RSS
 

26.09.2014

 

Tusk o nowej posadzie Ostachowicza: Wyszło może trochę niezręcznie, bo wygląda na to, że pospiesznie ktoś mu załatwił pracę

mil, 25.09.2014
Donald TuskDonald Tusk (Damian Kramski)
- Co do jego kompetencji nikt nie ma wątpliwości. Wyszło może trochę niezręcznie, bo wygląda na to, że pospiesznie ktoś mu załatwił pracę – tak o nowym stanowisku Igora Ostachowicza i kontrowersjach z tym związanych powiedział Donald Tusk. Były premier został złapany przez dziennikarzy na krótki wywiad, kiedy grał w piłkę.
Igor Ostachowicz, do niedawna jeden z najbliższych współpracowników b. premiera Donalda Tuska, został w środę członkiem zarządu PKN Orlen. Na stanowisko powołała go rada nadzorcza płockiego koncernu na wniosek ministra skarbu państwa.Ostachowicz będzie odpowiadał w PKN Orlen m.in. za działania korporacyjne i związane z komunikacją. Były doradca Tuska ma na nowym stanowisku zarabiać nawet ponad 2 mln zł rocznie. Wielu sugeruje, że dostał tę pracę „w nagrodę” od rządu. Czyta więcej >>

 

„Wyszło może trochę niezręcznie”

Dziennikarzom trudno było uzyskać w tej sprawie komentarz Donalda Tuska – pisze portal tvn24.pl. Stacji ostatecznie udało się porozmawiać z byłym premierem w Konstancinie-Jeziornie, gdzie grał z kolegami w piłkę. Co o nowym stanowisku dla Ostachowicza myśli Tusk? – Tak naprawdę chciałem go bardzo wziąć do Brukseli, bo wiem, co potrafi. Jest wykwalifikowany, pracował w spółkach wcześniej, z jednej przyszedł do rządu – zaznaczył były premier.

- Co do jego kompetencji nikt nie ma wątpliwości. Wyszło może trochę niezręcznie, bo wygląda na to, że pospiesznie ktoś mu załatwił pracę. Wyszło średnio, ale nie ma w tym nic dwuznacznego – przyznał.

Dziennikarze pytali też Tuska o jego rzekomy konflikt z nową premier Ewą Kopacz. - Akurat już nic bardziej kosmicznego nie można było wymyślić. Jeśli jest jakiś problem, to to, że przyjaźnimy się rzeczywiście dosyć mocno i ja bym pomagał ile miałbym sił. Ale rzeczywistość jest taka, że trzeba zostawić te sprawy nowej liderce PO, rządu. Ona teraz bierze na siebie odpowiedzialność za całą Polskę i będzie w tym naprawdę najlepsza – stwierdził.

- Z całą pewnością pani Kopacz będzie premierem innym niż ja i lepszym niż ja. Co do tego nie mam wątpliwości – zaznaczył Tusk.

Więcej na stronie tvn24.pl >>

Zobacz także

TOK FM

Bundeswehra w rozsypce. „Niesprawny sprzęt, brak części zamiennych, awarie na porządku dziennym”

Wach, pap, 25.09.2014
Niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen i kompania honorowa BundeswehryNiemiecka minister obrony Ursula von der Leyen i kompania honorowa Bundeswehry (THOMAS PETER/REUTERS)
Brak sprawnego sprzętu wojskowego ogranicza w poważnym stopniu zdolność operacyjną Bundeswehry – ostrzega dowództwo niemieckich sił zbrojnych. Niemiecka prasa pisze o licznych awariach samolotów, helikopterów i wozów bojowych.
O niepokojącej sytuacji w armii poinformował najwyższy rangą niemiecki oficer, główny inspektor sił zbrojnych generał Volker Wieker. Chociaż spotkanie Wiekera z posłami z komisji obrony było zamknięte dla mediów, dziennikarze dotarli do poufnego raportu dotyczącego luk w zaopatrzeniu wojska w sprzęt.Jak pisze „Sueddeutsche Zeitung”, parlamentarzyści „z przerażeniem” zareagowali na przedstawione im dane. I tak ze 180 transporterów opancerzonych Boxer, będących na wyposażeniu wojsk lądowych, tylko 70 nadaje się do użycia. Pozostałe pojazdy znajdują się w remoncie, a w dodatku brakuje do nich części zamiennych – czytamy w „SZ”.Równie niekorzystnie przedstawia się sytuacja z helikopterami. Z 31 śmigłowców Tiger, będących teoretycznie w dyspozycji wojska, sprawnych jest tylko 10 maszyn. Z 33 helikopterów NH 90 tylko osiem nadaje się do użytku.Dowódca sił powietrznych Karl Muellner ostrzegł, że lotnictwo nie będzie w stanie wykonać nowych zadań postawionych przez NATO. Samolot transportowy A400M, którego przekazanie odwlekane było kilkakrotnie, zamiast w listopadzie znajdzie się na wyposażeniu Luftwaffe dopiero w grudniu lub styczniu.

Jak podał tabloid „Bild”, niemieckie lotnictwo może w obecnej chwili liczyć jedynie na 42 ze 109 myśliwców wielozadaniowych Eurofighter oraz na 38 z 89 maszyn Tornado.

Problemy ze sprzętem trapią także niemiecką marynarkę wojenną. Z 43 śmigłowców bojowych bazujących na okrętach tylko pięć można obecnie uznać za w pełni sprawne. W dodatku trzy z pięciu samolotów rozpoznawczych P3-C Orion nie może wystartować z powodu usterek. Ponad połowa trałowców i jedna z ośmiu fregat stoją unieruchomione w porcie. Jedna z fregat, przeznaczona do akcji przeciwko piratom u wybrzeży Afryki, wypłynęła bez śmigłowców, co istotnie ogranicza jej możliwości działania.

Dowództwo Bundeswehry odmówiło ustosunkowania się do informacji medialnych, zasłaniając się tajemnicą wojskową. Minister obrony Ursula von der Leyen przyznała, że Bundeswehra ma „problemy ze sprzętem”, który w większości ma już „kilka lat na karku”. Jak zapewniła, jej resort jest w stałym kontakcie z przemysłem zbrojeniowym.

Oburzenia stanem armii nie kryli natomiast członkowie parlamentarnej komisji obrony. Deputowany Zielonych Tobias Lindner powiedział, że informacje przekazane przez dowództwo Bundeswehry były „przykrą niespodzianką”, a sytuacja jest „jeszcze gorsza, niż przypuszczał”.

- Brakuje wszystkiego. Brakujące części wymontowywane są z innych systemów. Brak jest sprawnego kierownictwa i sprawnej organizacji. Zarządzamy brakami – powiedział polityk SPD Rainer Arnold. Zdaniem Floriana Hahna z CSU sytuacja panująca w Bundeswehrze jest „powodem do niepokoju”.

Awarie samolotów utrudniają realizację planu pomocy dla Kurdów walczących z islamskimi dżihadystami w Iraku. Niemiecki samolot transportowy z siedmioma żołnierzami Bundeswehry, którzy mieli szkolić bojowników kurdyjskich, utknął tydzień temu z powodu awarii w Bułgarii. Z dużym opóźnieniem rząd niemiecki wysłał Kurdom w Iraku broń i amunicję, gdyż przeznaczony do jej transportu samolot okazał się niesprawny.

 

Wyborcza.pl

Ekspert OSW: Czy Rosja doszła do punktu, z którego nie ma odwrotu? Trwają przygotowania do wojny

 

Andrzej Wilk, 25.09.2014
Ćwiczenia Wostok-2014Ćwiczenia Wostok-2014 (Fot. mil.ru)
- Postępująca militaryzacja Rosji i wyraźne przygotowywanie się do wojny mogą mieć daleko idące konsekwencje – uważa Andrzej Wilk, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich. Za możliwy uważa nawet wariant oznaczający „rozpętanie przez Moskwę wojny na zdecydowanie większą skalę niż działania obserwowane w 2008 r. w Gruzji i obecnie na Ukrainie”.
19 września na Dalekim Wschodzie Rosji rozpoczęły się strategiczne ćwiczenia wojskowe „Wschód 2014″. Nawet na tle systematycznego wzrostu liczby i skali ćwiczeń armii rosyjskiej, od lutego 2013 r. organizowanych de facto bez przerwy, przedsięwzięcie to wyróżnia się długotrwałością oraz wielkością zaangażowanych sił i środków pozwalających postawić je w jednym rzędzie z największymi ćwiczeniami armii sowieckiej.
Równocześnie w europejskiej części Rosji oraz Arktyce mają miejsce inne duże przedsięwzięcia Sił Zbrojnych FR, kontynuowane jest zaangażowanie ich w konflikt na Ukrainie. Łącznie bierze w nich udział ponad 200 tys. żołnierzy oraz kilka tysięcy wozów bojowych, kilkaset samolotów i śmigłowców i około setki okrętów.Rosja broni się przed agresją ZachoduAktywności armii rosyjskiej towarzyszą ujawnione 18 września wstępne informacje na temat kształtu rosyjskiego budżetu na lata 2015-2017, z których wynika, że w sytuacji obserwowanego spowolnienia wzrostu gospodarczego wydatki na cele wojskowe stają się niekwestionowanym priorytetem polityki finansowej Rosji. W 2015 r. mają one osiągnąć wartość 4 proc. PKB (wobec 3,5 proc. PKB w 2014 r.), zwiększając się realnie o ponad 10 proc. (do poziomu co najmniej 84 mld dol.). Wzrostowi aktywności armii rosyjskiej i wydatków na cele wojskowe towarzyszy coraz intensywniejsza i trafiająca w społeczne oczekiwania kampania informacyjna głosząca, iż Rosja musi się bronić przed agresją Zachodu.Obserwowana co najmniej od 2007 r. powolna postępująca militaryzacja państwa rosyjskiego w wymiarze nie tylko stricte wojskowym, lecz także ekonomicznym (realizowana niezależnie od reformy Sił Zbrojnych FR koncepcja oparcia modernizacji całego rosyjskiego przemysłu na sanacji przemysłu zbrojeniowego, mającego stać się lokomotywą rozwoju gospodarki), społecznym (konsekwentne budowanie w społeczeństwie rosyjskim postaw patriotycznych opartych na resentymentach imperialnych i kształtowanie nastrojów społecznych w opozycji do Zachodu jako realnego bezpośredniego zagrożenia dla Rosji) i politycznym (element zarządzania państwem), stawia pytania o jej długofalowe konsekwencje.Spirala militaryzacjiZa coraz bardziej uprawnioną należy uznać tezę, że rozkręcona w Rosji w ostatnich latach spirala militaryzacji osiągnęła już punkt krytyczny, od którego nie ma odwrotu, bądź się do takiego punktu zbliża, a rządząca w Moskwie ekipa stała się w dużej mierze zakładniczką własnej polityki. W aktualnej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej Rosji wzrost aktywności armii rosyjskiej oraz wydatków na cele wojskowe będzie niezwykle trudny do zahamowania bez osiągnięcia spektakularnego sukcesu, którego najprostszym i najbezpieczniejszym (najmniej krwawym) wariantem może się okazać wasalizacja przez Rosję całej Ukrainy.

Konsekwencją obserwowanych obecnie działań, stanowiących jak najbardziej wymierne przygotowanie Rosji do prowadzenia konfliktu zbrojnego na zdecydowanie większą skalę niż operacja w Gruzji w sierpniu 2008 r. i – począwszy od lutego br. – zaangażowanie militarne przeciwko Ukrainie, może być jednak faktyczne rozpoczęcie przez Moskwę regularnej wojny. Kwestią otwartą – uzależnioną od rozwoju sytuacji w Rosji, przede wszystkim jednak od determinacji Zachodu (NATO, UE) w kwestii powstrzymania agresywnych działań FR – pozostaje kierunek rosyjskiego uderzenia, którym docelowo bądź w dalszej perspektywie nie musi być Ukraona.

* Andrzej Wilk – główny specjalista ds. wojskowych aspektów bezpieczeństwa międzynarodowego w Ośrodku Studiów Wschodnich.

Pełną wersję tekstu można przeczytać na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich

 

 

gazeta.pl

100 tys. małych i średnich firm gotowych tworzyć grupy obrony cywilnej

Artur Kiełbasiński, 25.09.2014
Ćwiczenia Ćwiczenia „Miasto 2013″ w Częstochowie organizowane przez Miejski Wydział Zarządzania Kryzysowego (GRZEGORZ SKOWRONEK)
Co najmniej 100 tysięcy firm z sektora MSP gotowe jest utworzyć zbrojne grupy samoobrony i je współfinansować, w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony Rosji – wynika z badania Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wraz z Warsaw Enterprise Institute pracują obecnie nad projektem rozwiązań prawnych, które umożliwią tworzenie zbrojnych grup obrony cywilnej przy firmach. Szczegółowe propozycje rozwiązań powstaną w październiku. W trakcie prac nad projektem przepisów, we wrześniowym badaniu ZPP zapytało przedsiębiorców o gotowość tworzenia lokalnych grup samoobrony działających przy firmach. Założenie było takie, że oddziały powstają na zasadzie dobrowolności, a rząd pokryje koszty broni i amunicji. Ponadto, rząd umożliwi zaliczenie w koszty uzyskania przychodu wszelkich wydatków związanych z takim przedsięwzięciem, np. instalacji szafy do przechowywania broni, wyjazdów na ćwiczenia itp.Czy robienie takiego badania nie jest przejawem nadwrażliwości środowiska? Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP jest przekonany, że nie. – Żyjemy w takich czasach, że jeden incydent może zmienić sytuację. Z wojny na wschodzie Ukrainy może rozwinąć się bardzo groźny dla nas scenariusz – tłumaczy „Wyborczej”.Jak na taki plan zapatrują się właściciele firm?- Prawie połowa firm MSP (49%) dopuszcza możliwość dobrowolnego tworzenia zbrojnych grup przy firmach. Wyniki badań mnie nie dziwią. Obok motywacji patriotycznej, przedsiębiorcy wiedzą, co oznaczałaby dla nich rosyjska okupacja. Większość zdaje sobie sprawę, że normalne funkcjonowanie firmy w takich warunkach jest bardzo trudne, o ile niemożliwe – ocenia wyniki badania Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP. – Oczywiście to deklaracje, nikt nie wie jak ludzie się zachowają na wojnie. Ale jestem przekonany, że Polacy z Rosjanami będą się bić w obronie kraju.Jeśli nie widzisz wykresu, jego pełnoekranową wersję znajdziesz pod tym linkiem.Skąd 100 tys. firm?- Dokonaliśmy pewnej redukcji w stosunku do deklaracji. Wiadomo, że 80 proc. mikrofirm nie założy jednostek obrony, bo to pojedynczy przedsiębiorcy. Tak samo zredukowaliśmy o 50 proc. w stosunku do deklaracji liczbę małych firm, które stworzą takie oddziały – wyjaśnia nam Kaźmierczak. W efekcie tych przeliczeń udało się wygenerować przybliżoną liczbę 100 tys. jednostek samoobrony.Jako najbardziej „waleczni” jawią się w badaniu właściciele małych firm (10-50 pracowników) – aż 17% z nich deklaruje, że sami założą takie grupy, a 27% będzie w tym zakresie aktywnie wspierać pracowników. Jeśli chodzi o regiony kraju, to najbardziej zdecydowani są właściciele firm ze wschodu kraju – aż 23% z nich deklaruje, że sami zorganizują takie grupy w swoich firmach.

