RSS
 

Bujak

Zbigniew Bujak -

Solidarność, niewykorzystana szansa. Refleksja o nadziejach i możliwościach

Kilka miesięcy temu znany reporter Hugo Bader zwrócił się do mnie o spotkanie. Uznałem, że może być dobrym partnerem do rozważań o losie Solidarności. Czym była, jakie wzbudziła nadzieje, co z jej dorobku nam się ostało? Efekt tej rozmowy, jego reportaż, rozczarował mnie. Może widzę rzeczy inaczej. Możliwe jednak, że to fenomen Solidarności jest tak wielki, że objąć rozumem i opisać wszystko nie sposób. Trzeba jednak przynajmniej starać się dotrzeć do kwestii najistotniejszych. Dla mnie kluczem do zrozumienia Solidarności jest Jacek Kuroń.

 

Adam Michnik parę lat temu zamówił u mnie tekst, o Jacku Kuroniu. Jeszcze go nie napisałem. Powód jest prosty. Dla mnie jest to tekst o największej osobowości politycznej w historii Rzeczypospolitej. Pierwszej, Drugiej, Trzeciej i zapewne paru kolejnych. To ma być tekst o Jego niezwykłej politycznej intuicji woli działania i umiejętnościach które uczyniły z Opozycji Demokratycznej zwycięski ruch. Jego idee wpłynęły na charakter Solidarności, doprowadziły nas do III RP z jej sukcesami w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Do tego trzeba widzieć, umieć pokazać i spróbować wyjaśnić fenomen tamtego czasu. Otóż Jacek nie pojawia się jako samotna jasna gwiazda na tle ponurego PRLu. To niezwykłe, że wraz z Nim rozbłyska cały gwiazdozbiór. Mało tego! Na tle ponurej rzeczywistości ówczesnego bloku sowieckiego błyszczy kilka gwiazdozbiorów podobnej wielkości z Vacłavem Havlem, Janosem Kissem czy samym Andriejem Sacharowem na czele. Jacek Kuroń wyróżnia się wśród nich swoim stylem przywódczym. To dla tego uważam, że był jedynym, który mógł wnieść w kulturę polityczną III RP skuteczność działania w sferze publicznej. Ta specyficzna umiejętność Jacka Kuronia, to nowoczesna, godna XXI wieku, sztuka rządzenia i zarządzania, to po prostu zdolność do kształtowania społeczeństwa obywatelskiego. U Jacka Kuronia Obywatel, to nie tylko zbiór jednostek tworzących suwerena, czyli naród. Obywatel, to źródło decyzji, czyli działania. Jeszcze nie znałem Jacka osobiście, ale znałem już jego wezwanie – Nie palcie komitetów (siedzib PZPR), zakładajcie własne. Jeszcze z nim nie rozmawiałem, a już wiedziałem, że to przywódca na miarę czasu i wyzwań w naszej ówczesnej beznadziejnej sytuacji politycznej. 

Świat demokracji i wolnego rynku, liczni autorzy w swoich książkach i esejach pokazywali sposoby realizacji idei społeczeństwa obywatelskiego. Robi się to poprzez konstytucję, zasadę pomocniczości, usługową rolę administracji publicznej, Służbę Cywilną, wolne media, niezawisłe sądownictwo. To jednak tylko warunek wstępny, narzędzia i instytucje bez których nie mamy co marzyć o działaniu, które ma być zasadą konstytuującą społeczność wolnych i równych obywateli. Rzeczywiste wyzwolenie działania, to piekielnie trudne zadanie. Wymaga bowiem od obywatela bezpośredniego zaangażowania. Wymaga, abyśmy, jako jednostki, wzięli na siebie stosowną część odpowiedzialności za każdą budowaną instytucję społeczną. To dotyczy samorządu terytorialnego, systemu prawa, służby zdrowia, emerytur, oświaty, ekologii itd. Tam, gdzie obywatel jest nieobecny jako indywidualny podmiot, tam wkracza minister ze swoim urzędem i patriarchalnym rozwiązaniem. Zrobi nam dobrze. My nic nie musimy robić. Wystarczy, że będziemy o tym pamiętać przy wyborach.

Jacek Kuroń, to usposobienie doświadczenie i wyobraźnia pozwalające konstruować takie państwo, gdzie obywatel wraz z wolnością bierze na siebie odpowiedzialność. U Jacka Kuronia społeczeństwo obywatelskie to nie mit, to nie idealizm, to nowoczesna, godna XXI wieku Umowa Społeczna. Taka Umowa, to sposób na wyzwolenie nieposkramialnej aktywności obywateli. Zarazem to bardzo wysokie wymagania wobec establiszmentu całkowicie sprzeczne z jego obserwowanym sposobem rządzenia państwem i zarządzania jego służbami. 

Jestem tym, który nie może zrozumieć i pogodzić się, że tej klasy osobowość, polityk, fenomen na skalę Polski, Europy i świata, nie odegrał pierwszoplanowej roli w III RP. Uważam, że tylko Jacek Kuroń był predestynowany do tego, by w kulturę polityczną odrodzonej Polski wnieść to, co było wielkiego w dorobku Opozycji i Solidarności. Uważam, że z tego punktu widzenia potencjał Jacka nie został nawet w części wykorzystany i czuję się za to odpowiedzialny. 

Rozmowa o polskiej transformacji, zawsze mnie ożywia, bo to pytanie o dziedzictwo Opozycji i Solidarności. Zawsze jest to szansa, aby przedstawić własną interpretację tego, czym tamte czasy były z punktu widzenia budowania kapitału społecznego, co Solidarność wniosła w kulturę naszego życia, czego jako obywatele oczekiwaliśmy, jakich problemów byliśmy świadomi, na co byliśmy przygotowani, jak oceniać to, co obserwujemy teraz. Żyję w przekonaniu, że historia naszego kraju nie zna drugiego, równie znakomitego ruchu reform. Tę „znakomitość” łatwo możemy zobaczyć w Programie I Zjazdu Solidarności, w programach reform sądownictwa, edukacji, kultury, służby zdrowia, polityce bezpieczeństwa wewnętrznego i wielu innych. Wysoka jakość tych programów, to zarazem efekt znakomitej strategii ich tworzenia. Ta „znakomitość” to umiejętność oddolnego angażowania ludzi do wspólnej dyskusji, wspólnej pracy nad reformami. Uczestniczyło w tym około miliona działaczy. Wiem tym samym, że to najznamienitszy przykład skuteczności demokracji deliberatywnej, czyli opartej na rozmowie, przekonywaniu. Więcej! Wszyscy mieliśmy świadomość, że ta nasza aktywność zmienia ówczesny system. To coś jeszcze poważniejszego. To już demokracja uczestnicząca (performatywna), to społeczeństwo obywatelskie w pełnym nowoczesnym wydaniu. Nie trzeba wspinać się na wyżyny intelektu, by uświadomić sobie, że takie doświadczenie, to nasz narodowy skarb. Trzeba za to wielkich osobowości i umiejętności intelektualnych, aby go zastosować do reformowania państwa. Zbyt często jednak na kluczowych stanowiskach widzę raczej osobliwości, niż osobowości. Obserwuję przez minione dwadzieścia lat kolejne, odgórnie wprowadzane reformy, ilościowy i jakościowy rozwój policyjnych służb i inspekcyjnych kontroli, fikcyjne konsultacje. Uświadamiam sobie w takich momentach, że to efekt znanego mi autorytarnego modelu rządzenia i zarządzania, który z taką pasją zwalczałem. Taka rzeczywistość bardzo boli. Jeszcze bardziej boli, że tak wielu ludzi czuje się z tym dobrze. Powtarzają, że przecież jest dobrze, że jest lepiej, niż było i jeśli tego nie popsujemy, to będzie jeszcze lepiej. To prawda, ale ja ten TEKST znam. To tekst dyktatorów wszelkiej maści, wszystkich czasów, na wszystkich kontynentach. 

Z reportażu i przytoczonych przez reportera przekleństw wynika, że najbardziej zezłościł mnie los rodzin, dzieci po ojcach zabitych w kopalni Wujek, Nowej Hucie, Lubinie. To oczywiście prawda. Czy kląłem aż tak? To akurat pewne. Mógł to autor wykropkować. Wtedy możnaby skupić się na problemie. A to nie jeden problem, ale całe kłębowisko. Kiedy bowiem Wysoki Urzędnik oświadczył mi, że „nie można zadośćuczynić rodzinom ofiar, bo prawo nie zezwala”, kiedy tę opinię zaakceptowali inni, ludzie Opozycji i Solidarności, runął mój świat. W „moim” dotychczasowym świecie opozycyjno-solidarnościowej tradycji i kultury takie sprawy, jako oczywiste, rozwiązuje się natychmiast, bo jasno i wyraźnie widać, że wymaga tego elementarna sprawiedliwość. Nawet dla elektryka z Ursusa było wiadome, że nie ma w świecie tak prymitywnego plemienia, z tak prymitywnym systemem prawa, żeby zakazywało sprawcy zadośćuczynienia ofierze. Tu sprawcą było państwo. Okazało się że „nasz urzędnik” potrafi. Odwołał się do „prawa”. Tyle, że to było „prawo” czasów PRL. Wiem, że było owocem gwałtu, którego szkoła sowiecka dokonała na niemieckim pozytywizmie prawniczym. Mój świat się walił, bo nie tylko owe „prawo” było z PRLu, ale i jego interpretacja. A ja w międzyczasie przywykłem, że ludzie Opozycji i Solidarności wiedzieli na czym polega praworządność i wynikający z niej obowiązek władzy publicznej. Wszak interweniowano w sprawach o wielokrotnie mniejszej wadze. Solidarnościowe rządy miały wprowadzić praworządność, przywrócić kulturę prawną. 

Czy to był ostatni wyskok sowieckiej szkoły prawa? Czy to był tylko epizod? Niestety, nie. Dziesiątki, setki ludzi latami dopomina się sprawiedliwości. Ich firmy przechodzą dziesiątki kontroli, bankrutują, oni tracą majątek. Kiedy wreszcie przychodzi sprawiedliwość, są zbyt umęczeni, by się nią cieszyć. Ilekroć też czytam statystyki o ilości ustaw i rozporządzeń, ile razy nowelizujemy prawo podatkowe, tylekroć powraca do mnie tamto autorytarne pojmowanie prawa jakie dopadło mnie u progu III RP. Mój świat się zawalił, bo nauczono mnie wcześniej, że w losie pojedynczego człowieka, pojedynczej rodziny, upadku firmy możemy dostrzec błędy całego systemu. Prawidłowe rozstrzygnięcie w jednej sprawie, może być rozwiązaniem ogólnego problemu. Tymczasem nagle zobaczyłem, że są oto problemy ludzkie nad którymi przechodzimy do porządku dziennego, bo…? „Realizujemy wielkie dzieło systemowej zmiany”!!! Znam ten syndrom myślowy: Gdzie drwa rąbią…. 

Ludzie konspiry pozostają problemem III RP. Wielu z nich świetnie sobie radzi. Widzę jednak, że prawie wszyscy mamy podobny problem. Opisuje się nas, jako tych, którzy szukają etatu. Tymczasem Solidarność i konspiracja, to dla nas czas znakomitej lekcji pod tytułem „demokracja w działaniu”. Co więcej! Była to lekcja z piekielnie trudnym egzaminem końcowym, a nie był to TEST! To był egzamin ze strategicznego myślenia, pracy w zespole, sztuki negocjacji i kompromisu, odpowiedzialności za los państwa i jego obywateli. Egzamin zdany tak dobrze, że do dziś wprawia w zdumienie obserwatorów z Europy i reszty świata. To zatem, czego oczekiwaliśmy od przywództwa III RP, to zadań na miarę naszych umiejętności, naszej odpowiedzialności poświadczonych egzaminem. To Solidarność i konspiracja nauczyła nas, że zadanie, to coś zupełnie innego, niż etat. Cały tamten czas był po prostu realizowaniem kolejnych zadań. To coś zupełnie innego niż urzędowanie, niż piastowanie stanowisk. Ta cecha establishmentu była i pozostaje dla wielu ludzi konspiry obca. Czyż nie na tym właśnie miało się opierać społeczeństwo obywatelskie III RP??? Obserwując kolejne solidarnościowe (i nie tylko) rządy, nie mam wątpliwości. To, co budowało Solidarność, co w niej rozkwitało setkami inicjatyw, czyli umiejętność stawiania zadań, wykorzystania zasobów ludzkich, zarządzania przez cele zanikła całkowicie. Dzisiaj też kwitnie, ale urzędowanie, piastowanie (stanowisk), mnożenie i rozdawanie etatów. 

Strategia, drogi polskiej transformacji rozstrzygały się poprzez wybór pierwszego niekomunistycznego premiera. Mieliśmy trzech znakomitych kandydatów. Jacka Kuronia, Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego. W każdej chwili mógł też objąć tę funkcję Lech Wałęsa. Chyba jednak nie brał tego pod uwagę. Pod przywództwem każdego z nich transformacja toczyłaby się inaczej. Gdy chodzi o Tadeusza, zawsze staram się mocno podkreślić, że to jedyny Premier, z którego jako obywatel jestem dumny. Dumny, bo uważam , że starczyło mu siły i determinacji, by z rzadką w naszej polityce rozwagą poprowadzić kraj przez „Morze Czerwone”. Zarazem jestem bardzo krytyczny. Solidarność bowiem, wraz z Solidarnością Rolników Indywidualnych, Solidarnością Rzemieślników i Niezależnym Zrzeszeniem Studentów, to przeszło dziesięciomilionowy ruch. Nie powstałby, gdyby nie umiejętność rządzenia i zarządzania godna XXI wieku. Ten Ruch opracowywał reformy wszystkich dziedzin naszego życia. Należało go zatem użyć do reformowania a nie wykorzystać. Uważam, że prawidłowo użyty ujawniłby swój reformatorski potencjał i odpowiedzialność, pogłębiłby dotychczasowe doświadczenie, pozwoliłby uniknąć wielu problemów zrodzonych reformami. Wykorzystany jako parasol dla rządu, szybko zużył swój kapitał zaufania i poparcia społecznego, zwiądł intelektualnie, zredukowany został do prostych zadań związkowych. 

Moja krytyka nie ma charakteru napaści, pretensji czy choćby zarzutu. Uważam po prostu, że rządy Tadeusza Mazowieckiego potrzebują krytycznego namysłu, bowiem krytycznego namysłu wymaga pytanie, czy opozycyjne i solidarnościowe doświadczenie pozwalało przeprowadzić nasze reformy skuteczniej. Ja uważam, że tak. Pozostaję w przekonaniu, że pod rządami Jacka Kuronia lub Bronisława Geremka wszystko toczyłoby się inaczej. W naszych rozmowach obaj podkreślali, że mając w zapleczu taki fenomen, jak Solidarność należy „rządzić ruchem”. Oznaczało to, że reformujemy dając zadania ludziom i strukturom Solidarności. Znaczyło to, że reformujemy tylko tyle i aż tyle, ile zdołają wziąć na siebie zadań i odpowiedzialności. Jestem przekonany, że idąc tą drogą mielibyśmy dziś lepszą Polskę. „Lepsze” bywa oczywiście wrogiem „dobrego”. Pogodziłbym się z tym co jest, gdyby nie codzienna Gazeta Wyborcza i „Czarno na Białym” w TVN. A tam krytycznie o służbie zdrowia, o oświacie i testach, o CBA, o podatkach, o Prokuraturze i Sądownictwie. Pokazują mi, jak jest, a ja, niestety, pamiętam jak miało i mogło być! Pamiętam po prostu nasze programy.

Źródło: zbigniewbujak.natemat.pl

Dodaj komentarz