okazji premier okazał niesłychaną arogancję władzy. W klubie PO przed głosowaniami nie odbyła się nawet dyskusja.

 

Projekt Dunina został jednak przez Grupińskiego przedstawiony klubowi wiele miesięcy wcześniej z apelem o zgłaszanie wątpliwości. Ale atmosfera była taka, że „,konserwatyści” bali się odzywać, tylko urażeni, gdzieś pod podłogą, po cichu budowali frakcję.

 

To oznacza, że Platforma jako partia faktycznie nie istnieje. Nie wiadomo, co ludzie tam myślą, nie wie tego nawet jej lider, bo koledzy boją się mu powiedzieć. Tusk nie wiedział zatem o rozmiarach buntu, zaczął to przeczuwać za późno, przed głosowaniami, dlatego zdecydował się na wypowiedź o związkach partnerskich jako czymś pozytywnym, co należy poprzeć, uważając, że to wystarczy do zdyscyplinowania klubu. O rozmiarach buntu nie wiedział nawet Rafał Grupiński szef klubu. Albo wiedział, ale nie powiedział. Co jest dodatkowym dowodem widocznej z daleka „samotności władzy”, typowej dla tego modelu władzy, który kiedyś nazywano bonapartystowskim, a w Polsce nazywa się wodzowskim. Przywódca z jednej strony jest w nim silny i groźny, ale z drugiej osamotniony, nikt w partii nawet nie ośmieli się mu powiedzieć: „słuchaj, jest niebezpieczeństwo, bo nie wszyscy się z tobą zgadzają”. W ten sposób bonapartyzm został jednak nadwątlony. Pozycja Tuska została zakwestionowana. On sobie na krótko poradził siłowo. Zaczął stosować procedurę „grillowania”, nie tylko zresztą wobec Jarosława Gowina. Nieco wcześniejsze zmiany w rządzie zostały zapowiedziane w zdumiewający sposób, z tygodniowym wyprzedzeniem, i jeszcze na Twitterze premier z taką frywolnością, której u niego nie znałem, napisał, że zmiana będzie niewielka, ale „smaczna” czy „interesująca”. Takie żarciki towarzyskie z własnych ministrów są niegodne polityki demokratycznej, ale pasują do tego modelu władzy. Widać, że on patrzy na siebie z boku, ocen innych osób nie bierze już pod uwagę albo już do niego nie docierają. On jest aktorem i swoim własnym narcystycznym widzem. W stosunku do Gowina element szantażu i próba upokorzenia też były oczywiste. Ale premier w tym momencie nie mógł go wyrzucić z rządu, bo strata nawet paru głosów groziłaby rządowi utratą większości, a myślę, że Donald Tusk nie był jeszcze pewien, czy rzeczywiście udało mu się przeprowadzić proces pełnego „wyizolowania” Gowina spośród „konserwatystów” Platformy. No i sam premier zaczął mówić o problemie konstytucyjnym, uznając być może związki partnerskie za – na obecną chwilę – nierealistyczne. Być może ma w tym rację, bo to by mogło nie przejść przez bardzo konserwatywny Trybunał Konstytucyjny, a i prezydent Komorowski był tu wyraźnie po stronie Gowina. Zatem w powszechnym odbiorze to nie było zwycięstwo Tuska, gdyż po ataku na Gowina przeszedł on ostatecznie na jego pozycje. Co Gowin z satysfakcją odnotował, wyrastając zarazem na jedyną osobę w Platformie mającą silne przekonania, których jest gotów, wiele ryzykując, bronić przed Tuskiem i robi to jak do tej chwili skutecznie.

 

Politycy Platformy przyglądający się temu konfliktowi trochę z boku mówią, że Donald Tusk w dalszym ciągu pracuje nad wyizolowaniem Gowina. Służą temu również jego najnowsze zachowawcze deklaracje adresowane do innych „konserwatystów” w PO. I albo zdymisjonuje go wcześniej, albo wytrzyma do czasu układania list wyborczych, kiedy wszystkie osoby, które nie odetną się od Gowina wystarczająco wyraźnie, będzie mógł ukarać bez ryzyka dla spoistości partii.

 

To oczywiste, że on nie zapomni upokorzenia, którego doznał, i pomniejszenia swojej pozycji. I przy pierwszej okazji dopadnie Jarosława G. Jest jednak w tym incydencie sprawa bardziej poważna. Przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” wywiad z satyrykiem Robertem Górskim, który mówił, że Polacy lubią się już teraz pośmiać nie z Kaczyńskiego, lecz z Tuska. To jest politycznie bardzo znamienna wypowiedź! Śmieszność jest jedną z najbardziej niebezpiecznych rzeczy dla polityka. W dodatku, jeśli dotyczyć to zaczyna osoby, która sama w sobie nie ma żadnych naturalnych cech komicznych. Nagle Polacy zdają się dostrzegać w premierze osobę niezbyt poważną, która coś mówi, wypowiada się w jakiejś sprawie, coś obiecuje, czymś grozi i później nic! Nic! I w tym trudnym dla tej partii okresie prawdziwymi jej twarzami są z jednej strony Gowin, platformerski inkwizytor, a z drugiej strony Niesiołowski z agresywnością i językiem, których dziś unikają nawet przyboczni Prezesa PiS. I jeszcze pani Pitera! To są dzisiaj twarze Platformy. Można powiedzieć, że Platforma, która w sensie negatywnym żyła ze strachu znacznej części Polaków przed PiS-em, ale w części pozytywnej uosabiała obietnicę łagodnej okcydentalizacji i modernizacji, zupełnie zmieniła oblicze. Dziś mamy po stronie PO kompletną sterylność, jeżeli chodzi o program jakiejkolwiek modernizacji Polski. Jedyna obietnica – której trzeba uczciwie powiedzieć, oni dotrzymali – to „forsa”, „kasa” z Unii Europejskiej, jak to rok temu sam Tusk powiedział w telewizji.

 

Decyzja dotycząca euro też została zarzucona jako „zbyt kontrowersyjna”. Bez echa pozostały apele Janusza Lewandowskiego i wszystkich innych, którzy widzą, że rozstrzyga się zarówno kształt Europy, jak też nasza obecność w jej centrum albo na peryferiach. Mamy nie tylko odmowę decyzji, ale nawet niechęć do rozpoczęcia jakiejkolwiek poważnej – a więc ryzykownej – debaty społecznej. Nadal pokazywany jest Sikorski, ale z coraz bardziej rytualnymi deklaracjami o „potrzebie euro”, bez jakiegokolwiek kalendarza działań.

 

Ostatnie expose Sikorskiego w Sejmie miało retorycznie ładne fragmenty, natomiast jeśli chodzi o merytoryczną zawartość, to trudno było znaleźć coś nowego. To jest zresztą dość oczywiste przy braku jakiejkolwiek koncepcji Platformy i rządu, jeżeli chodzi o przystąpienie Polski do strefy euro. Symbolicznie rzecz ujmując: raz Premier dramatyzuje i tłumaczy polityczne i gospodarcze znaczenie przystąpienia do strefy euro, by później długo milczeć, zaś jego ulubiony Pierwszy Kasjer Rzeczpospolitej, minister Rostowski zapowiada, że za jego politycznego życia to nie nastąpi! Zachowuje się tak, jakby był ciągle członkiem brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Sikorski musi zatem istniejąca pustkę koncepcyjną i decyzyjną osłaniać retoryką i robi to, trzeba przyznać, dobrze. W związku z tym, że Donald Tusk zapowiadając następną kadencję przywództwa w Platformie, faktycznie zgłasza się do następnej kadencji na stanowisku premiera RP, widać, że oni nadal chcą ograniczać do minimum działania i deklaracje, które mogą kogokolwiek zantagonizować. Nic nie mówiąc i jak najmniej robiąc, chcą zbierać głosy z prawa i z lewa, pozyskując jak najszerszy obszar społecznego poparcia. Z jednej strony chcą przedstawiać społeczeństwu wizerunek rządu jako ważnego gracza w Unii, partnera największych i najsilniejszych, a z drugiej strony nie chcą zaryzykować nawet poważnej rozmowy ze społeczeństwem w kwestiach europejskich. Jeśli chodzi o modernizację instytucjonalną, o problem finansów publicznych, nauki, edukacji… to jest ekipa kompletnie sterylna, która nic nie ma do powiedzenia. Wysiłek związany z wydłużeniem czasu pracy – prawdziwa, choć bardzo w czasie odłożona zmiana – bardzo rządzących zmęczyła. A jeżeli chodzi o problemy kulturowe, obyczajowe, to głos Niesiołowskiego, Gowina i wielu innych oznacza jasną deklarację, że na Platformę ta część społeczeństwa, która oczekuje od państwa jakichś planów na przyszłość, ludzie młodsi, bardziej dynamiczni, lepiej wykształceni – dzisiaj liczyć nie może. Dowiedzieli się tylko, że są „salonem”.

 

Premier wciąż jednak bardzo dynamicznie stosuje swoje tradycyjne sposoby mające pokazać, że on jest w centrum, a Platforma ma w sobie wszystkie ideowe nurty. W ostatnią środę mieliśmy równolegle dwa wydarzenia, o obu Tusk musiał wiedzieć i na oba wydać zgodę. Arłukowicz potwierdził rozpoczęcie współfinansowania przez państwo zabiegów in vitro, a Gowin zorganizował konferencję prasową mającą być „konserwatywnym naciskiem” na sąd rozpatrujący sprawę pozostawienia w domu dziecka dzieci ojca, który regularnie je bił i obiecuje bić nadal. Sąd nie posłuchał Gowina „broniącego rodziny przed państwem”, ale ze strony Tuska to wciąż jest powożenie Platformą przy pomocy tych obu koni. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, która jest na liberalnym biegunie PO, powiedziała Dziennikowi Opinii Krytyki Politycznej, że w sprawie finansowania in vitro premier zadziałał ponad głowami Sejmu, bo ponad 70 proc. Polaków oczekuje tego od państwa. Gdyby taka przewaga zarysowała się w kwestii związków partnerskich, premier też by się zaczął zachowywać bardziej dynamicznie.

 

Pod tym względem wywiad premiera dla „Gazety Wyborczej” jest bardzo znamienny, bo tam padają niesłychane zdania pokazujące, że on jako ekstremizm traktuje zwykłe przewodzenie, bycie politycznym liderem. Konserwatysta i były premier Wielkiej Brytanii Harold Macmillan powiedział kiedyś, że przewodzenie w demokracji nie oznacza, że jesteśmy przed ludźmi na kilometr, ale też nie może oznaczać, że jesteśmy wśród nich, że się wśród nich chowamy. On użył metafory, że polityczny lider powinien być „trochę przed ludźmi, kilka metrów przed nimi”. Żeby się od społeczeństwa nie oderwać, nie stracić kontaktu, ale jednak mu przewodzić, bo to jest funkcja demokratycznego lidera. Otóż polityczna koncepcja Donalda Tuska jest taka, że rządzenie to nie jest w żadnym wypadku przewodzenie, pokazywanie drogi, pewna pedagogika demokratyczna, pokazywanie, jakie standardy powinny być w demokracji przestrzegane.

 

Jednak wobec braku przywództwa rozpoczyna się takie „poczciwe główkowanie”, które może dać w efekcie upowszechnienie się w Polsce „teorii demokracji Lecha Wałęsy” głoszącej, że „mniejszości powinny być za murem”.

 

To jest jedna z możliwych konsekwencji braku przywództwa, niepełnienia funkcji przywódczej przez kogoś, kto na tę funkcję został wybrany przez społeczeństwo. Kadencyjnie, z ograniczeniami, ale jednak po to, żeby przewodził. Tusk tej roli nie pełni, bo ma inną koncepcję. To, co pan powiedział o argumencie sondażowym, który przesądził o in vitro, a o związkach partnerskich, wprowadzeniu euro czy o wielu innych sprawach przesądzić jeszcze nie może, to w metaforze Macmillana byłby przywódca, który nawet na metr przed społeczeństwo nie wyjdzie, tylko ukrywa się pośród tłumu.

 

Zgoda, że nie jest to model władzy zbyt heroiczny, ale jakie mogą z niego wynikać realne zagrożenia? Tusk i Platforma rządzą od ponad pięciu lat, nie mając nawet realnych konkurentów do władzy. Dziś reszta polskiej sceny politycznej znajduje się w gorszym stanie niż Platforma. Krystyna Pawłowicz mówi jednak większe bzdury niż Niesiołowski, centrolew jest jeszcze bardziej rozbity i sparaliżowany niż Platforma.

 

Oczywiście że większość problemów, przed jakimi stoi Polska, nie jest „winą” Platformy czy Tuska. Kryzys przyszedł z zewnątrz, jednak gdyby nie bierność władzy, jej sterylność, jeśli chodzi o wizję polityki nie będącą tylko doraźnym „reagowaniem”, nasze państwo, gospodarka, społeczeństwo mogłyby być na kryzys lepiej przygotowane, koszty społeczne kryzysu mogłyby być niższe. Inną konsekwencją jest brak merytorycznej polityki europejskiej, bo „przywożenie z Brukseli kasy” polityką europejską nie jest. Ale niepokojący jest także nasz wewnętrzny pejzaż polityczny, mimo że z pozoru istotnie „nikt dziś nie zagraża Platformie”. Jarosław Kaczyński jest starym milczącym człowiekiem. Prawica nie ma lidera, który mógłby ją poprowadzić do zwycięstwa (chociaż, im bardziej Kaczyński milczy, tym bardziej PiS istnieje, rosną jego notowania). Pojawiła się radykalna narodowa młodzież, co jest zjawiskiem potencjalnie niebezpiecznym, ale dziś w pierwszym rzędzie rozbija spójność prawicy „smoleńskiej”, odbierając jej energię. Aleksander Kwaśniewski zamiast postawić na szeroką koalicję liderów i środowisk centro-lewicy postawił na Janusza Palikota i Marka Siwca, co wydaje się pomysłem ekstrawaganckim. Podważył tym samym własny pomysł, który był intelektualnie i politycznie bardzo atrakcyjny. Prawica, lewica i centrum to nie są odizolowane miejsca naszej sceny politycznej. Nie przypadkiem mamy dziś do czynienia z jednoczesnym kryzysem po wszystkich jej stronach. A kryzys może pełnić funkcję ożywczą tylko wówczas, gdy na horyzoncie rysuje się pozytywna alternatywa, która mogłaby energię traconą przez dotychczas dominujące formacje przejąć i zagospodarować w sposób kreatywny, lepiej reprezentując obecne potrzeby i wartości społeczne. Ja takiej alternatywy w dzisiejszym pejzażu polskiej polityki niestety nie widzę.

 

Aleksander Smolar, ur. 1940, politolog, prezes Fundacji im. Stefana Batorego, członek rady European Council on Foreign Relations (think tanku pracującego na rzecz polityki zagranicznej UE) oraz zastępca przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.

Źródło: Dziennik Opinii Krytyki Politycznej

Dodaj komentarz