- Akurat ten region Polski miał najwięcej do czynienia z Rosją i najbardziej wie, z czym się to może wiązać, więc reakcja wydaje się naturalna – powiedziała prof. Dominika Maison, autorka badania.

- Zbrojna obrona cywilna jest istotnym narzędziem odstraszania potencjalnego agresora. Trudno okupować kraj, w którym zza każdego rogu może ktoś do ciebie strzelać. Na przykład nad okupacją Szwajcarii, której obywatele są uzbrojeni po zęby i wyszkoleni, to musiałaby się nawet zastanowić armia amerykańska. Powinniśmy dążyć do tego, żeby podobnie było w Polsce – żeby nikomu się nie opłacało. Poza tym obrona cywilna jest relatywnie tania w stosunku do najnowocześniejszej broni – powiedział Kaźmierczak, prezes ZPP.

 

Wyborcza.biz

Burmistrz tworzy „lokalne wojsko”. „Najpierw Świdnik, później cały kraj”

look, 25.09.2014
Mł. insp. ZS Monika Malczewska, dowódca Jednostki Strzeleckiej 1002 Tomaszów MazowieckiMł. insp. ZS Monika Malczewska, dowódca Jednostki Strzeleckiej 1002 Tomaszów Mazowiecki (facebook.com)
- To, co dzieje się na Ukrainie, bezradność światowych polityków, pokazuje, że może dojść do momentu, kiedy zostaniemy pozostawieni na pastwę losu. Armię lepiej tworzyć w czasie pokoju. W przypadku jakiegokolwiek konfliktu, będziemy na niego przygotowani – mówi komendant główny Związku Strzeleckiego „Strzelec”, który zajmie się szkoleniem ochotników
O przygotowaniach do utworzenia Strzeleckiego Pododdziału Obrony Narodowej (SPON) można przeczytać na oficjalnej stronie urzędu miasta w Świdniku. To 40-tysięczne miasto w centrum województwa lubelskiego. W jego okolicach w 1963 roku funkcjonariusze ZOMO zabili ostatniego z Żołnierzy Wyklętych Józefa Franczka ps. „Lalek”. Wydarzenia sprzed pół wieku mają nadać utworzeniu SPON-u właśnie tu wymiar symboliczny. 21 października burmistrz miasta podpisze porozumienie ze Związkiem Strzeleckim „Strzelec” Organizacja Społeczno-Wychowawcza, co rozpocznie proces formowania grupy. „Strzelec” – paramilitarne stowarzyszenie kontynuujące tradycje II Rzeczpospolitej zajmie się szkoleniem ochotników.- To, co dzieje się na Ukrainie, bezradność światowych polityków, pokazuje, że może dojść do momentu, kiedy zostaniemy pozostawieni na pastwę losu. W naszej historii znajdziemy momenty, kiedy udowadnialiśmy, że potrafimy być samowystarczalni. Stwórzmy więc armię w czasie pokoju – mówił w środę w magistracie Marcin Waszczuk – komendant główny „Strzelca”.O pieniądze na mundury i sprzęt poproszę radnych- Jesteśmy w stanie stworzyć komponent obronny niewielkim wysiłkiem ludzkim, finansowym i sprzętowym. W przypadku jakiegokolwiek konfliktu, będziemy na niego przygotowani. Jeśli zaś do niego nie dojdzie, nie musimy armii żywić ani koszarować, lecz możemy wykorzystywać skutecznie na rzecz innego zagrożenia, np. w czasie klęsk żywiołowych – dodawał.Komendanta zaprosił burmistrz Waldemar Jakson. Sam należy do Stowarzyszenia Obrona Narodowa, wspiera ruch strzelecki i pasjonuje się wojskiem. – To jedna z inicjatyw, które mają doprowadzić do utworzenia gwardii narodowej. Naszą ideą końcową jest ustawa o obronie narodowej i powstanie wojsk obrony terytorialnej kraju – mówi Jakson.Porozumienie burmistrza ze „Strzelcem” włączy formowany oddział do lokalnego systemu zarządzania kryzysowego. – Jednostka strzelecka może pełnić bardzo ważną rolę w systemie kryzysowym. A ja jako osoba odpowiedzialna za zarządzanie kryzysowe podpiszę umowę z jednostką. Wiele rzeczy można połączyć w ramach obowiązującego prawa. Mogę też występować do rady miasta o pieniądze np. na mundury, szkolenie czy sprzęt – zapowiada burmistrz.Świdnicki oddział będzie liczyć 30-50 członków, pełnoletnich mężczyzn i kobiet. SPON-owi ma przyświecać motto „Służba nas samych dla nas samych”. Oddział będzie pomagać służbom podczas klęsk żywiołowych. I wojsku, gdyby kiedyś doszło do konfliktu zbrojnego. Jego członkowie mają także pełnić straż obywatelską i kształtować postawy patriotyczne. Społeczna służba ma pomóc przy rekrutacji do policji albo wojska.Znają okolicę, będą bronić rodzinnego domuLokalni dziennikarze opisują, że oddział będzie „nawiązywać do Armii Krajowej, ale także do Legionów Rzymskich”. Nie tłumaczą jednak, co to znaczy.- Najważniejszym atutem SPON-ów będzie służba na własnym terytorium. Świdnicki oddział będzie się składał z mieszkańców Świdnika, którzy znają to miasto, każdą ulicę i będą bronić swojego rodzinnego domu, dbać o bezpieczeństwa swojego osiedla. Drugi atut: służba będzie ochotnicza. Wstępują tylko ci, którzy chcą pełnić służbę w zmilitaryzowanej formacji obronnej na rzecz własnej społeczności – opowiada Waszczuk.

