RSS
 

Woś 21.10.14

 

Rafał WOŚ: “Dziecięca choroba liberalizmu. Inwestycje zagraniczne to nie tylko manna z nieba”

 

Rafał Woś

Dziennikarz i publicysta ekonomiczny Dziennika Gazety Prawnej. Laureat Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej (2011). Był też nominowany do Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej, Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (przyznawanej przez Akademię Ekonomiczną w Krakowie), Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego oraz Nagród SDP.

Objawem ideologicznego zaczadzenia neoliberalizmem – stosunek do inwestycji zagranicznych. To temat bezpośrednio związany z kwestią prywatyzacyjną. W III RP inwestycje zagraniczne przez lata były uważane za coś na kształt biblijnej manny z nieba. Oto ubogi kraj na dorobku dostawał dzięki nim zastrzyk życiodajnej energii. Ta w sumie dość jednostronna argumentacja przesłaniała jednak brzydszą część prawdy.

Pamiętają Państwo radość, jaka ogarniała polską opinię publiczną (i to nie tylko ekonomistów) po każdej inwestycji Daewoo, Volkswagena, Philipsa, LG, Della? Albo ostatnio HP, Oracle czy Amazona? I darcie szat połączone z utyskiwaniem na nieudolność klasy politycznej, gdy omijały nas Peugeot albo Kia? Za szczególnie łakomy kąsek uchodziły zawsze, rzecz jasna, inwestycje bezpośrednie, gdy zagraniczny kapitał „wchodzi do kraju w celu uzyskania trwałego wpływu na działalność przedsiębiorstwa” (tak właśnie bezpośrednie inwestycje zagraniczne definiują MFW i OECD) – albo samodzielnie budując przedsiębiorstwo (greenfield, czyli w szczerym polu), albo przejmując udziały (min. 10 proc.) w już istniejącym krajowym biznesie. To właśnie ten procent odróżnia inwestycje bezpośrednie od portfelowych, a więc takich, których celem jest tylko osiągnięcie zysków kapitałowych bez angażowania się w zarządzanie przedsiębiorstwem.

Gdy spojrzymy wstecz, widać wyraźnie, że Polska nie miała problemów z przyciąganiem inwestorów zagranicznych niemal od samego początku transformacji. We wczesnej fazie sprzyjał temu zdecydowany prywatyzacyjny kurs pierwszych rządów wolnej Polski, zwłaszcza tych postsolidarnościowych – a potem polskie wejście do Unii Europejskiej. Dość powiedzieć, że wartość inwestycji zagranicznych skoczyła wtedy z 4,1 mld euro (2003) do 17,2 mld euro (2007). Zaraz potem uderzył kryzys, kapitał trochę się przestraszył i wydatki na inwestycje zagraniczne spadły na całym świecie. Mimo wszystko w Polsce w latach 2009–2011 mieliśmy znów tendencję wzrostową – z 9,3 mld euro do 13,6 mld. Zdecydowane odwrócenie trendu przyniósł dopiero rok 2012. Według najnowszych danych NBP napływ nowych inwestycji był równy tylko 2,8 mld euro. Instytucje państwowe odpowiedzialne za przyciąganie inwestycji zagranicznych nie ustają jednak w poszukiwaniu pocieszających wyjaśnień tej nagłej obniżki. Na przykład Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIIZ) pisze tak: „W skali świata wartość projektów typu greenfield spadła w 2012 r. o 1/3. W Polsce, która znalazła się na drugim miejscu pod względem nowych projektów tego typu w całej Unii Europejskiej, wartość ta obniżyła się tylko o 7,6 proc. Dane dotyczące greenfields pokazują, że o ile spadła przeciętna wielkość projektów, to zainteresowanie inwestorów Polską i zdolność generowania nowych miejsc pracy są wysokie. Te dane to deklaracje inwestorów – stanowią więc znakomity prognostyk dla przepływów inwestycyjnych w przyszłości”.

Z kolei w corocznej ankiecie UNCTAD (ONZ-owska agencja ds. handlu i rozwoju) pytał inwestorów o najbardziej atrakcyjne kraje do inwestowania w latach 2013–2015. Polska znalazła się na 4. miejscu w Europie i na 14. na świecie. Według najnowszego raportu E&Y Polska jest liderem wzrostu inwestycji w Europie. W 2012 r. odnotowała najwyższy wśród krajów europejskich przyrost liczby projektów inwestycyjnych (o 22 proc. więcej niż w 2011 r.). Według raportu w ubiegłym roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne stworzyły w Polsce o 67 proc. miejsc pracy więcej niż rok wcześniej, podczas gdy wynik dla całej Europy wyniósł tylko plus 8 proc. To nie koniec. FDI Intelligence (grupa Financial Times) w raporcie wskazuje z kolei, że liczba projektów greenfield w Polsce wzrosła w 2012 r. o 5 proc. Wśród państw europejskich oprócz Polski tylko Hiszpania zanotowała przyrost. Polska zajęła też 1. miejsce w rankingu Polsko-Niemieckiej Izby Handlowej dotyczącym atrakcyjności inwestycyjnej wśród krajów tej części Europy. Koronnym dowodem ma być to, że 9 proc. ankietowanych inwestorów zainwestowałoby w Polsce ponownie.

I tak dalej, i tak dalej. Bezkrytyczne żonglowanie tymi wszystkimi procentami i statystykami (uprawiane zwłaszcza przez media ekonomiczne) dowodzi jednego. W Polsce inwestycje zagraniczne cały czas są traktowane jako niewiarygodnie wielka szansa rozwojowa. Prezent od losu. Albo nagroda za dobre zachowanie. Dlatego gdy Amazon zapowiedział w 2013 r., że chce uruchomić w Polsce centra logistyczne, znów mieliśmy radość. Będą nowe miejsca pracy i dodatkowe wpływy budżetowe.

Tylko czy za każdym razem, gdy w kraju pojawia się nowa zewnętrzna inwestycja, jest się tak naprawdę z czego cieszyć? Wielu ekonomistów ma co do tego poważne wątpliwości. I to nie od dziś.

Jednym z nich jest Heiner Flassbeck. Kompetencji w kwestii międzynarodowych przepływów kapitału odmówić mu nie sposób. Dość powiedzieć, że w latach 2003–2012 Niemiec był głównym ekonomistą UNCTAD, czyli Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju – wspomnianej już agencji ONZ, która z bliska przygląda się tematyce inwestycji zagranicznych. „W kręgach politycznych, a czasem nawet wśród ekonomistów dominuje naiwne przekonanie, że inwestycje zagraniczne to gra, w której obie strony wygrywają. Rzeczywistość jest niestety dużo bardziej skomplikowana” – uważa Flassbeck.

Działa to mniej więcej tak. Do kraju na niższym poziomie rozwoju wchodzi z nową inwestycją kapitał zagraniczny. Już na dzień dobry dysponuje on dużo lepszą (przywiezioną ze sobą) technologią, a co za tym idzie produktywnością rodem wręcz z innej planety. Uzupełnia to jeszcze tanią siłą roboczą kraju przyjmującego i staje się graczem nie do pobicia. W starciu z takim rywalem większość lokalnych konkurentów jest bezradna. A to nie koniec przewagi inwestorów zagranicznych, bowiem większość z nich stosuje tzw. ceny transferowe – czyli preferencyjny sposób księgowania kosztów pomiędzy rozsianymi po świecie spółkami córkami jednej globalnej firmy. Ceny transferowe mają decydujący wpływ na konkurencyjność międzynarodowej grupy wobec przedsiębiorstw działających lokalnie. Bywa, że firma zagraniczna unika dzięki temu zobowiązań wobec lokalnego fiskusa. W praktyce duże zachodnie korporacje nie mają więc zazwyczaj najmniejszych problemów, by w krótkim czasie uzyskać dominującą pozycję na najbardziej intratnych rynkach państw o mniejszym potencjale ekonomicznym. W bankowości, budownictwie, przemyśle przetwórczym oraz wielkim handlu. „To typowe zjawisko obserwowane od początku globalizacji we wszystkich rejonach świata. Europa Środkowo-Wschodnia i Polska nie są na tym tle żadnym wyjątkiem” – przekonuje Flassbeck.

Symptomatyczne jest również to, że takie procesy przechodzą zazwyczaj niezauważone. Dlaczego? Dosyć łatwo wyliczyć, ile pieniędzy inwestor zagraniczny przeznaczył na reinwestycje w danym kraju albo ile utrzymuje tam miejsc pracy (w Polsce to ok. 1,5 mln stanowisk). Trudniej natomiast przedstawić wiarygodne wyliczenia na temat utraconych szans biznesowych lokalnych przedsiębiorstw związanych z pojawieniem się potężnego zagranicznego konkurenta, który pożarł im rynek. A ponieważ opinia publiczna musi sobie pewne fakty zracjonalizować, to tworzy następujący obraz: skoro przemysł czy rodzimy handel w kraju peryferyjnym w starciu z zagranicznymi graczami przegrał, to widocznie był słabszy i przegrać musiał.

To narracja doskonale znana choćby z dyskusji o transformacji polskiej gospodarki po roku 1989.

To jeszcze nie wszystko. Aby zrozumieć, na czym polega inna brzydka strona inwestycji zagranicznych, oddajmy na chwilę głos znanemu hinduskiemu ekonomiście i krytykowi globalizacji Amitowi Bhaduriemu. W wywiadzie, którego udzielił mi kilka miesięcy temu, opisał pułapkę, w jakiej znalazł się jego kraj. „W Indiach od lat wszystkie siły polityczne prześcigają się w zapewnieniach, że uczynią z tego kraju jeszcze lepsze miejsce do inwestowania. Wierzą, że impulsy do rozwoju ekonomicznego mogą nadejść tylko z zewnątrz. Robimy więc wszystko, by przypodobać się Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. I to bynajmniej nie dlatego, że MFW pożycza nam pieniądze. My chcemy, żeby fundusz wystawił nam dobre świadectwo, które zapewni dopływ świeżych zagranicznych inwestycji. W tym sensie jesteśmy ich zakładnikami” – uważa Bhaduri. Tak, właśnie zakładnikami. Międzynarodowe firmy do perfekcji bowiem opanowały umiejętność rozgrywania między sobą krajów bijących się o ich pieniądze. W efekcie w większości państw na dorobku działa cały system ulg i zwolnień podatkowych, który jest obliczonych na przyciągnięcie inwestorów – a przy okazji powoduje mnóstwo sytuacji paradoksalnych. Takich jak wspomniana już prywatyzacja Zakładów Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzynie w 1990 r.

Inwestycja miała kosztować amerykański koncern International Paper Group 150 mln dol. Tymczasem sama wartość powiązanych z transakcją utraconych korzyści podatkowych sięgnęła podobno 142 mln.

Był to efekt podniesienia przez inwestora cen papieru tuż po zakupie przedsiębiorstwa – i o tę sumę należałoby w zasadzie skorygować rachunek zysków budżetu państwa z tej inwestycji.

Nie można zapominać również o specjalnych strefach ekonomicznych (SSE). Jest ich dziś w Polsce 14. Powstały w połowie lat 90. w celu przyciągnięcia do kraju inwestycji. Firmy lokujące swoją produkcję w takich miejscach mogą liczyć na zwolnienia podatkowe oraz innego rodzaju ułatwienia. Główną korzyścią z istnienia stref mają być tworzone tam miejsca pracy. Zwłaszcza że strefy ulokowano głównie na obszarach trapionych problemem bezrobocia strukturalnego. Pomysł może i dobry – gdyby nie to, że przy okazji w SSE otwarto drzwi do wielu patologii. Tak przynajmniej twierdzi Małgorzata Maciejewska z Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka raportu Zmęczone ciała i bezcenne produkty. Warunki pracy kobiet w specjalnej strefie ekonomicznej przemysłu elektronicznego. Maciejewska na dwa miesiące zatrudniła się w podstrefie kobierzyckiej w fabryce produkującej telewizory LCD dla koreańskiego koncernu LG. Obraz, który wyłonił się z jej raportu, wcale nie przypominał kolorowych prezentacji zachwalających zazwyczaj dobrodziejstwa zagranicznych inwestycji. Kobierzycka rzeczywistość wyglądała w tym opisie następująco: hale fabryczne otoczone drutem kolczastym, daleko poza miastem, ciągły nadzór, bardzo ciężkie warunki pracy i bardzo niskie wynagrodzenie. I choć specjalne strefy to zaledwie cząstka polskiego świata pracy, to warto jednak odnotować jej istnienie, jak również fakt, że to właśnie w specjalnych strefach swoje centra logistyczne uruchomi prawdopodobnie amerykański gigant Amazon – koncern, który w atmosferze skandalu uciekł z Niemiec, bo jego pracownicy burzyli się z powodu łamania ich podstawowych praw.

Czy to wszystkie ciemne strony inwestycji zagranicznych? Niestety, wcale nie. Wybitny polski ekonomista (przez lata szefujący Wiedeńskiemu Instytutowi Międzynarodowych Porównań Gospodarczych) Kazimierz Łaski zwraca uwagę na jeszcze jedno niebezpieczeństwo. „Polega ono na tym, że zbyt szerokie otwarcie drzwi dla inwestycji zagranicznych bardzo często pompuje ujemny bilans handlowy kraju przyjmującego” – mówi naukowiec. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy inwestycje są lokowane w dziedzinach, które nie sprzyjają eksportowi, czyli w bankowości, budownictwie czy wielkim handlu. Takie inwestycje są z punktu widzenia gospodarki narodowej mało opłacalne. Problem tylko w tym, że to właśnie do nich z największym entuzjazmem podchodzą zagraniczni inwestorzy. Tutaj właśnie są do ustrzelenia największe zyski. Niestety struktura bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce pokazuje wyraźnie, że koncentracja zagranicznego kapitału dotyczy tych właśnie dziedzin. Aż 21 proc. inwestycji koncentruje się w sektorze finansowo-ubezpieczeniowym, 15 proc. w handlu hurtowym i detalicznym, 6 proc. w budownictwie, a 8 proc. w obsłudze rynku nieruchomości. To, zdaniem Łaskiego, jedna z głównych przyczyn utrzymującego się przez cały okres potransformacyjny ujemnego salda bilansu handlowego Polski – częściowo przełamanego dopiero w ostatnim czasie (2012–2013), czyli w okresie, w którym – przypomnijmy – nastąpiło załamanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Dlaczego bilans handlowy ma znaczenie dla kraju takiego jak Polska? „Nie ma oczywiście problemu z tym, żeby kraj miał przez jakiś czas większy import niż eksport. Ale doświadczenie uczy, że gospodarki, które jak Japonia albo Chiny dokonały wielkiego skoku, zdecydowanie unikały ujemnego bilansu handlowego” – tłumaczy Łaski.

Gdzieś na marginesie tej wyliczanki pozostają jeszcze inne mroczne strony inwestycji. Jak choćby to, że przy okazji migracji kapitału mogą następować takie patologie jak eksportowanie zagrożeń ekologicznych (firmy z branży chemicznej uciekające do krajów słabiej rozwiniętych, by tam truć na potęgę) – albo po prostu urządzanie zorganizowanego skoku na tamtejsze zasoby naturalne. Nie są to akurat (na szczęście) problemy mające większy związek z Polską i krajami tej części Europy. Nie należy jednak zapominać i o nich.

Pisanie o brzydkiej stronie inwestycji zagranicznych zawsze wiąże się z dużym ryzykiem. I nieuchronnie wywołuje zniecierpliwione pytania w stylu: „To co mamy w takim razie zrobić? Otoczyć się murem i postawić na autarkię?”. Oczywiście, że nie. Już choćby dlatego, że Polska – z własnej woli i w swoim dobrze pojętym interesie – funkcjonuje w ramach wspólnego unijnego rynku i ma wiele zobowiązań traktatowych (w tym podpisane przy okazji akcesji z UE zobowiązanie do wejścia do strefy euro). Jesteśmy więc częścią procesów globalizacyjnych, których nieodłączny składnik stanowi ekspansja zagranicznego kapitału na polski rynek. Tak wygląda rzeczywistość. Sęk w tym, żeby się w ramach tej rzeczywistości sprawnie poruszać.

Polska nie jest przecież pierwszym krajem, który uświadamia sobie, że inwestycje zagraniczne to nie tylko manna z nieba. Przed podobnym problemem stanęła np. Kanada, która po II wojnie światowej była bardzo atrakcyjnym miejscem dla ekspansji kapitału z USA. Rząd kraju klonowego liścia przyjął wówczas wiele restrykcji dotyczących inwestycji zagranicznych (tzw. Investment Canada Act). Rozwiązanie to oczywiście sprzedawano jako próbę uatrakcyjnienia Kanady dla zagranicznego kapitału. W rzeczywistości akt był zbiorem twardych warunków, jakie musieli spełnić wszyscy potencjalni inwestorzy. I tak zamiast sytuacji, w której w założonej przez zagraniczny kapitał filii odbywa się głównie montaż z importowanych części, w wytycznych ICA stwierdzono: „Kanadyjska filia ma być niezależną, zintegrowaną pionowo całością, w pełni odpowiedzialną za co najmniej jedną funkcję produkcyjną”. Kanadyjskim filiom zagranicznego kapitału nakazano też rozwijanie źródeł zaopatrzenia w Kanadzie, włączenie do swoich zadań realizowanych w tym kraju prac badawczo-rozwojowych, a nawet popieranie kanadyjskich instytucji kulturalnych i charytatywnych.

Jest jeszcze jeden zarzut, który w rozmowie o ciemnych stronach inwestycji zagranicznych pojawi się na pewno. Opiera się on na twierdzeniu, że rozróżnianie kapitału krajowego i zagranicznego jest u progu XXI w. działaniem jałowym i anachronicznym. Przecież „kapitał nie ma narodowości”. „Nic bardziej mylnego!” – uważa Ha-Joon Chang, autor głośnej (i wydanej niedawno po polsku) książki 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie. Ten pochodzący z Korei Południowej ekonomista Uniwersytetu w Cambridge dowodzi w niej, że „większość ponadnarodowych firm to tak naprawdę wciąż firmy krajowe z działalnością międzynarodową. Swoją działalność w jej najważniejszych aspektach (takich jak zaawansowane badania czy planowanie strategiczne) prowadzą w krajach pochodzenia. Jeśli muszą zamykać fabryki, to – z powodów politycznych albo gospodarczych – w kraju macierzystym robią to dopiero w ostateczności”. Dzieje się tak nie tylko z powodu osobistych sympatii menedżerów. Po prostu korporacje niejednokrotnie łączy z krajem pochodzenia sieć powiązań biznesowych i podmioty te często liczą na różnego rodzaju zamówienia publiczne, do których otrzymania potrzebują dobrego wizerunku firmy dbającej o rodzime miejsca pracy. Tak zrobiło choćby szefostwo Fiata w 2010 r., decydując się na przeniesienie części produkcji z Tychów pod Neapol. Trudno więc odmówić prawdziwości twierdzeniu Ha-Joon Changa, że większość korzyści z tytułu międzynarodowej działalności korporacji przywłaszcza sobie właśnie kraj pochodzenia kapitału.

Przypominanie ciemnych stron inwestycji zagranicznych nie równa się ich diabolizowaniu. Zresztą nawet gdyby ktoś postawił sobie taki cel, sam skazywałby się na porażkę. Nie brakuje przecież studiów i analiz uznających dynamiczne wejście do Polski po 1989 r. zagranicznych inwestycji za jeden z kluczowych powodów naszego – bądź co bądź – znaczącego rozwoju gospodarczego. Ich ignorowanie byłoby zwyczajnym fałszowaniem rzeczywistości.

imagesNie należy jednak popadać w drugą skrajność i dowodzić, że żwawy rozwój polskiej gospodarki w ostatnich 20 latach był możliwy głównie dzięki otwarciu na napływ zagranicznego kapitału. Nawet wśród ekonomistów trwa spór o to, czy pierwsze było jajko czy kura. Czy najpierw pojawiają się inwestycje i to one pobudzają wzrost? Czy może jest dokładnie odwrotnie? Może jednak to wzrost i potencjał rynku stanowią magnes dla inwestycji zagranicznych? W ślad za tym pytaniem można stawiać kolejne. Czy polski wzrost minionego ćwierćwiecza nie byłby bardziej imponujący, gdyby drzwi dla zachodniego kapitału otwierano w sposób trochę bardziej kontrolowany? Czy zachęty podatkowe koniecznie musiały być tak lukratywne? Czy nie za wcześnie spisano na straty znaczącą część polskiej gospodarki odziedziczonej po PRL-u? Na te pytania nie ma jednej zawsze właściwej odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że ich stawianie nie jest uzasadnione.

Rafał Woś

Fragm. książki “Dziecięca choroba liberalizmu”, Studio Emka, 2014

21.0.2014

wszystkoconajwazniejsze.pl

poniedziałek, 20 października 2014

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz
„Prześniona rewolucja” – to pojęcie przeniknie chyba na stałe do kanonów myślenia o historii polskiego społeczeństwa. Jeśli tak, warto zadać sobie pytanie, czy Polska miała szansę na dokonanie rewolucji całkiem świadomej. Tak, polscy mieszczanie, drobna szlachta i kosynierzy pod dowództwem Tadeusza Kościuszki byli bardzo blisko, by na trwałe zmienić społeczne oblicze Polski. 

„Dramat wielkiej rewolucji rozgrywa się tylko raz w historii danego państwa. (…) Powodem jest ten przyziemny fakt, że w każdym państwie istnieje tylko jeden porządek, z którym naród chce się uporać, a gdy tego dokona – lub choćby spróbuje– maj już za sobą epokowy, nieodwracalny przełom”. Ten cytat z „Lokomotyw historii” Martina Malii jest trzonem teoretycznej podbudowy „Prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera. Książki, którą śmiało można uznaćza jeden z najgorętszych intelektualnie tytułów roku. Główna jej teza mówi o tym, że Polakom nie udało się przeprowadzić tej „jedynej” rewolucji własnymi rękami. W tym trudnym, ale niezbędnym dziele musieli ich „wyręczyć” hitlerowscy i stalinowscy okupanci. Dzięki ich działaniu, w latach 1939-1956, dokonała się w Polsce rewolucja, która zburzyła dotychczasową stanową strukturę społeczną i zbudowała nową, zdominowaną przez mieszczańską klasę średnią i opartą na nowoczesnych stosunkach własności. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, uważa Leder, gdyby tylko polskie społeczeństwo tę „prześnioną rewolucję” „przepracowało” – rozliczyło się z niej i uznało za fundament swojej tożsamości. Tymczasem jest ona przez Polaków systematycznie wypierana. Odnoszą oni do dzisiejszej, „porewolucyjnej” rzeczywistości, zupełnie nieaktualne schematy pojęciowe (zwane przez autora, czerpiącego z psychoanalizy,„imaginarium” lub „polem symbolicznym”). Zamiast stworzyć nowe, adekwatne „pole symboliczne”, wciąż uznajemy za swoją historię w wydaniu szlacheckim, co podświadomie wpływa m.in. na nasze gusta, czy stosunki w miejscach pracy… Na tym skończę, z konieczności upraszczającą parafrazę pracy Ledera. Wydaje się, że, nawet jeśli słychać wobec niej istotne głosy krytyczne, ma ona szanse wejść na stałe do kanonu myślenia o historii polskiej państwowości i społeczeństwa. I dobrze, bo wprowadza do niego inspirujące i oryginalne koncepcje.

Jeśli przyjmiemy jego tezę o zewnętrznym czynniku sprawczym polskiej rewolucji, warto zastanowić się nad tym, czy we wcześniejszych etapach historii naszego kraju nie można znaleźć wydarzeń, które moglibyśmy uznać za próbę przeprowadzenia takiej rewolucji – świadomej, programowej i gwałtownej zmiany stosunków społecznych, ekonomicznych i politycznych, połączonej z wytworzeniem nowego, odnoszącego się do nich „pola symbolicznego”. Sądzę, że za najpoważniejsze i być może najbliższe osiągnięcia rezultatu należy uznać powstanie kościuszkowskie, które wybuchło w Krakowie 16 marca 1794 roku, a upadło 16 listopada tegoż roku po rzezi dokonanej przez wojska rosyjskie na warszawskiej Pradze.. Może warto wykonać swego rodzaju intelektualne ćwiczenie i ocenić ten okres wzmożonego wrzenia społecznego w Polsce przez pryzmat zachwiania „imaginarium” tworzącego feudalną Polskę szlachecką, a nawet Polskę magnacką, i próby emancypacji upośledzonych dotychczas stanów. Postaram się podjąć tego zadania i pokrótce nakreślić możliwe ścieżki analizy tego zjawiska, uwzględniając jego tło historyczne, zagadnienia ideowe i praktykę rewolucyjną 1794 roku.

I.Tło.
Rewolucje, konstytucje, naczelnik z wielkiego świata.

Gdy na krakowskim rynku, w chłodny marcowy poranek, były generał rewolucji amerykańskiej Tadeusz Kościuszko ogłaszał, że powierzonej sobie władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyje, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładności Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będzie, zarówno Polska, jak i cała Europaznajdowała się w czasie wielkiego przełomu. Rewolucyjna Francja, która cztery lata wcześniej ogłosiła, że Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach, toczyła wojny ze wszystkimi europejskimi potęgami, a sama przeżywała chwile najdrastyczniejszego jakobińskiego terroru. W Wielkiej Brytanii krystalizował się powoli parlamentarno-gabinetowy, liberalny system sprawowania władzy. Oczy wielu skierowane były na Amerykę, republikę, która w wojnie na śmierć i życie pokonała państwa ancien regime’u. Nawet monarchie absolutne w rodzaju Austrii czy Prus liberalizowały chociażby swoje prawo karne. Idee Oświecenia zdawały się mieć coraz większy wpływ na realne położenie milionów mieszkańców Europy – kontynentu, który wkraczał na krętą drogę do tego, co dziś nazywamy „nowoczesnością”.

Także przez szlachecką Rzeczpospolitą w poprzedzających ów dzień latach przeszedł polityczny i obyczajowy huragan. W ciągu trzydziestu lat panowania ostatniego króla zracjonalizowano system polityczny i utworzono instrumenty, które umożliwiły kulturalny i społeczny awans tysiącom przedstawicieli średniej szlachty i mieszczaństwa. Następnie zaś, wykorzystując dobrą koniunkturę międzynarodową, dokonano, aktem Konstytucji 3 Maja, znaczącej, choć dość zachowawczej reformy polityczno-społecznej. Konstytucja, prócz regulacji usprawniających działanie instytucji państwowych, zawierała również treści zmierzające ku upodmiotowieniu mieszczan (dopuszczono ich do uczestniczenia w obradach Sejmu, ale bez prawa głosu), czy chłopów, których „wzięto pod opiekę rządu”. Nawet jeśli były to półśrodki i drobne gesty, którym daleko do przełamania zdominowanego przez szlachtę „pola symbolicznego”, to nie da się ukryć, że na jego nienaruszalnym od wieków obrazie pojawiły się pierwsze zmiany.

Losy Polski po 3 Maja 1791 roku są znane: odbyła się krwawa wojna, nastąpiły dotkliwa klęska i rozbiór, po którym ambasador carycy Katarzyny rządził krajem przy pomocy arystokratów spod znaku Targowicy i stacjonujących w stolicy garnizonów. i Następnie zaś emigracyjne spiski twórców Konstytucji doprowadziły do Powstania 1794 roku. Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę na samej osobie jego przywódcy. Tadeusz Kościuszko, syn drobnego szlachcica z białoruskiej prowincji był człowiekiem swoich czasów w najlepszym tego słowa znaczeniu. Skorzystał z cywilizacyjnej szansy, jaką była możliwość nowoczesnej edukacji w warszawskiej Szkole Rycerskiej, a podczas pobytów we Francji i Niemczech nasiąknął ideami Oświecenia i wojskowymi umiejętnościami najwyższej próby. Jedne i drugie miał okazję praktykować w „próbie ogniowej”, jaką była wojna w obronie amerykańskiej rewolucji. Od podszewki poznał też beznadzieję sytuacji polskich chłopów, próbując reformować swój białoruski majątek po powrocie z Ameryki, a także ułomność polskich sił zbrojnych, dowodząc nimi podczas wojny 1792 roku. Stojąc na krakowskim rynku Naczelnik był więc bardziej niż świadomy okoliczności, w których rozpoczynał misję swojego życia.

II. Program.
Co to znaczy naród?

Wydaje się, że pojęciem kluczowym dla zrozumienia rewolucyjnego charakteru insurekcji 1794 roku jest „naród”. Fundamentem systemu ideologii podtrzymującej dominację szlachecką w Polsce, a więc idąc za Lederem, „pola symbolicznego polskiego feudalizmu”, była rezerwacja jego użycia dla ludzi szlachetnie urodzonych. „Panowie bracia”, „naród szlachecki” byli narodem w sensie politycznym, a zarazem jedynym „narodem” o jakim mówiono i pisano w Rzeczypospolitej. Tego typu retoryka wykluczała z jakiegokolwiek podmiotowego uczestnictwa w życiu publicznym wszelkie inne stany.

Już bogata publicystyka czasów Sejmu Wielkiego zajęła się szeroko problemem potwornej niesprawiedliwości stosunków społecznych ówczesnej Polski. Hugo Kołłątaj porównywał sytuację chłopów polskich do sytuacji „Murzynów, tych nieszczęśliwech dwóch części świata obywateli na wyspach francuskich, osadach holenderskich i angielskich.” Sam zaś Kościuszko, w głębi serca pragmatyk, wskazywał na walory, jakie może mieć chłopskie wojsko dla obronności kraju. Nawet jednak stronnictwo reformatorskie zdawało sobie sprawę, że prędkie rozwiązanie kwestii chłopskiej będzie niezwykle trudne, biorąc pod uwagę egoistyczne interesy stanowe szlachty, oraz braku samoświadomości włościan.

W znacznie bardziej zaawansowanym stadium była w latach poprzedzających Powstanie kwestia politycznej podmiotowości stanu mieszczańskiego. Jego przedstawiciele, zwłaszcza ci reprezentujący „lud” Warszawy, stanowili istotną grupę nacisku podczas trwających w latach 1788-1792 obrad Sejmu Wielkiego i swoją zdecydowaną postawą, wyrażoną m.in. w tzw. „czarnej procesji”, przesądzili o przyznaniu im wspomnianych wyżej, ograniczonych praw politycznych. Jest warte podkreślenia, że była to bodaj pierwsza od XVI wieku publiczna i zorganizowana manifestacja podmiotowości politycznej stanu innego niż dominująca szlachta. Stan taki był efektem niebywałego rozwoju urbanistycznego i społecznego stolicy Polski, która za panowania Stanisława Augusta powiększyła liczbę mieszkańców niemal trzykrotnie, stając się europejskim ośrodkiem gospodarczym, kulturalnym i politycznym z prawdziwego zdarzenia. Bogusław Leśnodorski w fascynującej pracy pt. „Polscy jakobini” stawia tezę, że właśnie wówczas w stolicy zaczęły się tworzyć, z mieszczaństwa i drobnej szlachty widzącej swoją przyszłość w pracy piórem i intelektem, zarodki nowej grupy społecznej – inteligencji, która, cytując historyka, tworzyła warunki dla genezy nowego wzorca społeczno-obyczajowego, który zaczął odchodzić w nastrojach chwili nie tylko od sarmatyzmu, ale od przeciętnego szlacheckiego modelu w ogóle.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz
Spośród tej właśnie grupy społecznej wywodzili się w znacznej mierze najradykalniejsi działacze powstania, tacy jak Tomasz Maruszewicz, Jan Kalasanty Szaniawski, Franciszek Ksawery Dmochowski czy sam Hugo Kołłątaj. Ludzie ci, w większości skupieni w warszawskim „klubie jakobinów” (oficjalnie noszącym bardzo niemedialną nazwę Zgromadzenia Obywateli Ofiarujących Pomoc i Posługę Magistraturom Narodowym w Celu Dobra Ojczyzny), formułowali najśmielsze postulaty polityczne i społeczne czasów insurekcji. Za ich sedno można uznać właśnie zmianę sposobu rozumienia pojęcia narodu. W odezwie, którą wydał we wrześniu 1794 roku opanowany przez nich Wydział Instrukcji (zajmujący się w powstańczym rządzie oświatą i propagandą), czytamy, iżzadaniem rządu wolnego i niepodległego jest utworzyć nowe niemal Polaków plemię, przywiązać każdego do miłej Ojczyzny.O tym, jak duże niebezpieczeństwo w tej pojęciowej (czy też „symbolicznej”) zmianie widziała zachowawcza część szlachty i arystokracji niech świadczy treść wyroku warszawskiego sądu opanowanego przez jej przedstawicieli chwilowo, jaki zapadł 28 VI 1794 roku na jakobina Józefa Piotrowskiego za udział w ludowych zamieszkach. Szczególnym obciążeniem dla działacza było to, iż stale lud narodem nazywał.

Rozstrzyganie kwestii definicji narodu nie ograniczyło się jednak w trakcie powstania tylko do rozważań teoretycznych. Kościuszko w pełni świadomie popierał rozwiązania mające na celu znaczące polepszenie bytu obu upośledzonych stanów. W kwestii chłopskiej kluczowy był tu tzw. Uniwersał połaniecki, który zapewniał włościanom prawo do opuszczenia swojej ziemi, zmniejszał pańszczyznę o 50%, oraz zwalniał z obowiązku jej odrabiania wszystkich zgłaszających się do wojska. Co więcej, wyposażał chłopów w procedury dochodzenia swoich praw przed terenowymi Komisjami Porządkowymi. Nie mniej istotny od przepisów normatywnych Uniwersału wydaje się wstęp do niego, w którym Naczelnik nadmienia, że niedola chłopska może być wykorzystywana przez Moskwę do buntowania chłopów przeciw Panom (tu należy oddać cześć przenikliwości Kościuszki, który jakby antycypował rabację galicyjską). Dalej zaś wymienia katalog wartości, które mogą pomóc szlachcie zapobiedz podstępom złości domowey, lub zagraniczney Intrygi. Są nimi „Ludzkość, sprawiedliwość i dobro Oyczyzny”. Takie więc uniwersalne zasady stawia Naczelnik jako swego rodzaju filozoficzne założenia poszczególnych rozwiązań w kwestii chłopskiej. Nie będzie chyba zbytnią przesadą, jeśli uznamy, że jest to jedno z pierwszych odwołań do idei praw człowieka w polskich aktach prawnych.

Górnolotne i słuszne (choć przecież i tak dość umiarkowane – Kościuszko był w praktyce politycznej głęboko osadzony w Realpolitik) postanowienia i treści Uniwersału połanieckiego pozostały w znacznej mierze bez pokrycia w rzeczywistości. Kościuszko przeliczył się co do zdolności większości szlachty do poświęcenia swoich interesów ekonomicznych na ołtarzu dobra publicznego (wszakże nie wolno zapominać o przypadkach, w których chłopom udawało dostać się do oddziałów powstańczych i odegrać w nich kluczową rolę).

Zupełnie inaczej przedstawiała się w praktyce powstańczej kwestia upodmiotowienia mieszczaństwa. Przedstawiciele tego stanu, dyskryminowani prawnie od XIV wieku, wreszcie uzyskali dostęp do istotnych pozycji politycznych w państwie. Objęli 7 z 40 miejsc w Radzie Najwyższej Narodowej, co zresztą uznali za skandalicznie niską liczbę.My, mieszczanie dokonaliśmy rewolucji kosztem własnego życia: myśmy wypędzili Moskali z Krakowa, Warszawy i Wilna, naszą też rzeczą jest poprzeć ją i doprowadzić do pomyślnego końca. Żądania nasze, iż byśmy mieli udział w rządzie rewolucyjnym są godziwe i słuszne. Tak pisali w odezwie do Kościuszki po ogłoszeniu składu Rady mieszkańcy Warszawy zgromadzeni w klasztorze Kapucynów. Ich gniew osłabł co prawda po odpowiedzi Kościszki, iż kiedy nominował członków Rady chciał nie pamiętać o tym, czy są to włościanie, czy mieszczanie czy szlachta, a wszyscy jej członkowie są ludźmi cnotliwymi, a zatem przyjaciółmi ludu. Wydaje się jednak, że z całego tego zdarzenia można wyciągnąć jeden, bardzo istotny wniosek: mieszczaństwo polskie czuło się w trakcie insurekcji tak silne, że aż uprawnione do wysuwania daleko idących roszczeń wobec samego Naczelnika. To sytuacja bezprecedensowa w tradycji szlacheckiej Polski.

III. Czyny i symbole.
„Powiesim sobie króla i prymasa.”

W swojej publikacji Andrzej Leder bardzo wiele miejsca poświęca samemu aktowi przemocy, który jest nieodłączną częścią rewolucji, ponieważ w bezpośredni sposób oddaje jej sprawcom sprawiedliwość, a wręcz sprawia im rozkosz. Ponieważ ta ostatnia koncepcja nie jest mi szczególnie bliska, ograniczę się do analizy powstańczych aktów przemocy pod tym pierwszym, i tak zwykle okrutnym, „sprawiedliwościowym” kątem. Miały one miejsce podczas rewolucji warszawskiej 1794 roku kilkakrotnie. Jej podmiot, drobna szlachta i mieszczaństwo stolicy, parokrotnie dokonywały samosądów na arystokratach (świeckich i duchownych), oskarżanych o zdradę ojczyzny, którzy wg powszechnej opinii, nie dość sprawnie poddawanych pod sąd. Warto też zauważyć, że morderstw tych (czasem legalizowanych później przez organy powstańcze, niekiedy zaś przez nie potępianych) dokonywano częstokroć na osobach niejako uosabiających najbardziej dominujące elementy feudalnego „imaginarium” szlacheckiej polski – na biskupach, hetmanach, wysokich urzędnikach konfederacji i innych przedstawicielach najwyższej klasy stanu szlacheckiego. Co więcej, w postulatach najradykalniejszych grup powstańczych przewijał się, bardziej lub mniej śmiało, postulat skopiowania czynu rewolucji francuskiej kluczowego dla przełamania tamtejszego „imaginarium” władzy, to znaczy dokonania królobójstwa.

My krakowiacy, nosim guz u pasa/ powiesim sobie króla i prymasa. Tak brzmiały słowa dość makabrycznej przyśpiewki radykalnego odłamu krakowskich uczestników insurekcji. Choć większość historyków utrzymuje, że nie była to groźba realna, to faktem pozostaje, iż król histerycznie reagował na donosy o tego typu utworach, a jego brat, zwierzchnik polskiego Kościoła, zmarł na skutek choroby będącej wynikiem szoku po obserwacji egzekucji, które przeprowadzano pod oknem jego pałacu.

Wydaje mi się stosowne, aby w tym miejscu zastrzec, iż absolutnie nie jest moją intencją gloryfikacja wspomnianych wyżej czynów, podobnie jak nie jest celem tego tekstu ocenianie moralnych wymiarów rewolucji i zmian społecznych. Jest on jedynie próbą opisu pewnych wydarzeń historycznych z punktu widzenia kategorii badaczych dostarczonych przez autora „Prześnionej rewolucji”.

Skoro zaś omawialiśmy zagadnienie osoby króla w czasie kościuszkowskiej rewolucji, to nawet jeśli do jego dekapitacji było daleko, to faktem jest, iż został on całkowicie politycznie zmarginalizowany. Niektórzy historycy sytuację, w jakiej się znalazł do aresztu domowego. Faktycznie, nie miał swobody ruchów, jego pojawienie się na ulicach Warszawy wzbudzało pomruki niechęci, a wszelkie jego próby odegrania istotnej roli w insurekcyjnych strukturach władzy były krótko i stanowczo ucinane przez Naczelnika. Znów, nie chcę zajmować się historyczną słusznością bądź niesłusznością tego, jak potoczył się los nieszczęśliwego Ostatniego Króla, który przeczuwał chyba że powstanie może przynieść ostateczną zgubę jego państwu. Istotne z punktu widzenia tego wywodu jest całkowite pozbawienie znaczenia jednego z istotniejszych punktów na „polu symbolicznym” Rzeczpospolitej szlacheckiej, jakim był obierany przez szlachecką brać król.
Za inny, znacznie mniej drastyczny gest świadomie łamiący pewien zespół wyobrażeń związany ze szlachecką dominacją można uznać przywdzianie przez całe kościuszkowskie wojsko chłopskich sukman po zwycięskiej bitwie pod Racławicami, na cześć jej głównych bohaterów. Zdarzenie to można odczytać jako bezprecedensowe wprowadzenie przedstawicieli wzgardzanego stanu chłopskiego w symboliczne miejsce, które zastrzeżone było dotąd tylko wojskowym wywodzącym się z jedynego politycznie istotnego stanu. Jak widać, rysy na „imaginarium” kształtującym Rzeczpospolitą szlachecką przybierały różne formy, odcienie i rozmiary.

***

Rewolucja Kościuszki była aktem niezwykle specyficznym. W większości rewolucji sekwencja zdarzeń bywała bowiem taka, że najpierw odbywa się radykalne przesilenie wewnątrz państwa, a dopiero później trzeba bronić tego państwa, już w nowym kształcie, przed agresją zewnętrzną. Tu sytuacja miała się z goła odwrotnie. Pierwszym i nadrzędnym celem było niewątpliwie odzyskanie niepodległości przez Rzeczpospolitą, dopiero następnym krokiem miała być jej całkowicie nowa organizacja. To znaczy, że swego rodzaju rewolucja społeczna dokonywała się równolegle z wojną z przeciwnikiem zewnętrznym. Sam Naczelnik powstania nigdzie i nigdy nie przedstawił całościowego programu ustrojowego ani społecznego, jaki miał to państwo realizować po ewentualnym zwycięstwie. Niemniej z wyżej dokonanej analizy poszczególnych wydarzeń i ogólnych zjawisk wynika raczej jasno, iż państwo post-kościuszkowskie miało reprezentować znacznie bardziej postępowy model społeczno-polityczny niż ten, który reprezentowała dogorywająca Rzeczpospolita w chłodny poranek 16 marca 1794. Kościuszko chciał dokonać „rewolucji narodowej” w dwojakim sensie – wyzwolić naród z zewnętrznej okupacji, a zarazem rozszerzyć jego zasięg na przedstawicieli stanów, które dotychczas nie były uznawane za jego część. Stanów, które w narodowym „imaginarium” zajmowały miejsce podrzędne, lub wcale go w nim dla nich nie było.

W jaki sposób przebiegałaby ta zmiana i jak daleko by zaszła? Czy drobnoszlachecko-mieszkański substrat przerodziłby się w burżuazyjną klasę średnią z prawdziwego, europejskiego zdarzenia, zamiast tworzyć inteligencję, dziwny etosowo-marzycielski twór charakterystyczny tylko dla wschodnioeuropejskich narodów walczących z caratem? Czy szybko dokonałoby się uwłaszczenie chłopów? Czy rewolucja narodowa nabrałaby także cech przewrotu w kwestii podziału własności i ziemi? Czy może chociaż, gdyby potrwała jeszcze pół roku, ustaliłaby zupełnie inny wzorzec, do jakiego dążyliby Polacy wywołujący kolejne powstania? W tej materii skazani już jesteśmy tylko na domysły. Niestety rewolucja Kościuszki, w ostatniej swojej fazie już bardzo radykalna, upadła pod butem armii dowodzonych przez zaborczych cesarzy. A ci po zwycięstwie zrobili już wszystko, aby wyrzucić na śmietnik jej całkiem jeszcze niedojrzałe owoce.

Post scriptum: W rewolucyjnej agendzie kościuszkowskiej insurekcji znalazły się tak fascynujące wątki, jak „pierwsze od starożytności” żydowskie wojsko w formie miejskiej milicji i oddziału kawalerii, czy też rewolucyjna (również pod kątem społecznym) działalność przedstawicieli katolickiego kleru. Niestety ze względu na specyfikę tygodnika internetowego, która domaga się raczej skrótu, niż wieloaspektowej analizy, w tekście ograniczyłem się do głównej, moim zdaniem osi tarć społecznych w Polsce AD 1794.

 

Faktografia i cytaty przede wszystkim na podstawie książek: Polscy Jakobini. Karta z dziejów insurekcji kościuszkowskiej Bogusława Leśnodorskiego; Demokracja KościuszkowskaAdama Próchnika; Kościuszko. Książę chłopów Alexa Storozynskiego; Powstanie Kościuszkowskie 1794 i Tadeusz Kościuszko Bartłomieja Szyndlera; oraz Warszawa w powstaniu kościuszkowskim Andrzeja Zamoyskiego.

Dodaj komentarz