RSS
 

PI.pl

 


http://przegladidei.pl/

300polityka.pl
Defence24
Detalks
Drugi Obieg
Dwutygodnik.com
Europa Bezpieczeństwo Energia
Instytut Jagielloński
Instytut Obywatelski
Instytut Spraw Publicznych
Krytyka Polityczna
Kultura Liberalna
Lewica 24
Lewicowo
Liberte!
Mad Magazine
Media w Rosji
Nowa Konfederacja
Nowa Politologia
Nowe Peryferie
Nowy Obywatel
Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a
Ośrodek Studiów Wschodnich
Polityka Warszawska:
Rebelya
Res Publica Nowa
Studio Opinii
Tajniki Polityki
Teologia Polityczna
Wszystko Co Najważniejsze
Zielone Wiadomości

ZAPISKI CZŁOWIEKA SPOD PODŁOGI

AGATA BIELIK-ROBSON , 21.10.2014

Nakładem Znaku ukazał się właśnie esej Leszka Kołakowskiego, nieukończony i niewydany za życia, pt.Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny. Przeczytałam go od razu, ponieważ zaproszono mnie do dyskusji w miesięczniku „Znak” wokół tego tekstu, która ukaże się w numerze grudniowym. Bardzo ciekawa to lektura, bo niezwykle symptomatyczna – natychmiast bowiem przypomina się tu inna niewydana za życia pozycja, czyli Góry Parnasu Czesława Miłosza, o którejpisałam w Dzienniku Opinii ponad rok temu. U obu autorów pojawia się ten sam wątek „ośmieszonej wiary chrześcijańskiej”, której trzeba bronić, aby cywilizacja zachodnia nie upadła. I u obu najwyraźniej pojawiło się przeczucie, że coś im z tą obroną nie wychodzi, bo swoje projekty apologetyczne zarzucili.

 

Wbrew pozorom ten niedokończony esej Leszka Kołakowskiego o Jezusie, naszkicowany w połowie lat osiemdziesiątych, wcale nie zaskakuje. Tę samą strategię obrony chrześcijaństwa da się już wyczytać w jego poprzedniej książce poświęconej tematyce religijnej, której tytuł angielski brzmiał Religion, polski zaś Jeżeli Boga nie ma. Kołakowski, sam z temperamentu raczej sceptyk i pozytywistyczny racjonalista, broni wiary na sposób bliski Pascalowi, religii instytucjonalnej natomiast na sposób bliski de Maistre’owi. Wiara jest tym, co wyciąga jednostkę ze stanu rozumowych sprzeczności, dając jej jasne rozpoznanie dobra i zła – religia zaś wspiera cywilizację, osadzając ją na mocnych etycznych fundamentach. Wedle Kołakowskiego nienaruszalność tej podstawowej orientacji moralnej, gwarantowana transcendentnym objawieniem, jest największym osiągnięciem myśli chrześcijańskiej, bez którego nie powstałaby kultura Zachodu. Kołakowski obawia się, że tracąc te solidne podwaliny, cywilizacja zachodnia podcina swoje własne korzenie, rozpływając się w nijakość. Na sposób typowy dla swojej neokonserwatywnej formacji Kołakowski, idąc tropem jej założyciela Leo Straussa, na głównego „szkodnika”, od którego zaczyna się proces cywilizacyjnej autodestrukcji, desygnuje Nietzschego. Nietzsche bowiem zdekonstruował nienaruszalność objawienia, twierdząc, że wszelkie ideały i wartości tworzymy my sami, łącznie z wyobrażeniem boskiej transcendencji: „Nietzsche powiedział wszystko – i tym samym naprawdę położył koncepcyjny fundament pod nową cywilizację; tym fundamentem była otchłań”.

 

A od kiedy rządzi nami „otchłań”, chrześcijaństwo stało się sprawą zaprzeszłą, anachroniczną, niemodną, a przez to wstydliwą: „w wykształconych lub półwykształconych klasach naszych społeczeństw być chrześcijaninem to wstyd – nawet nie dlatego, że chrześcijaństwo nie cieszy się intelektualnym szacunkiem, lecz dlatego, że jest to moralnie śmieszne”. Dlaczego „moralnie śmieszne”? A dlatego, że wbrew łatwemu relatywizmowi, czy wręcz indyferyntyzmowi etycznemu, które logicznie wypływają wprost z panującej nam „otchłani”, chrześcijaństwo uparcia nastaje na swoje absolutne rozumienie dobra i zła, a także wszystkiego, co zdaniem Kołakowskiego, nieuchronnie się z tym rozumieniem wiąże. Nie sposób bowiem wypreparować z chrześcijaństwa jedynie oświeconej „religii moralnej”, odrzucając jego aspekty mitologiczne. Surowa nauka rozróżniania dobra i zła musi iść w parze z wiarą w osobową nieśmiertelność, zmartwychwstanie ciał i sąd ostateczny.

 

Zwłaszcza ten ostatni – apokaliptyczny – element uważa Kołakowski za absolutnie niezbędny składnik chrześcijańskiej wiary. To bowiem w idei sądu, który rozprawi się z całą historią materialnego świata, dając nam ostateczną wycenę wszystkiego, co się wydarzyło, w kategoriach dobra i zła, bez możliwości jakichkolwiek odwołań, apelacji i deliberacji – zasadza się etyczny fundamentalizm chrześcijaństwa. Fundament tkwi więc nie tyle w początku, w akcie założycielskim, jakim jest najpierw dekalog, a potem przykazanie miłości bliźniego – lecz w apokaliptycznej wizji kresu, kiedy to sam Bóg nieodwołalnie i obiektywnie rozsądzi, co było dobre, a co było złe z perspektywy końca historii.

 

Gdy ten sąd nad doczesnością przestaje nad nami wisieć, wszystko naraz staje się dozwolone; kulturę przenika duch etycznego permisywizmu, zezwalając na dowolną interpretację norm moralnych.

 

Kołakowski pisze: „Chrześcijaństwo traci cały swój sens historyczny, moralny i religijny w momencie, gdy zapomni się o tej najważniejszej idei: że wszystkie wartości doczesne są tyko względne i drugorzędne. Znamy oczywiście w naszej epoce ludzi, którzy usiłują nas przekonać, że rdzeniem przesłania Jezusa jest taki czy inny system polityczny, egalitaryzm, rewolucja, upaństwowienie fabryk, zniesienie własności prywatnej”. Nie należy im jednak pobłażać, ponieważ są to ludzie, którzy zbyt swobodnie czerpią z dziedzictwa chrześcijaństwa, sądząc, że doczesność to jedyny wymiar ludzkiej egzystencji, a końca świata nigdy nie będzie.

 

Ale czy na pewno? Czy rzeczywiście w przesłaniu chrześcijańskim nie chodzi o doczesność? W końcu sam Kołakowski w konkluzji powiada, że w chrześcijaństwie jedynym objawieniem staje się przykazanie miłości, która wznosi się ponad starotestamentowe prawo: „Korzeniem tej przemiany – świat chrześcijański zawsze był zgodny w tym punkcie – jest miłość. Nie przez ideę miłości, ale przez doktrynę: miłość jako fakt, jako rzeczywista energia, którą On przelał w świat i której odbiciem jest ta odrobina, jaką ludzie noszą w sobie – odbiciem słabym, niedoskonałym, zmieszanym ze złem, ale zawsze żywym. Kazanie na Górze nie było interpretacją Pisma ani jego korektą, ani też systemem etycznym: był to akt, poprzez który miłość została zasiana i zakorzenia się w świecie. Miłości bezwarunkowej, do której jesteśmy wezwani, miłości, która jest istotą bytu boskiego i która sprawia, że prawo staje się niepotrzebne – która może nawet być w konflikcie z prawem i je znosić – nie da się wydedukować z samego Starego Testamentu, nawet z ksiąg prorockich”.

 

Kołakowski stawia tu sprawę niemal po Marcjońsku: wzorem Marcjona, chrześcijańskiego heretyckiego gnostyka z II wieku, nastaje na wyraziste odróżnienie przesłania religii hebrajskiej i ewangelii. W ten sposób ucina wszelką dyskusję na temat żydowskości Jezusa i zakorzenienia „dobrej nowiny” w hebrajskim mesjanizmie, którego celem była istotnie rewolucyjna przemiana naszej kondycji doczesnej: ziemia obiecana tu i teraz, mlekiem i miodem płynąca. Broni tym samym tego, co Scholem krytycznie nazywa „chemicznie czystą duchowością” mesjanizmu w wydaniu chrześcijańskim, po raz kolejny podkreślając, że w zbawieniu nie chodzi o „taki czy inny system polityczny, egalitaryzm, rewolucję, upaństwowienie fabryk, zniesienie własności prywatnej” i inne możliwe przejawy mesjańskiej woli naprawy bytu doczesnego.

 

Tyle że, jeśli nie o to chodzi, to o co właściwie?

 

W czym ma się ta objawiona miłość realizować, jak nie w takich właśnie aktach naprawy świata, w którym, choć stworzony został przez dobrego Boga, nie brakuje cierpienia, wyzysku, okrucieństwa, lęku i śmierci?

 

Przecież wedle Pawła, miłość, prawdziwie chrześcijańska miłość, się „nie unosi”: nie ulatuje stąd do wieczności, w nieruchome zaświaty, ale ma spełniać się w aktach agape, w codziennej miłości bliźniego. Ma być horyzontalna, nie wertykalna: ma odnosić się do tego, co tutaj i teraz. Wedle Pawła zatem miłość jest doskonałym afektem do niedoskonałego świata, usiłującym dopiero podnieść go do doskonałości. Prawdziwie kochać zatem można tylko to, co skończone i doczesne – bo tylko to potrzebuje miłości, w przeciwieństwie do bytów wiecznych i nieskończonych.

 

Ale jeśli tak się rzecz ma z tą miłością, to po co nam cały chrześcijański mit, z apokalipsą włącznie? Czy to właśnie nie miłość, o której Kołakowski tak ładnie pisze, jest tym ostatecznym przesłaniem, samą iskrą ewangelii, jedynie ubraną w historyczny kostium mitu, która potrafi ostać się wobec każdego kolejnego demitologizującego ataku? Kołakowski prześlepia w swoim eseju jedno bardzo sensowne wyjście: ideę alternatywnego oświecenia, które nie idzie drogą wszystko odczarowującej, sceptycznej racjonalnej kalkulacji, lecz wyłącznie drogą demitologizacji, która nie tylko nie niszczy objawienia religijnego, ale wręcz wydobywa na jaw jego ukrytą istotę. To idea, jaka narodziła się w żydowskiej haskali (oświeceniu) Mojżesza Mendelssohna, której lekcję z kolei przyswoił sobie Lessing wNatanie Mędrcu. Lekcję tę można wyrazić prostym skrótem: objawienie to pierwsze oświecenie, historyczne oświecenie zaś to kontynuacja objawienia. W tej linii, ciągnącej się już od Spinozy, nie chodzi o to, by ośmieszać chrześcijańskich prostaczków wierzących w cuda, ale wyłącznie o to, by wykazać, że cuda są religii niepotrzebne, czyli że – słowami samego Spinozy – „cud urąga Bogu”, sprowadzając go do poziomu cyrkowego maga-kuglarza.

 

Tu nie chodzi zatem o rozróżnienie na rozumną elitę i głupi motłoch, ale o różnicę między tymi, którzy pojęli, że jedyną treścią religii jest przesłanie „nieziemskiej” miłości, a tymi, którzy wciąż jeszcze domagają się wielkości i chwały i dla których sacrum kojarzy się nieodmiennie z magiczną potęgą i majestatem (jak ów Janowy baranek, który na kartach Apokalipsy zamienia się w ferującego wyroki potężnego suwerena).

 

Dla tych pierwszych, „oświeconych” wyznawców chrześcijaństwa, Jezus jest prorokiem miłości, stroniącym od władzy i zaszczytów – dla tych drugich będzie on zawsze tylko Chrystusem Królem, kolosem w złotej koronie, któremu kłaniają się ziemscy królowie.

 

Kołakowskiego, rzecz jasna, nie sposób posądzić o to, że „nie wstydzi się Jezusa” na modłę świebodzińskich radnych-katolików, którzy postanowili wystawić Jezusowi największy posąg świata, by pokazać wszystkim, kto tu naprawdę rządzi. Choć jednocześnie jego przywiązanie do wątku apokaliptycznego sądu może wydać się cokolwiek zaskakujące wobec kończącego esej „hymnu o miłości”. Portret Jezusa, jaki się tu wyłania, jest dziwnie ambiwalentny: zarazem surowy sędzia, który przyjdzie sądzić żywych i umarłych – i mesjasz miłości, która wszystko znosi i wszystko wybacza. Gershom Scholem powiedział kiedyś, że w naszej epoce tron sądu i tron miłosierdzia oddzieliły się od siebie tak bardzo, już nie możemy sobie wyobrazić, by szafażem jednego i drugiego miał być ten sam Bóg. Nie mówiąc tego wprost, Scholem o ten rozdział wini chrześcijaństwo, którego jego zdaniem – ale także zdaniem wszystkich żydowskich, także tych najżyczliwszych chrześcijaństwu komentatorów – przesadziło z miłością, zupełnie odrywając ją od prawa. „Kochaj i rób, co chcesz”, ta augustyńska zasada, na którą powołuje się także Kołakowski, wyrasta z nader optymistycznego antropologicznie przekonania, że czyn powodowany miłością, nie może być zły, bądź do zła prowadzić; nie potrzebuje więc żadnego wsparcia ani protezy w formi prawa, bo kroczy dumnie opromieniony wieczną łaską.

 

Dziś nie jest już prawdą (niestety bądź stety), jakoby „ludzie wykształceni bądź pół-wykształceni” faktycznie wstydzili się Jezusa. Ja z pewnością do tej grupy nie należę. Choć nie jestem chrześcijanką, głęboko z tą religią sympatyzuję, uważając Jezusa, za Spinozą, za największego proroka, jaki chodził po ziemi, głoszącego najbardziej radykalną miłość bliźniego – co jednocześnie uznaję za najwartościowszy wspólny rdzeń obu objawień, i Staro- i Nowotestamentowego. Ale są różne sposoby „niewstydzenia się Jezusa”; z wieloma z nich nie chciałabym mieć nic wspólnego, podobnie zresztą jak sam Leszek Kołakowski, choć w swoim eseju nic akurat nie wspomina o możliwych zagrożeniach religii, powracającej pod egidą „zemsty Boga” (chyba że za akces do tego mściwego aspektu należy uznać jego entuzjazm dla apokalipsy).

 

Czytając ten esej, wciąż zastanawiałam się, dlaczego autor nie ogłosił tego tekstu za życia i dlaczego tak często uderza on w resentymentalne tony, zupełnie jakby pisany był przez uciśnionego i ośmieszonego „człowieka spod podłogi”. Czyżby jednak, koniec końców, trochę wstydził się Jezusa?


http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20141021/zapiski-czlowieka-spod-podlogi

 

[Rosja od spodu] Putinowski „cud gospodarczy”

„Mąż zarabia 17 tysięcy rubli. Ja, z wszystkimi dodatkami 13-15 tysięcy. Starszy syn dostał się do szkoły wojskowej i jest na państwowym utrzymaniu. Córka uczy się. Jej ulubione danie to parówki, ale mogę je kupić tylko raz w tygodniu. Męża rozpieszczam mięsem raz w miesiącu po wypłacie. Podstawowym pokarmem są ziemniaki i makaron” - odpowiada w liście do redakcji pisma „Argumenty i fakty” nauczycielka biologii z kraju Stawropolskiego. Cała heca z Krymem, Noworosją i przywróceniem Rosji jej należnego miejsca w świecie jest „maskirowką” mającą ukryć powolny proces upadku Rosji. Ludzie to kupili . A Rosja upada dlatego, że kradną, że zamiast inwestować w rozbite drogi, kupują na przykład piłkarzy do klubu Chelsea. Przez dziesięć lat Abramowicz wydał na transfery 1,5 miliarda euro! To jest około 5%  budżetu przeznaczonego na zdrowie.

Czy ludzie rządzący na Kremlu mają jakąś ideologię? Oczywiście. Oto coś, co można nazwać „Krótkim kursem historii putinizmu”.

Co zrobił Putin przez 12 lat rządów?

- Powiększył 22 razy budżet Rosji, wydatki na wojsko – 30 razy, PNB – 12 razy

(Rosja pod względem wysokości PNB  awansowała z 36 miejsca na miejsce 5 na świecie)

- Zwiększył rezerwy złota i walut o 48 razy.

- Spowodował powrót na łono rosyjskiej infrastruktury 256 miejsc wydobycia surowców mineralnych (pozostały jeszcze 3 do „wrócenia”)

- Wyswobodził Rosję z „liberalno-niewolniczego” układu gospodarczego

- Znacjonalizował 65% przemysłu naftowego i 95% gazowego oraz inne sektory wydobywcze

- Podźwignął przemysł i rolnictwo (Rosja już od 5 lat zajmuje 2-3 miejsce w świecie pod względem eksportu zboża, przeganiając USA, które są na 4 miejscu)

- Zwiększył średnią pensję w sferze budżetowej 18,5 razy

- Obniżył proces wymierania ludności Rosji z 1,5 milionów ludzi w roku 1999 do 21 tysięcy w roku 2011, czyli  o 71,5 razy

- Średnia pensje zwiększył o 14 razy. Zwiększył także pensje wojskowym

- Unieważnił rozejm w Chasawjurcie (kończący pierwsza wojnę czeczeńską i będący hańbą Rosji) co pozwoliło zachować integralność Rosji. Upublicznił fakt sponsorowania zza granicy „piątej kolumny” – organizacji samorządowych i zakazał deputowanym posiadania kont za granicą. Obronił Syrię i zakończył wojnę w Czeczenii.

- Dzięki swojej umiejętnej polityce ustawił UE i USA na odpowiednim miejscu. Dzięki tym działaniom do Rosji wracają rosyjskie ziemie.

- Popularność Putina wzrosła do 70-80%

Ta wyliczanka zestawiona przez kremlowskich propagandystów i powtarzana do znudzenia na stronach, forach i blogach odkrywa prawdziwa naturę putinizmu. Jest ona czysto ekonomiczna. Zauważmy, że na dwanaście punktów aż dziewięć skupia się ekonomii zaś tylko dwa na polityce. Punkt dwunasty dotyczy samego Putina.

To błąd, który szybko trzeba zmienić. Towarzysz Stalin nauczał, że w Rosji powinien funkcjonować prymat polityki nad ekonomią i wiedział, co mówi. Gdy gospodarka zaczynała mu się sypać, zawsze można sięgnąć po argumenty polityczne i za pomocą propagandy i terroru odwrócić kota ogonem. Przestrzegał, że opierając się na gołej ekonomice rację ma się do tylko momentu, gdy rośnie. Kiedy przestaje działać, trzeba szybko znaleźć winnego na którego będzie  można zwalić winę.

Na szczęście wrogów nie trzeba siać. Sami się znaleźli. Nałożyli sankcje i są wszystkiemu winni. Te sankcje są jak manna z nieba. Dotychczas było  tak dobrze – patrz „Krótki kurs” – a teraz niestety będzie gorzej. Sankcje na krótką metę wzmacniają putinizm odwracając uwagę narodu od choroby jaka toczy Rosję. Można tu dostrzec pewną analogię do alianckich bombardowań Niemiec w czasie drugiej wojny światowej. Miały zniszczyć gospodarkę i na tyle zdemoralizować ludność, by przestała popierać reżim. Pierwszy cel został osiągnięty połowicznie, a drugi wcale.

Czy rzeczywiście przed sankcjami było tak dobrze? Sspece od propagandy pokazują  swoje liczby, my popatrzmy na inne…

Jak podaje Rosstat (rosyjski GUS) na koniec roku 2013 ponad 20 milionów Rosjan znalazło się poniżej granicy ubóstwa. W roku 2011 poniżej tej granicy żyło 17,8 miliona ludzi. Zatem w roku 2012 przybyło 2,2 miliona. Próg ubóstwa wyznaczają przychody poniżej 7915 rubli (wedle kursu z 18 października to 636 złotych) na osobę. Jakim wynikiem skończy się rok 2014?

Nieco wyżej na drabinie dobrobytu  lokują się „biedniacy”, tak  określa się tych, którzy na swoje miesięczne utrzymanie wydają więcej, ale i tak na nic nie mogą sobie pozwolić. Kryterium to spełnia – wciąż powołuję się na Rosstat –  jedna trzecia mieszkańców Rosji, czyli ok. 48 milionów ludzi.

Socjolodzy z Rosyjskiej Akademii Nauk wyodrębnili trzy konsekwencje biedniactwa: brak możliwości zapewnienia sobie normalnego pożywienia, niemożliwość zwrócenia się do płatnej opieki medycznej w razie zagrożenia życia oraz złe warunki mieszkaniowe.

Może spytać ktoś, co to jest normalne pożywienie? Na to pytanie odpowiada w liście do redakcji pisma „Argumenty i fakty” nauczycielka biologii z kraju Stawropolskiego (tego, który eksportuje tak dużo zboża) S. Kartaszowa. „Mąż zarabia 17 tysięcy rubli. Ja z wszystkimi dodatkami 13-15 tysięcy. Starszy syn dostał się do szkoły wojskowej i jest na państwowym utrzymaniu. Córka uczy się. Jej ulubione danie to parówki, ale mogę je kupić tylko raz w tygodniu. Męża rozpieszczam mięsem raz w miesiącu po wypłacie. Podstawowym pokarmem są ziemniaki i makaron”

Wśród „biedniaków” 14% to rodziny z dwójką dzieci, 50% z trójką dzieci. Wszelako ankietowani nie uzależniali swojej kiepskiej sytuacji od ilości dzieci. Głównych przyczyn biedy upatrywali w długotrwałym bezrobociu (41%), chorobie i inwalidztwie (40%), alkoholizmie i narkomanii (39%), małej pomocy państwa (32%). Kto pozostaje w strefie biedy przez trzy lata, ten ma już małe szanse się z niej wydostać.

Co ciekawe, emeryci dzięki dodatkom i indeksacji emerytur opuszczają szeregi „biedniaków” i przenoszą się do kategorii „bogatszych”. Wśród „biedniaków” jest ich 15%. Natomiast pracujący, to aż 60% tej grupy społecznej. To swoista specyfika biedy w Rosji. Kto pracuje ten jest biedny.

Jedna z przyczyn degeneracji pracowników najemnych jest to, że rosyjski przemysł wciąż opiera się na dużych zakładach przemysłowych. Wedle danych z roku 2009 tylko 17% PKB wytwarzane było przez mały i średni biznes. W USA wskaźnik ten wynosi 60%. Do tego trzeba dodać, że ponad 50% ludzi zatrudnionych jest w przedsiębiorstwach państwowych i w sferze budżetowej.

Czy Putinowski cud gospodarczy miał szansę wyciągnąć tych ludzi z biedy? Wątpliwe, bo właśnie się skończył. Pierwsze wyraźnie sygnały, że Rosja mimo surowcowej koniunktury zaczyna się zapadać pojawiły się w połowie 2013 roku. W czwartym kwartale roku wydatki Rosjan w porównaniu z analogicznym okresem roku 2012 wzrosły o 1%. Uwzględniając inflację oznaczało to, że zmalały o 5%. To był pierwszy taki przypadek od kryzysowego 2008 roku.

W styczniu 2014 roku miesięczny  indeks aktywności finansowej PMI po spadł poniżej psychologicznej granicy 50 pkt. i wynosił 48 pkt.. Był to szósty z rzędu miesiąc spadku PMI, a więc mieliśmy do czynienia z trendem. Jeden z przykładów: w roku 2013 największy rosyjski producent samochodów „AutoWaz” (ten od Łady)  sprzedał 15% mniej samochodów. Szacunki na rok 2014 przewidują, że sprzedaż będzie o połowę mniejsza.

Zatem, chciałoby się powiedzieć, jak żyć, panie prezydencie, kiedy wszystko drożeje  i to nie bynajmniej z powodu sankcji? To pytanie dotarło do Władimira Władimirowicza i zareagował on na właściwy sobie sposób. Ósmego października nakrzyczał na Prezydium Dumy. Bogu ducha winnym deputatom dostało się z powodu zwyżki cen materiałów budowlanych. Oto fragment ze stenogramu: „Dla przykładu mogę podać ceny żwiru, które przez ostatnie pięć lat wzrosły o 46%, na piasek – 73%. Co to znaczy?  Taka u nas inflacja? O czym my w ogóle mówimy?”

Ludzie na pewno cieszą się, że prezydent troszczy się o cenę piachu. Ale byli by bardziej zadowoleni gdyby opieprzył Prezydium Dumy za to co zależy od decyzji państwa, czyli… jego samego. Na przykład za 43 procentową podwyżkę, artykułów monopolowych. Albo za 55 procentową  podwyżkę cen benzyny, w związku z czym o tyleż samo wzrosły ceny przewozów towarowych. Mógłby wspomnieć o 74 procentowej podwyżce cen energii. I to wszystko w latach 2009 -2013, kiedy sankcje nikomu się nie śniły.

Jeszcze trzy lata temu władze z dumą obwieszczały, że aby dotrzymać ambitnych obietnic socjalnych, podwyżek płac, wielkich inwestycji, wymagany i dotrzymany będzie wzrost PKB rzędu 5-6 procent. Na rok 2013 założono 3,4%. Osiągnięto 1,3% .

Jaka receptę na to wszystko znalazł putinizmu? W przyszłorocznym budżecie przewiduje się rekordową sumę 3 trylionów 286,8 miliardów rubli wydać na zbrojenia, co stanowi 4,2% PKB.

Żeby były armaty trzeba oszczędzać na maśle. W tym samym budżecie wydatki na ochronę zdrowia planuje się zmniejszyć o 22%. W rankingu Światowej Organizacji Zdrowia dzisiaj Rosja zajmuje 130 miejsce (Polska 51). Jak pamiętamy jednym z kryteriów „biedniactwa” jest niemożność dostępu w nagłych wypadkach do płatnej pomocy. Teraz i pomoc bezpłatna będzie trudniej dostępna. Wedle danych niezawodnego Rossatu w latach 2000 – 2010 ilość szpitali zmniejszyła się o 40% a poliklinik o 20%. W tym czasie liczba ludności Rosji zmniejszyła się o 2%. W „Krótkim kursie historii putinizmu” tego nie znajdziemy.

Jak świat światem kiedy kończyły się pieniądze władza sięgała po ideologię. Putin posłuchał napomnień Stalina i pewien jestem, że za rok w internecie pojawi się lista w której większość punktów dotyczyła będzie Rosji, jej dumy, znaczenia, godności, honoru i czego tam jeszcze.

O gospodarce będzie jeden punkt: „gdyby nie sankcje, to…”.

Wiem, że za taką ocenę sankcji mogę trafić na listę rosyjskich agentów wpływu. Nie jestem ani za, ani przeciw sankcjom. Nikt mnie o to, czy je wprowadzać nie pytał. Nikt mnie w ogóle o nic, co mnie dotyczy, nie pyta. Dlatego pytam sam siebie i sam szukam odpowiedzi.

Cała heca z Krymem, Noworosją i przywróceniem Rosji jej należnego miejsca w świecie jest „maskirowką”. Ludzie to kupili mającą ukryć powolny proces upadku Rosji. Upada dlatego, że kradną, że zamiast inwestować w rozbite drogi.

Na przykład kupują piłkarzy do klubu Chelsea. Przez dziesięć lat Abramowicz wydał na transfery 1,5 miliarda euro! To jest około 5%  budżetu przeznaczonego na zdrowie (w roku 2011 – 11,5 tryliona rubli). A przecież Abramowicz jest pupilem Putina. Podczas marcowego spotkaniu z dziennikarzami  obok słynnego stwierdzenia, że „zielone ludziki” kupiły sobie mundury i całe wyposażenie w army shopach, użalił się na losem biednego Romana, którego okradł ukraiński oligarcha Kołomojski.

Ile wydali inni? Ile wydano na olimpiadę, na przyszłe mistrzostwa świata, na tor wyścigowy
Formuły 1? Nawiasem mówiąc, z tym torem to śmieszna sprawa, bo równocześnie oddano do użytku tor w Indonezji. Indonezyjski jest półtora kilometra dłuższy i ma bodaj cztery zakręty więcej, ale kosztował kilka ładnych miliardów dolarów taniej  (takie numery znamy niestety  i z innego kraju).

Żeby wydać taka kasę, trzeba ją skądś wziąć. Abramowicz bierze z Cypru, a skąd bierze się na Cyprze? Jest taka stara anegdota pochodząca jeszcze z czasów chruszczowowskiej walki ze spekulantami. Śledczy z KGB przesłuchuje aferzystę Rapaporta: skąd bierzecie pieniądze? – z szuflady w nocnym stoliku obywatelu śledczy – a kto je tam wkłada? – moja żona – a skąd bierze żona? – ja jej daję – a wy skąd bierzecie? – już wam mówiłem obywatelu śledczy, z szuflady…

Jacek Matecki

Autor jest pisarzem, scenarzystą, podróżnikiem i fotografikiem. Wydał w tym roku powieść „Prawda to marny interes”.


http://rebelya.pl/post/7251/rosja-od-spodu-putinowski-cud-gospodarczy

 

Sikorski „rozbraja” rosyjską bombę informacyjną?

OPUBLIKOWANO: WTOREK, 21 PAŹDZIERNIKA 2014, 18:25

Fot. Flickr/MSZ/CC3.0

Piotr Maciążek, 22.10.2014

Wywiad Radosława Sikorskiego dla magazynu Politico może być próbą wcześniejszego „zdetonowania” rosyjskiego ładunku informacyjnego mającego zdestabilizować sytuację na polskiej scenie politycznej.

Jakie piękne samobójstwo – chciałoby się rzec po przeczytaniu artykułu amerykańskiego magazynu Politico, w którym pojawiło się kilka pikantnych cytatów Radosława Sikorskiego. Były szef MSZ w gabinecie Donalda Tuska stwierdził na łamach wspomnianego czasopisma, że w 2008 r. prezydent Rosji, Władimir Putin podczas swojego spotkania z polskim premierem zaproponował Polsce udział w rozbiorze Ukrainy. Propozycja miała zabrzmieć bardzo poważnie i utwierdzić władze w Warszawie w tym, że Rosja zmierza do destabilizacji ładu pozimnowojennego.

Wypowiedź Sikorskiego dla Politico budzi duże zdziwienie. Dlaczego udzielono jej akurat w tym momencie? Z jakiego powodu informacje o propozycji rozbiorowej przedstawił akurat były szef MSZ w gabinecie Tuska przekreślając tym samym niemal wszystkie swoje osiągnięcia? Przecież w obliczu słów Władimira Putina pod znakiem zapytania staje następujący po nich reset w relacjach polsko – rosyjskich, zupełnie inny jest także odbiór katastrofy smoleńskiej…

Jedyną sensowną odpowiedzią na powyższe pytania jest hipoteza, wedle której władze postanowiły rozbroić bombę informacyjną przygotowywaną przez Rosjan (takie działania należą notabene do kanonu zasad politycznego przetrwania). Tezę tą uprawdopodabniają dotychczasowe ruchy Moskwy związane z konfliktem na Ukrainie. Rosyjskie media notorycznie uderzają w Polskę odkąd zaangażowała się ona w wydarzenia rozgrywające się na kijowskim Majdanie. Polscy najemnicy, czy wręcz regularne jednostki Wojska Polskiego walczące nad Dnieprem z tzw. prorosyjskimi separatystami to stały temat pojawiający się w przestrzeni medialnej kontrolowanej przez Kreml. Sytuuje on nasz kraj w ścisłej czołówce swoich wrogów (a właściwie wrogów neoimperialnej polityki jaką prowadzi). Świadczą o tym także konkrety – np. sankcje nałożone przez Rosję na unijną żywność opracowane w taki sposób, by uderzyły głównie w Polskę.

Październikowe doniesienia o zmniejszeniu wymiarów rosyjskiego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej ze 100 do 40 metrów pokazują, że Władimir Putin postanowił ponownie podsycić nadwiślańskie podziały i  mocniej zaangażować się w destabilizację polskiej sceny politycznej. Wywiad Sikorskiego dla magazynu Politico może być więc próbą wcześniejszego zdetonowania ładunku informacyjnego przygotowywanego do odpalenia na Kremlu. Wszystko wskazuje na to, że jego waga musi być spora, skoro były szef MSZ w gabinecie Donalda Tuska był gotowy postawić na szali własny dorobek polityczny.


http://www.defence24.pl/analiza_sikorski-rozbraja-rosyjska-bombe-informacyjna

 

Stanisław Skarżyński • 2014-10-21

NIEPOWAŻNY FACET

 

Tylko Donald Tusk i Władimir Putin mieli prawo do ujawnienia treści propozycji z Moskwy. Radosław Sikorski tego prawa nie miał. Jeżeli ten przeciek był niekontrolowany, to, ujawniając wypowiedź Putina, Sikorski zachował się niepoważnie jako polityk i nieprofesjonalnie jako dyplomata. Postawił Tuska w beznadziejnym położeniu - o wypowiedzi Radosława Sikorskiego dla amerykańskiego magazynu pisze Stanisław Skarżyński.

 

Władimir Putin w 2008 roku proponował Donaldowi rozbiór Ukrainy. Polska miała dostać Lwów, a Rosja – Donieck. Te informacje pochodzą z rozmowy Radosława Sikorskiego z Benem Judah, dziennikarzem amerykańskiego serwisu POLITICO. Radosław Sikorski po raz drugi w tym roku znalazł się w poważnych kłopotach – po aferze taśmowej gęsto tłumaczył, dlaczego w niewybrednych słowach wyrażał się o sojuszu polsko-amerykańskim jako pozornej gwarancji bezpieczeństwa Polski.

Radosław Sikorski / Flickr / CC 2.0

Radosław Sikorski / Flickr / CC 2.0

Wiosną uratowały go dwie rzeczy. Po pierwsze, rozmowa z Jackiem Rostowskim została nagrana nielegalnie, a przy stole minister może – choć to wcale nie znaczy, że to dobrze – wygadywać, co mu ślina na język przyniesie. Po drugie, błysnął Michał Kamiński, który powiedział, że mowa była nie o „robieniu laski”, a o „robeniu łaski”. Poczucie humoru potrafi uratować politykowi głowę – mimo poważnych strat, Sikorski uniknął losu Bartłomieja Sienkiewicza, którego złe rozegranie afery kosztowało polityczne życie.

Tym razem Sikorski nie ma nic, co może go uratować. Rozmawiał z dziennikarzem dużego, amerykańskiego magazynu, a w Stanach Zjednoczonych nie znają archaicznego wynalazku autoryzacji wypowiedzi, który pozwala zmieniać białe w czarne, a czarne w białe. Sikorski powiedział, że sześć lat temu Putin proponował Tuskowi rozbiór Ukrainy, a Tusk zignorował tę propozycję.

Teraz Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, będzie musiał tłumaczyć się, dlaczego nie poinformował polskiej i światowej opinii publicznej o propozycji, którą już określa się „nowym paktem Ribbentrop-Mołotow”. Są argumenty uzasadniające jego milczenie, są oczywiście również argumenty za ujawnieniem opinii publicznej skandalicznej propozycji Putina. Szczególnie, że przynajmniej do 2010 roku stosunki premierów Polski i Rosji były przyzwoite – w 2009 roku Putin z Tuskiem rozmawiali na molo w Sopocie, a w kwietniu 2010 roku wspólnie złożyli kwiaty pod pomnikiem ofiar NKWD.

Tylko Donald Tusk i Władimir Putin mieli prawo do ujawnienia treści propozycji z Moskwy. Radosław Sikorski tego prawa nie miał. Jeżeli ten przeciek był niekontrolowany, to, ujawniając wypowiedź Putina, Sikorski zachował się niepoważnie jako polityk i nieprofesjonalnie jako dyplomata. Postawił Tuska w beznadziejnym położeniu, a Polska po raz drugi w tym roku musi tłumaczyć się z jego nieprzemyślanych wypowiedzi.

Jeśli ktoś się zastanawia, dlaczego Polska nie bierze udziału w rozmowach dotyczących przyszłości Ukrainy, to dziś ma odpowiedź. Ministrem spraw zagranicznych Polski był facet, który nie panuje nad językiem i nie można przy nim prowadzić politycznych negocjacji, ponieważ każda wypowiedź w jego obecności może znaleźć się w prasie. Ewa Kopacz ma mnóstwo szczęścia, że Sikorski nie jest ministrem spraw zagranicznych i wicepremierem w jej gabinecie.

publica.pl

 

Linuxpl

Związki partnerskie – poparcie społeczne vs polityczne

[]Pop

Michał Zieliński, PopPolityk
/
[21.X.2014]

W minionym tygodniu parlament Estonii uchwalił ustawę wprowadzającą związki partnerskie dla par hetero i homoseksualnych. Tym samym liczba krajów Unii Europejskiej, których prawodawstwo przewiduje możliwość zawarcia sankcjonowanego przez państwo związku dwóch osób tej samej płci wzrosła do 20. Środowiska liberalne i lewicowe w Polsce ponowiły żądania uchwalenia stosownej ustawy, a Twój Ruch i SLD złożyły w Sejmie już kilka miesięcy temu własne projekty. Sporym zaskoczeniem okazała się informacja, że pozostająca w orbicie wpływów partii rządzącej telewizja publiczna zdecydowała się na emisję spotów Kampanii Przeciw Homofobii promujących legalizację związków partnerskich. Również nowa premier Ewa Kopacz odniosła się w jednym ze swoich pierwszych wywiadów do kwestii związków, uznając że temat ten trzeba wreszcie „załatwić”. Jednocześnie większość komentatorów politycznych powątpiewa, czy Platforma zdecyduje się przeforsować w tej kadencji Sejmu własny, zarzucony projekt posła Artura Dunina. Wskazuje się w tym kontekście na trudności z uchwaleniem ustawy o in vitro, której Platforma – mimo groźby kar finansowych ze strony UE – nie jest w stanie przeforsować od 7 lat.

Czy jednak kwestia związków partnerskich cieszy się poparciem elektoratu Platformy i partia rządząca w ogóle powinna się tym zajmować? By móc odpowiedzieć na to pytanie musimy sięgnąć po badania opinii publicznej z zeszłego roku, bowiem po odrzuceniu przez Sejm projektów związków w 2013 roku nie przeprowadzono nowych pomiarów w tej materii.

Slajd1

W zrealizowanym w marcu 2013 metodą wywiadów bezpośrednich (face-to-face) sondażu TNS Polska za uznaniem przez państwo związków partnerskich par różnopłciowych opowiedziało się ponad 2/3 Polaków. Największe uznanie dla tego pomysłu zgłaszali wyborcy ówczesnego Ruchu Palikota (84%), ale również w elektoracie PO i SLD (po 74%) poparcie było większe niż pośród ogółu populacji. Najbardziej konserwatywni okazali się, co nie jest żadnym zaskoczeniem, sympatycy Prawa i Sprawiedliwości, ale nawet w tym elektoracie zwolennicy legalizacji heteroseksualnych konkubinatów stanowili większość.

Z kolei pomysł wprowadzenia do polskiego prawodawstwa instytucji związków partnerskich dla par homoseksualnych cieszył się uznaniem mniej niż połowy Polaków (47%). Ale co najciekawsze, wyborcy partii rządzącej są w tej sprawie wyraźnie bardziej liberalni niż ogół społeczeństwa i wespół z sympatykami Palikota generują największe poparcie dla tego rozwiązania. Aż 61% zwolenników PO – niemal dwukrotnie więcej niż PIS – opowiada sią za legalizacją związków osób tej samej płci, co pokazuje fundamentalną różnicę między elektoratami dwóch największych centroprawicowych formacji.

Umieszczając więc elektoraty polskich partii na osi podziałów światopoglądowych przynajmniej w sprawie związków partnerskich wyborcy PO należą wraz z sympatykami TR i SLD do awangardy. Gdyby więc koalicje sejmowe w Polsce zawierane były według podobieństwa ideowego wyborców, naturalną większością rządową byłby sojusz PO-TR-SLD. Na drugim biegunie sporu o związki partnerskie plasują się sympatycy PIS oraz PSL.

Interesującym uzupełnieniem jest nieco wcześniejszy sondaż TNS Polska (6-10 grudnia 2012), w którym pracownia pytała o małżeństwa osób tej samej płci. Choć nie jest to obecnie przedmiot debaty publicznej w naszym kraju, wyniki pomiaru potwierdzają, że to sympatycy TR i PO cechują się największym liberalizmem światopoglądowym. 24% sympatyków Palikota i aż 21% elektoratu PO popiera już na obecnym etapie zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych. Dużo mniejszym uznaniem postulat ten cieszy się wśród zwolenników SLD (13%) czy PIS (10%).

Slajd2

Reasumując, w wymiarze światopoglądowym przeciwstawne do siebie pozycje zajmują z jednej strony liberalne elektoraty TR, PO, SLD, a z drugiej strony konserwatywne PSL i PIS. Biorąc pod uwagę polskie uwarunkowania należy zauważyć, że wyborcy PO są bardziej liberalni w kwestii związków homoseksualnych od teoretycznie lewicowych sympatyków SLD. Politycy Platformy przejawiają więc w kwestii związków partnerskich dużo większą zachowawczość niż wyborcy tej partii. PO wraz z SLD i TR posiada w Sejmie matematyczną większość do uchwalenia dowolnego projektu (248 głosów), lecz obawa przed konfliktem z kilkunastoma posłami z konserwatywnego skrzydła PO skutecznie hamuje aktywność legislacyjną w tej materii.

/

Zobacz inne artykuły >>>

tajnikipolityki.pl

Dodaj komentarz