Świdnik ma być miastem wzorcowym. „Strzelec” planuje powołać podobne oddziały w innym miejscowościach, gdzie ma swoje jednostki. O ile znajdą się chętni do współpracy burmistrzowie i wójtowie. 24 października w Łodzi odbędzie się ogólnopolska konferencja w tej sprawie.

- W Świdniku odtworzymy „legiony obrony narodowej”. Tu wzniecimy nową formację polskiego oręża – zapowiada komendant „Strzelca”.

Wyborcza.pl

 

 

 

Sąd: Paweł Lisicki był gwarantem politycznych interesów PiS w „Rzeczpospolitej”

Kamil Sikora
27.07.2013
W 2006 roku Paweł Lisicki zaczął swoje rządy w "Rzepie" od zwolnienia kilkudziesięciu dziennikarzy. W 2013 roku sąd uznał, że miało to zabezpieczyć polityczne interesy PiS.
W 2006 roku Paweł Lisicki zaczął swoje rządy w „Rzepie” od zwolnienia kilkudziesięciu dziennikarzy. W 2013 roku sąd uznał, że miało to zabezpieczyć polityczne interesy PiS. • Fot. Sławomir Kamiński / AG

Paweł Lisicki, dzisiaj redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, a w latach 2006-2011 szef „Rzeczpospolitej”, przegrał proces, który wytoczył Sławomirowi Popowskiemu. Po wyrzuceniu z „Rz” dziennikarz oskarżył Lisickiego o wspieranie interesów politycznych PiS, czego najważniejszym dowodem miała być czystka personalna przeprowadzona w redakcji. Sąd podzielił tę opinię.

Sławomir Popowski został zwolniony z „Rzeczpospolitej” po objęciu kierownictwa dziennika przez Pawła Lisickiego w 2006 roku. Kilka lat później opisał, że zwolnienie jego i kilkudziesięciu innych dziennikarzy to efekt umowy między brytyjską spółką mediową Mecom a Ministerstwem Skarbu Państwa, w którym rządziło już wtedy PiS – relacjonuje „Gazeta Wyborcza”.

W zamian za sprzedaż 49 proc. udziałów należących do państwa dziennik miał być pozytywnie nastawiony do rządów Prawa i Sprawiedliwości. Gwarantem takiej linii redakcyjnej miał być Paweł Lisicki, który swoją pracę zaczął od zwolnienia kilkudziesięciu dziennikarzy. Na ustalenia Popowskiego Lisicki odpowiedział pozwem.

Na pozew zareagowali koledzy Popowskiego, dawni dziennikarze „Rz”, którzy musieli odejść z gazety kierowanej przez Lisickiego. „Pracę na stanowisku redaktora naczelnego »Rzeczpospolitej « Paweł Lisicki rozpoczął od wyrzucenia z redakcji kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym wielu takich, co do których mógł mieć – słuszne zresztą – podejrzenia, że nie dadzą się zaprząc do propagowania jednej opcji politycznej. Była to bodaj największa weryfikacja polityczna przeprowadzona w polskich mediach po 1989 r. Dotknęła ludzi, którzy współtworzyli wyważony dziennik konserwatywno-liberalny według formuły Dariusza Fikusa i Macieja Łukasiewicza” – napisali w obronie Popowskiego. Czytaj więcej

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

W pierwszej instancji sąd podzielił jednak stanowisko Pawła Lisickiego. Popowski złożył apelację i w drugiej instancji sąd uznał, że to właśnie wyrzucenie z redakcji kilkudziesięciu osób było dowodem na prawdziwe intencje Lisickiego. Sam Popowski zapewnia, że dla niego sprawa była jasna od początku, więc wyrok go nie dziwi. Dodaje jednak, że teraz i tak jest już za późno, bo z dawnej „Rzeczpospolitej” niewiele już zostało.

Po przejęciu „Rz” przez Grzegorza Hajdarowicza Lisicki odszedł z wydawnictwa i założył tygodnik „Do Rzeczy”. Szybko jednak prawicowi dziennikarze pokłócili się o Telewizję Trwam i jej miejsce na multipleksie. Bracia Karnowscy, czyli środowisko tygodnika „wSieci”, oskarżyli kolegów z „Do Rzeczy”, że przyłożyli oni rękę do starań, by ojciec Rydzyk nie dostał licencji. A jeśli Rafał Ziemkiewicz przypisuje Karnowskim metody „Gazety Wyborczej”, to musi oznaczać, że konflikt jest naprawdę poważny…

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

naTemat.pl

 

Podkarpacka wojna o miejsca na listach PiS. Ludzie Gowina, Ziobry i Jurka wypychają działaczy PiS

Marcin Kobiałka, 26.09.2014
Twarzą PiS w wyborach będzie Władysław Ortyl, marszałek podkarpackiTwarzą PiS w wyborach będzie Władysław Ortyl, marszałek podkarpacki (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)
Działacze PiS skarżą się, że będą mieli słabe miejsca na listach do sejmiku podkarpackiego. Powód: na liście są koalicjanci od Gowina, Ziobry i Jurka.
- To skandal, że ludzie, którzy od lat pracują w sejmiku i na rzecz partii, mają dostać niskie miejsca albo ich w ogóle nie będzie – skarży się nam jeden z rzeszowskich działaczy Prawa i Sprawiedliwości.Twarzą PiS w wyborach będzie Władysław Ortyl, marszałek podkarpacki. – Dysponuje wszelkimi instrumentami, by właściwie przeprowadzić kampanię. Wie, jakie są plany województwa dotyczące wydawania środków europejskich, będzie naturalnym liderem. Jest absolutnie świetnym marszałkiem i naszym naturalnym kandydatem na tę funkcję – zachwala podkarpacki europoseł PiS Tomasz Poręba, jeden z głównych rozgrywających w regionie.Ortyl otworzy listę PiS w okręgu nr 2, który obejmuje powiaty: mielecki, dębicki, strzyżowski i ropczycko-sędziszowski.Komitet polityczny PiS zatwierdził już wszystkie listy do sejmików, ale to partyjne rady regionalne decydują o miejscach kandydatów. Podkarpacka ma to zrobić w piątek. I właśnie miejsca na liście są przedmiotem sporów.PiS musi wprowadzić na listy ludzi Polski Razem Jarosława Gowina, Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Prawicy Rzeczypospolitej Marka Jurka, z którymi zawarł pakt na czas jesiennych wyborów. W każdym z pięciu okręgów będzie co najmniej jeden kandydat koalicjantów. – A może więcej – przyznaje Mateusz Kutrzeba, który koordynuje kampanię PiS w okręgu rzeszowskim.PiS nie przydzielił koalicjantom z góry konkretnych miejsc na listach, ale prawdopodobnie wielu z nich będzie w czołowych pierwszych piątkach. – Na kolejność na listach wpływ będzie miał potencjał kandydatów – słyszymy w PiS.Listę rzeszowską ma otwierać Wojciech Buczak, radny PiS i szef rzeszowskiej „S”. Startować będzie ponadto Ewa Leniart, dyrektorka rzeszowskiego oddziału IPN. Trójka ma przypaść Stanisławowi Kruczkowi z Polski Razem. Startować będzie też Jan Domarski (PR), legenda polskiej piłki nożnej.- Pierwsze piątki dają duże szanse na wejściu do sejmiku. Jak mam być na dole listy, to ja dziękuję – mówi jeden z działaczy PiS.PiS jest przekonany, że po wyborach będzie rządzić samodzielnie. Liczy na co najmniej 20 radnych w 33-osobowym sejmiku. Cztery lata temu wprowadził ich 15, więc władzę do maja ubiegłego roku miała koalicja PSL-PO-SLD. Rozleciała się po aferze korupcyjnej z udziałem marszałka Mirosława Karapyty, którego zastąpił Władysław Ortyl.- Zabrakło nam jednego mandatu, by rządzić samodzielnie. Potrzebujemy ludzi, którzy będą lojalnie wypełniać mandat, i mocnych nazwisk – mówi inny polityk PiS.Liderzy miejscowego PiS próbują łagodzić spór o listy. – Jeżeli zawiązaliśmy porozumienie z partiami, to niektórzy nasi działacze muszą ustąpić im miejsca. Coś za coś. Zobaczymy, czy efekt tej synergii politycznej da nam więcej zysków, czy poniesiemy straty z powodu tarć wewnętrznych – dowiadujemy się w partii.W okręgu krośnieńskim PiS na pierwszym miejscu planuje ustawienie pochodzącej z Krosna Anny Schmidt, jednego z „aniołków” Jarosława Kaczyńskiego, które trzy lata temu miały zapewnić PiS zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Na pierwsze miejsce na tej liście liczył Lucjan Kuźniar, obecny wicemarszałek. Ale nie zamierza oponować centrali. – Jak można nie ustąpić kobiecie? – mówi kurtuazyjnie.PiS zdaje sobie sprawę, że tylko większość w sejmiku daje mu szanse na rządy na Podkarpaciu, bo nie ma tu koalicjanta. PO, PSL i SLD znów planują stworzenie koalicji. – Liczymy na to, że w listopadowych wyborach powtórzymy wynik sprzed czterech lat i zajmiemy drugie miejsce. Jesteśmy realistami. Na Podkarpaciu zwycięży PiS – mówi nam jeden z działaczy podkarpackiej PO, która do sejmiku w 2010 r. wprowadziła siedmiu radnych, tyle samo, ile PSL. Z czterema radnymi SLD wystarczyło do sklejenia koalicji.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz