RSS
 

23.10.14

 

Ukraińska decyzja, minister na gminnym spędzie, Erbel i dziennikarze. Piątek, 24 października 2014

Oto pięć tekstów na dziś.

PISM. Jewgen Worobiow, Piotr Kościński. Co po wyborach na Ukrainie: reformy czy powrót oligarchów?
Analiza Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych przed wyborami na Ukrainie. Materiał zwięzły, ale doskonale zarysowujący sytuację: 
http://www.pism.pl/publikacje/biuletyn/nr-113-1225

Krytyka Polityczna. Maciej Gdula: Lekcja z Czerskiej
„Przeczołganie Erbel pozwoli dziennikarzom i podobnej do nich publiczności spokojnie zagłosować na HGW. Oczyścili swoje sumienie i zlikwidowali dysonans poznawczy” – tak o skutkach afery z wywiadem Joanny Erbel pisze Gdula. Ciekawy tekst, choć nie bez generalizacji:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/miasto/20141023/gdula-lekcja-z-czerskiej

Lewicowo.pl Wiktor Woroszylski: Dziennik węgierski
Na stronie pełnej niezwykle ciekawych archiwaliów z dziejów polskiej lewicy tym razem bardzo obszerny fragment Dziennika węgierskiego Woroszylskiego. To z okazji 58 rocznicy wybuchu powstania na Węgrzech:
http://lewicowo.pl/dziennik-wegierski/

300 polityka. Marek Migalski: Halicki w Wieliszewie, czyli jak się robi politykę.
Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł, to nie najprostsze drwiny z ministra biegającego po gminnych eventach, ale całkiem ciekawy tekst o praktyce, kuchni polityki: 
http://300polityka.pl/blog/2014/10/23/blog-migalskiego-halicki-w-wieliszewie-czyli-jak-sie-robi-polityke/

Lewica24. Adam Ostolski: Solidarność musi działać w obie strony
Z apelu przywódcy polskich Zielonych w sprawie pakietu klimatycznego: „Nie wiem, w czyim interesie polski rząd wetuje solidarność energetyczno-klimatyczną w Unii Europejskiej, ale na pewno nie jest to polska racja stanu. Polską racją stanu jest dziś uniezależnianie się od paliw kopalnych, których bardzo dużo importujemy właśnie z Federacji Rosyjskiej”: 
http://lewica24.pl/ludzie-i-polityka/44-ludzie-i-polityka/5374-ostolski-solidarnosc-musi-dzialac-w-obie-strony.html

 

 

Dzieci Wołodina, okręt Putina i Pan Marszałek. Czwartek, 23 października 2014

Pięć tekstów dnia. Wybrane według TYCH ZASAD.

Media w Rosji. Władimir Pastuchow: Dzieci Wołodina. Rewolucja w rosyjskich korytarzach władzy.
Władimir Pastuchow o nowych rosyjskich elitach: „Jeszcze nie wspięli się na sam szczyt kremlowskiej piramidy, ale moskiewskie korytarze władzy w coraz większym stopniu zaludniają przedstawiciele młodego pokolenia. Nie mają poglądów, chcą się dorobić, gotowi są posłusznie wykonywać instrukcje pracodawcy” : 
http://media-w-rosji.blogspot.com/2014/10/dzieci-woodina-rewolucja-w-rosyjskich.html

OSW. Justyna Gotkowska. Rosyjska gra na Bałtyku – przypadek szwedzki
„Obca aktywność podwodna w szwedzkich wodach terytorialnych”. Choć to na Północy, to temat w sam raz dla think-tanku zajmującego się Wschodem: 
http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2014-10-22/rosyjska-gra-na-baltyku-przypadek-szwedzki

Instytut Obywatelski. Donatella Della Porta: Demokracja w likwidacji
Nowa Lupa IO – tym razem o europejskich protestach społecznych. A w niej m.in. tekst włoskiej socjolożki. ” neoliberalizm pożarł demokrację liberalną, prawa socjalne przemielił na makulaturę, pozwolił rozpanoszyć się branży finansowej i ograniczył władzę państw. Powraca kwestia demokracji – udziału obywateli w życiu publicznym i oporu wobec absolutyzmu przywilejów.”- zaczyna Della Porta. :
http://www.instytutobywatelski.pl/22217/lupa-instytutu/demokracja-w-likwidacji
 Link do całej nowej LUPY IO:
http://www.instytutobywatelski.pl/cykl/protestem-po-wladze

Res Publica Nowa: Władzy nie wolno galopować
„Gdzie byśmy się znaleźli, gdyby Sikorski nie został marszałkiem Sejmu, który do dyspozycji ma Straż Marszałkowską, ale szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który nadzoruje pracę policji i służb specjalnych?” – pyta w swym stanowisku redakcja Res Publiki. Dobre pytanie: 
http://publica.pl/teksty/wladzy-nie-wolno-galopowac-47926.html

Kultura Liberalna. Jakub Krupa: Demokracja nieautoryzowana
Jeszcze jeden tekst o zachowaniu Sikorskiego. Także Kultura Liberalna nie znalazła zbyt wiele zrozumienia dla Pana Marszałka. „Nigdy, w żadnych okolicznościach, niezależnie od dobrych intencji i międzynarodowych interesów, nie można tolerować tego, by marszałek Sejmu tłumaczył się z bardzo drażliwych tematów nie wszystkim wyborcom, lecz wybranym mediom. ” – pisze między innymi Krupa:
http://kulturaliberalna.pl/2014/10/22/demokracja-nieautoryzowana-radoslaw-sikorski-politico-wywiad/

Codziennie znajdą tu Państwo pięć najciekawszych (to subiektywne zdanie prowadzącego Przegląd) tekstów dnia. Wyselekcjonowane zostały spośród wszystkich publikacji TYCH SERWISÓW z ostatnich 24 godzin według TYCH ZASAD. Wszystkie wybrane materiały dnia – zwykle ok 20-stu – znajdą Państwo natomiast zawsze w Magazynie Przeglądu Idei. 

I kto tu jest matołkiem?

