RSS
 

Weekend

 

Teraz polska ilustracja! Nowy ton na międzynarodowej scenie

20.09.2014
Prace czwórki nadwiślańskich twórców opublikowane w kultowym albumie Taschen
Anna Sańczuk

”The looking glass” (rys. Bożka Rydlewska)

Opasły album pt. „Illustration Now!” to kompendium światowej ilustracji – przegląd nieskończonej inwencji i nieposkromionej wyobraźni graficznej wydawany od kilku lat przez słynne wydawnictwo artystyczne Taschen. Najnowszy, piąty już tom zawiera aż cztery nazwiska nadwiślańskich twórców i jest to kolejny znak, po zeszłorocznej wystawie na festiwalu Illustrative w Berlinie, że polska ilustracja ponownie zaczyna być obecna w światowym obiegu.

Ponownie, bo ten cud już kiedyś się zdarzył. Nazywał się Polska Szkoła Ilustracji i wraz z tzw. Polską Szkołą Plakatu w latach 50 i 60. przeniknął (jak to cud) przez żelazną kurtynę i oczarował zachodni świat sztuki. To wówczas np. Biuro Wychowania UNESCO w Genewie stawiało za wzór ilustrowane przez Janusza Stannego, Zbigniewa Rychlickiego czy Olgę Siemaszko książki Naszej Księgarni i wskazywało Polskę jako kraj modelowy w kreowaniu sztuki przeznaczonej dla dzieci.

''Koktailparty'' - ilustracja Kasi Boguckiej”Koktailparty” – ilustracja Kasi Boguckiej

Po napięciach społecznych lat 80. i ewidentnym regresie estetycznym czasów transformacji dopiero ostatnia dekada ponownie przyniosła rozkwit sztuki graficznej w Polsce. Spośród dużej i bardzo różnorodnej grupy polskich ilustratorów redaktor albumu „Illustration Now! vol. 5” Julius Wiedemann i jego rada programowa wybrali czworo artystów: Agatę Nowicką, Bożkę Rydlewską, Katarzynę Bogucką i Pawła Jońcę. - To sytuacja bez precedensu, że do tak prestiżowej publikacji trafia aż czterech polskich ilustratorów, dotąd pojawiali się co najwyżej pojedynczo! - mówi Agata „Endo” Nowicka, która ma swój udział w tym sukcesie, nie tylko jako ilustratorka, lecz także współorganizatorka przeglądu polskiej ilustracji „Where I Come From” na zeszłorocznym festiwalu Illustrative w Berlinie, którą odwiedzili m.in. wysłannicy Taschena.

20 milionów książek o sztuce

Taschen, największe na świecie wydawnictwo książek poświęconych sztuce i jej okolicom, powstało w 1980 roku w Kolonii, jako sposób na upłynnienie imponującej kolekcji komiksów 20-letniego Benedikta Taschen. Wszystko nabrało rozpędu, kiedy po sześciu latach w firmie pojawiła się Angelika Herbert (późniejsza żona Benedikta, obecnie już eksżona). Razem zamienili niszowe wydawnictwo w światową markę księgarską poświęconą sztuce i popkulturze, którymi się pasjonowali.

 

''Autoportret z Milą'' - ilustracja Agaty Nowickiej”Autoportret z Milą” – ilustracja Agaty Nowickiej

Dziś wydawnictwo ma firmowe sklepy na trzech kontynentach i sprzedaje rocznie 20 milionów książek oraz albumów o tematyce artystycznej: od architektury, przez fotografię i modę, po erotykę. - Pamiętam, jak jeszcze w liceum oglądałam z zachwytem albumy tego wydawnictwa, wydaje mi się to niesamowite, że teraz sama jestem w jednym z nich - mówi Bożka Rydlewska. - „Illustration Now!” jest bardzo znane i dostępne wszędzie – od Nowego Jorku po Tokio. Ma w sobie wielki potencjał docierania do ludzi na całym świecie - dodaje. Wtóruje jej Agata Nowicka: - Ta książka ma duży nakład i globalny zasięg. Dostaję maile od jej czytelników z pytaniami o to, gdzie można kupić moje prace. Myślę też, że wielu dyrektorów artystycznych w wydawnictwach czy agencjach reklamowych korzysta z tego typu publikacji jako referencji. To ułatwia polskiej ilustracji wyjście w świat.

 

''Księga ptaków'' - ilustracja Bożki Rydlewskiej”Księga ptaków” – ilustracja Bożki Rydlewskiej

Wejście do kanonu

Jak mówi Paweł Jońca, „Illustration Now!” to encyklopedia współczesnej ilustracji. Jaki więc obraz światowej sceny ilustratorskiej wyłania się z najnowszej publikacji? Agata Nowicka: - Widać w niej trzy wyraźne style. Jeden to styl fotorealistyczny – w użyciu jest tu ołówek, malarstwo. Drugi to styl bardzo syntetyczny, operujący skrótową formą, a trzecią widoczną tendencją są techniki mieszane – gdzie mamy i kolaż, i rysunek tuszem, różne nieoczywiste połączenia. Cały czas jest też dużo ilustracji retro, odwołującej się np. do francuskiej ilustracji z lat 50. Cieszy ją, że nie jest to wyłącznie „przegląd nowinek”. - Można by pomyśleć, że skoro w tytule jest „now”, znajdzie się tam tylko to, co nowe. Tymczasem, kiedy zajrzysz do tej książki, okazuje się, że jest w niej dużo roczników 60. i 50. i całkiem sporo artystów, którzy są w wieku profesorskim. Pojawienie się w ich gronie oznacza w pewnym sensie wejście do kanonu - mówi.

Paweł Jońca zauważa, że wyjątkowość „Illustration Now!” zawiera się także w tym, że do udziału jest się zaproszonym, nie startuje się w konkursie, nie płaci za udział, jak w niektórych komercyjnych publikacjach. - Jest wiele różnych imprez, do których można zgłaszać swoje prace. Przypominają trochę konkursy piękności, gdzie się zbiera 100 dziewczyn i z nich wybierają 10, a potem jedną. Ale najfajniejsze są sytuacje, kiedy ktoś sam przychodzi do mnie, bo spodobało mu się to, co robię. Wtedy jesteśmy równorzędnymi partnerami w rozmowie. Dlatego taka publikacja to dla mnie swego rodzaju nagroda – moja praca została przez kogoś dostrzeżona i doceniona.

 

''Social Classes'' (ilustracja, która trafiła na plan Modern Family) i ''Pride'' - Paweł Jońca”BAM” i ”Pride” – Paweł Jońca

Klub indywidualistów

Dzisiaj trudno jest mówić o jakiejś „polskiej szkole” ilustracji - uważa Bożka. - Za to dużo jest indywidualności, naprawdę ciekawych osób, które co prawda mają wspólne estetyczne doświadczenia wyniesione z dzieciństwa, ale każdy interpretuje je na swój unikalny sposób. Nie czuję, żebyśmy się oglądali na jakieś trendy. Każdy ma swoje fascynacje, pasje i za nimi podąża. W tym tkwi nasza siła - zaznacza. Pasje Bożki to świat natury i baśni splątane razem w multikolorowych wizjach fantasmagorycznych dżungli i tajemniczych ogrodów. Czasem przyjmujące trójwymiarową formę tzw. pop-up booków, czyli papierowych książek-rzeźb, rzadziej – pojawiające się w ilustracji książkowej czy prasowej. Ilustrowanie książek to z kolei domena Katarzyny Boguckiej, która została dostrzeżona przez Taschena już wcześniej, trafiając do edycji „Illustration Now!” poświęconej rysunkowi mody. - Rzadko zajmuję się ilustracją modową - śmieje się Katarzyna- ale widocznie wpadła im w ręce książka dla dzieci „ M.O.D.A” wydawnictwa Dwie Siostry, którą w całości zilustrowałam. W tegorocznej publikacji ma szansę pokazać pełny zakres tematów i możliwości. - Pamiętam, jak pierwszy raz wydawca powiedział mi: „Ty decyduj, jak to zrobić, w końcu jesteś artystką”. Wow! Ktoś mi dał wolność, jest gotowy wpakować kupę kasy w produkcję książki, którą sobie wymyślę. To wspaniałe! Ale lubię też projektować rzeczy użytkowe, np. tapety, i chciałabym pójść bardziej w stronę designu – to też ilustracja, tylko wykorzystywana we wnętrzach!

Katarzyna publikuje i sprzedaje również autorskie plakaty zatytułowane „Rady nie od parady”, których absurdalny humor pochodzi z inspiracji poradnikami, m.in. starą książką dla dziewcząt „Porady babci Aliny”. A odkąd przeprowadziła się na wieś, coraz bardziej interesuje ją, podobnie jak Bożkę – świat natury. - Najbardziej inspiruje mnie to, co widzę wokół. Grzyby, muchomory, las – wszystko, co dostrzegam na spacerze. W tym roku po raz pierwszy próbowaliśmy zrobić coś z naszym ogrodem, więc naprzyglądałam się też kwiatom. Jeśli powstaną kolejne tapety, to znajdzie się na nich świat przyrody.

''Gdzie jest mój przelew'' i portret Roberta Kuśmirowskiego - prace Agaty Nowickiej”Gdzie jest mój przelew” i portret Roberta Kuśmirowskiego – prace Agaty Nowickiej

Rysunek to mikroopowieść

Paweł Jońca, z wykształcenia architekt, jako ilustrator współpracujący z polską i zachodnią prasą fascynuje się nowymi technologiami. - Jestem trochę takim geekiem komputerowym, ale tworząc ilustrację, zawsze się staram, żeby warsztat był w tle, a komputer był kolejnym narzędziem, takim jak ołówek, tusz, papier. To pokora dla idei, bo to ona jest w rysunku najważniejsza. Rysunek musi być jakąś mikroopowieścią, a nie tylko formą dla formy, zbiorem plam i kresek, ładną kompozycją. Rysunek zwykle ilustruje jakiś tekst, ale w odłączeniu od niego też musi mieć sens - mówi.

Ten pogląd podziela Agata Nowicka, która w ilustracji zawsze szuka drugiego dna i ów „dodany sens” uważa za istotny element stanowiący o wyjątkowości polskiej ilustracji. Podobnie jak pozostała trójka do pracy używa komputera. Zaczynała od rysunkowych komentarzy z życia wielkomiejskiej dziewczyny w swoim blogu, by stać się wziętą rysowniczką prasową, autorką komiksów i okładek magazynów. Dziś prowadzi fundację Illo, ma agentkę w Nowym Jorku i współpracuje z amerykańską i polską prasą oraz reklamą. - Myślę, że jeśli chodzi o poziom ilustracji dziś w Polsce, to absolutnie jest on światowy - stwierdza. - Świadczy o tym publikacja Taschena, ale nie tylko, niedawno np. Dawid Ryski zilustrował książkę w innym znakomitym wydawnictwie artystycznym Gestalten. Ilustratorzy z Polski wchodzą na międzynarodową scenę i zaczynają powoli osiągać pozycję, jaką dotąd zajmowali „dawni mistrzowie”. Na Zachodzie istniały skojarzenia z tradycją graficzną, która była w Polsce wcześniej – w latach 50., 60., 70., nie było jednak świadomości tego, co się tu aktualnie dzieje. Teraz to się zmienia, między innymi dzięki portalom takim jak Behance, gdzie artyści publikują swoje portfolio. Klienci mogą dotrzeć do nich bezpośrednio i nie ma już znaczenia, gdzie mieszkasz. Dzięki temu znikają wszystkie granice.

 

''Koi'' - praca Bożki Rydlewskiej”Koi” – praca Bożki Rydlewskiej

Słowiańska dusza i nowe technologie

Czy jest coś, co tych „ilustratorów indywidualistów” łączy? Jakaś cecha, która sprawia, że polska ilustracja ma szanse wnieść jakiś nowy, świeży ton na międzynarodową scenę? - Jest trochę wspólnych cech. Choćby środki plastyczne: płaska plama, zabawa linią, kolor - przyznaje Katarzyna Bogucka. - Polska ilustracja jest bardzo różnorodna - mówi z kolei Nowicka - ale przygotowując wystawę na Illustrative, doszliśmy do wniosku, że łączy nas pewna wspólna baza. Ilustratorzy, którzy w latach 70. czy 80. byli dziećmi, wychowywali się w bardzo hermetycznym środowisku wizualnym. Nie mając dostępu do estetyki świata zachodniego, karmiliśmy się tym, co wokół - stwierdza. Bożka Rydlewska zgadza się z tą diagnozą: - Żyliśmy w szarych czasach, a te książeczki były tak kolorowe! Paradoksalnie twórcy ilustracji, plakatów w PRL-u mieli dużą swobodę i niesamowitą fantazję. Nie pamiętam ani jednej zabawki z dzieciństwa, za to pamiętam książki z ilustracjami Stannego i Szancera, a także rosyjskie i czeskie bajki, pięknie ilustrowane. To estetyka, z której wyszliśmy. Kojarzy mi się z fantazją, oderwaniem od realizmu, kolorami. Mówi się czasem o słowiańskiej duszy – i rzeczywiście dostrzegam w naszej twórczości jakąś romantyczną postawę, fantastykę, poezję.

Paweł zauważa inny, ważny dla polskiej ilustracji element formacyjny: - Jesteśmy w bardzo specyficznym momencie rozwoju technologii. Z jednej strony przynależymy do pokolenia, które ma warsztat analogowy rodem z ASP: papier, ołóweczek, tusz, a jednocześnie załapaliśmy się na ten pociąg z nowymi technologiami. I to jest superpołączenie. Katarzyna Bogucka, która w czerwcu gościła na Festiwalu Literatury w Berlinie, opowiada, jak spotkała tam ilustratorów z państw Europy Środkowo-Wschodniej, od których usłyszała sporo ciepłych słów pod adresem współczesnej polskiej ilustracji. - Mówili, że jesteśmy odważni, wręcz dzicy, a to, co robimy, takie nowoczesne. Podpytywali mnie, czy odbiorcy ilustracji w Polsce są naprawdę tak otwarci, by akceptować takie podejście do ilustracji. Bo u nich w kraju coś takiego by nie przeszło, bardziej akwarelka, tradycyjna forma - opowiada. Katarzyna uważa, że to zasługa naszych wydawnictw dziecięcych, które wydają książki artystyczne rozbuchane plastycznie, momentami nawet trudne, i rok po roku uczą i przyzwyczajają do tego odbiorców.

''Bobby Burger'', praca Agaty Nowickiej i tapeta autorstwa Katarzyny Boguckiej”Bobby Burger”, praca Agaty Nowickiej i tapeta autorstwa Katarzyny Boguckiej

Wyjście w świat

W Polsce z samej ilustracji trudno się utrzymać, ilustratorzy często łączą to zajęcie z inną pracą. Katarzyna Bogucka prowadzi ze swoim partnerem studio projektowe Nioska, które realizuje szeroko pojęte zlecenia graficzne, ostatnio np. animację. Bożka Rydlewska przez ostatnie pół roku mogła swobodnie pracować nad projektem graficznym dzięki ministerialnemu stypendium. - To nieustanne falowanie, są momenty super, a później bywa ciężko. Dzięki stypendium przygotowałam wystawę z pop-up bookami „Sen we śnie”, dzięki wystawie sprzedałam sporo prac, a co będzie dalej – nie wiem. Ale takie jest życie artysty i trzeba się na to nastawić - mówi.

Publikacje pokroju „Illustration Now!” dają szanse na wyjście polskiej ilustracji w świat, dostęp do wielkiego rynku. Niektórym już się to udało, Agata Nowicka rysuje dla „New Yorkera”, Paweł Jońca ma klientów na całym świecie – ostatnio pracował dla „The Hollywood Reporter”, sprzedaje swoje prace także przez sklepy na międzynarodowych platformach internetowych, jak np. Etsy. W ten sposób niedawno jedna z jego prac trafiła na plan serialu „Współczesna rodzina” (org. Modern Family), na który w tym roku spadł deszcz nagród Emmy (grafika ozdobi pokój Luke’a w realizowanym właśnie 6. sezonie serialu). - Rynek polski już nie wystarcza - stwierdza Agata. - Ilustratorów jest coraz więcej, bo ten zawód na nowo stał się modny, a tymczasem zleceń jest mniej, niż było kiedyś, budżety są niższe. Panuje kryzys mediów papierowych, pozamykały się takie pisma jak „Bluszcz” i „Przekrój”, które publikowały ilustracje w dużych ilościach i dawały regularne zatrudnienie grupie ilustratorów. Dlatego tak ważne jest dla twórców stąd, żeby promowali swoją pracę za granicą.

 

''Earth'' i ''Father's day'' - ilustracje Pawła Jońcy”Earth” i ”Father’s day” – ilustracje Pawła Jońcy

Kariera w internecie

Agata Nowicka już w tej chwili zarabia na życie w dużej mierze dzięki zleceniom od swojej amerykańskiej agentki. - Posiadanie agenta nie zagwarantuje ci pracy. Musisz się angażować we współpracę z agencją. Publikować nowe prace na FB, drukować pocztówki, materiały, które agencje mogą rozsyłać klientom. Tzw. kariera nie jest czymś danym raz na zawsze, cały czas trzeba nad nią pracować i nie można zapominać, że promocja własnej pracy jest jej istotną częścią. Ilustratorów na całym świecie jest mnóstwo, art directorzy w Nowym Jorku mogą sobie wybierać z kilku tysięcy świetnych artystów na całym świecie. Dlatego bycie ilustratorem to też ciągła autopromocja, prowadzenie swoich stron w internecie, takich jak Twitter, Tumblr, Instagram - zaznacza. Katarzyna Bogucka śmieje się, że zawsze ma na biurku dwie listy zadań: jedna to rysunki, projekty do zrobienia, lista nr 2 – to „co powinnam wrzucić na Facebooka”. Wie, że to ważne, bo zdarzały się już zlecenia, które „przyszły z internetu”. W obliczu zapowiadanego upadku prasy papierowej coraz częściej pracuje się też „dla internetu”. Paweł Jońca, który ma wiele zleceń od zachodnich magazynów internetowych, mówi: - Jak w przyrodzie – jest jakaś energia, która gdzieś krąży, coś ginie, ale coś się za chwilę rodzi. Tak właśnie jest z prasą, która zaczyna przenosić się do internetu. Polski rynek ilustracji dopiero się rozpędza, za granicą stawki są trzy, cztery razy większe!

Wszystko wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec międzynarodowej kariery polskich ilustratorów i będzie ich widać coraz więcej. Jak śmieje się Katarzyna Bogucka: - Mamy tylu fenomenalnych ilustratorów, że powinni teraz wydać „Illustration Now, Poland”!

Bożka Rydlewska, Katarzyna Bogucka, Agata Nowicka, Paweł JońcaBożka Rydlewska, Katarzyna Bogucka, Agata Nowicka, Paweł Jońca

 

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „ Warszawa. W poszukiwaniu centrum”. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU” na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

weekend.gazeta.pl

Katarzyna Stankiewicz: Trzeba coś przeżyć, trzeba dostać kopa w twarz, żeby się obudzić i pójść dalej

20.09.2014
„Płynie się zawsze do źródeł pod prąd, z prądem płyną śmiecie”
Anna Sańczuk

Kasia Stankiewicz (materiały prasowe)

Nie odcina się od przeszłości. Nie drażni ją, kiedy ktoś przywołuje „Orła cień” i jej dawne dokonania muzyczne. Ale dzisiaj jest kimś innym: przeszła życiową i artystyczną transformację, czego najlepszym dowodem jest płyta „Lucy and the Loop”. – Jestem wdzięczna sytuacjom, które były najtrudniejsze. I tym ludziom, którzy pojawili się w moim życiu i spowodowali łzy albo ból, wycie z bólu wręcz. Jestem wdzięczna, że mogłam to przeżyć, bo dzięki temu mam siebie – mówi.

8 września po raz pierwszy od lat zobaczyłam cię na scenie. To była zajawka „Lucy and the Loop”. Tylko trzy piosenki, ale patrzyłam, jak cała się roztapiasz, jaką masz frajdę z tego, co robisz. Pomyślałam sobie: jak ona mogła przez tyle lat bez tego żyć?

- Bo pierwszy raz zobaczyłaś moje wszystko. Moją muzykę. Moje śpiewanie. Wszystko, czego doświadczyłaś w tym dniu, jest mną, począwszy od najciemniejszej strony mojej mocy po jej najjaśniejszą. Usłyszałaś „Alone”, która jest początkiem i ciemnością, przez „Dancing with balloons”, która jest końcem i światłem, i usłyszałaś „Lucy”, która jest transformacją. Doświadczyłaś trzech ważnych momentów historii tej płyty.

Zawsze byłam świadoma swojej doskonałości muzycznej i nigdy nie miałam okazji jej pokazać. Przez doskonałość rozumiem świadomość muzyki i intencję, którą wysyłam do ludzi, kiedy muzykę tworzę. To zawsze było we mnie. Ale dopiero dziś zarażam tym świadomie.

To znaczy?

- Wiesz, co to jest marzenie? To bardzo prywatny stan. Bardzo intymny. W twojej głowie od początku do końca, cały proces tego marzenia jest ważny. Każdy krok, który stawiasz w marzeniu, ma znacznie. A kiedy pojawia się kłopot? Kiedy tylko epitafium tego marzenia staje się rzeczywistością. Ja przeżyłam ten stan. Ostatni moment mojego snu się spełnił. Stałam na scenie z przebojem, a przede mną tysiące ludzi śpiewających moją piosenkę. To jest najgorsze uczucie świata, kiedy spełnia się ostatnie kilka sekund twojego marzenia. Wtedy zaczynasz analizować i przestajesz czuć. I nagle wszystko traci moc, bo nie spełniły się ważne etapy tego marzenia. Więc przestałam marzyć. Przestałam śpiewać sobą. Po to jest Lucy. Jest świadomą realizacją moich snów. Krok po kroku zobaczysz moje sny. I dlatego jestem debiutantem. Debiutantem samym dla siebie.

Czujesz się teraz, jakbyś drugi raz debiutowała?

- Oczywiście. Mam potężne muzyczne doświadczenie, a jednocześnie emocjonalnie czuję się jak przy debiucie. Realizuję milimetr po milimetrze mój sen. Mój apetyt sceny muzycznej jest niezaspokojony. Zawsze byłam jej głodna. Te trzy ważne momenty na płycie, które mogłam pierwszy raz pokazać 8 września, spowodowały, że mnie porwało.

Czekasz na moment, kiedy wreszcie „Lucy and the Loop” się ukaże, ruszysz w trasę i zaczną się koncerty? Bo na razie dawkujecie słuchaczom po kropelce tę pełnię twoich możliwości

- Tak, czekam. To jest ten moment z moich marzeń, kiedy jeszcze trzeba czekać. Czekam, ale tylko milimetry dzielą mnie od następnego etapu.

Kasia StankiewiczKasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Jesteś szczęściarą. Większość ludzi przez całe życie szuka swojej ścieżki, a ty ją po prostu masz przed oczyma.

- A wiesz, że zdarzało mi się schodzić z tej ścieżki? Ale zawsze jakaś tajemnicza siła spychała mnie znów w stronę muzyki. Coś mi mówiło, że jak przejdę ten najtrudniejszy etap, to już mnie nic nie złamie. Trudne doświadczenia sprawiają, że masz utwardzone poślady i jak dostaniesz kolejny cios z zewnątrz, to on będzie dużo mniej odczuwalny. I dzięki temu, że te ciosy zewnętrzne nie będą już cię tak dotykały, to skupisz się na swoim wewnętrznym świecie i będziesz w stanie ukazać pełnię swoich możliwości.

Jak w teledysku do piosenki „Lucy” z twojego nowego albumu, w którym na początku bohaterka wynurza się z czarnej wody i pełza jako wąż, by nagle ruszyć do biegu? Co się właściwie wydarzyło na tej drodze do „Lucy and the Loop”?

- Przez ostatnie lata biegłam do jakiegoś dalekiego celu, który się właśnie materializuje. Bardzo lubię tę moją drogę, nawet jak jest wyboista i jak są na niej kamienie, chaszcze i się trochę pokaleczę. Jest mi to w życiu potrzebne. Potrzebuję też głębokiej wody, silnych emocji, adrenaliny. I potrzebuję być wolna. Transformacja, która jest pokazana w teledysku, najlepiej oddaje to, co się ze mną dzieje. Najpierw moja bohaterka trzyma się ziemi, nie mogąc uciec, oderwać się, zrobić cokolwiek ponad to, co robi wąż – czyli pełzać. Ten etap wydaje się najtrudniejszy, ale jest chyba najbardziej wartościowy, bo konfrontujesz się ze sobą. I chociaż na początku „etap węża” był czymś przerażającym, to czułam, że jak już wypełzam swoje, to pobiegnę, a jak pobiegnę – to polecę.

Trzeba dotknąć dna, żeby się odbić?

- W takim zetknięciu z dnem jest jedno fajne uczucie – moja Lucy o tym śpiewa: I felt relief, when I have falling down, there was no more. I przychodzi taki dzień, kiedy czujesz, że możesz się odbić. Wtedy zaczyna się etap determinacji. Stajesz się jak puma, to czysta adrenalina. A biegniesz po to, żeby stać się ptakiem, rozłożyć wreszcie ramiona i polecieć za swoimi marzeniami. Myślę, że ta transformacja dotyczy nie tylko mojej bohaterki i tego, co działo się ze mną. To się zdarza ludziom każdego dnia.

A co tobie pomogło wyjść z tego impasu, z tego uczucia niemocy, którego – jak mówisz – nienawidzisz, żeby ruszyć ku nowemu?

- Moja wewnętrzna niezłomność, bo ja, nawet będąc w trudnym momencie, zawsze gdzieś na horyzoncie widzę to światełko, które do mnie miga.

Czyli ta długa przerwa w byciu na scenie była ci potrzebna? Gdyby nie ona, nie mogłabyś dziś być tą spokojną, promienną, pewną swojej drogi Kasią.

- Jestem wdzięczna sytuacjom, które były najtrudniejsze. I tym ludziom, którzy pojawili się w moim życiu i spowodowali łzy albo ból, wycie z bólu wręcz. Jestem wdzięczna, że mogłam to przeżyć, bo dzięki temu mam siebie. Trzeba coś przeżyć, trzeba dostać kopa w twarz, żeby się obudzić. I właśnie takie jeb o ziemię to jest moment, kiedy spotykamy moją bohaterkę Lucy. Tkwi w tym ciemnym zimnym miejscu, które absolutnie jest niezbędne do tego, żeby mogła pójść dalej.

Płyta nosi tytuł „Lucy and the Loop” i oczywiście to Lucy budzi zainteresowanie, bo ją w naturalny sposób utożsamia się z tobą, jako autorką tej muzycznej opowieści. Ale w tytule jest też loop, czyli pętla, zapętlenie, Czy chodzi o tę powtarzalność, że upadasz i podnosisz się, znów upadasz i znów podnosisz?

- Fajnie to zinterpretowałaś, bo dokładnie tak ma być. Piosenka „Lucy” zaczyna się od słowa again, czyli – od nowa. Ja w tym moim „Orła cieniu” byłam wolnym ptakiem, potem znowu pełzającym wężem, a potem znowu - again - pumą i ptakiem. Teraz znowu szybuję, jestem ptakiem.

„Orła cień” cały czas gdzieś krąży wokół ciebie. Nie drażni cię, kiedy ktoś znów przywołuje tę piosenkę?

- Nie. Uważam, że odcinanie się od przeszłości to tak jakby sobie amputować część ciała. To jestem wciąż ja, ja współtworzyłam tamten sukces i dałam radę. Loop jest takim przypływem i odpływem. W życiu właściwie wszystko, jeśli spojrzeć na świat natury, jest przypływem i odpływem, i tak też jest z naszymi emocjami, relacjami. Poznajemy ludzi, na początku jest euforia, a potem coś przygasa, ewoluuje Ale ten loop to też jest moje zaplecze, mój zespół, z którym przez te lata dochodziłam do tego, co jest dziś. Potem pojawili się następni ludzie, którzy słysząc tę muzykę, zostawili swoje aktualne zajęcia, żeby razem ze mną iść do tego dużego celu. Bo to nie jest tylko zwykła płyta, widzę jej inspirujący potencjał.

Wyszedł z tego taki concept album, który w dodatku pączkuje w rozmaite projekty, rozszerza się na inne dziedziny sztuki.

- I to się cały czas dzieje! Zaczęliśmy od Islandii i 10 zdjęć zainspirowanych tymi 10 piosenkami. Potem były obrazy, rzeźby, a teraz to się rozrasta o etiudy filmowe, powstanie przedstawienie. I jeszcze wiele innych dziesiątek.

Jak to się dzieje? Kto to wszystko nakręca?

- Bardzo wierzę w intencje twórcy. Kiedy siadałam do robienia tych piosenek, moją myślą było, że ta muzyka poruszy ludzi i zostawi coś głęboko pod skórą. To była ta intencja – że porusza i inspiruje. Naprawdę wystraszyłam się tego zdania: Uważaj o czym marzysz, bo to się spełni, ponieważ moje myśli podczas tworzenia tych piosenek teraz się werbalizują. Jena po drugiej.

Kiedyś już miałaś taką płytę, którą wyrwałaś sobie z trzewi. Myślę o poprzednim albumie solowym „Mimikra” z 2006 roku, który nie został odebrany do końca tak, jakbyś tego oczekiwała. To musiało być wielkie rozczarowanie. Po takim doświadczeniu pewnie trudniej zacząć nowy projekt?

- Nie jestem rozczarowana, po prostu ludzie o tej płycie nie wiedzą. Ale teraz się dowiedzą, już ja o to zadbam. Musisz wiedzieć, że mam szczęście do ludzi przy albumie „Lucy And The Loop”, wszyscy są niesamowicie zaangażowani. Rzucam im moje najśmielsze pomysły i oni mówią: OK, robimy to. Mamy nieustanną burzę mózgów, jesteśmy na łączach każdego dnia po 12 i więcej godzin na dobę.

Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Robisz to wszystko na własna rękę.

- Wydaję to samodzielnie, na licencji z dużą wytwórnią.

A jak powstawał materiał na płytę? Przyszło łatwo, czy też rodziła się w bólach?

- Zaczęło się około 2009 roku, kiedy zabrałam małą klawiaturę – mojego maca – do Sopotu. Siedziałam przez 3 tygodnie, patrząc na morze, chodząc na spacery i obracając w głowie różne myśli. Przecież dotąd ktoś mi robił piosenki, czy sama jestem w stanie? Pomyślałam, że bez względu na to, jakie mam wątpliwości, powinnam pozwolić sobie usiąść do instrumentu i zacząć grać. I wtedy zaczęły się dziać magiczne sytuacje. Jestem uzależniona od muzyki, muszę jej słuchać non stop i ona robi różne dziwne, wspaniałe rzeczy z moim organizmem. Ale to był jedyny moment w moim życiu, kiedy w ogóle niczego nie słuchałam. Byłam całkowicie czysta, wolna od wszelkich dźwięków, brzmień, interpretacji. I poczułam, że jestem jak kanał, przez który musi coś przejść. Chodziłam nad morze, wracałam do instrumentów i miałam wrażenie, że moje dłonie zaczynają coraz śmielej grać. Nawet mój ołówek zaczął sam pisać (śmiech).

Coś jakby pismo automatyczne?

- To było fascynujące, bo uwierzyłam, że sama potrafię zrobić sobie piosenkę. A te 10 piosenek emocjonalnie ułożyło się w spójną opowieść. Potem wróciłam do domu razem z moim producentem Luką i zaczęliśmy zastanawiać się nad brzmieniem tych piosenek. W tym momencie pojawił się producent z Anglii, który zapragnął stworzyć to brzmienie z nami.

I zdaje się weszliście z nim w ślepą uliczkę?

- Początek był fascynujący. Całym zespołem pojechaliśmy do studia w Wiśle i tam szukaliśmy brzmień, rejestrowaliśmy instrumenty, bawiliśmy się dźwiękami. Mieszkaliśmy w bardzo inspirującym miejscu. Dookoła tylko lasy i ptaki. To był bardzo dobry czas, praca na najwyższych obrotach artystycznych i intelektualnych każdego z nas. Zrobiliśmy genialne rzeczy. A potem Edmund zabrał ślady do Anglii, gdzie bez mojej obecności trochę w nich pogmerał, i niestety, rozjechał walcem całą energię, którą udało się nam zarejestrować wcześniej. Musiałam zacząć pracę niemal od nowa.

Zaczęliście ponownie od zera?!

- Wyrzuciliśmy większość, niestety. Zabrało nam to kolejny rok. Kolejny czas, który nie pozwalał mi na wyjście z tym materiałem do ludzi i granie go na scenie.

Musiałaś być bardzo zdeterminowania, skoro dałaś radę to unieść psychicznie.

- To było bolesne. Dwa lata pracujesz nad czymś i już, już masz to wydać, już twój organizm jest w gotowości, żeby ruszyć, i nie możesz. Trzeba zacząć od początku.

Jak układała się wam współpraca z Luką? Byliście partnerami życiowymi przez jakiś czas, macie dziecko, w takich sytuacjach różnie bywa, a wy nagraliście razem płytę! To nie zdarza się często.

- Nas zawsze będzie łączyć jedna rzecz: miłość do muzyki. Która jest dla nas wartością największą. My się w muzyce rozumiemy bez słów. Są takie momenty, kiedy jesteśmy obok siebie i przypadkiem leci jakaś piosenka, wystarczy jedno spojrzenie i wiemy, co nam się w tym kawałku podoba. Mamy podobny gust muzyczny, podobną estetykę, wrażliwość. Luka jest na pewno najważniejszą osobą, z którą dochodziłam do tego momentu, w którym jestem teraz. Dzięki niemu ta opowieść ma moje brzmienie, mój kolor i mój zapach. Ale to była mordercza praca.

Czyli nie darliście kotów podczas nagrywania płyty?

- Twórcze darcie kotów jest nawet pożądane. Tylko że my się kłócimy bez rzucania talerzami. W procesie twórczym muszą być momenty iskrzenia i ścierania się, to jest właśnie twórcze.

Jak już nagraliście materiał po raz drugi – co potem?

-Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy uzyskać konkretny rodzaj brzmienia, przestrzeń potrzebną tej historii. I tak, słuchając różnych płyt, doszliśmy do wniosku, że brzmienia, które nam się podobają, prowadzą na Islandię.

Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Chodzi o ten słynny melancholijny, odrealniony klimat?

- Islandia przypomina mi moją bohaterkę. Zmienna i melancholijna, jak tamtejsza pogoda, ale też rześka. Na pierwszy rzut oka niedostępna, a im bardziej ją eksplorujesz, tym więcej znajdujesz i masz wrażenie, że jest emocjonalną studnią bez dna. I tak jest z Islandią. Otwierasz okna i masz widok na morze i góry. Co prawda nie ma drzew i słońce rzadko świeci, a jednak to miejsce bardzo inspiruje. Poza tym jest tam taki rodzaj poczucia bezpieczeństwa, którego tutaj nie odczuwam. Myślę, że to wynika z tego, że oni są oddzieleni od reszty świata, są wyspiarzami. My z przyczyn historyczno-geograficznych byliśmy solidnie wybatożeni, a oni byli wolni, nie mieli sąsiada, który im wytłucze korzenie, kulturę i domy. Jedyne, co im zagraża, to wulkan.

I ekonomia też, jak się okazało.

- Tak, ale dużo ważniejsze jest to, że żyją, jak chcą, robią to, co lubią. Co kilka metrów są sklepy muzyczne, każdy gra na jakimś instrumencie. Nieustannie tworzą. Mają to swoje zwolnione tempo, żyją w enklawie na marginesie świata. I ten spokój polskiej jesiennej niedzieli tam jest na co dzień, mam wrażenie.

Mówisz, że nie możesz żyć bez słuchania muzyki, a czy są jeszcze inne rzeczy, które cię nakręcają? Ludzie? Sztuka? A może sport, bo ostatnio wspominałaś coś o longboardzie?

- Każde spotkanie z człowiekiem to jest porcja emocji, wiedzy, nowych wyrazów, przemyśleń. To mnie zawsze inspiruje. Na tym longboardzie to jakoś super nie jeżdżę, ale poznałam ludzi, którzy to robią, i postanowiłam spróbować. Uwielbiam sport, bo sport uruchamia mi endorfiny. Oprócz tego uwielbiam włazić do antykwariatów i wąchać stare książki, czytać je. Czasami zdarza się, że wchodzę do takiej dziupli, otwieram książkę w przypadkowym miejscu i tam jest zdanie dla mnie na ten dzień. Jestem w stanie wydać ostatnią kasę na książki!

A macierzyństwo cię inspiruje? Nawiązuję do tego okresu, kiedy byłaś kobietą domową, uciekłaś trochę od muzyki. Czasem kobiety mówią, że bycie matką je odmieniło, odblokowało, popchnęło na nowe tory. Z mojego punktu widzenia to bardziej skomplikowane, niekoniecznie tak jednoznacznie euforyczne, ale ciekawa jestem, jak to wpłynęło na ciebie jako artystkę, wrażliwego człowieka. To cię zmieniło?

- Macierzyństwo mnie uzupełniło, ale odebrało mi wolność. Bycie rodzicem to jest potężne wyzwanie każdego dnia. Mój syn mnie inspiruje i zaskakuje. Bardzo go lubię, mamy niezłą łączność. Fascynuje mnie, jak dzieci chłoną świat, jak żyją tu i teraz, jak są wolne w wyciąganiu pięknych wniosków. Ale macierzyństwo to zadanie na całe życie. Jak to mówi Jan Nowicki: Dzieci są, a potem odfruwają, to samo z chłopakami. Najważniejsze to, co się robi w życiu.

Wciągasz syna w swój świat muzyczny? Słucha tego, co nagrałaś?

- Rozmawiamy dużo o muzyce, Frycek pięknie ją odczuwa. To są takie momenty, kiedy on pokazuje mi to, co lubi, i widzę, że czeka na moją akceptację. Ale ostatnio ciągle ogląda teledysk „Lucy” i mówi mi o swoich przemyśleniach.

Stajesz się jego przewodnikiem po świecie muzyki?

- Pewnie. Choć ja od niego też się uczę. Ostatnio nauczyłam się słuchać O.S.T.R. Dzieci bywają naszymi nauczycielami. Mój syn mnie też bardzo inspiruje. Mieliśmy niedawno taki niezwykły moment, podejmowaliśmy bardzo trudną i ważną decyzję w naszym życiu. Stałam na balkonie razem z tym małym człowiekiem i przeprowadzaliśmy poważną rozmowę, dotyczącą naszej przyszłości. Razem się zbeczeliśmy, po czym usiadłam do instrumentu i napisałam o tym piosenkę. I ta piosenka wyszła natychmiast, od razu miała całą formę i prawie gotowy tekst. To była piosenka-emocja, która dotyczyła tego momentu. Frycek siedział obok i coś czytał. Powiedziałam mu, że to jest piosenka dla niego. Zagrałam mu ją, a on podszedł do mnie i się przytulił. To było magiczne. Jest trochę takim aniołem w moim życiu, ponieważ pojawił się w momencie, kiedy było mi bardzo trudno. Pojawił się i miałam poczucie, że w tym moim ciemnym momencie, ktoś rozsunął szarą zasłonę i pierwszy raz po dłuższym czasie dotarło do mnie światło. Jak to mówię, to się trochę wzruszam.

Wracasz czasem do twojego rodzinnego Działdowa?

- Wracam.

Z jakimi emocjami to się wiąże?

- Z pewnego rodzaju spokojem, ciszą, melodią z dzieciństwa, zapachem malin i zielonego groszku w ogródku babci. Niesamowite jest to, że nadal są tam moje zeszyty, rysunki i książki z dzieciństwa. Kiedy miałam ten moment szukania siebie, to grzebałam w rzeczach, żeby dotrzeć do siebie sprzed lat, żeby zobaczyć, jaka byłam. W sumie wiele się dowiedziałam ze swoich starych zeszytów, zapisków, zdjęć i z muzyki, którą sobie nagrywałam na grundiga. Uwielbiałam takie momenty, kiedy było lato, otwierałam okna i całą noc malowałam, słuchałam radia, nagrywałam na kasety piosenki. Kiedy po latach odkryłam taką kasetę i ją włączyłam, to się uruchomiła w moim organizmie cała gama emocji sprzed lat. Bardzo lubię Działdowo na święta, na Boże Narodzenie, bo to jest tych kilka dni, najbardziej spokojnych i magicznych w roku.

I wystarczy?

- Tak.

Opowiedz jeszcze o tym miejscu, w którym teraz żyjesz – Warszawa, Powiśle. To jest twoje miejsce czy nadal jesteś w ruchu, szukasz swojego kąta?

- Nie mam jeszcze swojego miejsca. W sumie mi to odpowiada, choć w chwilach zmęczenia czuję, że chciałabym wiedzieć, że moja szczoteczka do zębów ma swoje miejsce. Ale nie jestem jeszcze gotowa na posiadane własnego kąta. Teraz znów zacznę dużo jeździć i to jest super. Tylko ta tęsknota za ludźmi… Nie znoszę rozstań. Potrzebuję chwilę na przejście z jednego świata w drugi. Zawsze jest ten moment przejścia – wsiadam do pociągu albo samochodu i muszę się zmagać z emocjami. A potem nagle wchodzę w ten mój świat, włączam muzykę i zaczynam się skupiać na tym, co mam do zrobienia. Potem wracam, żeby za chwilę znów skoczyć na tę dużą falę. I tak w kółko. Again. Ale ja to lubię. Lubię ten moment, w którym jestem. Mimo że jest taki nieco rozedrgany, ale wiem, że on też przybierze swoją formę i będzie bardziej na wodzach. Nie mogę się już doczekać koncertów, niech to się wreszcie zacznie!

 

 

 

Katarzyna Stankiewicz. Wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, aranżerka, wydawca. Zadebiutowała w telewizyjnym programie „Szansa na sukces”. Była wokalistką zespołu Varius Manx. Potem rozpoczęła karierę solową – nagrała płyty „Kasia Stankiewicz”, „Extrapop”, „Mimikra”. Teraz premierę ma jej kolejny krążek „Lucy and the Loop”. To zarazem projekt, w który włączyli się artyści pochodzący z przeróżnych stron świata. W jego skład, oprócz nowego albumu Stankiewicz, wchodzą między innymi: wystawy rzeźb, obrazów i fotografii.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum”. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU” na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

weekend.gazeta.pl

 

Brytyjski bestseller u nas. Andrew Miller: Kiedy piszę, lubię koncentrować się na zmysłach

20.09.2014
„Oczyszczenie” w 2011 r. zostało uhonorowane prestiżową nagrodą COSTA
Michał Nogaś

Andrew Miller (Fot. David Sandison)

Jeden z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy brytyjskich, finalista nagrody Bookera. Książki jego autorstwa przetłumaczono na kilkadziesiąt języków. Właśnie ukazało się polskie wydanie jego powieści „Oczyszczenie”, o której recenzentka „The New York Timesa” napisała: „Pewne książki są zbyt cudowne, a raczej: zanadto wypełnione cudami, by ich akcja mogła toczyć się we współczesnym świecie”. Przeczytajcie rozmowę z Andrew Millerem, w której wyjaśnia, jak wymyślił powieść, której akcja rozgrywa się w przededniu rewolucji francuskiej na Cmentarzu Niewiniątek w Paryżu.

„Oczyszczenie” to nie pierwsza książka, której akcję osadził pan w XVIII wieku. Dlaczego akurat ten okres uważa pan za tak fascynujący?

- To moja trzecia powieść, której akcja toczy się w XVIII wieku. To dobre pytanie… Czasem wydaje mi się, że odpowiedź jest prosta – wychowałem się w angielskim Bath, które jest klasycznym, niezepsutym przez inne wpływy osiemnastowiecznym ośrodkiem miejskim. Dorastałem więc otoczony budynkami z tamtej epoki. Wiem, że to dziwne wytłumaczenie, ale wydaje mi się, że przynajmniej w części to na mnie wpłynęło. XVIII wiek to także epoka wystarczająco odległa, by wydawała się obca – ludzie wówczas żyli zupełnie inaczej niż my dzisiaj – a jednak wciąż pozostaje częścią współczesnego świata. Wydaje mi się, że duża część tego, w jaki sposób myślimy, jak funkcjonuje nasz świat, narodziła się właśnie w XVIII wieku. Jest to więc czas nam odległy, ale zarazem i bliski. Już nawet XVII stulecie wydaje mi się dużo bardziej obce, trudniejsze do opisania – być może dlatego, że religia dominowała wówczas wszystkie sfery życia, a jej wpływ osłabł wyraźnie właśnie w XVIII wieku. To właśnie podoba mi się najbardziej w tym okresie – to czas, który należy do współczesności, a jednak bardzo się od niej różni. Dzięki temu dostaję to, co w obu tych rzeczach najlepsze.

Czy czuje się pan w takim razie spadkobiercą oświecenia?

- Tak, absolutnie. Kiedy wyszła moja pierwsza książka, „Przemyślny ból”, krytycy sugerowali, że jest ona antyoświeceniowa – co odrobinę mnie zaniepokoiło, bo zdecydowanie uważam oświecenie za jedną z najważniejszych epok w historii ludzkości. Ogromnie podziwiam to, czego żyjącym wówczas ludziom udało się dokonać. Może istotnie do pewnego stopnia parodiuję ówczesne postawy w „Oczyszczeniu” – przynajmniej część postaci w książce ma bardzo uproszczoną wizję tego, czym jest Nowa Era, Era Rozumu. Nie przypuszczam, żeby nawet najwięksi oświeceniowi myśliciele choć przez chwilę przeczuwali, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości – my dzisiaj na pewno nie żyjemy w ten sposób.

Wspomina pan, że wychował się pan w osiemnastowiecznym mieście. Jak to było? Przechadzał się pan uliczkami i wyobrażał pan sobie, jacy ludzie tam kiedyś mieszkali?

- W pewnym sensie tak. Moją wyobraźnię zawsze pobudzały przebłyski przeszłości. Nigdy nie byłem dobrym historykiem w akademickim sensie, choć studiowałem historię na uniwersytecie. Jednak dla mnie historia zawsze była przede wszystkim zbiorem cudownych opowieści. Może zresztą właśnie tym jest naprawdę? Bath nie jest jakoś szczególnie dużym miastem i kiedy przemierza się je w całości – jak wielokrotnie mi się to zdarzało – we wczesnych porannych godzinach, ulice są właściwie całkowicie puste, nie ma samochodów. Nietrudno jest wtedy poczuć, jakby zegar cofnął się o dwieście lat. Uwielbiam to uczucie, to wrażenie podróży w czasie, którą możemy odbyć dzięki wyobraźni. Już jako młody chłopak byłem zafascynowany historią, moimi największymi bohaterami byli Rzymianie, miałem obsesję na ich punkcie – co chyba dość zawstydzało moich rodziców.

Bohater pana pierwszej książki John Dyer to genialny chirurg, który od urodzenia niezdolny jest do odczuwania czy to przyjemności, czy bólu. W „Oczyszczeniu” wykreował pan postać młodego inżyniera, który uważa się za człowieka oświecenia. Jak to się dzieje, że przychodzą panu do głowy bohaterowie? Jak narodził się Jean-Baptiste Baratte?

- Nie wiem, czy od razu są w pełni ukształtowani, raczej nie wyskakują mi z głowy całkowicie gotowi, jak Atena z głowy Zeusa. Ale pojawiają się dosyć nagle. Chyba dzieje się tak, że kiedy powieść zaczyna powstawać – najpierw w bardzo jeszcze nieformalny sposób – myśli się o tym, chodzi wokół tematu i zaczyna przeczuwać, co to będzie za książka. I wtedy w końcu przychodzi taki moment, że jest się gotowym na pojawienie się głównych bohaterów. Jean-Baptiste… Któregoś dnia jeszcze go nie było, a następnego już tak (śmiech). A ja w pewnym sensie nie mogłem się go doczekać, bo bez niego przecież książka nie mogłaby powstać. Aż do tamtej pory nie wiedziałem, kim będzie mój bohater. Chyba pierwsze, co stało się dla mnie oczywiste, to to, że Jean-Baptiste musi być kimś z zewnątrz – że nie pochodzi z Paryża, przyjeżdża do miasta z prowincji, że wywodzi się z klasy, która nie daje mu poczucia dumy, i że jest wykształcony ponad swoją pozycję społeczną – więc nie jest pewny siebie.

Okładka książki Okładka książki Andrew Millera

Co interesującego odnalazł pan w rzuceniu takiego bohatera w samo serce francuskiej stolicy?

- Po pierwsze, to ktoś, kto porusza się po mieście z szeroko otwartymi oczami, ktoś nie do końca pewny, jak powinien się zachować w różnych sytuacjach. Wie pan, ja sam pochodzę z prowincji, więc dość łatwo mi się utożsamić z tego rodzaju poczuciem, że nie należy się do centrum rzeczy, nie jest się częścią merytokracji, częścią elity. W tym sensie Jean-Baptiste jest osobny, a paryżanie patrzą na niego jak na prostaka. Ale chyba to właśnie w nim lubią – o ile w ogóle go lubią. XVIII wiek pełen jest ludzi, którzy sami zdobyli swoją pozycję, a Jean-Baptiste ku temu zmierza. To ktoś, kto w pewnym sensie trafił pod patronat możnych ludzi, ale też sam dopomógł swojemu szczęściu – i zdaje sobie z tego sprawę.

Gdyby miał pan opisać Jeana-Baptiste’a za pomocą pięciu przymiotników, jakie by pan wybrał?

- Uczciwy. Niepewny siebie. Ambitny. Hm… To dopiero trzy! Jak jeszcze można go opisać? Zdolny! Odważny (śmiech). Te właśnie bym wybrał.

Dlaczego akurat te?

- Cóż, lubię postacie, które nie są w oczywisty sposób bohaterskie, które muszą się mocno postarać, by stawić czoła wyzwaniom, jakie stawia przed nimi los. Dlatego też moi bohaterowie, jak zresztą często ma to miejsce w powieściach, nie pokonują trudności z łatwością. Niepewność Baratte’a jest w pewnym sensie kluczem do tej postaci. Chciałem, żeby był kimś, kto ma kruche poczucie własnej tożsamości. Z tego zrodziła się dość duża część książki – interesuje mnie, co dzieje się z ludźmi, których tożsamość z jakiegoś powodu się rozpada, tak jak ma to miejsce z Jeanem-Baptiste’em w pewnym momencie w książce. Tożsamość jest pewnego rodzaju konstruktem. A kiedy ten konstrukt się rozpada. Chcę wiedzieć, co po nim pozostaje i co może się wydarzyć w tej odsłoniętej nagle przestrzeni. Tym problemem zajmowałem się także w innych książkach i jest to zagadnienie, do którego stale powracam.

Na przykład Jean-Baptiste ma swój mały katechizm. Co noc, gdy kładzie się spać, powtarza sobie, kim jest, skąd pochodzi, czym się zajmuje, w co wierzy – ale od początku to wszystko jest bardzo kruche. Jest prostolinijny, uczciwy, raczej nie owija w bawełnę, mówi co myśli w dość północnym stylu – przepisałem trochę cech kojarzonych z mieszkańcami północnej Anglii na północ Francji, ale wydaje mi się, że północ wszędzie ma pewien specyficzny charakter. Więc Baratte jest prostolinijny, mówi, co myśli, dzięki czemu ludzie wiedzą, z kim mają do czynienia i szanują go za to. Ale nie jest wyrafinowanym umysłem, przez większość czasu jest dość zagubiony, wciąż zastanawia się, czy da radę wykonać swoje zadanie, jak funkcjonuje ten świat. W tym sensie wciąż jest naiwny, prosty. Widać to zwłaszcza w kontraście do Armanda, który wywodzi się z Paryża i czuje się tam jak ryba w wodzie.

Skąd pomysł na tę historię? Jak wpadł pan na historię Cmentarza Niewiniątek?

- Z historią cmentarza po raz pierwszy zetknąłem się w książce francuskiego historyka, Philippe’a Aries, który napisał pozycję poświęconą zwyczajom funeralnym w zachodnim świecie. Jest w niej krótka wzmianka o cmentarzu i jego zniszczeniu. Kiedy natknąłem się na nią – a było to długie lata temu – pomyślałem sobie, że ta historia ma w sobie to coś i że mógłbym jakoś ją opisać. Nie wiem nawet, co takiego jest w tej opowieści – może chodzi o jej niezwykłą teatralność, pojawia się w niej ogień, jest w niej coś upiornego. Ale ciekawił mnie także moment w historii, kiedy to się zdarzyło: tuż przed wybuchem rewolucji. Czułem, że to musiało być w jakiś sposób powiązane z nowym sposobem myślenia: pozbędziemy się przeszłości, literalnie wykopiemy ją spod ziemi i usuniemy. I rzeczywiście cmentarze, tak jak i wszystko inne, podlegały zmieniającemu się sposobowi myślenia – ludzie chcieli mieć nowe, higieniczne cmentarze, racjonalne w każdym calu, ulokowane na peryferiach miasta, gdzie łatwo o nich zapomnieć. Tymczasem Les Innocents jest typową średniowieczną nekropolią – małą, ulokowaną w samym centrum życia, po brzegi pełną kości. To coś, czego w epoce oświecenia ludzie już nie chcieli.

Czyli pisząc powieść historyczną, inspiruje się pan wzmianką w przeczytanej książce, prawdziwym okruchem historii. To jednak tylko zalążek, a całą resztę – świat przedstawiony, bohaterów, ich sposób myślenia – musiał pan dodać, używając własnej wyobraźni. Czy polegał pan tylko na niej, czy może robił pan jakieś badania, zbierał pan źródła w tym celu?

- Oczywiście zbierałem materiały. Może nie w jakimś kolosalnym stopniu, bo jak wspomnieliśmy wcześniej, napisałem już przedtem dwie książki osadzone w tej samej epoce, więc miałem już pewne ogólne pojęcie o tym okresie. Mieszkałem kiedyś w Paryżu, więc znam co nieco atmosferę tego miasta. Musiałem poszukać informacji na temat Cmentarza Niewiniątek, ale to okazało się niełatwym zadaniem. Podejrzewam, że gdzieś, w jakichś archiwach kryją się materiały na ten temat, ale muszę przyznać, że nie dało się w prosty sposób czegoś się dowiedzieć. Ale to nic, bo tak naprawdę jako pisarz chcę wiedzieć trochę, ale nie wszystko -  reszta to zadanie dla wyobraźni. Potrzeba mi tyle informacji, by ją pobudzić, nie więcej. Tak więc to, że trudno było zdobyć szczegółowe informacje, co do tego, w jaki sposób cmentarz został zlikwidowany na przykład nie miałem pojęcia, skąd pochodzili robotnicy, którzy przy tym pracowali – i cieszę się, że tak było, bo dzięki temu otwierała się dla mnie przestrzeń, by wymyślić własnych. Dlatego wydaje mi się, że nie odbiegam zbyt daleko od tego, co wiemy o likwidacji cmentarza, ale także – jak reżyser filmowy – staram się te ramy wypełnić własną wizją. Jak Marcel Carné, który na potrzeby filmu „Hetel du Nord” zrekonstruował kanał Saint-Martin. Ludzie przyjeżdżali zwiedzać plan filmowy – rekonstrukcję fragmentu Paryża tuż pod Paryżem. Czasem ja także lubię zabawić się w podobną rekonstrukcję i zaludnić ją postaciami wysnutymi z własnej wyobraźni, podobnie jak Fellini zaludniał swój Rzym. Można się tak bawić, a w tej zabawie zbliżyć się zaskakująco daleko do prawdy Przynajmniej taką mam nadzieję.

Opisuje pan smród unoszący się wokół przepełnionego cmentarza. Kiedy czyta się książkę, ten odór wydaje się niemal fizycznie wyczuwalny. Czy to również efekt pańskiej wyobraźni?

- Nie do końca. Wie pan, pisarze szukają w realnym świecie motywów, podpowiedzi, a potem je przetwarzają i wysnuwają z nich opowieści. Pamiętam pewną restaurację właśnie w Bath, której właściciele postanowili nagle zniknąć. Nie byli w stanie zapłacić czynszu, więc pozamykali drzwi i, nic nikomu nie mówiąc, po prostu uciekli.  Nikt nie miał pojęcia, co się wydarzyło – na drzwiach wisiała tabliczka w rodzaju: „Zamknięte z powodu urlopu”. W końcu zaczął wydobywać się stamtąd przerażający odór gnijącego jedzenia, rozkładającego się mięsa, wokół unosiły się stada much Wreszcie ktoś włamał się do środka i wtedy okazało się, co się wydarzyło. To mały incydent, ale dla mnie była to pewna wskazówka, jak mógł cuchnąć Cmentarz Niewiniątek. Generalnie, kiedy piszę, lubię koncentrować się na zmysłach, niekoniecznie na powonieniu. W pisaniu lubię mieć poczucie fizycznego odczuwania świata. Takie książki lubię czytać i tak chcę też pisać.

Zanim porozmawiamy o dzielnicy, w której pracuje Baratte, chciałbym zapytać o Wersal, który opisuje pan na początku książki. Jakie to miejsce i jakie postacie go zaludniają?

- Byłem w Wersalu jako dziecko, a pisząc książkę, zrobiłem też mały research, ale nie bardzo szczegółowy. Wiedziałem, o jaką atmosferę mi chodzi – chciałem, żeby pałac sprawiał teatralne wrażenie. Wiedziałem też, że w gruncie rzeczy było to mało wygodne miejsce do życia – nie żaden luksusowy hotel, a raczej wielkie, nieprzyjazne, pełne przeciągów miejsce, w którym źle się mieszkało i pracowało. I również cuchnęło – było pełne ekskrementów, a zgodnie z przysłowiem łajno bogaczy śmierdzi tak samo jak biedaków. Były tam potężne puste niewykorzystane przestrzenie, które zaludniały dziwne typy, a wszystkim rządziły dziwaczne protokoły. XVIII wiek, zwłaszcza we Francji, to epoka rozbudowanych protokołów i etykiet. Do niektórych drzwi się pukało, inne należało poskrobać. I tu znów pasowała mi wizja przybysza z prowincji, ubranego w sztywne nowe ubranie, prezent od ojca. Chciałem postawić go w miejscu, które z jednej strony jest naprawdę imponujące, a z drugiej przypomina teatr poza sezonem, przypomina w gruncie rzeczy Francję – po prostu nie działa, nie rokuje zmian. Nie przejmowałem się zbytnio planami, rozkładem pomieszczeń. Byłem w Wersalu i zapamiętałem pewne wrażenie. Można tam pojechać dzisiaj i załapać się na zwiedzanie z przewodnikiem, ale nie o to mi chodziło. Bazowałem na innych potężnych budynkach, w których w życiu byłem. Chodziło o to, by budynek sprawiał przede wszystkim wrażenie teatralności – ale także nieskuteczności, rozkładu.

W pałacu jest też słoń – dar dla króla Francji. Jako czytelnik chcę potraktować go jako symbol. Czy oznacza stan, w jakim znalazła się monarchia, czy może jeszcze coś innego?

- Wiem, że w pałacu była menażeria, więc czułem się usprawiedliwiony, umieszczając tam zwierzęta. Jednak kiedy piszę, staram się, by nie zrobić z czegoś, na przykład z takiego słonia, zbyt oczywistego symbolu. Słoń przede wszystkim powinien być po prostu słoniem – to najważniejsze zadanie słonia w książce. Ale oczywiście, fakt, że tam tkwi, smutny, potężny, ale uwięziony – jak również to, że powraca na końcu książki, kiedy to ludzie wloką jego martwe cielsko -  sprawia, że faktycznie słoń staje się symbolem potęgi, która upada. Przeżartej zgnilizną, cuchnącej.

Kolejnym elementem, który rzuca się w oczy w Wersalu opisanym w „Oczyszczeniu”, są lustra, w których wszystkie elementy rzeczywistości odbijają się w nieskończoność. Czy to również metafora przedrewolucyjnej Francji?

- Jako czytelnik może pan je odczytywać, jakkolwiek pan chce! Ale jak już mówiłem, Jean-Baptiste ma wyjątkowo kruche poczucie własnej tożsamości, więc ma specyficzną relację ze swoim lustrzanym odbiciem – może zresztą jak my wszyscy. On nie czuje się swobodnie, przeglądając się w lustrze, własne odbicie jest dla niego być może pytaniem wymagającym odpowiedzi. Jako pisarz bawiłem się również tym, czym jest pisanie w ogóle. Początkujący pisarze lubią umieścić na początku książki scenę z lustrem, która pomaga im opisać głównego bohatera (śmiech). Tymczasem Baratte w lustrze nie widzi siebie, widzi jedynie odbicie swojego brązowego ubrania – zwierciadło jest skrzywione, nie działa tak jak powinno. Tak więc lustro działa może raczej w kontekście Jeana-Baptiste’a niż w szerszym kontekście odbicia całej Francji – ale rzeczywiście odbija cały pałac i to, co reprezentuje, a wybudowano go przecież po to, by ucieleśniał monarchię. Sam w sobie został wybudowany jako symbol – i taka jest jego podstawowa funkcja: być symbolem.

 

Andrew Miller  fot. Abbie Trayler-Smith Andrew Miller fot. Abbie Trayler-Smith

Przeczytałem gdzieś, że Cmentarz Niewiniątek, który pan opisuje w książce, został tak naprawdę zapełniony już w XIV wieku. Psujące się zwłoki zatruwały wodę i pożywienie mieszkańców, a unoszący się ponad nekropolią fetor psuł powietrze. Wydobycie tysięcy kości spod ziemi było niemal niemożliwym do wykonania zadaniem. Jak by pan opisał misję oczyszczenia cmentarza?

- To rzeczywiście trudne zadanie. Kiedy Baratte je otrzymuje, nie jest pewien, jak się za nie zabrać – jest inżynierem, marzy raczej o budowaniu mostów i dróg, inaczej wyobraża sobie swoją przyszłość. Jednak oczyszczenie cmentarza to oczywiście również odpowiedzialne zadanie, potężne przedsięwzięcie inżynieryjne, więc wie, że jeśli mu się powiedzie, może zdobyć zawodową pozycję. Zabiera się więc do działania metodycznie. Jest co prawda trochę zdegustowany, że musi się tym zająć. To trudna praca i musi pozyskać wielu robotników, górników, którzy zajmą się samym robieniem wykopów. Jean-Baptiste od początku jest bardzo zdeterminowany. Choć prywatnie nękają go wątpliwości, w zawodowym życiu jest skuteczny, skupiony, bardzo zawzięty. Brnie do celu niezależnie od tego, co na jego temat sądzi i jak bardzo nieprzyjemna jest to praca. Nie poddaje się i za to go cenię, cechę tę podziwiają również inne postacie. Baratte musi taki być, bo bez niego wszystko najprawdopodobniej by się rozsypało, robotnicy porzuciliby narzędzia i uciekli gdzie pieprz rośnie. Jean-Baptiste martwi się, że tak właśnie się stanie, ale udaje mu się ich przed tym powstrzymać. Jego relacja z górnikami jest specyficzna. Myślę, że chce być przez nich lubiany, ale tak naprawdę ich nie rozumie, nie może zdziałać nic więcej, niż wydawać im tylko rozkazy. Ale oczyszczanie cmentarza to praca, którą wykonuje metodycznie – nierzadko z poczuciem obrzydzenia – choć to zmienia się nieco z czasem, w miarę jak przyzwyczaja się do tej pracy. Także jego stosunek do ludzkich szczątków się zmienia. Poczucie lęku czy niepokoju ustępuje poczuciu pewnej więzi. Inni być może mają podobnie. Ale chciałem przede wszystkim uciec od stereotypowej reakcji, jaką pewnie większość z nas miałaby w takiej sytuacji, i dotrzeć do poczucia wspólnoty z kośćmi wykopywanymi na Les Innocents.

A więc mamy młodego inżyniera, który z polecenia ministra, czyli członka arystokracji, przyjeżdża do przycmentarnej dzielnicy, by wykonać powierzone mu zadanie. Styka się tam z bohaterami należącymi do niższych warstw społecznych. Czy mógłby pan o nich opowiedzieć?

- Cóż, Jean-Baptiste wynajmuje pokój przy drobnomieszczańskiej rodzinie Monnardów, których również łączy z cmentarzem specyficzna relacja. Ale jego najbliższym kompanem staje się Armand, organista z cmentarnego kościoła – co ważne, kościół od lat stoi zamknięty, więc jest to organista, który nie ma dla kogo grać. Armand jest dla Jeana-Baptiste’a swoistą przeciwwagą – jest artystą, muzykiem, miejskim zwierzęciem, zna wszystkie miejskie sekrety i obyczaje, udaje, że zachwycają go prowincjonalne zachowania Baratte’a. Jak sam mówi, kiedy nadejdzie rewolucja, „własność stanie się bardziej płynnym pojęciem”. Nie jest zbyt uczciwy – w przeciwieństwie do Jeana-Baptiste’a. Można go sobie wyobrazić jako jednego z tych ludzi, którzy wzięli udział w rewolucji i dorobili się na niej. Ta dwójka dobrze do siebie pasuje i to z Armandem Jean-Baptiste spędza więc najwięcej czasu. Ale powiedziałbym, że Baratte czuje się swobodnie z większością osób, jakie spotyka – z wyjątkiem górników, którzy są Flamandami, mówią swoim językiem i są bardzo skryci, nikogo nie dopuszczają do swojej małej społeczności, jaką budują pośród grobów.

A co z kobietami w „Oczyszczeniu”?

- Ziguette, córka Monnardów, u których mieszka Jean-Baptiste, jest dość histeryczną i, jak się okazuje, niebezpieczną dziewczyną. Baratte jest nieśmiały, nie czuje się dobrze w towarzystwie kobiet, zdecydowanie ma niewiele doświadczenia w kontaktach z nimi – znów w przeciwieństwie do Armanda, który czuje się wśród kobiet jak ryba w wodzie. Kobieta, z którą ostatecznie związuje się Baratte, to pod wieloma względami zdecydowanie nieodpowiednia dla niego partnerka. Ale w gruncie rzeczy to osoba, która nie pasuje do swojego otoczenia – podobnie jak Jean-Baptiste. Jest prostytutką, ale różni się od innych prostytutek. Uwielbia czytać – to może najważniejsza cecha Héloise. Héloise i Jean-Baptiste pasują do siebie w tym sensie – żadne z nich nie czuje się dobrze w świecie, który ich otacza. Héloise pomaga mu wrócić do pionu, odnaleźć się na nowo. Bez  niej pewnie nie dałby sobie rady, jej obecność daje mu siłę. W opowieści pojawia się też Jeanne, wnuczka grabarza, która pała do bohatera nieodwzajemnioną sympatią.

A jak mieszkańcy dzielnicy traktują Baratte’a? Jest nowy wśród nich, wykonuje specyficzną pracę. Jest dla nich zagrożeniem, a może zwiastunem nowej ery, mesjaszem?

- Minister, który zleca Jeanowi-Baptiście oczyszczenie cmentarza, przewiduje trudności, opór ze strony mieszkańców, których przodkowie tam spoczywają. Są na to historyczne źródła. Tymczasem ludzie powitali to przedsięwzięcie przede wszystkim z uczuciem ulgi. Myślę, że traktują Baratte’a raczej z szacunkiem. Wszyscy go znają, to pewne. Ale ponieważ pracuje wśród kości, jest aniołem zniszczenia, trzymają go na dystans – podobnie jak Jeanne, która wychowała się na cmentarzu. Ale w przeważającej części są zadowoleni, że pozbywa się czegoś, co stało się nie do zniesienia. Wie pan, nie przypuszczam, żeby cmentarz w XVIII wieku był w gorszym stanie niż stulecie wcześniej, a jednak wówczas nikt nie narzekał. Czasy się zmieniły i cuchnący cmentarz przestał się mieścić w pożądanym obrazie świata. W tym sensie Jean-Baptiste działa w imieniu nowego porządku.

Nauka gra istotną rolę w życiu głównego bohatera. Nie wierzy w Boga, co noc powtarza swój katechizm, jak pan to nazwał, który nie ma nic wspólnego z religią. Czy nauka niesie mu pocieszenie? Czy dostarcza odpowiedzi na jego pytania?

- Kiedy piszę o nauce Szczególnie w mojej pierwszej powieści, „Przemyślnym bólu”, pisałem sporo o oświeceniowej nauce. Jak pewnie wiele osób, mam mieszane uczucia co do nauki jako swoistej pseudoreligii, sposobu na rozwiązanie problemów ludzkiego życia. W oczywisty sposób nauka czy siła rozumu nie przynoszą Jeanowi-Baptiścierozwiązań, które są w stanie odmienić jego codzienność. Nie tyle więc traci w nie wiarę, co jak większość z nas musi dojść do etapu, w którym staje się bardziej otwarty na zaakceptowanie prawdziwej natury ludzkiej – o której nauka, szczególnie od XVIII wieku, mówi nieskończenie wiele, ale której nigdy w moim przekonaniu nie będzie w stanie ostatecznie przeniknąć. Człowieka po prostu nie da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Jean-Baptiste nie traci więc całkiem wiary w siłę rozumu, wierzę, że po zamknięciu się fabuły książki nadal będzie pokładał ufność w ideach oświeceniowych. Oświecenie nie było po prostu topornym przekonaniem o nadrzędności rozumu, ale wiarą w misję wyciągania świata z ciemności. Działaniem przeciwko ciemnocie, zabobonom, wszechwładzy Kościoła. Wiarą w systematyzowanie wiedzy, jej dostępność – właściwie takie właśnie myślenie reprezentuje dzisiaj Wikipedia. Jednoczyło ludzi w całej Francji, piszących na bardzo różne tematy – o meblach czy o zawiłościach filozofii – a wszystkich traktowano z jednakową otwartością. Jean-Baptiste na pewno pozostanie po tej stronie, nie skłoni się ku mistycyzmowi. Ale stanie się kimś myślącym bardziej krytycznie, mniej szablonowym w swoich przekonaniach, niż był kiedyś, kiedy był jeszcze idealistą. Zda sobie sprawę, że są w życiu rzeczy, o których nie da się powiedzieć niczego kategorycznego.

Dla mnie jednym z najważniejszych momentów książki jest ten, kiedy Jean-Baptiste poznaje przyjaciół Armanda i wkrótce po tym dostaje nowe imię, pseudonim, przez co przeistacza się w mityczną postać, herolda rewolucji. Czy Baratte zdaje sobie sprawę ze zmian, jakie nadchodzą? Czy pozostali po prostu się nim bawią?

- Myślę, że do pewnego stopnia na pewno bawią się jego kosztem. Ale uważam, że to ciekawe – zwłaszcza w tym roku, kiedy wspominamy rocznicę wybuchu I wojny światowej – kto w obliczu wielkich wydarzeń historii potrafił przewidzieć jej bieg. Bo ewidentnie były takie osoby, które nie tylko przeczuwały nadejście tych wypadków, ale też ich przebieg, jednak przeważająca większość ludzi nie spodziewała się tego, co nadeszło – ci wszyscy, którzy wierzyli, że wojna „skończy się do Bożego Narodzenia”. A Jean-Baptiste? Armand oskarża go później o brak politycznej intuicji i w porównaniu z nim z pewnością mu jej brakuje. Armand jest dużo bardziej cyniczny, od początku wie, że przemoc jest nieuchronną częścią procesu, który się właśnie rozpoczyna. Jean-Baptiste bardzo niechętnie to przyznaje. Pragnie więc zaliczać się do „stronnictwa przyszłości” – Armand dokucza mu z tego powodu, robi mu przycinki dotyczące np. stroju – tymczasem w głębi duszy jest chyba dosyć konserwatywny, pochodzi w końcu z chłopskiej rodziny. Rewolucja dokonała się rękami burżuazji, miejskiej klasy robotniczej, chłopi raczej nie zasilali szeregów rewolucjonistów. Podsumowując, Jean-Baptiste jest w głębi serca konserwatywny i staje się częścią rewolucji, ale nie jest w nią bezgranicznie zapatrzony. Jestem przekonany, że musiał być wstrząśnięty zakresem przemocy i kultem przemocy, jaki szybko narodził się pod rządami rewolucjonistów.

Lecoeur, przyjaciel Baratte’a z Normandii, który przybywa do Paryża, by razem z nim pracować przy oczyszczaniu cmentarza, deklaruje: „Będą naszymi nazwiskami nazywać place, to my oczyścimy Paryż”. Tymczasem przedrewolucyjna atmosfera wciąż gęstnieje. W pana książce mnóstwo jest podobnych śladów: scena w teatrze, pusty gabinet ministra w Wersalu… Dla kogoś obeznanego z historią Europy są to łatwe do odczytania aluzje. Czy czytelnik powinien traktować oczyszczenie cmentarza jako bezpośrednią zapowiedź rewolucji i ery terroru, która ma się rozpocząć za moment?

- Tak, w pewnym sensie ta książka opiera się na założeniu, że czytelnicy dopowiedzą sobie ten kontekst i będą świadomi, że w chwili, gdy rozgrywa się akcja, rewolucja wisi w powietrzu. I rzeczywiście, to oczyszczenie w pewnym sensie obmywa z brudu, ale także zawiera w sobie elementy brutalnej przemocy. Nie jest to heroiczna służba, którą wyobraża sobie Lecoeur, kiedy mówi o nazywaniu placów ich imieniem. W książce jest scena, kiedy tuż przed pochowaniem Lecoeura Jean-Baptiste idzie do wychodka i jedyne, co ma ze sobą, to jeden z oświeceniowych traktatów, którego używa, by się podetrzeć, zawisając na moment nad kloacznym dołem. Ta scena to też w pewnym sensie rewolucja w miniaturze. Książka ma tytuł „Oczyszczenie”, bo nic w opisywanym świecie nie jest do końca czyste, a rewolucjoniści, ogarnięci szałem, by oczyścić kraj, wciąż rozmawiają o „czystości” idei rewolucyjnych. W tym sensie oczyszczenie cmentarza zapowiada rewolucję. Ale nie chciałem, żeby czytelnicy czuli się zmuszeni do dopatrywania się ukrytych sensów czy robienia czegokolwiek innego niż po prostu przeczytania książki. Czytanie to bardzo złożony proces i wydaje mi się, że skojarzenia nasuną się same podczas lektury, bez konieczności skrupulatnego łączenia faktów. Początkowo zresztą chciałem włączyć rewolucję do fabuły książki, ale mój redaktor doradził mi, bym to przemyślał – na całe szczęście, jak myślę, uważam, że książka jest lepsza bez tego. Rewolucja jest jak magnes, przyciąga, i ja też znalazłem się w orbicie tego przyciągania, ale w efekcie zadecydowałem – sądzę, że słusznie – by pozostawić ją poza nawiasem.

Czy sądzi pan, że „Oczyszczenie” to książka o pozytywnym wydźwięku?

- Cóż myślę, że nie jest pesymistyczna (śmiech). Wiemy, że jest osadzona u progu wyjątkowo burzliwego okresu w historii Europy, więc trudno, by była jednoznacznie optymistyczna. Mimo to jest to opowieść o człowieku, który pomimo tego, co go spotyka, zachowuje w sobie prawość i przyzwoitość. To także historia o przyjaźni, pokazująca, że pewne wartości przetrwają nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach. Rewolucja, choć straszliwa i krwawa, miała w sobie także momenty prawdziwie heroiczne, ludzie bywali gotowi do największych poświęceń w imię czystych ideałów. Obraz świata nigdy nie jest jednoznaczny. A rolą literatury w moim odczuciu nie jest głoszenie optymizmu czy pesymizmu, ale odzwierciedlanie złożoności naszego doświadczenia.

Podczas pisania myślał pan o własnej śmierci i nieuchronnym rozkładzie?

- Oj tak. W pewnym wieku śmierć zaczyna być posmakiem w ustach, którego nigdy nie da się pozbyć. Ale nie chciałem, żeby cmentarz i szczątki opisane w książce kojarzyły się jedynie z horrorem. Jak już mówiłem, stosunek bohatera do szczątków zmienia się w miarę rozwoju opowieści, tak jak zmienia się nasz stosunek do umierania i tego, co się z nim wiąże, na różnych etapach życia. Kiedy miałem dwadzieścia lat, miałem romantyczny obraz śmierci. Teraz, gdy przeżyłem odchodzenie obojga rodziców, patrzę na nią inaczej. Myślę o śmierci, ale jest pewien rodzaj poczucia związku ze zmarłymi, który teraz odczuwam dużo mocniej. Niektórzy z nich są mi bliscy. Kilku moich przyjaciół zmarło, poczucie więzi z nimi jednak pozostaje. I Jean-Baptiste, i ja przechodzimy więc pewien rodzaj ewolucji w myśleniu o śmierci: od lęku do szacunku, zrozumienia i może nawet pewnej rutyny. Nie ma już strachu. Coś się zmieniło.

 

Michał Nogaś. Dziennikarz Programu 3. Polskiego Radia, prowadzi audycje poświęcone książkom: „Z najwyższej półki” oraz „Trójkowy Znak Jakości”.

weekend.gazeta.pl

Rabowana wódka, naboje w majtkach i dynamit w gorsecie. Polski terroryzm, przed którym drżeli Rosjanie

Anna J. Dudek
20.09.2014
Wyd. Znak

Gdyby w 1918 roku Polska nie odzyskała niepodległości, Al Kaida nie mogłaby się równać z nadwiślańskimi organizacjami terrorystycznymi. Na początku XX wieku w Warszawie dochodziło do trzech zamachów dziennie. Terroryzmem parali się i mężczyźni, i kobiety – w gorsetach szmuglowały dynamit, w majtkach naboje, a halki miały wpełnione pistoletami. O polskim terroryzmie opowiada Wojcieh Lada, historyk i autor właśnie wydanych „Polskich terrorystów”.

Coraz częściej pojawiające się w kontekście terroryzmu kobiety – głośno jest o kolejnych wstępujących w szeregi ISIS czy innych grup terrorystycznych – wciąż szokują, tymczasem kobiecy terroryzm to nic nowego – na początku XX wieku w Polsce kobiet-zamachowców było wiele…

Co najmniej kilkadziesiąt. Organizowały zamachy, rzucały bomby w rosyjskich generałów, strzelały do policji i agentów Ochrany. I nie były to wcale małe nazwiska, bo mówimy choćby o przyszłej Marszałkowej Piłsudskiej, Wandzie Krahelskiej – odznaczonej później medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata” – czy Faustynie Morzyckiej, pierwowzorze „Siłaczki” Żeromskiego.

Większość dromaderek, bo tak nazywano kobiety-terrorystki, to jednak zwykłe kobiety…

Oczywiście tak wystrzałowe panie były jednak mniejszością. Dalsze kilka tysięcy ich koleżanek zajmowały się zapleczem terroryzmu – w gorsetach szmuglowały dynamit, w majtkach naboje, a halki miały wypełnione pistoletami. Piłsudska wspominała też – chwaląc sobie ówczesną modę – że wzdłuż nóg dziewczyny przywiązywały sobie Mauzery, koniec końców doszły do takiej wprawy, że mając na sobie czterdziestokilogramowy arsenał poruszały się całkiem swobodnie.

Co ważne, w ówczesnych bojówkach panowało całkowite równouprawnienie płci – wzorce czerpano tu z rosyjskiej Narodnej Woli. Niestety w tych właśnie latach nastąpił przełom i równouprawnienie dotyczyło także kwestii tortur w rosyjskich więzieniach.

Wywarły jakiś wpływ na ruch sufrażystek?

Nie, to była raczej ta sama fala. Były to heroiczne lata socjalizmu i mało kto w całej Europie wówczas mu się oparł – no chyba, że ktoś miał fortunę i pozycję społeczną. A socjalizm był właśnie za równouprawnieniem. Sufrażystkom wystarczyła praca oświatowa i odrobina ulicznego hałasu, w Rosji i Królestwie Polskim dodano do niej w pakiecie bombę.

Sytuacje, kiedy cel zamachu uchodził cało, za to ofiarami byli cywile, zdarzały się dość często.

Często i decydowano się na to świadomie. Dlatego właśnie uparłem się przy określeniu „polscy terroryści”, choć mogłem nazwać ich np. bojownikami o wolność albo zamachowcami politycznymi. Nie ma jednej definicji terroru. Jego znaczenie zmieniało się w czasie i przestrzeni, a także zależało od tego, kto go używał. Nawet dziś funkcjonuje około 200 definicji terroryzmu.

Jedyne co łączy je wszystkie to ideowy podtekst i pewna niewrażliwość na przypadkowe ofiary. A jeśli ktoś rzuca bombę na ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie to raczej może być pewny, że takich ofiar nie uniknie. Co jednak wcale nie oznacza braku wyrzutów sumienia. Właśnie na Świętokrzyskiej bombę rzuciła Faustyna Morzycka. Miała zabić generała Uthoffa, a zabiła wyłącznie cywilów i zdemolowała spory kawałek ulicy. Nie wytrzymała nerwowo. Choć udało jej się uciec, wkrótce połknęła kapsułkę z cyjankiem.

Morzycka zradykalizowała się w więzieniu – ten mechanizm się nie zmienił. Na radykalizację (i rekrutację) najbardziej podatni są ludzie biedni, bez perspektyw, sfrustrowani. Nie mający nic do stracenia. Motywacje się chyba nie zmieniły?

Nie wiem jak dziś z warunkami życiowymi islamskich terrorystów, ale sto lat temu kilkunastoletni robotnik niedojadał tak bardzo, że jego średnia życia wynosiła 36 lat, a nie miał absolutnie żadnej szansy na poprawę swojego położenia. W pewnym sensie była to nawet praca niewolnicza, bo zdarzało się, że po strajkujących robotników, którzy opuścili fabrykę, sprowadzano wojsko, by zagoniło ich z powrotem do pracy. A Kozacy raczej nie słynęli z przesadnego humanitaryzmu i rzezie w takich sytuacjach zdarzały się nierzadko.

Ryzykując życie w zamachach nie miał więc taki chłopak czy dziewczyna faktycznie nic do stracenia, socjalistyczna agitka upewniła ich o wadze sprawy, dodatkowo motywowała zemsta za zabitą rodzinę i znajomych, a pistolet w ręku dodawał animuszu. Myślę, że zwłaszcza w kwestii prania mózgu, potrzeby zemsty i bezsilności wobec sytuacji życiowej faktycznie niewiele się zmieniło.

W jednej z recenzji Twojej książki przeczytałam, że gdyby Polska nie odzyskała niepodległości, Al Kaida nie mogłaby się równać z nadwiślańskimi organizacjami terrorystycznymi.

Efektowne i wcale nie aż tak nieprawdopodobne. Temperament i skuteczność naszych bojowców faktycznie w niczym nie ustępowała Al Kaidzie, ale jest jednak fundamentalna różnica. Ci nasi mieli co prawda świadomość przypadkowych ofiar, były one jednak naprawdę przypadkowe – celem byli zawsze przedstawiciele caratu.

Tymczasem ich bliskowschodni następcy z założenia zabijają właśnie przypadkowych ludzi. Tu liczy się sam akt, a nie personalia ofiary. I idąc tym tokiem myślenia – gdyby Polacy chcieli wówczas zrobić coś w skali zamachu na WTC 11 września 2001 roku, to raczej wysadziliby w powietrze Pałac Zimowy w Petersburgu razem z Carem i jego świtą, ale nie podkładaliby bomb np. pod targowisko miejskie w godzinach szczytu.

Nowoczesny terroryzm narodził się w Polsce?

Jednak trzeba tu oddać palmę pierwszeństwa Rosji – impuls wyszedł stamtąd. Ale w pytaniu jest coś na rzeczy, bo po pierwsze, członkowie Narodnej Woli inspirowali się polskimi Szyletnikami działającymi podczas powstania styczniowego, a po drugie – udział Polaków w rosyjskim terroryzmie był wcale niemały. Największa akcja Narodników, zabójstwo cara Aleksandra II, odbyło się rękami Polaka, Ignacego Hryniewieckiego. Mało kto pamięta – bo faktycznie nie ma się czym chwalić – ale w tym okresie polski anarchista Leon Czołgosz zabił prezydenta USA Williama McKinleya.

W ciągu roku miały miejsce 1243 zamachy, czyli trzy dziennie. Dziś to liczby niewyobrażalne.

To był 1906 rok, eskalacja terroru. Później ten impet słabł, ale powoli – w 1911 roku zdarzał się jeden zamach na trzy dni.

Ludzie w Warszawie byli przyzwyczajeni do tego tak, jak dziś mieszkańcy Tel Awiwu.

Myślę, że jeśli ktoś w Warszawie przeżył 15 sierpnia 1906 roku, to strzały nie dziwiły go już nigdy. W serii zamachów zginęło tego dnia siedemdziesięciu kilku Rosjan. Ale całkiem ostro było też w Łodzi, gdzie wybuchło regularne, choć krótkie powstanie – takie z barykadami i walczącym tłumem, a z niektórych dzielnice Zagłębia pozbyto się całkowicie carskiej policji, podobnie jak z Ostrowca, gdzie proklamowano republikę socjalistyczną.

Z dzisiejszej perspektywy szokujące wydaje się, że Piłsudski czy Okrzeja byli terrorystami.

Bo w okresie II Rzeczpospolitej pracowali znacznie lepsi specjaliści od wizerunku polityków niż w najlepszej współczesnej agencji PR. Bojowców z początku stulecia wpisano po prostu w mit założycielski niepodległego już państwa, na równi z żołnierzami Legionów – co nawiasem nie było wcale błędem, bo faktycznie później w Legionach walczyli. Pamiętaj też, że wśród osób parających się wcześniej terrorem było dwóch późniejszych prezydentów (Mościcki, Wojciechowski), trzech premierów (Prystor, Sławek, Arciszewski) i jeden Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, gen. Kazimierz Sosnkowski.

Jak ci bojowcy byli postrzegani przez społeczeństwo?

Tu właśnie byłby ostrożny. Ze wspomnień wynika, że poparcie społeczne było bardzo wysokie, znane są też raporty żandarmów rosyjskich, w których piszą, że np. w ciągu pięcioletniej służby nie spotkali się ani razu z przypadkiem wydania władzom takiego bojowca.

Z drugiej strony wiadomo, że istniała przecież konserwatywna Liga Narodowa Romana Dmowskiego – organizacja liczna, też ciesząca się sporym poparciem, a przecież zdecydowanie antysocjalistyczna. Czasem za bardzo, bo w Łodzi dochodziło w 1907 roku do dzikich strzelanin między obiema stronami medalu. Ale koniec końców i Narodowy Związek Robotników podległy Dmowskiemu też stosował terror, tyle że na mniejszą skalę.

Dziś w Europie silne są dążenia nacjonalistyczne – znamy już wyniki referendum w Szkocji, o secesji mówią Tyrol Południowy, Bawaria, Katalonia, Kraj Basków, Śląsk… Istnieje niebezpieczeństwo, że te dążenia zaczną się wyrażać aktami terroru?

Na szczęście mamy demokrację i jej tak przyjemne instrumenty jak referendum. Sto lat temu wciąż istniały potężne, feudalne imperia, rządzone przez monarchów, z którymi się nie dyskutowało. Dziś można dyskutować i, jak widać choćby po Szkocji, nikt nie musi do nikogo strzelać. Jedyny terror jakiego można się spodziewać w Europie to ten, jaki z pewnością wybuchnie na Ukrainie, jeśli zostanie zajęta przez Rosję. Tyle, że wtedy wszyscy będą mu kibicować.

W jakiej mierze ten rozkwit terroryzmu na polskich ziemiach na początku XX wieku wynikał z charakteru narodowego Polaków?

Terroryzm istniał chwilę później także we Włoszech czy Hiszpanii, więc chyba nasze narodowe temperamenty nie mają na niego monopolu. Ale jeśli wierzyć raportom i wspomnieniom, Rosjanie bali się nas jak diabli i mieliśmy generalnie opinię nieokiełznanych dzikusów. I to już od powstania styczniowego. Kiedy do cara Aleksandra II strzelał w 1866 roku członek rosyjskiej organizacji Piekło, pierwsze pytanie, jakie schwytanemu zadał monarcha brzmiało: „Czy jesteś Polakiem?”. Kiedy ten zaprzeczył, zdumiony Aleksander zapytał: „To czego ode mnie chcesz?”.

Jak się finansowali?

Z wódki… Żartuję, choć nie tak do końca, bo faktycznie napady na sklepy monopolowe dawały organizacji spory zastrzyk gotówki. Ale napadano też na znacznie większe cele: urzędy miejskie i gminne, na dyliżanse pocztowe, a nawet – co było bardzo efektowne – na pociągi wiozące gotówkę. Nawiasem mówiąc napad na pociąg pod Rogowem był największym starcie polskiego oddziału zbrojnego z rosyjskim od 1863 roku, a podobną akcją pod Bezdanami dowodził osobiście Piłsudski.

Były też inne źródła. Pamiętaj, że trwała wojna japońsko – rosyjska i dostaliśmy od rządu japońskiego ok. 300 tysięcy rubli na dywersję. Ale cóż, w samych Bezdanach skradziono 200 tysięcy, a w czasie trzech lat zdobyli w takich napadach ok. 1,1 mln rubli. Swoją drogą ciekawe ile z tego dostarczyły sklepy monopolowe…

Dlaczego akurat na sklepy monopolowe?

Łatwy łup, a pieniądze monopolisty czyli cara – okradzenie akurat jego było wręcz patriotyczne. Dość zabawne jest to, że aby odróżnić się od dość licznych wówczas bandytów, bojowcy zostawiali pokwitowanie za zrabowane pieniądze, wpisując na nim numer ewidencyjny napadu i przystawiając partyjną pieczątkę.

Samą wódkę podobno niszczono, ale są dowody, że cokolwiek zabierano też dla siebie. Polacy tamtego okresu raczej nie wylewali za kołnierz i była pod tym względem tendencja rosnąca – w 1911 roku w Łodzi wypijano dwukrotnie więcej alkoholu niż w 1905. Czyżby efekt uboczny terroryzmu?

natemat.pl

Zuzanna Lipińska, córka założyciela „Szpilek” i rysowniczki, przywraca pamięć o dziełach rodziców

„Rejestrowałam obrazkami całe swoje życie. Już w dzieciństwie pojawiały się w różnych pismach”

20.09.2014

Marta Mach

Ilustracje do „Zosi Samosi i innych wierszyków”, rekonstruowane przez Zuzannę Lipińska (Czytelnik)

Przełom lata i jesieni to wydawniczy powrót prac legendarnej pary rysowników Eryka Lipińskiego i Anny Gosławskiej-Lipińskiej (pseudonim Ha-Ga). Najpierw „O piesku dziwaku” wydawnictwa Bęc Zmiana, teraz „Zosia Samosia i inne wierszyki” Czytelnika, a niebawem album z rysunkami Ha-Gi, opublikowany również przez Bęc Zmianę. Wszystko dzięki córce Zuzannie, która nie daje zapomnieć o ogromnym artystycznym dorobku rodziców.

Nakładem wydawnictwa Fundacji Bęc Zmiana została niedawno wydana książeczka „O piesku dziwaku” z ilustracjami pani ojca, Eryka Lipińskiego. Ile lat minęło od wykonania tych ilustracji?

- Na odwrocie makiety książeczki, którą znalazłam całkiem niedawno w pracowni taty, nieżyjącego już ponad 20 lat, odkryłam pieczątki cenzury z 1945 roku! Ilustracje, pożółkłe i zniszczone, naklejone były na jeszcze mocniej dotkniętą upływem czasu tekturę. To oznacza, że książeczka „O piesku dziwaku” została przygotowana do wydania prawie 70 lat temu. To spolszczony przez Janusza Minkiewicza i zilustrowany przez mojego ojca znany angielski wierszyk z serii Nursery Rhymes „Old Mother Hubbard and Her Dog”. Ani ja, ani Monika – córka Janusza Minkiewicza, nie poznałyśmy go w czasach naszego dzieciństwa. Nic dziwnego, bo książeczka nie była publikowana. Piesek leżał na dnie szuflady, czekając, aż ktoś go znajdzie i uratuje od zapomnienia.

Postanowiłam przywrócić go do życia: wyretuszowałam, zrobiłam książeczkę według starej makiety i wydrukowałam cyfrowo na swój użytek dziesięć egzemplarzy. Jeden z nich dostała córeczka mojej przyjaciółki, Ani Niesterowicz. Ania zachwyciła się dziwacznym charakterem pieska, książeczkę zeskanowała i upowszechniła na jednym z portali społecznościowych. Tak jej wydaniem zainteresowała się Fundacja Bęc Zmiana.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)„O piesku dziwaku” (rys. Eryk Lipiński)

To nie był zupełny przypadek, prawda? Od lat pracuje pani wytrwale i regularnie nad archiwizowaniem ogromnej spuścizny, jaką zostawili po sobie pani rodzice.

- To prawda. W 2008 roku zorganizowałam w Muzeum Karykatury, założonym przez mojego tatę, pierwszą w życiu retrospektywną wystawę prac mojej mamy (www.ha-ga.com). Wystawa była ogromnym sukcesem i w następnym roku zostałam zaproszona przez legnicki Satyrykon do zasiadania w jury i pokazania tej samej ekspozycji. W 2011 roku, namówiona przez dyrektora Muzeum Karykatury Wojciecha Chmurzyńskiego, zorganizowałam kolejną wystawę, „Eryk i Zuzanna”, gdzie pokazane zostały plakaty ojca i rysunki innych karykaturzystów, dedykowane dla mnie w albumie, który założył tata. Wystawione były również jego plakaty z lat 40. i 50.

Często się dzisiaj zapomina, że to właśnie on, razem z Henrykiem Tomaszewskim i Tadeuszem Trepkowskim, był współtwórcą tzw. później polskiej szkoły plakatu. W tej chwili wydawnictwo Czytelnik drukuje „Zosię Samosię”  Tuwima. Oryginały zaginęły i musiałam wszystkie ilustracje samodzielnie odtworzyć. To bardzo trudne zadanie, bo jakość druku była wtedy koszmarna. Dzisiaj podziwiam, jak całe liternictwo było robione ręcznie: najcieńsze szeryfy były przez moich rodziców (i wszystkich innych ilustratorów w tamtych czasach) wyciągane bezbłędnie. Tego stopnia opanowania warsztatu niestety nigdy nie udało mi się osiągnąć.

Zbiory pozostawione przez moich rodziców są ogromne, a przekopywanie się przez ich archiwa jest czasochłonne. Pracę mam utrudnioną, bo mieszkam w Londynie, a zbiory po rodzicach są tutaj, w Polsce.

Jak często odwiedza pani Warszawę?

- Staram się tu być co najmniej dwa razy w roku. Niestety na archiwizowanie mam zawsze za mało czasu. Przyjeżdżam zwykle na krótko. Prace obojga rodziców są teraz w pracowni taty, która obecnie jest również moim warszawskim mieszkaniem. Przekopuję się przez wszystkie rysunki mamy, ustalam, gdzie i kiedy były drukowane. Niedługo ma wyjść książeczka z jej rysunkami, będzie ich około 200, z podpisami polskimi i angielskimi. W tej chwili pracuję nad wyborem tych prac. Niektóre podpisy są absolutnie nieprzetłumaczalne na angielski, jak np. „Para na plaży”: „- Czy lubi pani morze? – Może co lubię?”.  Wybór jest przez to utrudniony.

Archiwizacja prac taty jest bardziej skomplikowana, trzeba archiwizować nie tylko jego twórczość plastyczną, ale również wszystko to, co pisał. Wydał wiele książek, kilka miał pozaczynanych, kiedy nagle zmarł na serce. Jest mnóstwo zdjęć. Trudno ustalić, kto na nich jest, spora część została zrobiona przed wojną. Jego korespondencja też wymaga archiwizacji. Miał plan wydania książki z listami znanych ludzi adresowanymi do niego, roboczy tytuł: „Drogi Eryku”. Inna książka – do połowy napisana – to rzecz o Warszawie, roboczy tytuł: „Po Warszawie sobie truchtam”. Miała łączyć jego wspomnienia z różnymi miejscami w Warszawie sprzed wojny, z czasów powojennych i dzisiejszych, a wzbogacone to być miało wiadomościami encyklopedycznymi i historycznymi anegdotami. Inna nieskończona książka, to książeczka dla dzieci – „Wspomnienia Abelka”. Abelek to był taty piesek, który mu podobno te wspomnienia podyktował.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)Książka z pieczątką cenzury (rys. Eryk Lipiński)

Dziś pomaga pewnie fakt, że od dzieciństwa obserwowała pani pracę rodziców.

- Od kiedy pamiętam, widziałam rodziców przy pracy. Pamiętam każdy etap powstawania ilustracji. Najpierw luźne szkice, potem rysunek na kalce, zasmarowywany po „lewej” stronie ołówkiem i potem kopiowany twardym ołówkiem na właściwy papier. Potem najciekawsza część, czyli malowanie: najpierw główne kolory, potem szczegóły, cienie, a na samym końcu obrys i delikatne detale. Ta technika nazywa się gwasz. Można było w niej łatwo retuszować pomyłki. Zawsze wiedziałam, że tylko to chcę robić w życiu. Poszłam studiować na Akademię Sztuk Pięknych nieomal automatycznie, nie wyobrażałam sobie żadnego innego zawodu. Ilustratorką jednak nie zostałam, mimo że zilustrowałam kilka książek dla dzieci. Jestem tzw. grafikiem użytkowym, zajmuję się też projektowaniem stron internetowych i aplikacji na Ipada.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pani dzieciństwa. Z kroniki filmowej z 1957 roku wynika, że nie tylko obserwowała pani pracę rodziców jako dziecko. Można powiedzieć, że już jako dziecko zaczęła pani z rodzicami współpracować.

- Pamiętam jak mama prosiła mnie ciągłe o „pozowanie” - doiłam krowę, kopałam piłkę, szłam przez wieś z workiem piasku jako Grześ. W książce „Cuda i Dziwy” jest ilustracja chłopczyka przy stole („Słówka i słufka”), do której pozował mamie brat Beaty Tyszkiewicz, Krzysztof, dziś 70-letni pan. W „Zosi Samosi” (zbiorze wierszyków dla dzieci Tuwima) jest ilustracja do wiersza „Spóźniony słowik”, w którym – w gniazdku na akacji - czeka na męża pani Słowikowa. Tak jest w tekście, natomiast na obrazku jest zdecydowanie dąb. Wszyscy mamie dokuczali, że wybrała złe drzewo do pozowania.

Zuzanna Lipińska z ojcem ErykiemZuzanna Lipińska z ojcem Erykiem

Tacie też pani pozowała?

- Tata nie potrzebował modeli, rysował wszystko z pamięci. Pracą rodziców interesowałam się zawsze. Potrafiłam asystować im przy stole do przez długi czas i patrzeć, jak powstają ilustracje od początku do końca. Sama rysowałam i malowałam bez przerwy. Rejestrowałam obrazkami całe swoje życie. Moje rysunki już w dzieciństwie publikowane były w różnych pismach. Dostawałam honorarium w postaci pudelka czekoladek, co uważałam za wielką  niesprawiedliwość.

Tata używał też moich rysunków w przeróżnych projektach. Kiedyś użył mojego rysunku krowy w prawie niezmienionej formie do projektu okładki książki. Po latach nie pamiętałam już nawet, jaka to była książka. Wspomnienie ożywiło niespodziewane znalezisko na Allegro. Było co prawda za późno na zakup, bo ktoś mnie ubiegł. Napisałam do nabywcy, prosząc o skan okładki, tłumacząc, dlaczego tak mi na tym zależy. Pan ten był na tyle miły, że mi tę książkę przysłał. Innym razem tata użył mojego rysunku Chińczyka niosącego sztandar (Chińczyka widziałam na pochodzie pierwszomajowym i po powrocie do domu natychmiast narysowałam). Wylądował na plakacie, który opierał się w ogromnym stopniu na mojej kompozycji. Chińczyk na moim rysunku miał czerwone skarpetki i takie też skarpetki dał mu tata. Przyczepiła się do nich cenzura. Że niby czerwony kolor został sprofanowany. Zmieniono go na brązowy i zaspokoiło to wymagania cenzury.

Gdy byłam jeszcze dzieckiem, tata często pokazywał mi szkicowe wersje swoich projektów i pytał, który mi się najbardziej podoba. Bardzo byłam dumna, gdy wybrany przeze mnie projekt był realizowany. Zapamiętałam, że tata pracował dużo szybciej niż mama. Mama robiła mnóstwo szkiców, zanim się decydowała na końcową wersję. Potem bardzo wolniutko malowała, zaznaczając brzegi koloru twardym ołówkiem, żeby kolory nie przeciekły jeden w drugi. Czas wysychania wydawał mi się bardzo długi. Dmuchałam, żeby szybciej schło i żeby mama mogła zacząć następny etap malowania.

Pani relacja z ojcem brzmi wyjątkowo. Była pani córeczką tatusia?

- Zawsze miałam bliski kontakt z tatą. Również później, jako studentka Akademii Sztuk Pięknych, gdy rodzice byli już rozwiedzeni. Mieszkałam z mamą, ale tata mieszkał niedaleko i spotykaliśmy się często w jego pracowni, gdzie tak jak kiedyś w dzieciństwie, siedziałam przy jego stole do pracy. On malował, a ja się przyglądałam i nie przeszkadzało nam to w rozmowie. Bardzo liczył się z moim zdaniem i pokazywał wszystkie swoje projekty. Czasem zapraszał mnie do współpracy. Zrobiliśmy wspólnie kilka plakatów, ale nie lubiłam tej formy pracy. Zawsze wolałam pracować sama. Tata natomiast lubił wspólne projekty - pierwszy w życiu plakat, za który zresztą dostał nagrodę, zrobił do spółki z Janem Kosińskim w 1935 r. Przed wojną miał stałego wspólnika Andrzeja Rubinrota, który niestety nie przeżył wojny. Robili razem okładki do książek. Zastanawiam się czasem, czy gdyby Andrzej przeżył, pracowaliby dalej razem i stworzyli duet graficzny, tak jak Lewitt-Him.

Kiedy tata stworzył Muzeum Karykatury, bardzo mu zależało, żebym też była częścią tego jego wielkiego przedsięwzięcia. Poprosił mnie o zaprojektowanie logotypu muzeum, który jest używany do dziś. Później zaprojektowałam kilka plakatów do muzealnych wystaw i okładki do katalogów. Mieszkałam już wtedy w Londynie. Praca na odległość była bardzo trudna. Nie było wtedy nie tylko internetu, ale nawet faksów. Każdy projekt wielkości 1:1 trzeba było fizycznie dostarczyć do zaakceptowania, potem odesłać do poprawek, potem do drukarni. Parę razy tata retuszował moje podniszczone w transporcie projekty.

Zuzanna Lipińska z rodzicamiZuzanna Lipińska z rodzicami

Potem pani zainteresowanie przekierowało się na nowe media. Czy to była forma buntu przeciwko starej szkole i tradycyjnemu projektowaniu?

- Kiedy pojawił się internet w latach 90., już po śmierci taty, zajęłam się projektowaniem stron internetowych. Nie miało to nic wspólnego z buntem. Konkurencja była wtedy bardzo mała. Niewielu grafików się tym zajmowało, bo wymagało to wiedzy na temat kodowania. Pierwsze strony internetowe były graficznie nieciekawe, robione przez informatyków, którzy nie mieli żadnego artystycznego wykształcenia. Ja nauczyłam się kodowania, na tyle, na ile to było potrzebne, i zabrałam się poważnie za projektowanie stron. Zaproponowałam ówczesnemu dyrektorowi Muzeum Karykatury, Wojciechowi Chmurzyńskiemu, ze zrobię dla muzeum stronę internetową. Wtedy jeszcze muzea nie miały stron, prawie nikt ich nie miał. Dyrektor nie bardzo wiedział, o czym mówię, ale obdarzył mnie zaufaniem i zgodził się. Do dzisiaj prowadzę tę stronę. Oczywiście ma to aktualnie niewiele wspólnego z oryginalnym projektem sprzed prawie 20 lat. Z przyjemnością myślę o tym, jak tata byłby zadowolony z tego, że jestem w jakiś sposób związana z jego muzeum.

Ojciec założył dla pani album, w którym zbierał rysunki znanych artystów. Jest w nim wiele rubasznych, czasem erotyzujących prac. Ojciec przekazywał pani rysunki od razu czy odkładał i archiwizował w albumie na przyszłość?

- Wszystkie rysunki były robione na kartkach albumu na gorąco. To były formy ilustrowanego autografu czy też dedykacji dla mnie. Ojciec założył ten album w 1957 roku na jakimś spotkaniu satyryków w Paryżu. Teraz widzę dokładnie, na czym to polegało. Tata był kolekcjonerem karykatur od wielu lat - ta jego prywatna kolekcja była podstawą Muzeum Karykatury – i myślę, że nie mógł przejść spokojnie koło tylu sławnych karykaturzystów, których spotykał, wyjeżdżając za granicę. Pewnie było mu niezręcznie prosić artystów o rysunki dla siebie, więc prosił pod pretekstem, że „dla córeczki”.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)„O piesku dziwaku” (rys. Eryk Lipiński)

Sprytne.

- Prawda? Miałam wtedy 11 lat i, prawdę mówiąc, nie przywiązywałam do tego albumu żadnej wagi. Leżał u taty w domu (już wtedy nie mieszkaliśmy razem), bo brał go ze sobą na wszystkie zagraniczne wyjazdy, gdzie wiedział, ze spotka rysowników. Pamiętam jeden z pierwszych wpisów – rysunek Antoniego Uniechowskiego, kolorowy na dwie strony, cały poczet królów polskich. Poprosiłam tatę, żeby zrobił zdjęcie i przyniosłam je do szkoły na lekcję historii. Lubiłam też aniołka Jean Effela, który był wtedy w Polsce bardzo popularny. Ukazywały się serie jego książek „Stworzenie Świata”.

Kiedy pierwszy album został wypełniony, tata kupił następny. Niektóre rysunki były robione „na szybko”, niektóre są bardziej dopracowane i widać, że wymagały więcej czasu. Czasami artyści brali album ze sobą i oddawali następnego dnia. Ojciec uzbierał cztery albumy. Pyta pani o rubaszne, erotyczne rysunki – to głównie polscy koledzy taty, karykaturzyści, są autorami tych rysunków, np. Mleczko czy Czeczot. Pytali podobno, ile lat ma córeczka, czy skończyła już 18? A to można wszystko. I tak się zabawiali.

Piąty album został już założony przez panią.

- Tak. 20 lat po śmierci ojca postanowiłam kontynuować jego kolekcję. Jakoś nie miałam do tej pory okazji, żeby poprosić o rysunek Marka Raczkowskiego, mojego ulubionego rysownika, ale mam nadzieję, że taka okazja się nadarzy.

O piesku dziwaku (rys. Eryk Lipiński)„O piesku dziwaku” (rys. Eryk Lipiński)

Ma pani ulubiony rysunek z tych albumów?

- Trudno mi powiedzieć, który rysunek jest moim ulubionym. Bardzo lubię rysunek Berezowskiej – wiezie mnie na nim na koniu rycerz. Narysowana jestem jako mała dziewczynka, mimo że miałam wtedy 11 lat. Ale tak mnie widocznie Maja pamiętała – dzieci szybko się zmieniają. Podpisane „genialnej Zuzance”, bo tak do mnie mówiła, przyglądając się, jak rysuję. Głównie konie, stąd ten rycerz na koniu. Lubię też bardzo rysunek Zbigniewa Jujki - całujący się diabełek z aniołkiem. Z zagranicznych moim ulubionym jest chyba rysunek Franciszki Themerson z 1959 roku. Przedstawia fruwające postaci ze śmigłami przyczepionym do różnych części ciała. Wiele lat później, na początku lat 70., miałam okazję poznać Franciszkę w Londynie. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Podarowała mi kilka dużych, pięknych rysunków, ale do tego w albumie mam największy sentyment. Jedyny rysunek z kolekcji ojca, przy powstawaniu którego byłam obecna, to rysunek Feliksa Topolskiego, moja karykatura. Jest dziś moim profilowym rysunkiem na Facebooku.

 

 

Eryk Lipiński. Karykaturzysta, satyryk, dziennikarz, grafik, autor plakatów i ilustracji książkowych, tekstów kabaretowych i felietonów, książek o karykaturze i satyrze, także scenograf. Założyciel tygodnika satyrycznego „Szpilki” i Muzeum Karykatury.

 

Anna Gosławska-Lipińska, Ha-Ga. Rysowniczka. Zadebiutowała w „Szpilkach”. Publikowała w „Przekroju”, „Ekspresie wieczornym”, „Stolicy”, niemieckim „Eulenspieglu”, radzieckim „Krokodilu” i francuskim „L’Humanite Dimanche”. Projektowała plakaty i ilustrowała książki oraz czasopisma dla dzieci.

 

Zuzanna Lipińska. Rysowniczka i graficzka. Córka Eryka Lipińskiego i Anny Gosławskiej-Lipińskiej. Mieszka i pracuje w Londynie, gdzie projektuje również strony internetowe i aplikacje na Ipada.

 

Marta Mach. Absolwentka arabistyki na UAM, tłumaczka i dziennikarka. Zanim w 2010 roku zamieszkała w Warszawie, dużo podróżowała. Mieszkała w Syrii, Libii i Indiach, gdzie tłumaczyła i współpracowała z organizacjami pozarządowymi. Współtwórczyni i redaktorka naczelna magazynu „Zwykłe Życie”, w razie potrzeby produkuje sesje zdjęciowe i wideo, dla przyjemności fotografuje.

weekend.gazeta.pl

Dodaj komentarz