RSS
 

Lit

 

Premiera literacka tygodnia: „Drach” Twardocha. Wusztzupa dla ośmiolatka

Szczepan Twardoch, 15.11.2014
Szczepan TwardochSzczepan Twardoch (DAWID CHALIMONIUK)

Za dużo wiedzą, aby dobrze rozumieć. Świnia wie mniej, dlatego lepiej rozumie, rozumie prawdę bijącego serca i topora.
Spał, ale budzi się bardzo wcześnie rano i jest jeszcze ciemno, i jest październik, wciąż jest ciepło, przed pierwszymi przymrozkami. Josef śpi w jednym łóżku z młodszym bratem i wie, że mamulka byłaby zła, gdyby obudził brata, więc spod pierzyny wymyka się jak najciszej. Wygląda przez okno, na plac.

Plac jest błotnisty, okolony gospodarczymi zabudowaniami z wiśniowej, twardej cegły. Z takiej cegły zbudowane są dom, szopy, chlewiki i hinterhausy. Niedaleko, na wzgórzu, które kiedyś było grodem, wznosi się drewniany kościół.

- Zaś tela marasu… – piętro niżej martwi się mamulka, wyglądając przez okno waszkuchni, bo deszcz wypełnia plac błotem.

- Mamulka już sčm we waszkuchnie – mówi zza pleców Josefa młodszy brat, który jednak się obudził.

Mamulka była tam już wczoraj, razem z ciotką, ucierały pieprz i ziele angielskie, i owoce jałowca, i kolendrę, i imbir, ucierały i usypywały na zgrabne kopczyki, obok drobnych rodzynek, woreczków z majerankiem, obok suchych bułek, żymeł, pokrojonych w kostkę – a jak pięknie kroi się sucha bułka, z jakim trzaskiem i ile zostaje po tym krojeniu okruszków – i wszystko to bardzo pachniało, podniecająco i drażniąco jednocześnie.

Josef Magnor ma osiem lat i wygląda na plac, i w końcu są, doczekał się: na plac wchodzą masorz z czelodniykiym, obaj w fartuchach, niosą noże i topory.

W chlewiku stoi świnia.

Świnia się rodzi. Świnia żyje. Świnię kupuje ojciec Josefa, Wilhelm, kupuje ją za marki, a są to czasy, w których marka wymienia się na złoto, bo później już się nie wymienia, bo wojna jest kosztowna. Wcześniej kupował świnię ojciec Wilhelma, Otto, za talary związkowe, a jeszcze wcześniej ojciec Ottona, Friedmar, za talary pruskie, i wszyscy chowają te kolejne świnki w chlewie, żywiąc je odpadkami z ludzkiego stołu, i świnki, jedząc, rosną i zamieniają się w świnie, i tak świnia żyje. Świnia rośnie. Świnia tyje.

A potem przychodzi jesień, a z jesienią przychodzą masorz z czelodniykiym, a świnia nie wie, póki jej nie wyciągną na plac, i wtedy już wie, i rozumie swoją świńską mądrością, co się dzieje, i godzi się z tym, chociaż cały jej instynkt się na to nie godzi, nie godzi się na to, że ją będą walić obuchem w łeb, że będą jej podrzynać gardło, opalać szczecinę, podwieszać ją na haku za pęciny i dzielić jej ciało na części, temu instynkt się sprzeciwia, świnia chce walczyć o życie. Ale jest też mądrość świni, utajona mądrość świni, która na to przystaje. W swej głębszej, ukrytej pod instynktem mądrości świnia wie, że musi powrócić do ziemi, z której się narodziła.

Josef wygląda na plac. Na plac wchodzą masorz z czelodniykiym, niosą noże i topory, witają się z matką i ciotką Trudą, rozkładają warsztat swojego krwawego fachu.

- Stroć mi sie, ty drachu! – krzyczy matka do Josefa. – Raus, do dčm, aber sofort!

Masorz Erwin Golla trochę się chwieje na nogach, a matka wynosi jeszcze sznapsa i nalewa go masorzowi, i za jego łaskawym pozwoleniem nalewa czelodniykowi, który nazywa się Hanys Grychtoll i nienawidzi swojego mistrza pijaka, nienawidzi go za wszystkie ciosy w twarz, które zniósł z pokorą, bo musiał, a jeszcze bardziej za te ciosy w twarz, które trzeba będzie znieść w przyszłości, ale pewnego dnia, w maju roku 1921, Hanys Grychtoll przyjdzie do domu Erwina Golli z paroma kamratami i zemści się za te wszystkie ciosy w twarz, i potem będzie patrzeć na skrwawione, chociaż żywe jeszcze ciało masorza Golli – z wielkim rozczarowaniem będzie na nie patrzeć, bo zrozumie wtedy, że ciosy kijami i kolbą starego karabinu nie starły ani jednego z ciosów w twarz wcześniej otrzymanych, wszystkie ciosy w twarz, jakie Hanys Grychtoll otrzymał od Erwina Golli, są jak w kamieniu wyryte na wieczne pamiętanie, w twarzy Hanysa wypisane, niezacieralne.

Kamraci chcą zabić Gollę, ale Hanys Grychtoll ich powstrzymuje, zniechęca, a im, powstrzymanym, od razu brakuje odwagi i nie zabijają Erwina Golli, z pewną stratą dla siebie, bo Golla ich zapamięta i osiemnaście lat później wskaże dwóch z nich komu trzeba, i przyjadą po nich zdeterminowani mężczyźni czarnym citroënem, i zabiorą ich pociągiem do Mauthausen, i tam obaj umrą, na tyfus i na śmierć. Citroën będzie modelu traction avant, z przednim napędem i samonośną karoserią, co jest ważne, ale nie ma żadnego znaczenia. Bijąc masorza Gollę kijami i spluwając nań, jeszcze tego nie wiedzą: ani tego, jaki będzie model citroëna, ani jakiej marki będą śmierć, tyfus i kamieniołom. Uspokoiliby się być może, wiedząc, że marka Mauthausen w tej branży zalicza się do najlepszych. Mauthausen-Gusen to bentley wśród obozów koncentracyjnych.

Hanysa Grychtoła nikt nie zabierze do Mauthausen w 1939 roku, bo Grychtoł – zmieniwszy podwójne „l” w nazwisku na polskie „ł” – zapija się na śmierć kilka lat wcześniej. Zapić się na śmierć nie jest łatwo, jest to nawet bardzo trudne i częściej zdarza się umrzeć od komplikacji, a nie od samego picia, i tak właśnie jest z Hanysem, który upija się do nieprzytomności i zamarza na śmierć na progu swojego skromnego domku w Knurowie; jego ciało znajduje po paru godzinach Klara Grychtoł z domu Lanuszny, żona jego, i wcale nie jest tym zaskoczona ani zrozpaczona, bo niczego dobrego w życiu od Hanysa Grychtoła nie zaznała, trochę zwięzłej rozkoszy, dużo biedy; ma dzięki staraniom Grychtoła piątkę dzieci, często rozbite wargi i wielkie sińce na plecach, bo Hanys chętnie bije Klarę po pijanemu, co również nie ściera starych ciosów Erwina Golli – mimo to Hanys ciągle próbuje, w nadziei, że sine plecy i pośladki żony coś na jego dawno temu obijaną twarz pomogą. – Nč, toć i sie to skčńczyło, giździe zatracčny, żeś sam umar i leżysz w marasie, čżyroku – mówi ze spokojem i filozoficzną zadumą Klara Grychtoł styczniowego poranka roku 1934 na progu knurowskiego familoka, nad ciałem swojego męża.

Ale tego nie wie Hanys Grychtoll, kiedy pije siwego sznapsa październikowym porankiem roku 1906, i Golla też nic nie wie – ani o pobiciu, ani o tym, jak w 1921 roku życie zachowa, aby je stracić w roku 1942 w wyniku zatkania tłuszczem żyły blisko serca, szybko, boleśnie, ale szybko, ze strachem i z ulgą jednocześnie odchodząc z tego świata, z iskrą wiary, że odchodzi ku lepszemu, a nie w ciemność.

Jedynym stworzeniem, które już coś wie, jest świnia, bo kiedy wyprowadzają ją z chlewika, to instynkt i mądrość przepowiadają jej, co się będzie działo. (…) Golla się przymierza, Grychtoll trzyma za uszy, rok jest 1906, co ma pewne znaczenie, lecz nieduże, i świat wydaje się wiecznotrwały, niezmienny: Golli, Grychtollowi, Josefowi, matce i ojcu Josefa, i świni, przy czym to, jak świnia sobie świat przedstawia (forszteluje, mawiają Golla, Grychtoll, Zeflik, matka i ojciec jego), najmniej jest skomplikowane i z tego powodu najbliższe prawdy, bo Golla, Grychtoll, Zeflik i matka jego widzą świat w wymiarze ludzkim. Jest więc w wymiarze ludzkim wieś Deutsch Zernitz, w niej jest drewniany stary kościół i jeszcze niezbyt stary farorz Stawinoga (kery je wielgi Niymiec, ale porzčndny, mówią o nim we wsi), jest Gleiwitz, gdzie mieszczą się sąd, landrat, koszary ułanów i koszary piechoty, jest kopalnia, gdzie się pracuje, i Berlin, gdzie mieszka kajzer.

Za dużo wiedzą, aby dobrze rozumieć. Świnia wie mniej, dlatego lepiej rozumie, rozumie prawdę bijącego serca i prawdę topora.

Prawda świni zaś niedługo się dopełni, bo Golla przymierza się po raz siódmy, aż wreszcie bierze wielki zamach i z całą mocą wali, i nie trafia, obuch topora prześlizguje się po boku świńskiej czaszki, raniąc poważnie zwierzę i prawą dłoń czelodniyka Grychtolla. Grychtoll pada na ziemię, krzycząc z bólu i ze strachu, przekonany, że Golla odrąbał mu rękę, i świnia też wrzeszczy z bólu i ze strachu, wyrywa się, a ponieważ jest do uchwytu klapy solidnie przywiązana, to wyrywa klapę i ciągnąc ją za sobą, gna po placu, szukając ratunku, jednak ratunku znikąd.

Golla, nieco zamroczony alkoholem, stoi z toporem w ręku. – Coście narobiyli, masorzu! – krzyczy matka Josefa, a Josef w oknie na piętrze domu drży z podniecenia i wszystko, co widzi, zapisuje się w chłopięcej pamięci już na zawsze, i dlatego myśli o tym, wracając wojskowym pociągiem spod Lys na Górny Śląsk, z błota okopów pod ziemię, z ziemi w ziemię.

- Jo cie zabiyja! – ryczy masorz Golla dwanaście lat przed chwilą, w której Josef Magnor wraca wojskowym pociągiem spod Lys na Górny Śląsk, krótkie nogi masorza Golli wprawiają potężne cielsko w ruch i masorz Golla biegnie w pościgu za świnią, w którym ze względu na tuszę byłby bez szans, gdyby nie potworny balast klapy od dołu z nieczystościami, którą ranna świnia ciągnie za sobą. (…)

- Niy rycz jak baba, yno pčdź sam drapko, giździe jedyn! – krzyczy Golla do Grychtolla i Grychtoll idzie, i świniobicie wraca na swoje tory. Na plac schodzi ciotka Josefa, Truda. Josef widzi, jak Golla, jakby trochę trzeźwiejszy, wielkim nożem przecina świńską szyję, z której pienistą strugą chlusta ciemnoczerwona krew, chlusta do miski, którą trzyma matka, a kiedy się wypełni, podaje ją ciotce, która miesza w niej drewnianą łyżką, aby krew nie zastygła, matka zaś pod strugę podkłada miskę drugą.

Pijany Golla z obolałym Grychtollem pakują świńskie ciało do wielkiego drewnianego koryta, w którym matka Josefa zwykle pierze bieliznę, a teraz razem z ciotką Trudą przynoszą wielki gar wrzątku, którym Golla i Grychtoll świnię parzą i zdzierają z niej szczecinę, po parzeniu zaś podwieszają ją na krzywulcu w drzwiach waszkuchni, Zeflik zaś wybiega już na dwór, już wie, że może, matka go nawet woła i teraz Zeflik patrzy, jak od krocza zaczynając, pijany, lecz nieco przetrzeźwiały masorz Golla ruchami już pewnymi rozcina świnię i z rozciętego brzucha wylewają się niebieskosine wnętrzności, które matka Zeflika pieczołowicie zbiera i rozdziela.

(…) Koło dziesiątej zachodzą już pierwsi goście, akurat kiedy welflajsz jest gotowy. Masorz Golla już nie pije, pilnie pracują z czelodniykiym Grychtollem: porąbawszy świnię, czyszczą jej jelita, z których na początek sporządzą krupnioki i żymloki, krwią zalewając krupy pogańskie, czyli kaszę gryczaną z kawałkami sadła i kostki suchych bułek. Z żołądka będzie wielki preswuszt. Matka Zeflika i ciotka Truda pracują równie pilnie, częstując gości sznapsem i piwem z browaru Scobela, gotując kartofle i kwaśną ciaperkapustę do świeżej kiełbasy, na którą znowu przyjdą goście inni i ci sami, co byli rano, przyjdą na wuszt tak ćwierć na drugą, zjedzą z kartoflami, popiją, a potem na drogę dostaną gościniec, kawałki świeżego mięsa, kiełbasy, preswuszty i leberwuszty na talerzach do zwrotu, zawiniętych w płócienne serwety.

(…) Wrócą do niego te smaki: wusztu i żymloków, i wusztzupy, i świeżego chleba ze świeżym preswusztem, i gorzki smak piwa, którego daje mu skosztować ojciec i które Josefowi Magnorowi nie smakuje, powracają do niego te smaki, kiedy spoczywa głęboko we mnie, pod ziemią i w ciemności, żywy, z nogami przykrytymi kocem, zagryzając ostatni kawałek zleżałej kiełbasy zeschłym chlebem i popijając wódką, odurzony, osłabiony i chory, i kiedy pogrążony jest we śnie trwałym, i kiedy leży w śniegu na placu domu w Przyszowicach.

Szczepan Twardoch
Ur. w 1979 r. Autor m.in. powieści „Wieczny Grunwald” i zbioru opowiadań „Tak jest dobrze”. Mieszka na Górnym Śląsku. Za powieść „Morfina”, której akcję umieścił w Warszawie w 1939 r., otrzymał nominację do Nike. Jego najnowsza powieść, „Drach”, to saga o Śląsku. Zaczyna się w 1906 r., gdy mały Josef przygląda się świniobiciu. Choć chłopiec o tym nie może wiedzieć, ryk zarzynanego zwierzęcia i smak wusztzupy powrócą do niego kilkanaście lat później, gdy po zakończeniu I wojny będzie wracał z frontu na Śląsk. Lata współczesne – Nikodem, który nigdy nie był w wojsku, ale za to jest wziętym architektem, ma małą córkę i właśnie rozstaje się z żoną. Między Josefem a Nikodemem – cały XX wiek i skomplikowane losy dwóch śląskich rodzin na tle wojen, wielkich nadziei i rozczarowań.

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz