RSS
 

Michalski

Cezary Michalski – Małpa z Biłgoraja

W niekończącym się sporze o Palikota ważny jest moment emancypacyjny tego konfliktu. Po raz kolejny ujawnił wewnętrzne zdziczenie Palikota, które czyni z niego wyjątkowo ambiwalentny wehikuł modernizacji w tym kraju. Heglowi Palikot pewnie by się spodobał, ale w dzisiejszej Warszawie przecież Hegla nie ma. A poza tym ulubieniec Hegla Napoleon I, oprócz rozwożenia po Europie własnej korsykańskiej dzikości i swoich koszmarnych krewniaków, którymi obsadzał trony oczyszczone z tradycją uświęconych rodów, rozwoził też po Europie Kodeks Cywilny, którego zasad Janusz Palikot albo się kiedyś nauczy, albo ostatecznie zasłuży na śmierć.

 

Poza momentem emancypacyjnym w sporze o Palikota pojawił się też jednak niespodziewanie moment „salonowy”. Dla wielu swoich bardzo warunkowych medialnych czy inteligenckich sojuszników w Warszawie, którzy sami – gdzieś tak od czasów LiD-u też nie będącego przecież gigantycznym sukcesem – nie umieli już niczego politycznie zbudować, Palikot tak naprawdę pozostawał małpą z Biłgoraja. Ubraną w liberię, mówiącą czasem ludzkim głosem, czasem dotującą książki czy jakiś gombrowiczowski festiwal w Radomiu, ale jednak małpą. Co to w końcu za nazwisko „Palikot”? Nie ma żadnej dobrej warszawskiej czy krakowskiej rodziny o takim nazwisku.

 

O ile zawsze u Palikota odpychała mnie jego brutalność, nadmierny cynizm, wydawanie przez niego „książek kulinarnych”, żeby być zaakceptowanym przez medialny salon, to akurat jego twarde parcie z dołów zawsze mnie u niego ciekawiło. Sam jestem małpą z Torunia, obcą elitom miasta stołecznego na zawsze. Każdy bunt, każdą subwersję, każdą „frustrację części mojego pokolenia” (parafraza za Dominika Wielowieyska) – będę na swój sposób popierał. Jawnie, jak będę czuł się wystarczająco silny (zawsze przeceniam własne siły w ataku psychozy), albo ketmaniąc zawile, kiedy z psychotycznych wyżyn upadam w dolinę depresyjnej „realpolitik”. Świetnie rozumiem, dlaczego Palikot chce się w Warszawie „osłonić” Aleksandrem Kwaśniewskim. Też człowiekiem z awansu, który jednak „w tym mieście” potrafił się przebić. Rozumiem nawet, że Palikot chce się w Warszawie osłonić Urbanem. Urban zawsze miał do „salonu” stosunek ciekawy, używał go, ale miłości do niego nie czuł, też jest przecież „małpą”.

 

Sądzę, że Palikot niepotrzebnie eskalował wojnę z Millerem, który też parę razy hierarchie tego miasta skutecznie podeptał. W jego sporze z Nowicką sam się waham, po czyjej stronie stanąć. Po stronie instrumentalnej czystej polityki (czasami Palikot), czy po stronie treści, której ta polityka powinna służyć (czasami Nowicka). Przede wszystkim jednak nie powinno tego sporu być! (zawołanie magiczne, ale przecież nie tylko egzorcyści Kościoła katolickiego mają prawo do magii, nawet jeśli magia oświeceniowego felietonisty jest od magii katolickich egzorcystów, jak widać, bez porównania bardziej bezsilna). Każdy dzień tej wojny niszczy skromne „postępowe” aktywa w polskiej polityce skuteczniej niż rytualna publicystyka Rafała Aleksandra Ziemkiewicza i jego „Śnieżynek”. O ile zatem w sporze pomiędzy Nowicką i Palikotem ze smutkiem, ale jednak po żadnej stronie stanąć nie potrafię, to w narastającym sporze pomiędzy arystokracją tego miasta a Palikotem stoję po stronie Palikota.

 

Żyjemy ciągle w kraju panów i plebsu. Dopóki panów się nie złamie, dopóki ludzie z plebsu nie zwyciężą, nie będzie tutaj nawet żadnego mieszczaństwa, które nie żyłoby wyłącznie Gowinicznym elitarnym i lękowym snobizmem. Syn kaszubskiego kolejarza Donald Tusk też nie jest zresztą najgorszą postacią w tej opowieści. Też się w mieście stołecznym umiał zdrowo zabawić. Tyle że on własną brutalnością nauczył się jednak zarządzać lepiej niż Janusz Palikot.

 

To już bardziej „żoliborscy inteligenci” – bracia Kaczyńscy – mimo, że są ponoć sztandarem „antysalonowego” buntu, niezwykle chętnie rozsiewali wokół siebie przykrą woń postszlacheckiej dystynkcji. I podobnych ludzi do siebie przyciągali (patrz szlachcic Ziobro i szlachcic Kurski, patrz hrabia Lisicki i margrabia Zdort). A rodzina Rymkiewiczów szlachecką pogardę dla plebsu potrafi kreować dosłownie ex nihilo.

 

Ja naprawdę od krwawych rewolucji wolę najbardziej choćby nieśmiałe reformy. Ale jeśli chodzi o warszawską ustawkę arystokracja (choćby inteligencka) kontra plebejski chlew, to mimo, że mamy już przecież XXI wiek (a może mi się tylko mocno spieszy zegarek?), ja nawet najbardziej nieśmiałych reform w tym pejzażu nie widzę. Los Palikota wydaje się to dobitnie potwierdzać. Dlaczego na kongresie założycielskim jego Ruchu odważyły się pojawić Gretkowska i Bielik, choć obie mają wobec „Janusza” spore wątpliwości? Bo one nie wywodzą się z wielopokoleniowych warszawskich czy krakowskich „dobrych rodzin”. One przyszły „znikąd” i narobiły bigosu. Jestem pewien, że Magdalena Środa, która też tam była i miała zresztą najbardziej merytoryczne wystąpienie, też wiedziała, że „pokazując się obok Palikota”, dokonuje przede wszystkim ogromnego wyłomu w polskiej społecznej dystynkcji.

 

To swoją drogą zabawne i nieuniknione, że dwaj ludzie znajdujący się w identycznej sytuacji społecznej – Palikot i Miller – najbardziej skutecznie podrzynają sobie dziś gardła. Ach ten Szekspir, jaki on był społecznie spostrzegawczy. Widząc wszędzie dystynkcję, resentyment i zero kooperacji pomiędzy wszystkimi Ryszardami III swojego świata. Może dlatego, że sam był w Londynie zaledwie małpą ze Stratford?

 

Źródło: Dziennik Opinii – Krytyka Polityczna.pl

Dodaj komentarz