Tomasz Lis
23.10.2014
Tym razem, słowa krytyki pod adresem marszałka Sikorskiego zawrę na początku tekstu, bo lektura części wpisów pod moimi poprzednimi tekstami, każe mi podejrzewać, że część z szanownych Państwa, szczególnie ci, którym uruchamiają się ślinianki i gotowość do plucia, gdy słyszą moje nazwisko, komentuje nie doczytawszy tekstu do końca. A często nie przeczytawszy go w ogóle.Marszałek Sikorski popełnił błąd. Wiele błędów. Nie powinien w ogóle wspominać o sprawie, bo powinien wiedzieć, jakie są skutki jego słów. Mniej więcej takie, jak skutki spuszczenia granatu do szamba. Wiadomo było, a w każdym razie on sam powinien był wiedzieć, że zostanie odsądzony od czci i wiary, że zarzucą mu, iż jest niekompetentnym cymbałem.Powinien wiedzieć, że – biorąc pod uwagę naszych polityków i większość dziennikarzy oraz ich do bólu przewidywalne reakcje – będzie to też wielki kłopot dla jego partii. Nie powinien organizować konferencji prasowej, skoro nie chciał odpowiadać na pytania. Nie powinien pytań ignorować, skoro już padają. Nie powinien odsyłać dziennikarzy do swego wywiadu.To mniej więcej, choć raczej więcej, mówią wszyscy. Wciąż trwa natomiast debata na temat tego, czego dotyczą zaprzeczenia Sikorskiego z jego ostatniej konferencji. Ponieważ część nie wie, czego dotyczą, korzystają z okazji (szczególnie jeden superbrukowiec), by Sikorskiego skopać i ośmieszać. Powtarzam, Sikorski zasłużył na ostrą krytykę, ale nie na szyderstwa, szczególnie ze strony tych, których zdolności intelektualne uniemożliwiają zrozumienie tego, do zrozumienia czego wystarczy lektura.

A więc powtórzmy – czego dotyczyły zaprzeczenia marszałka Sikorskiego? Otóż wystarczy przeczytać zapis jego popołudniowej konferencji, by wiedzieć, iż on wcale nie zaprzeczył, że usłyszał o słowach, które prezydent Putin miał wypowiedzieć do premiera Tuska. Nie ma w tym tekście takiego zaprzeczenia.

Sikorski, mówiąc, że zawiodła go pamięć, wspomina wyłącznie o tym, że – wbrew temu, co sugerował wcześniej, nie doszło do spotkania Putin – Tusk w cztery oczy. „Mnie zawiodła pamięć”, stwierdza.

A co z zaprzeczeniem faktu, że takie a nie inne słowa Putina padły? Takie zaprzeczenie z ust Sikorskiego nie padło. Więcej, nie całkiem wprost Sikorski potwierdził to, co wcześniej powiedział w wywiadzie dla serwisu Politico i w wywiadzie dla wyborcza.pl. I to trzykrotnie.

Najpierw utrudnijmy sobie jednak zadanie. W odpowiedzi na pytanie dziennikarza PAP marszałek mówi o słowach, jakie miał wypowiedzieć Putin – „to co kiedyś powiedział czy nie powiedział”. Nie mamy tu jednak zaprzeczenia, że Putin to powiedział. Na pytanie dziennikarza TVN24, czy Sikorski „wycofuje się ze stwierdzenia, że w 2008 roku podczas tej wizyty te słowa mogły paść”, Sikorski odpowiada – „W tej sprawie zawiodła mnie pamięć, tak”. Sikorski nie mówi więc, że słowa nie padły. Stwierdza, że w tej sprawie zawiodła go pamięć. Trudno pamiętać czy „zawiodła mnie pamięć” dotyczy tego czy było spotkanie Putin – Tusk w cztery oczy czy też tego, że słowa Putina padły w czasie tamtej wizyty. Sikorski nie stwierdza tu jednak,że w ogóle nie padły.

Aż trzy raz natomiast Sikorski de facto potwierdza, że takie słowa Putina padły. Najpierw mówi – „jeśli są jakieś pytania w sprawie, która była jakimś ponurym żartem, ale w świetle tego, co się zdarzyło w ostatnich latach nabrały innego znaczenia”. A więc słowa Putin wypowiedział, a Sikorski słysząc o nich uznał to za ponury żart.

W innym miejscu Sikorski stwierdza – „z ponurych żartów nie robi się notatek”. W jeszcze innym – „to co usłyszałem w 2008 roku w Bukareszcie było bardziej dramatyczne niż ten ponury żart”.

Proponuję więc zakończyć dyskusje czy Sikorski stwierdził, że słowa Putina nie padły, bo próbując odkręcić całe zamieszanie de facto trzy razy przyznał, że padły. Sam nie chciał brnąć pewnie dalej, bo zdawał sobie sprawę, że szczególnie Donalda Tuska postawił w idiotycznej sytuacji. Teraz Sikorski też pewnie nie będzie już tego wyjaśniał, bo wie, że jego największym sojusznikiem jest w tym momencie milczenie.

Radosław Sikorski popełnił rzeczywiście wiele błędów. Już za nie zapłacił. Będzie płacił pewnie jeszcze długo. I słono. Krytykowanie go jest więc uzasadnione, ale nie jest uzasadnione kopanie go, sprawiające w niektórych wypadkach bardzo silne wrażenie, że ktoś chce odreagować swe, skądinąd uzasadnione kompleksy. Jest zabawne, że prawdziwe matoły nazywają teraz Sikorskiego dyplomatołkiem.

To, co najważniejsze – ujawnienie tej rozmowy absolutnie nic by nie zmieniało, stanowiłoby wyłącznie dyplomatyczny skandal. Jako się rzekło – prezydent Kaczyński słyszał mniej więcej to samo, a – nawet po Gruzji – w 2010 roku chciał lecieć z generałem Jaruzelskim do Moskwy, by razem z Putinem świętować zakończenie wojny.

Żeby była pełna jasność – uważam, że Lech Kaczyński realizując plan wyjazdu do Moskwy miałby rację, choć akurat generała Jaruzelskiego na pokład samolotu pewnie zapraszać nie musiał. Choć – z jakichś względów zaprosił. Dobrze byłoby więc zakończyć infantylną dyskusję o tym, jak bardzo inna mogłaby być polityka Polski i Zachodu wobec Rosji, gdyby tylko Sikorski powiedział głośno to, co od kogoś, pewnie od Donalda Tuska, usłyszał. Putin, niestety, mówił mniej więcej to samo często i gęsto. Ani prezydent Kaczyński, ani tym bardziej świat, nic z tym nie zrobił.

tomaszlis.natemat.pl

Lasek: Schyłek „konferencji smoleńskich”. Ze zdziwieniem zauważyłem, powrót do teorii sztucznej mgły

Anna Siek, 23.10.2014
Maciej LasekMaciej Lasek (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Wg Macieja Laska. szefa PKBWL, kończy się czas wielkich „konferencji smoleńskich” organizowanych pod wodzą Antoniego Macierewicza. – Ubiegłoroczna konferencja trwała trzy dni – w tym roku ograniczyła się do jednego dnia. Mamy do czynienia z odświeżaniem starych hipotez. Widać, że ta grupa nie ma już pomysłów na to, w jaki sposób prowadzić narrację – mówił w TOK FM.
Na oficjalną analizę hipotez, przedstawionych podczas III Konferencji Smoleńskiej, przyjdzie nam poczekać. Bo jak wyjaśnił szef PKBWL Maciej Lasek w TOK FM, trzeba czekać na publikację materiałów przedstawionych podczas konferencji. – A przypomnę, że referaty przedstawione podczas poprzedniej konferencji zostały opublikowane dopiero po 10 miesiącach – mówił gość „Poranka Radia TOK FM”.Według szefa Państwowej Komisji badania Wypadków Lotniczych, „mamy chyba do czynienia ze schyłkowym okresem organizacji tzw. konferencji smoleńskich”. – W ubiegłym roku, jeśli dobrze pamiętam, konferencja trwała trzy dni i przedstawiono ponad 40 referatów. W tym roku ograniczyła się do jednego dnia.

 

Dla Macieja Laska, najlepszym argumentem na poparcie tezy, o końcu czasu konferencji smoleńskich, jest to, że „mamy do czynienia z odświeżaniem starych hipotez”. Widać, że ta grupa nie ma już pomysłów na to, w jaki sposób prowadzić narrację. Ze zdziwieniem zauważyłem, że wrócono do teorii sztucznej mgły. A nawet do tego, że w miejscu katastrofy podrzucono szczątki innego samolotu.„Wędrujące wybuchy”Kolejną „kuriozalną teorią”, do której wrócili eksperci uczestniczący w konferencjach smoleńskich, jest wybuch w prezydenckim samolocie. – Za każdym razem, kiedy mówią o wybuchu, dowiadujemy się, że doszło do niego w innym miejscu. Była już przecież mowa o wybuchu w skrzydle, kadłubie, prezydenckiej salonce, w bagażniku. Musi pani przyznać, że to bardziej zakrawa na scenariusz taniego filmu sensacyjnego niż badania naukowe. Widać, że te wybuchy „wędrują”. A to dlatego, że nie można znaleźć dowodów na poparcie tezy o wybuchu – mówił Maciej Lasek w rozmowie z Janiną Paradowską.

 

tokfm.pl

 

CZWARTEK, 23 PAŹDZIERNIK 2014 14:26

BLOG MIGALSKIEGO: Halicki w Wieliszewie, czyli jak się robi politykę

halicki1

W niedzielę Marcin Zaborowski, dziennikarz radiowej Trójki, zamieścił na twitterze wpis o Andrzeju Halickim, który uczestniczył w Wieliszewie (województwo mazowieckie) w otwarciu ulicy Kościelnej. Opatrzył tę informację lekko zgryźliwym komentarzem: „Z cyklu nie do wiary…”. Wpis ów skłonił mnie do reakcji – najpierw na twitterze, a teraz w tej formie.

Nie ma bowiem racji Zaborowski dziwiąc się tej wizycie. Ona to wszak, a nie praca w ministerstwie, stanowi o być albo nie być Halickiego. „Nie do wiary” to byłoby raczej ślęczenie w pracy od poniedziałkowego ranka. Co bowiem czyni go ważnym uczestnikiem polskiego życia politycznego? Właśnie wizyta w Wieliszewie, a nie praca w ministerstwie.

Co Halicki robił w niedzielę na ulicy Kościelnej? Prawdopodobnie towarzyszył jakiemuś swojemu totumfackiemu w propagandowym evencie. Czyli wspierał swego człowieka, który kiedyś wesprze jego. Czy były tam media? Zapewne dotarli dziennikarze „Głosu Wieliszewa” oraz bloger z portalu „Nasz Wieliszew”. Informacja o tym, że PAN MINISTER ZASZCZYCIŁ NASZĄ GMINĘ będzie przez tydzień wisieć na jedynkach obu mediów. Czy na otwarciu ulicy Kościelnej byli jacyś mieszkańcy? Z całą pewnością. Byli ukontentowani możliwością uściśnięcia ręki tak ważnej osoby, która przez przypadek jest także mazowieckim baronem Platformy. Przez przypadek także już za miesiąc odbędą się wybory samorządowe. Czy wizyta pana ministra zwiększyła szanse lokalnej PO? Oczywiście – choć, co jasne, nie wiemy, w jakim stopniu.

Czy zatem możemy się dziwić wizycie Halickiego w Wieliszewie? W żadnym stopniu. Wyborcy uwielbiają gdy politycy, zwłaszcza ważni, do nich przyjeżdżają. Sądzą wówczas, że są przez nich szanowani i cenieni. Takich właśnie polityków uznają potem za dobrych i skutecznych. To przyjazd do wyborców i wspólne z nimi obcowanie czyni polityka – w oczach demosu – osobą kompetentną i wartą poparcia. Nie żadne tam prace, głosowania czy działania w ministerstwie. To podstawowe kryterium oceny reprezentantów ludu używane przez ów lud.

Halicki to świetnie rozumie – że jedynym innym miejscem (prócz Wieliszewa), gdzie mógłby poprawiać swoją pozycję polityczną była w niedzielę Schetynowa pieczara. Nie żadne tam ministerstwo, w którym tylko traci czas. Ono jest dobre, bo można za jego pomocą kierować wojewodami i obsadzić kilkaset miejsc swoimi ludźmi, ale nic ponad to. Dokonania merytoryczne ministerstwa nie mają żadnego (słownie – żadnego) wpływu na to, czy Halicki wzmocni swoją pozycję polityczną, czy też nie. Jeśli nie zaliczy jakiejś spektakularnej wtopy czy afery, jego działania jako ministra w najmniejszym stopniu nie zadecydują o tym, jak będzie odbierany przez elektorat. Jedynie aparat partyjny będzie w stanie ocenić, czy wykorzystał on swoją funkcję do wzmocnienia swej frakcji i znalezienia dobrych fuch swoim ludziom, czy też okazał się gapą, kłamcą i oszustem i tego nie zrobił. Przeciętny wyborca, w dniu głosowania, w żadnej mierze nie będzie się kierował w swych decyzjach dokonaniami Halickiego jako ministra.

Jednak jeśli mazowiecki baron, wzorem niedościgłego w tej sztuce Jerzego Buzka, nie opuści żadnego festynu, koncertu i dożynek w swoich okręgu przez kilka lat, to może być pewien długiej pamięci i wdzięczności swego elektoratu. Ludzie będą wiedzieć, że – peregrynując od straganu do straganu, od remizy do remizy – udowodnił aż nadto dobitnie, jak wytrawnym jest politykiem, jak świetnym jest ministrem, i jak dobrym jest człowiekiem. Czyż na kogoś takiego można nie oddać głosu? Oczywiście, że nie!

Dlatego nie miał racji red. Zaborowski uśmiechając się ironicznie pod nosem i kpiąc z wizyty Andrzeja Halickiego w Wieliszewie. Był on w niedzielę dokładnie tam, gdzie winien był być i gdzie oczekiwał go demos. A on to wszak rozstrzyga ostatecznie, kto jest dobrym, a kto złym politykiem.

fot. Paweł Kownacki Wójt Gminy Wieliszew na FB Paweł Kownacki Wójt Gminy Wieliszew

300polityka.pl

 

Teraz YouTube. Czy nastąpi zmierzch telewizji?

Kończy się czas dominacji telewizji. Najważniejszym nadawcą wideo jest dziś serwis internetowy YouTube. I to właśnie on kreuje nowe gwiazdy, takie jak Sylwester Wardęga, które są idolami widzów i podbierają stacjom telewizyjnym budżety reklamowe

ZOBACZ ZDJĘCIA »Wardęga

Sylwester Wardęga i pies Chica, fot. Aleksander Majdański/Newspix.pl

Za granicą sieci partnerskie są gigantami. Niemiecki Mediakraft, który ma też oddział w Polsce, pozyskał w tym roku od inwestorów 23 mln dol. na dalszy rozwój. Disney kupił sieć Maker Studios, płacąc rekordowe 500 mln dolarów, z możliwością zwiększenia tej kwoty do 950 mln dolarów. A jeszcze osiem lat temu Google zapłacił ok. 1,65 mld dolarów za cały YouTube.

Zobacz też: Dolina Krzemowa inwestuje w pomysły spod Wawelu

Dynamicznie rośnie rynek reklamy internetowej. Także w Polsce: według badania IAB AdEx, w ubiegłym roku był wart ponad 2,4 mld złotych, z czego ok. 6,9 proc. przypadło na wideo. Cały rynek urósł w porównaniu z 2012 rokiem o 10,2 proc., a reklama wideo – o ok. 33 procent.

Najpopularniejsi polscy youtuberzy

1 z 101. SA Wardęga - 2,5 mln subskrybentów

1. SA Wardęga – 2,5 mln subskrybentów

Najpopularniejszy polski youtuber stał się popularny dzięki swoim prankom – dowcipom urządzanym niczego nie spodziewającym się ludziom. Jego filmiki, w których paraduje po Warszawie przebrany za Spider-Mana, blokuje tramwaje w stroju Gandalfa z „Władcy Pierścieni”, czy prowokuje na różne inne sposoby policję i służby mundurowe obejrzano w sumie ponad 350 milionów razy. więcej »

W Polsce o wpływy i zajęcie jak najlepszej pozycji na rosnącym rynku walczą cztery krajowe i dwie zagraniczne sieci partnerskie. Najwięcej twórców, bo aż 400, współpracuje z założoną w roku 2010 siecią Agora Internet Artists. Współpracuje z nią m.in. najpopularniejsza w Polsce trenerka fitness Ewa Chodakowska, kilku artystów kabaretowych znanych z anteny TVP 2, a także twórcy kanałów popularnonaukowych czy poświęconych grom wideo. W sumie wszystkie kanały skupione w sieci Agory subskrybuje ponad 6 milionów widzów.

Partnerem YouTube jest też Independent Digital, dystrybutor muzyki i wideo pochodzących z niezależnych polskich wytwórni. Polski oddział ma też niemiecki gigant Mediakraft, skupiający w sumie 2 tysiące twórców, przede wszystkim w kraju swojego pochodzenia. Chętnych na wykrojenie kawałka reklamowego tortu jest więcej – niedawno wystartowała agencja Brand Tube, należąca do grupy G7 Media, która wcześniej zajmowała się reklamą i PR pod marką Livebrand.

LifeTube
Barbara Sołysińska i Radosław Kotarski, założyciele LifeTube, fot. Krzysztof Żuczkowski

Liderem rynku jest niezaprzeczalnie LifeTube, działająca od nieco ponad roku sieć partnerska, która skupia wprawdzie dziesięciokrotnie mniej youtuberów niż sieć Agory, ale wśród nich znaleźli się ci najpopularniejsi. Oprócz Sylwestra Wardęgi są to m.in. trio z AbstrachujeTV, prowadzący rozrywkowy talk-show z celebrytami Łukasz Jakóbiak czy konfrontujący z rzeczywistością popularne reklamy telewizyjne AdBuster. Łączna liczba subskrypcji kanałów zrzeszonych w LifeTube przekracza 11 milionów i dzięki temu jest to jedna z 50 największych sieci partnerskich YouTube na świecie.

LifeTube to wspólne przedsięwzięcie Barbary Sołtysińskiej, specjalistki od komunikacji, która wcześniej kierowała PR-ową częścią Livebrandu i została prezesem nowej firmy, oraz Radosława Kotarskiego – youtubera, twórcy kanału popularnonaukowego „Polimaty”, w którym dzieli się przystępną wiedzą na różne tematy: od pochodzenia polskich imion do historii cenzury w PRL. Spółkę założyli w połowie roku 2013, dochodząc do prostego wniosku: przyszłość reklamy wideo to właśnie YouTube, polski rynek dopiero raczkuje, a obecni na nim gracze nie wykorzystują w pełni potencjału drzemiącego w internetowym wideo.

Kotarski jest aktywnym youtuberem od dwóch lat, a jego kariera potoczyła się dość przypadkowo.

12345

forbes.pl

 

Grzegorz Bierecki SKOK-iem po władzę. Senator PiS chce kandydować na prezydenta RP czy przejąć partię?

Bianka Mikołajewska, 24.10.2014
Jarosław Kaczyński i Grzegorz Bierecki 5 października 2011 r. w Białej Podlaskiej. Lider PiS kilka dni przed wyborami<br />
parlamentarnymi osobiście wsparł kampanię twórcy SKOK-ówJarosław Kaczyński i Grzegorz Bierecki 5 października 2011 r. w Białej Podlaskiej. Lider PiS kilka dni przed wyborami parlamentarnymi osobiście wsparł kampanię twórcy SKOK-ów (fot. WITOLD ROZBICKI/REPORTER)
Senator PiS Grzegorz Bierecki, twórca SKOK-ów, konsekwentnie buduje swoją polityczną pozycję. Zaczął od opanowania Podlasia. Chodzi jednak o znacznie wyższą stawkę.
- Liczymy na to, że Polska będzie się już niedługo zmieniała od góry. Ale może się też zmieniać od dołu. Nikt nie powiedział, że nie można zacząć w Białej Podlaskiej – mówił w czerwcu w tym mieście Jarosław Kaczyński. Podsumowywał szkolenia samorządowców zorganizowane przez fundację Grzegorza Biereckiego.- Słowa prezesa mogą być prorocze: Biała Podlaska może się stać pierwszym przyczółkiem Biereckiego i jego ludzi w drodze po władzę. Media piszą, że senator chce kandydować na prezydenta RP. Ale obawiam się, podobnie jak wielu kolegów, że chodzi raczej o przejęcie partii – zdradza działacz podlaskiego PiS. SKOK spadochroniarza Bierecki należy do twórców Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo–Kredytowych. Gdy w 2011 r. startował do Senatu, był jeszcze prezesem Kasy Krajowej nadzorującej wszystkie SKOK-i w Polsce. Jego władza miała jednak zostać ograniczona w 2012 r. gdy SKOK-i przejdą pod kontrolę Komisji Nadzoru Finansowego. Gdy to nastąpiło, Bierecki przestał szefować Krajówce, ale wciąż pełni wiele funkcji w systemie SKOK.Pochodzi z Gdańska, ale PiS zaproponował mu w 2011 r. start w wyborach z Podlasia. – Nie mieliśmy w okręgu dobrego kandydata. A Bierecki, z zapleczem w SKOK-u, dawał szanse zwycięstwa. Choć podśmiewaliśmy się, gdy dowodził swoich związków z Podlasiem, sięgając do rodzinnych korzeni żony. Uważaliśmy go za spadochroniarza: weźmie mandat i zapomni, z którego okręgu startował. Bardzo się myliliśmy – kontynuuje działacz PiS.W 2011 r. spółka Media SKOK (dziś Apella) rozpoczęła na Podlasiu wielką kampanię reklamową największej kasy – SKOK-u Stefczyka. W lokalnych mediach wypowiadał się głównie Bierecki, szef rady nadzorczej Stefczyka. Na zlecenie PiS Media SKOK zrobiła również Biereckiemu kampanię wyborczą na Podlasiu – za usługę dostała blisko półtora miliona złotych.Po jego wygranej w wyborach spółka Media SKOK kupiła lokalny „Tygodnik Podlaski”, rozdawany bezpłatnie w Białej Podlaskiej i trzech sąsiednich powiatach – dokładnie w okręgu wyborczym Biereckiego. Przez kilka lat miał on nakład 30 tys. egz., ale na dwa miesiące przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi podniesiono go do 40 tys. Część egzemplarzy dostali do skrzynek pocztowych mieszkańcy Białej Podlaskiej, resztę rozdaje się w 360 punktach w mieście i okolicy.

Redakcja „Tygodnika” mieści się pod tym samym adresem co biuro senatorskie Biereckiego i założona przez niego fundacja Kocham Podlasie. Ich działalność jest ściśle powiązana. Bierecki ze współpracownikami wymyśla imprezy kulturalne, konkursy, akcje społeczne i obejmuje je honorowym patronatem. Fundacja występuje do podmiotów systemu SKOK o sfinansowanie tych przedsięwzięć. A „Tygodnik” je opisuje, podkreślając zasługi senatora i jego fundacji.

W ramach inicjatyw, którym patronuje Bierecki, podmioty systemu SKOK fundują drobne gadżety tysiącom uczniów podstawówek, cenniejsze prezenty w konkursach dla gimnazjalistów, stypendia studenckie i nagrody finansowe dla dorosłych. Obdarowują też instytucje publiczne i kościelne. Senator szczyci się tym, że zadbał, by cudowny obraz Matki Boskiej Kodeńskiej osłonięto ognioodporną kasetą. Sfinansowało to Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK, w którego radzie nadzorczej zasiada Bierecki. Senatorowi podziękowali ojcowie z kodeńskiego klasztoru podczas odpustu, na który przybyło ponad 20 tys. wiernych.

Do największych dokonań na Podlasiu Bierecki zalicza uruchomienie w Białej Podlaskiej call center Towarzystwa Finansowego SKOK, w którego władzach zasiada. W lipcu, w pierwszą rocznicę działania call center, „Tygodnik” w kilku numerach przypominał, że „dzięki staraniom senatora renomowana giełdowa spółka zdecydowała się zainwestować na południowym Podlasiu”, dając pracę setce osób.

Prezydent Białej Podlaskiej Andrzej Czapski (niezależny) zwraca uwagę na coś, o czym „Tygodnik” nie wspomina: „Przez cały rok call center funkcjonowało w połowie za pieniądze z urzędu pracy, w ramach prac interwencyjnych”. I przypomina częstą krytykę polityków PiS na temat pracy w hipermarketach, montowniach czy call center: że jest źle wynagradzana, ogłupia i nie daje pracownikom perspektyw rozwoju.

Efekt Akademii Nowego Samorządu

Bierecki nie tylko umacnia własną pozycję senatora, ale także tworzy sobie na Podlasiu zaplecze polityczne.

Jesienią 2013 r. fundacja Kocham Podlasie rozpoczęła bezpłatne szkolenia kandydatów na samorządowców – pod nazwą Akademia Nowego Samorządu – w celu przekazania im „wiedzy niezbędnej, by osiągnąć sukces w wyborach”. Zajęcia odbywały się w miastach z okręgu senatora: Białej Podlaskiej, Parczewie i Radzyniu Podlaskim. „Tygodnik Podlaski” podał, że objęły ok. 200 osób. Bierecki zapewnia „Wyborczą”, że kursy były otwarte dla wszystkich i „nie były zbierane dane dotyczące przynależności partyjnej”. Ale Andrzej Dzięga, do niedawna pełnomocnik PiS w powiecie radzyńskim, przyznaje: – Uczestnikami byli ludzie z okolic PiS, głównie na prawo od PiS. Akademia była próbą zagospodarowania najbardziej konserwatywnych lokalnych działaczy.

Na jednym z wykładów prof. Grażyna Ancyparowicz, członek rady programowej PiS, zasypała słuchaczy danymi, które miały świadczyć o katastrofalnej sytuacji Polski; porównała kraj do lokomotywy, którą w czasie jazdy rozbierają złodzieje. Inni prelegenci przekonywali, że pomoc społeczna zostanie sprywatyzowana, że szkolnictwo jest w fatalnym stanie, że fundusze UE dla Polski są spóźnione itd. Praktyczne wiadomości dotyczące autoprezentacji i współpracy z mediami w kampanii wyborczej kursanci mogli wynieść głównie z ostatnich zajęć prowadzonych przez propisowskiego dziennikarza Witolda Gadowskiego i pracowników promującej SKOK-i spółki Apella.

Zdaniem władz PiS Akademia Nowego Samorządu była wielkim sukcesem. – Na prezesie Kaczyńskim zrobił podobno wrażenie rozmach przedsięwzięcia, zwłaszcza czerwcowy finał, w którym oprócz prezesa wzięli udział liczne grono lokalnych VIP-ów, przedstawiciele duchowieństwa i samorządowcy. I to, że wszystko odbyło się bez sięgania do partyjnej kasy – mówi podlaski polityk PiS. Ile jednak kosztowała ANS? Fundacja Biereckiego nie zdradza.

Według działaczy PiS to „efekt ANS” sprawił, że Jarosław Kaczyński parę tygodni później oddał struktury partii na południowym Podlasiu we władanie człowieka Biereckiego.

Kto nie z Grzesiem 

Gdy Grzegorz Bierecki w 2011 r. rozpoczynał kampanię wyborczą na Podlasiu, u jego boku stanął 30-letni Dariusz Stefaniuk, wiceprzewodniczący rady miejskiej w Białej Podlaskiej, wcześniej dyrektor biura podlaskiego posła Adama Abramowicza.

Stefaniuk, absolwent politologii i podyplomowych studiów na SGH, jeszcze w 2011 r. został doradcą Krajowej SKOK, a w 2013 r. – pracownikiem Towarzystwa Zarządzającego SKOK (z pensją niemal dwukrotnie wyższą niż w biurze Abramowicza). Pełni też społecznie funkcję dyrektora fundacji Kocham Podlasie. Jego koledzy z samorządu zachodzą w głowę, jak Stefaniuk łączy pracę w TZ SKOK z wizytami i wystąpieniami w ramach fundacji oraz obowiązkami wiceprzewodniczącego rady. „Wyborczej” na pytania nie odpowiedział, tłumacząc się nawałem obowiązków.

Od kilku miesięcy Stefaniuk ma ich jeszcze więcej. Został kandydatem PiS na prezydenta Białej Podlaskiej. – W lipcu zarząd powiatowy PiS zarekomendował kandydaturę Adama Abramowicza. Rekomendację potwierdził wojewódzki zespół wyborczy PiS. Ale kilka dni później na posiedzeniu komitetu politycznego PiS senator Bierecki, choć do partii nie należy i nie miał upoważnienia lokalnych struktur, zaproponował kandydaturę Stefaniuka. I komitet polityczny się zgodził – relacjonuje działacz podlaskiego PiS.

Abramowicz, który już zdążył ogłosić w mediach, że ma zgodę Kaczyńskiego, by ubiegać się o fotel prezydenta, tłumaczy: – Jak widać, rekomendacja Biereckiego była dla władz partii bardziej przekonująca niż opinia lokalnych struktur.

Stefaniuk został też pełnomocnikiem PiS w powiatach bialskim, radzyńskim i parczewskim – to okręg wyborczy Biereckiego. – Wyłączono je z okręgu PiS, którego pełnomocnikiem jest od dawna poseł Sławomir Zawiślak, i utworzono „okręg specjalny”. Dotychczasowe powiatowe władze partii odwołano, a Stefaniuk powołał w to miejsce swoich pełnomocników – tłumaczy Andrzej Dzięga, któremu w ten sposób odebrano szefostwo PiS w powiecie radzyńskim. Pożegnał się również z zamiarem kandydowania na burmistrza Radzynia, bo Stefaniuk wybrał innego kandydata, cieszącego się poparciem Biereckiego.

- Możemy przejąć powiedzonko popularne kiedyś w SLD: „Kto nie z Grzesiem – tego zniesiem” – żartuje podlaski polityk PiS.

Pokaz skuteczności

Od kilku miesięcy to Stefaniuk, a nie Bierecki, jest głównym pozytywnym bohaterem „Tygodnika Podlaskiego”. Jego nazwisko niemal nie schodzi z czołówek gazety. Do niedawna „Tygodnik” publikował co tydzień jego felietony – jakby żywcem wycięte z partyjnych ulotek wyborczych. Ostatnio Stefaniuk obwieścił, że „chcąc zachować jasne reguły gry”, na czas kampanii zawiesza działalność publicystyczną. I wezwał konkurentów do uczciwej gry wyborczej.

Andrzej Czapski – główny rywal Stefaniuka w walce o bialską prezydenturę, który od miesięcy jest obiektem ataków „Tygodnika” – apel o „uczciwą grę” nazywa kpiną: – Pan Stefaniuk schował się za „Tygodnik Podlaski”, który prowadzi natarczywą kampanię przeciwko mnie, a równocześnie promuje jego osobę. Formalnie nie jest to oczywiście kampania wyborcza.

Czapski mówi, że choć gołym okiem widać wsparcie skokowego „Tygodnika” dla Stefaniuka, to nie sposób udowodnić im łamania przepisów o finansowaniu kampanii. – Przed jednym z bialskich hoteli stoją same samochody z trójmiejskimi rejestracjami. Cały PR-owski sztab SKOK-ów jest tutaj – i to z tym sztabem prowadzę walkę. Boję się dużych pieniędzy pana senatora. Założył sobie, że tu zwycięży, a potrafi być skuteczny.

Od skuteczności w najbliższych wyborach zależy polityczna przyszłość Biereckiego.

 

Wyborcza.pl

SKOK po władzę

Bianka Mikołajewska, 24.10.2014
Grzegorz BiereckiGrzegorz Bierecki (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Senator Grzegorz Bierecki, współtwórca Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, konsekwentnie umacnia swoją polityczną pozycję. Korzysta z pieniędzy pogrążonych w finansowych tarapatach Kas
Doniesienia o rosnącej pozycji Grzegorza Biereckiego na prawicy senator zbywa żartami. Gdy we wrześniu „Newsweek” napisał o spisku, który miał się zawiązać w PiS, a którego celem ma być wystawienie Biereckiego w wyborach na prezydenta kraju, senator kpił w rozmowie z portalem wPolityce.pl: „Tak, jestem uczestnikiem spisku na rzecz demokratycznej, niepodległej Polski. Spiskuję w tym celu wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim”. I dodawał, że „wszystko to czysta fikcja, wymysł i próba skłócenia [prawicy]„.Pogłoski dementowali również wymienieni w artykule „spiskowcy”. Przekonując jednak, że partii dobrze by zrobiły prezydenckie prawybory. Jarosław Kaczyński uciął te rozważania, ogłaszając, że to władze partii wskażą kandydata na prezydenta po zbliżających się wyborach samorządowych.Według części działaczy PiS te wybory będą próbą sił Biereckiego. – Jeśli jego ludziom uda się start, to przez kolejne pół roku będzie się starał zrobić wszystko, by przejść w polityce o parę szczebli wyżej – przekonuje Andrzej Dzięga, działacz PiS na Podlasiu. To Podlasie, skąd Bierecki kandydował do Senatu, może się stać jego przyczółkiem w drodze po władzę. W lipcu komitet polityczny PiS utworzył specjalny okręg w partii – pokrywający się z senackim okręgiem wyborczym Biereckiego – i oddał władzę nad nim jego współpracownikowi Dariuszowi Stefaniukowi. To jego – wbrew rekomendacjom lokalnych struktur – komitet polityczny PiS wskazał jako kandydata na prezydenta Białej Podlaskiej. Do walki o zwycięstwo zaprzężony został „Tygodnik Podlaski” powiązany ze SKOK-ami i zatrudnieni w nich specjaliści od PR.Drugim przyczółkiem Biereckiego może zostać wkrótce Pomorze, skąd pochodzi senator i gdzie narodziły się SKOK-i. Tu także startuje do samorządów wiele osób związanych z Kasami lub popieranych przez Biereckiego. O prezydenturę w Gdańsku ubiega się Andrzej Jaworski, którego aktywność polityczną i społeczną nieraz wspierały finansowo SKOK-i. Liderem listy do sejmiku pomorskiego jest zaś brat Grzegorza Biereckiego – Jarosław (od lat pełni liczne funkcje w SKOK-ach). Podjęta przez lokalne władze PiS próba przesunięcia go na dalsze miejsce na liście zakończyła się interwencją Andrzeja Jaworskiego we władzach PiS i przywróceniem Jarosława Biereckiego na właściwe miejsce. Choć dotychczas nie zasłynął on niczym w polityce, to właśnie z nim „Gazeta Gdańska” przeprowadziła niedawno całostronicowy wywiad. W tym samym numerze ukazała się duża reklama SKOK-ów.Władze PiS doceniają to, że Bierecki organizuje poparcie dla partii i jej kandydatów, nie sięgając do partyjnej kasy. Tym bardziej że środki na kampanię wyborczą do samorządu są ograniczone.Niektórzy politycy PiS obawiają się jednak rosnących wpływów Biereckiego. Zawsze czujny i podejrzliwy prezes PiS przez lata dbał o to, by w partii nie powstały silne frakcje. Tymczasem Bierecki, choć nawet nie należy do PiS, zbudował sobie w partii bardzo silną pozycję. Wielu polityków PiS pracuje w podmiotach należących do systemu Kas, współpracuje z nimi lub współpracowało (europoseł Ryszard Czarnecki, poseł Maciej Łopiński, senator Henryk Cioch czy Dariusz Stefaniuk). Wielu zaciągnęło również w Kasach kredyty.

SKOK-i są sponsorem organizacji, które powstały wokół PiS, a których założycielami są politycy tej partii. Satelity te prowadzą wzmożoną działalność w trakcie kampanii wyborczych, organizując za pieniądze ze SKOK-ów konwencje, konferencje i wystawy.

Problem w tym, że choć Bierecki nadal pełni liczne funkcje w podmiotach należących do systemu SKOK i jego wpływy w tym systemie są wciąż duże, to jednak – od czasu, gdy kontrolę nad Kasami przejęła Komisja Nadzoru Finansowego – wciąż maleją. Po 20 latach rządów Biereckiego i jego ludzi wiele z Kas jest w fatalnej sytuacji finansowej. Maleją więc również możliwości wspierania przez nie działalności politycznej. Być może to dla Biereckiego ostatni moment, by zawalczyć o mocną pozycję w polityce.

 

Wyborcza.pl

Ukraina wybierze przyszłość

Rozmawiał w Waszyngtonie Mariusz Zawadzki, 24.10.2014
W niedzielę na Ukrainie wybory do 450-osobowej Rady NajwyższejW niedzielę na Ukrainie wybory do 450-osobowej Rady Najwyższej (GLEB GARANICH/REUTERS)
Ukraińcy mają przed oczami wspólną teraźniejszość i przyszłość. Jeśli czegoś brakuje, to wspólnej przeszłości.
Rozmowa z Adrianem Karatnyckym, ekspertem waszyngtońskiego Atlantic Council Mariusz Zawadzki: Jaki będzie najważniejszy rezultat wyborów parlamentarnych na Ukrainie w najbliższą niedzielę? Adrian Karatnycky: Miażdżące zwycięstwo partii, które są zorientowane na Europę i na reformy. Należy oczekiwać, że poprze je 80 proc. elektoratu. Nie wszyscy Ukraińcy są wrogo nastawieni do Rosji, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że nowa Ukraina powinna być budowana na europejskich wartościach i europejskich tradycjach. Mimo tego wspólnego celu sondaże wskazują, że parlament będzie dość mocno podzielony po wyborach… - Oceniam, że Blok prezydenta Poroszenki zdobędzie 170-180 miejsc w 450–osobowej Radzie Najwyższej. Największą niespodziankę może sprawić Samopomoc, czyli partia kierowana przez mera Lwowa Andrija Sadowego – z każdym dniem rośnie w sondażach i może stać się drugą siłą polityczną w Radzie. Są w niej zupełnie nowe twarze, lokalni działacze społeczni – to pokazuje, że wyborcy chcą nowego, patrzą w przyszłość, a w związku z tym „starzy” politycy zostaną odesłani na emeryturę. Partie radykalne i nacjonalistyczne, jak Swoboda czy Prawy Sektor, wypadają w sondażach bardzo słabo i nie wejdą do parlamentu.Jakie są nastroje? Mobilizacja ze względu na rosyjskie zagrożenie czy, przeciwnie, rozczarowanie politykami, którzy od ponad pół roku nie potrafią zaprowadzić spokoju i obronić kraju? Na wschodzie Ukrainy wciąż giną ludzie…- Rozejm jest tam łamany, ale przynajmniej sprawił, że co tydzień nie giną już setki, tylko dziesiątki ludzi. Regiony historycznie najbardziej prorosyjskie, czyli Krym i znaczna część Donbasu, praktycznie nie biorą udziału w wyborach.

Dlatego wojna przestała być głównym tematem; ludzie więcej myślą o przyszłości. Zdają sobie sprawę, że kraj czeka długa walka o prawdziwą niezależność. Są zdeterminowani, by przejść przez reformy, nawet kosztem tymczasowych wyrzeczeń, jeśli tylko będą wiedzieć, że nikt nie będzie z nich czerpał nielegalnie korzyści, tzn. rozkradał państwowych pieniędzy – jak to było w ostatnim ćwierćwieczu. Jest determinacja, żeby wykorzenić korupcję.

A zatem Ukraińcy mają przed oczami wspólną teraźniejszość i przyszłość. Jeśli czegoś brakuje, to wspólnej przeszłości. Wciąż trwają spory historyczne o to, na czym budować narodową tożsamość, o narodowych bohaterów, o cenę sukcesów i błędów. Każdy naród powinien wypracować jakąś spójną narrację na temat własnej historii. Tego jeszcze Ukraińcom nie udało się osiągnąć.

Chodzi o tradycyjne spory o II wojnę światową, m.in. o nacjonalistę Stepana Banderę, który na zachodzie Ukrainy uchodzi za bohatera, a na wschodzie – za bandytę?

- To też, ale przede wszystkim generalnie brakuje konsensusu w sprawie tego, co historycznie łączy Ukraińców jako naród. Zwykle to przebiega odwrotnie – ludzie mają wspólną przeszłość, która ich definiuje jako naród, i budują państwo. Na Ukrainie zaś jest wspólna teraźniejszość i przyszłość, ale trzeba ustalić wspólną przeszłość.

Jeśli idzie o Banderę, warto pamiętać, że radykalnego nacjonalizmu nigdy nie popierało więcej niż 10-20 proc. Ukraińców. W czasach polskich rządów na zachodniej Ukrainie, czyli przed II wojną światową, ludzie głosowali na inne ugrupowania, np. UNDO. A zatem Bandera nigdy nie był tam głównym politykiem; stał się nim dopiero w radzieckiej propagandzie, która przypinała taką łatkę: każdy przeciwny ZSRR był okrzyknięty banderowcem.

Również obecnie partie nacjonalistyczne, które mocno odwołują się do Bandery, są – jak już wspomniałem – bardzo słabe. Więc Bandera nie podzieli Ukraińców, bo nie jest głównym tematem.

Już prędzej podzieli ich bardzo niedoskonała lustracja uchwalona w czasach rewolucyjnego ferworu, która sprawi wiele problemów w najbliższej przyszłości. Zbyt wielu ludzi – nawet do pół miliona – zostało wykluczonych ze służby publicznej i wojskowej (tzn. mają zakaz pracy na stanowiskach państwowych i w armii). Polska również przez to przechodziła – podejrzenia o agenturalną przeszłość – i Ukraina podąży waszym śladem, a zapewne będzie nawet gorzej, bo archiwa służb specjalnych jeszcze nie zostały przekopane.

Czy na Ukrainie zauważono wywiad Radosława Sikorskiego dla wpływowego amerykańskiego portalu Politico, w którym mówił, że Putin proponował premierowi Tuskowi rozbiór Ukrainy, bo „Lwów to polskie miasto”?

- Jak rozumiem, marszałek Sikorski się z tego w jakimś stopniu wycofał… Ukraińcy są tak skupieni na wyborach, że ledwo to zauważyli i zupełnie nie przywiązują do tego uwagi. Przecież połowa z nich i tak podejrzewała, że Putin ma takie plany i knuje takie właśnie spiski, nawet zanim Sikorski to ujawnił.

Ale czy ktoś na Ukrainie obawia się, że Polska mogłaby być taką propozycją zainteresowana?

- Absolutnie nie. Tematem są: decentralizacja kraju, reforma samorządowa, naruszenia praw człowieka na Krymie itp. Jeśli mówi się o Polsce, to w kontekście, by brać z niej przykład i uczyć się na jej doświadczeniach przy wprowadzaniu reform.

A co z kontrolowanym przez separatystów Donbasem?

- To na razie sprawa zamrożona. Nie będzie walki o „odzyskanie Donbasu”. Wokół terenów kontrolowanych przez separatystów Ukraińcy będą budować strefę zdemilitaryzowaną. Raczej zamierzają skorzystać na nowej sytuacji geopolitycznej, która się wytworzyła – tzn. na tym, że Zachód uważa Rosję za zagrożenie.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz