RSS
 

Lis – Tusk

Tomasz Lis – Satrapa Tusk?

Właśnie dostałem SMS-a od znajomego, prywatnie (cóż za niespodzianka) wyborcy PO. „Tusk przesadził, to arogancja, mówić ludziom, że jak w referendum odrzucą Gronkiewicz-Waltz, to on ją zrobi komisarzem. To arogancja. Stracił instynkt samozachowawczy”. Naprawdę?

 

W istocie nie wygląda to najlepiej. Premier, który wcześniej wzywa do zbojkotowania referendum, teraz mówi warszawiakom, że wynik referendum wynikiem, ale i tak na stanowisku pozostawi urzędującą panią prezydent. Donald Tusk oczywiście zdaje sobie sprawę z wymowy tego komunikatu. Decyduje jednak z jakichś powodów, że komunikat jest właściwy. Pytanie dlaczego tak robi.

Odpowiedź A – jest arogancki. Odpowiedź B – widzi w tym polityczny sens. Wrogowie Tuska oczywiście przyjmują wariant A. Wariant A nie wyklucza jednak wariantu B – premier robi tak, bo widzi w tym polityczny interes, swój i Platformy. Pytanie jaki.

Sens dwóch komunikatów – nie idźcie na referendum i – tak czy owak Gronkiewicz-Waltz – jest jasny. Pierwszy komunikat ma zniechęcić do udziału w referendum zwolenników pani prezydent. Wśród głosujących na pewno przegra, jeśli więc pójdziecie na referendum de facto poprzecie jej odwołanie. Drugi komunikat ma zniechęcić do głosowania wrogów pani prezydent – po co macie iść na referendum, skoro i tak będzie jak było.

Donald Tusk musiał poprzedzić wydanie drugiego komunikat kalkulacją. Jeśli powiem, że tak czy owak Gronkiewicz-Waltz, wyjdę na aroganta. Ale z drugiej strony, jeśli uda mi się zniechęcić do udziału w referendum przeciwników pani prezydent, to – według wszelkiego prawdopodobieństwa – frekwencja będzie za niska, by wyniki referendum były ważne. Ergo – będzie można ogłosić sukces.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Tusk zapewne uznał, że Warszawa jest jego Stalingradem. Jeśli platformerska prezydent przegra, będzie to też klęska PO. Po takiej klęsce Platforma mogłaby się już nie podnieść. Jeśli jednak PO to referendum wygra, będzie można ogłosić tryumf. Będzie też szansa na odwrócenie tak bardzo niekorzystnej dla niej tendencji.

Metafora ze Stalingradem może być oczywiście ryzykowna, bo Tusk jest w niej Niemcem. Mamy jednak do czynienia ze zbalansowaniem się mateforycznych konsekwencji, bo skoro on jest Niemcem, to PiS jest Armią Czerwoną. Metafora nie może być więc odczytywana literalnie. Dwa wielkie zła się znoszą.

Teraz powrót do ad remu. Strategia premiera jest bardzo ryzykowna, ale jednocześnie bardzo racjonalna. Donald Tusk najwyraźniej zdecydował, że arogancję może mu wybaczą (tym bardziej, że problem z nią i tak będą mieli głównie wrogowie PO), za to klęski nie wybaczy mu nikt. Doszedł więc do wniosku, że jakoś poradzi sobie z wizerunkiem Tuska aroganta, ale z wizerunkiem Tuska ponoszącego klęskę, który przestaje się liczyć w grze, nie poradzi sobie żadną miarą.

Powtarzam, kalkulacja ryzykowna, ale racjonalna. Czy słuszna? To będziemy wiedzieć nawet nie wtedy, gdy poznamy wyniki referendum, ale wtedy, gdy dowiemy się jak w nim była frekwencja. Jeśli za niska, premier wygra, jeśli odpowiednia, przegra ten mecz 0-2. Nie dość, że przegrał, to jeszcze okazał arogancję.

Tusk wie, że panu Guziałowi chodzi o osobistą promocję, a PiS-owi o zadanie Platformie cięzkiego ciosu – o żadną Warszawę tu przecież nie idzie. Dostrzega, że toczy się brutalna polityczna rozgrywka i stosuje w niej brutalne polityczne środki. Gra ostro i ryzykownie, ale – jak się wydaje – gra sensownie, czyli z szansą na wygraną.

Metafora ze Stalingradem, jak powiedziałem, jest ryzykowna, ale trudno, skoro tak, to pociągnę ją jeszcze bardziej. Pewien kanclerz Niemiec, niewątpliwie potwór w dziejach największy (no dobrze, potwór rosyjski mu dorównywał), powiedział jednak kiedyś rzecz potwornie cyniczną, ale w polityce – niestety – zwykle prawdziwą. „Zwycięzców nikt nie sądzi”. Jeślin Tusk to rozdanie wygra, nikt nie będzie mówił o jego arogancji, wszyscy będą mówić o ryzykowanym wariancie, który się powiódł. Jeśli przegra, zabiją go za klęskę i za cynizm.

13 października 2013. To będzie w polskiej polityce ważny dzień. Na Służewiec i końskie wyścigi chodzi niewielu. Prawdziwa Wielka Warszawska przed nami. Nie na Służewcu, ale w lokalach wyborczych.

Źródło: Blog Tomasza Lisa

Dodaj komentarz