RSS
 

Idee 20.10.14

 

 

Bartek Godusławski
Bartek Godusławski

Socjalista w ogrodzie liberalizmu

Liberałowie, neoliberałowie, wolnorynkowcy i wszyscy, którzy uważają, że najrozsądniej jest dać się prowadzić niewidzialnej ręce rynku, powinni przeczytać książkę „Dziecięca choroba liberalizmu” publicysty ekonomicznego „Dziennika Gazety Prawnej” Rafała Wosia. Choć autor daje im preteksty do krytyki, w zasadniczych punktach ma rację.

Gdy zaczynałem się czytać opowieść Wosia o tym, co zarażenie kapitalizmem zrobiło Polsce, czułem się jak pensjonarka, która wpadła na „Panią Bovary” Gustava Flauberta. Wypieki na twarzy, szybsze bicie serca, zagryzione wargi i galopada myśli: co dalej, co dalej… Gdy zbliżyłem się do rozdziałów o objawach naszej „liberalnej świnki”, byłem już jak prezydent Lech Wałęsa – za, a nawet przeciw. Gdy pewnym krokiem wszedłem razem z autorem w gąszcz patologii rynku pracy, systemu podatkowego czy niewydolnego państwa, to rozpocząłem niczym Kubuś Fatalista dialog ze swoim Panem Wosiem. Bo co do zasady autor „Dziecięcej choroby liberalizmu” ma rację. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i – jak to diabeł – niekiedy skutecznie zwodzi.

Ekonomia w stylu pop

Najpierw jest duża ulga: brak wykresów, tabel, aneksów statystycznych. Potem zwraca się uwagę na język książki –prosty, zrozumiały, niemal kolokwialny. I wreszcie potwierdzenie starej prawdy, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Woś pokazuje się jako erudyta, ma dużą łatwością poruszania się wśród najważniejszych badań i publikacji ekonomicznych, socjologicznych i politologicznych ostatnich, powiedzmy, 300 lat. Jest też dowcipny, a poczucie humoru jest wartością samą w sobie. Prezentuje ekonomię w wersji ambitnego pop, bez naukowego zadęcia i ogólnie zrozumiale.

Autor w dużej części powiela, ale też próbuje rozwinąć w polskich warunkach, te diagnozy, o których pisali już w 2011 roku Nancy Birdsall i Francis Fukuyama w artykule „The Post-Washington Consensus. Development After The Crisis” w magazynie „Foreign Affairs”. Wskazywali oni na zmiany, jakie zaszły w globalnym myśleniu po krachu finansowym w latach 90. w Azji i Ameryce Środkowej czy po wybuchu kryzysu finansowego w USA w 2008 roku.

„Otwarte rynki kapitałowe, w połączeniu z nieuregulowanym sektorem finansowym, to doskonała recepta na katastrofę” – to pierwszy efekt zmiany w myśleniu, który wymieniają Birdsall i Fukuyama (cytaty pochodzą z tłumaczenia artykułu opublikowanego w tygodniku „Forum”, 26 kwietnia 2011 roku). „Kapitalizm to dynamiczny proces, w którym obok prosperity są i niewinne ofiary, które tracą pracę, i zaczyna grozić widmo bezrobocia”, a stąd już tylko krok do wniosku, że „konsolidacja i legitymizacja nietrwałych demokracji będzie zależeć od ich zdolności zapewnienia silniejszego zabezpieczenia społecznego”.

Kolejne apele i spostrzeżenia amerykańskich ekonomistów dotyczą walki z nierównościami społecznymi i potrzebą budowy osłon dla najbiedniejszych. Birdsall i Fukuyama zadają pytanie, czy klasa średnia jest gotowa na współfinansowanie tego socjalu. Pokazują, jak działa pod różnymi szerokościami geograficznymi widzialna ręka państwa jako równowaga dla niewidzialnej ręki rynku. W ich ocenie widoczne są już efekty zmian w globalnym myśleniu o pobudzaniu wzrostu zarówno po stronie zaawansowanych gospodarek (USA, UE czy Japonii) i krajów rynków wschodzących, jak Brazylia czy Chiny.

Liberalizm po polsku

Rafał Woś bierze na warsztat „polski liberalizm” i rozmontowuje go, omawia każdy z elementów, a na koniec nie chce poskładać go z powrotem. Uznaje bowiem, że części są zużyte, zepsute albo wręcz zbędne i powodują, że mechanizm nie działa.

Autor postanowił zrecenzować dominujący w Polsce nurt myślenia w ekonomii – choć może raczej jego hybrydę – z pozycji niemal socjalisty gospodarczego, co niekoniecznie jest obelgą, ale może prowadzić w ślepe uliczki, jak to ma miejsce np. ze związkami zawodowymi. O ile idea ruchu związkowego nie budzi zastrzeżeń, to już funkcjonowanie tego ruchu w Polsce nie przysparza mu zwolenników. Przykład niemiecki, który przytacza Woś, jest w warunkach polskich utopią. Po obu stronach Odry panuje inna kultura polityczna, a właściwie w ogóle inna kultura. To fetyszyzowanie związków zawodowych jest trochę irytujące, ale nie bardziej niż bzyczenie komara podczas zasypiania.

Bywa też Woś niekonsekwentny w swoim myśleniu. Słusznie nie demonizuje długu publicznego i deficytu fiskalnego jako impulsów do stymulacji gospodarek, gdy tego potrzebują, ale z drugiej strony przestrzega przed byciem zakładnikiem rynków finansowych. To kto ma w takim razie sfinansować ten stymulus? Jak znaleźć złoty środek?

Największe kontrowersje w kontekście diagnozy i lekarstwa mogą się wiązać m.in. z tym, co Rafał Woś pisze o państwie dobrobytu, do którego ma prowadzić stworzenie silniejszego systemu zabezpieczenia społecznego. Pytanie nie tyle o sam cel, ile środki. Drażni też zero-jedynkowe podejście o kapitału zagranicznej i bezpośrednich inwestycji zagranicznych (chwała rynkowi wewnętrznemu, a nie demonowi kapitału płynącego spoza kraju).

Demografia, głupcze

Nie mniej ważne od tego, o czym pisze w swojej książce publicysta DGP, jest to, o czym nie pisze albo na co poświęca jedynie kilka kropel atramentu. Uznał np., że po 25 latach (a nawet więcej) życia z „rakiem liberalizmu” i jego przerzutami czas na nowo przeorientować sposób myślenia i wzorce działania w polityce społeczno-gospodarczej. Tak jak kończą się dotychczasowe źródła wzrostu PKB w Polsce i czas znaleźć i odpalić nowe, tak przedkryzysowe idee czas poddać wiwisekcji i albo naprawić, albo odrzucić. Tyle że pokazując potrzebę zmiany (a może wystarczyłoby naprawić?) modelu i systemu nawigacji na kolejne ćwierćwiecze, Rafał Woś uciekł przed tematem demografii (choć jest to strukturalny problem świata), przed kwestiami zamiany złotego na euro (długookresowo musimy to brać pod uwagę w myśleniu o modelach rozwoju) i jakości administracji publicznej oraz stanowionego prawa (bez tego nawet najlepsze rozwiązania pozostaną intelektualną rozrywką).

Ewolucja, nie rewolucja

Pochylił się za to Woś nad jakością intelektualną tego, co głoszą dzisiaj osoby, które mają (albo sądzi się, że mają) moc sprawczą w nadawaniu kierunku polskiemu rozwojowi. Mam wrażenie, że jakość ta odpowiada dzisiaj autorowi i jest mu bliska, bo dosyć ciepło wypowiada się o Jacku Rostowskim, Janie Krzysztofie Bieleckim czy Marku Belce dzisiaj. Sądzę jednak, że całkiem niesłusznie uważa, że musieli się oni wyspowiadać i zrewidować poglądy sprzed ponad 20 lat. Nazywa to nawet swoistą drogą do Canossy.

Polscy politycy i ekonomiści ewoluowali w podobnym tempie jak ich odpowiednicy na Zachodzie. Bo jeśli nawet po upadku Lehman Brothers niektóre mózgi nie przeszły rewolucji, to kiedy Włochy mogły podzielić los Grecji czy Portugali, ewolucja w tych umysłach była już zaawansowana.

Książka Rafała Wosia jest pozycją wagi ciężkiej i pojawia się w wybornym momencie, jakim jest 25. rocznica upadku tego, co upaść musiało. Autor proponuje dyskusję o modelach rozwoju w kategoriach przede wszystkim jakościowych, a nie jedynie ilościowych. Pozycja ta powinna wywołać do tablicy kilku ekonomistów, polityków i publicystów; profesorów, doktorów i redaktorów. Oni wiedzą, o kogo chodzi.

„Dziecięca choroba liberalizmu” jest efektem dokładnego przebadania organizmu gospodarki i wskazuje, gdzie boli. Mam jednak wątpliwości, czy na podstawie objawów choroba jest na pewno dobrze zdiagnozowana, a proponowane lekarstwa zadziałają. Zakładam, że Rafał Woś ma rację, ale wolałbym, żeby się mylił.

Autor jest dziennikarzem PAP.

obserwatorfinansowy.pl

 

Agnieszka Rozner • 2014-10-19

NIEMCY TO PUDZIAN, ROSJA TO TEN DRUGI

Dlaczego Rosjanie nie pozwalają sobie na luksus wyrzutów sumienia, a Niemcy i Polacy są w nie uwikłani – z reżyserem Janem Klatą, dyrektorem Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, rozmawia Agnieszka Rozner z Res Publiki Nowej.

fot. Jacek Poremba / www.stary.pl

fot. Jacek Poremba / www.stary.pl

 

Agnieszka Rozner: Hegel dyskutując z Goethem o istocie tragedii miał powiedzieć, że tragedia nowożytna tym różni się od starożytnej, iż dziś los nie włada już ludźmi, a miejsce dawnego fatum zajęła polityka. To ona więc powinna obecnie pełnić w tragedii rolę nowoczesnego losu, nieubłaganej potęgi, przed którą ugiąć musi się jednostka[1]. Z czym mierzy się Jan Klata, z losem czy z polityką?

Jan Klata: Kiedy w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pracowaliśmy nad Oresteją [premiera luty 2007r.], staraliśmy się zrozumieć jak dalece obie te kategorie stoją ze sobą w sprzeczności. Gdyby coś miało tu wygrywać, wydaje się, że bez wątpienia los zwycięży. Tylko jednak przy założeniu, że zostanie on właściwie rozpoznany. Z tym właśnie borykają się bohaterowie tragedii greckiej i dlatego ciągle jeszcze dobrze ogląda się antyczny dramat. Nieustannie mamy problem z rozpoznaniem naszego prawdziwego losu. Nadal stoimy przed pytaniami, na które powinniśmy byli odpowiedzieć sobie już dawno temu. Czy rzeczywiście naszym miejscem jest ten „moczar krwawy i bolesny”? Czy to nasze jedyne miejsce? Czy jesteśmy w stanie je osuszyć? Co więcej, czy warto je osuszać i kim się staniemy gdy tego moczaru nie będzie. Niektóre gatunki występują przecież tylko na moczarach.

Zatem bardziej los niż polityka. W Teatrze Starym dopuszcza pan jednak realizacje, w których centralnym problemem jest polityka.

Cenzura nie miałaby sensu. Dotyczy to zarówno zawartości przekazu, ale i formy spektakli. Fantastyczną odpowiedzią jest tu totalny wymiar literatury dramatycznej. Teatr nie jest ilustracją literatury. Jeśli ktoś chciałby oryginalnego tekstu niech uda się do księgarni lub do biblioteki. Dobry tekst dramatyczny – czy jest to Juliusz Słowacki, czy bardziej oczywisty Szekspir, czy wreszcie starożytni – od początku zawiera w sobie coś, co wyraźnie odróżnia go od literatury w realizacji scenicznej. Rodzaj percepcji jest tu zupełnie inny. Jego źródła są wyraźnie widoczne w tragedii greckiej, która w określony sposób opowiadała o życiu zbiorowości.

I dziś sięga się do zbiorowych uczuć. Usiłując zwabić widza urządzamy festiwale, turnieje.

RPN-3-2014

Nowa Res Publica!

A propos turniejów. Na granicy rosyjskiej i ukraińskiej toczy się osobliwy turniej. W związku z tymi wydarzeniami w połowie lipca br. decyzją Rady Ministrów odwołano obchody planowanego na rok 2015 Roku Polskiego w Rosji. Co sądzi pan o tej decyzji?

Propagandowo być może jest to słuszne, ale artystycznie to zupełnie się nie sprawdza. Nie jest przecież tak, że ukarzemy Władimira Putina i jego szajkę przez to, że nie przyjedzie do nas ze spektaklem Iwan Wyrypajew. To dwa zupełnie odrębne obszary rozmowy. Najgorsze są miażdżące demonstracje, których nikt nie zauważa. Nie trzeba tego robić, to samobój.

A gdyby nie polskie embargo na kulturę, co chciałby pan pokazać w Rosji?

Jest taki spektakl, mimo embarga trwają rozmowy na temat wystawieniaTermopil polskich, których premiera miała miejsce w maju br. w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zostaliśmy zaproszeni do pokazania tej inscenizacji na festiwalu Złota Maska w Moskwie. Strona rosyjska jest niemal chorobliwie zainteresowana spektaklem, w którym pojawia się Katarzyna Wielka, wątek imperializmu czy choćby Kniaź Potiomkin zabierający Krym…

Właśnie wtedy kiedy to wszystko wydarzyło się na Krymie pracowaliśmy nad Termopilami. Spektaklem na podstawie napisanego w 1913 roku dramatu Tadeusza Micińskiego, niezwykłego polskiego pisarza i mistyka, przedstawiciela neomesjanizmu. Miciński notabene zginął wracając z tamtych okolic. Wprawdzie nie na Ukrainie ale na Białorusi gdzieś pod Homlem, w mocno szemranych okolicznościach. Nie wiadomo, czy podpadł bolszewickiemu komisarzowi, czy spodobało się łupieżcom futro.

Intuicje Micińskiego, które potem przechwycił inny fenomenalny polski pisarza, Stanisław Ignacy Witkiewicz były genialne. W sztuce opowieść rozgrywa się w głowie umierającego księcia – to tak zwany dramat mrącej głowy. Historia opowiada o totalnej degrengoladzie struktury państwowej, która – jak uparcie twierdzą niektórzy – przestała istnieć wraz z końcem panowania dynastii Jagiellonów. Fascynujący tekst zwłaszcza, że niedokończony a skoro niedokończony, więc tym bardziej można ową mrącą głową troszkę poszaleć. Ale i formalnie i treściowo było to wielkie wyzwanie, które na domiar i nieoczekiwanie zbiegło z realnym dramatem na Ukrainie.

fot. Thomas Stanbury / Flickr / CC 2.0

fot. Thomas Stanbury / Flickr / CC 2.0

Czy pojawi się tam coś spektakularnego, gest przeciwko nagiej sile?

Tak. Zjem jabłko, nie podniosą się z tego (śmiech).

Chciałabym zapytać o Utwór o matce i ojczyźnie, który wystawił pan na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu w roku 2011. To bardzo wielowymiarowy spektakl. Jedynym z głównych motywów jest tu próba zmierzenia się z pamięcią historyczną. Nie wiadomo jeszcze co musiałoby się stać by tego rodzaju rozliczenie z pamięcią mogło dokonać się w Rosji. Gdyby jednak do tego doszło?

Kilka lat temu przyjechaliśmy do Moskwy z Transferem [premiera listopad 2006r., Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego], razem ze „świadkami historii” czyli ze starszymi ludźmi, którzy wówczas w czasie wojny i tuż po niej na skutek geopolitycznych przetasowań byli przerzucani z jednego końca Europy na drugi. Kiedy pojawiły się na scenie figury Stalina, Churchilla i Roosvelta trzydzieści procent widowni wyszło. Wśród nich byli także młodzi ludzie, którzy krzyczeli: „Tak, ta Niemra mówi tu, że ją gwałcili a mojej babci co robili!”. Pozostali – trochę moskiewskiej inteligencji – w rozmowie po spektaklu mówili, że nie wyobrażają sobie by taka inscenizacja powstała w Rosji, by możliwe było w tym kraju tego rodzaju rozliczanie z historią.

A gdyby miał pan wskazać tekst, współczesny lub klasyczny, który mógłby się stać dla Rosjan punktem wyjścia do rozliczenia z pamięcią historyczną?

To ciekawe pytanie, nie znam jednak tak dobrze literatury rosyjskiej. A z europejskiej? Chyba tylko francuska antypowieść – myślę, że wspaniale to opanują (śmiech).

Nie zaproponowano mi nigdy pracy w Rosji. Kiedy rozmawialiśmy z Niemcami, którzy składali propozycję realizacji Ameryki Franza Kafki [premiera kwiecień 2011, Schauspielhaus Bochum, Niemcy], mogliśmy zupełnie sobie pofolgować. Mimo, że wiedzieliśmy doskonale, iż ta powieść nie miała się wcale nazywać Ameryka ustylizowaliśmy ją na super amerykańską produkcje w klimacie popart, w zupełnie stereotypowy sposób. To jasne przecież, że po to zostałem tam zaproszony, by przyjechać jako ten, który „nie wie”. Przygotowując w Niemczech Zbójców Schillera wiedziałem doskonale, że nie mogę grać na strunie nazizmu. Szykując inscenizację Hamleta w Polsce chciałem by odbyło się to w Stoczni Gdańskiej. Myślę o tym jak skonstruować opowieść w bliskim mi kontekście, nie wiem natomiast co można zainscenizować w Parku Gorkiego. To nie jest moje zadanie. Ja boję się tam pojechać.

Późną jesienią 2008 roku byliśmy w Moskwie ze Sprawą Dantona[premiera marzec 2008, Teatr Polski w Wrocławiu] na X Międzynarodowym festiwalu NET. Graliśmy wtedy w ogromnym gmachu przypominającym Teatr Wielki w Warszawie. Zapytałem – co to jest? Odpowiedziano mi, że to stary dom kultury Elektrowni Elektrozawocka. By tam wejść, przechodziło się przez bazarek, przypominający te, na których kwitł handel wszelkimi towarami w Polsce w latach ’90. Trzeba było sforsować kałuże i błoto. Elitarna publiczność moskiewska, ze świetnego festiwalu, by wejść do ogromnego, zdobionego w złocenia i pełnego dawnego blichtru domu kultury przechodziła przez ten bazar. Wchodzili i co widzieli? Ich oczom ukazywały się dekoracje ze Sprawy Dantona, które do złudzenia przypominają te właśnie budki na bazarze. Całkiem podobne konstrukcje budowano zresztą na ulicach Paryża podczas francuskiej rewolucji. Nawet obsypywaliśmy je wiórami. Wióry były po to żeby łatwo wsiąkała krew. Wtedy zrozumiałem dlaczego moskiewska publiczność to odrzuciła – bo oni odrzucali to totalnie. Nie chcieli by w teatrze było to, co mają na zewnątrz. Ponieważ nie chcieli przy pomocy tego, co jest w teatrze opanowywać to, co mają na zewnątrz domagali się czegoś pięknego. Chcieli by Płatonow był rzeczywiście piękny – z problemem chłopak, ale piękny mężczyzna! I żeby Sonia go kochała. Tak było parę lat temu.

Swego czasu było tak również w Polsce. Po 1989 roku zachwycaliśmy się Sarą Kane, czy brutalistami i udawaliśmy, że mamy problemy Londyńczyków. Pustka życiowa i egzystencjalne dylematy. Podczas gdy na pustkę życiową trzeba móc sobie pozwolić. Wyrzuty sumienia również są pewnym luksusem, na który trzeba dopiero móc sobie pozwolić. To jest luksus, coś co się nabywa w drugim, trzecim pokoleniu. Najpierw dom, samochód, potem dopiero wyrzuty sumienia… To rentierskie jest bardzo – wyrzuty sumienia. Dlatego Rosjanie nie pozwalają sobie na żadne wyrzuty sumienia. Bo to jest luksus, na który trzeba móc sobie pozwolić.

To również zdolność przymknięcia oczu na rzeczywistość.

Niemcy też nie od razu mieli wyrzuty sumienia. Starsze pokolenie koncentrowało się na odbudowie. Dopiero dzieci miały wyrzuty sumienia: „Tato co ty robiłeś? Jaaaa? Pracowałem, byłem już w Polsce – Wehrmachttavel”. Nie wiem na jakim etapie jest to obecnie w Rosji.

W Teatrze Wybrzeże w Gdańsku przygotowywaliśmy kiedyś Fantasy’ego[premiera październik 2005r.]. Zbudowaliśmy ogromny, wielopiętrowy blok z przymorza. Respektowie – rodzina głównych bohaterów, która stręczy córkę – musiała przenieść się z willi w Sopocie do parterowego mieszkania, sąsiadującego ze śmietnikiem. By wzmocnić bodziec i stworzyć wyrazistą figurę młodzieńca, która czy to na białym koniu, czy w butelkowym jaguarze zajedzie pod drzwi Respektów by prosić o rękę córki, wprowadziliśmy postać egzekutora długów. Czyli człowieka szafy. To nie jest rozmowa z człowiekiem z szafy, ale właśnie człowiekiem szafą. Nie mieliśmy wtedy takich aktorów w gdańskim Teatrze Wybrzeże, rozglądaliśmy się więc za odpowiednim bohaterem i znaleźliśmy Strongmana – fantastycznego, kulturalnego dżentelmena, wręcz uprzedzająco kulturalnego.

Kultura fizyczna nie była mu obca…

Nie tylko fizyczna – kalos kagathos. On miał jednak pewien problem natury egzystencjalnej. Mianowicie, był zawsze drugi za Pudzianem[2], był cieniem. Puenta tej opowieści być może nam się przyda, wrócimy dzięki niej do Rosji. Ponieważ skrupulatnie przestrzegana dieta jest częścią treningu Strongmanów, codziennie w samo południe robiliśmy wspólną przerwę na posiłek w teatralnym bufecie, zbudowanym na zwyczajną miarę. Kiedy nasz Strongman podchodził do bufetu następowała pauza: Prawdopodobnie nauczony negatywnymi doświadczeniami bardzo delikatnie obracał się trzymając w rękach tacę. Nie był w stanie odwrócić głowy zablokowanej przez rozbudowane mięśnie kapturowe i obejrzeć się. Gdyby natomiast przy swojej potędze odwrócił się nagle mógłby przewrócić pół zespołu i panią bufetową. To jest dla mnie opowieść o współczesnej Rosji i o Niemcach. Niemcy to Pudzian, a Rosja to jest ten drugi. Rosja jest na etapie pokazywania, że może się szybko odwrócić i jednym gestem strącić wszystkich.

Moje ostatnie pytanie. Biały konwój – monumentalne, białe ciężarówki jadące przez Ukraińską granicę. Czy to jest teatr?

Tak, trzeba przyznać, że potrafią to robić. Chciałbym poczytać ich podręczniki.

Dugina?

Dugin jest dostępny. Chciałbym przeczytać wewnętrzne instruktaże. Otwieramy, a tam pusto i wszyscy kierowcy z nieśmiertelnikami. Z pełną pokora odnoszę się do efektu skali, która jest nieporównywalna ze sceną teatralną, długą raptem na dwadzieścia kroków. Widziałem parę prób zrobienia czegoś takiego w teatrze – to się nigdy nie uda. Z podstawowego powodu. To nie dzieje się naprawdę.

A jeśli będzie wojna?

O nie. Nie będzie wojny. Będzie straszenie wojną. Jeszcze.


[1]              Zob. G.W.F. Hegel, Wykłady z filozofii dziejów, przeł. Janusz Grabowski i Adam Landman, t.2, Warszawa 1958, s. 97.

[2]              Mowa o Mariuszu Pudzianowskim, pseudonim „Pudzian”, polskim zawodniku mieszanych sztuk walk, wielokrotnym Mistrzu Polski Strongmanów.

publica.pl

 

 

 

DUNIN: BŁĘDY ZOSTAŁY POPEŁNIONE [ROZMOWA]

PYTAJĄ BŁĘDOWSKA I SUTOWSKI | 17.10.2014

 

Mogę się kajać za to, że czegoś nie przewidziałam, ale pokażcie mi kogoś, kto mógł to przewidzieć.

 

 

Magda Błędowska, Michał Sutowski: Wiemy, że starasz się nie czytać tego, co ukazuje się teraz na twój temat… Może będziemy musieli ci coś przytoczyć.

 

Kinga Dunin: Rzeczywiście, staram się, ale jakieś odpryski do mnie trafiają. Różni ludzie mi różne rzeczy przytaczają.

 

Zacznijmy zatem od pytania, które zadaje cała prasa: dlaczego wciągnęłaś nas w swoje łóżkowe sprawy?

 

A w jakiż to sposób wciągnęłam kogokolwiek w swoje „łóżkowe” sprawy?

 

Zaczęłaś tę historię, publikując wpis na Facebooku, w którym domagasz się zwrotu długu. Uruchomiłaś w ten sposób cały łańcuszek.

 

Czyli na początek muszę przyznać się do własnej głupoty i nieznajomości Facebooka. Może wynika to z mojego wieku, wykluczenia cyfrowego. Nie mogłam przez dłuższy czas odzyskać długu. Nie zamierzałam więcej grać w grę „albo ci oddam, albo nie oddam”, a nie chciałam od razu iść do sądu. I wpadłam – jak się okazało – na bardzo zły pomysł, żeby napisać to na Facebooku. Odwołać się nie do prawa, ale pewnej społecznej normy. Nie pomyślałam, że można zmienić ustawienia: z informacji publicznej na prywatną. Choć możliwe, że gdybym napisała to tylko do znajomych, a oni zaczęliby to udostępniać, wyszłoby na to samo.

 

Ten wpis zawierał minimalną liczbę szczegółów prywatnych, a na pewno żadnych intymnych. Oczywiście był to sygnał, że jest między mną a Karpowiczem jakiś konflikt, na pewno też nie było to dla niego przyjemne. Skądinąd ten gest ma długą XIX-wieczną tradycję – umieszczania anonsów w gazetach, kto jest komu coś winien. Dlatego wydawało mi się, że to będzie w sam raz – między chęcią uniknięcia kolejnych gier a sądem. I tak, tutaj przyznaję się do braku wyobraźni, jak to się może skończyć. Bo kwestia, że bez względu na prywatne relacje zwracamy długi, chyba nie budzi żadnych wątpliwości?

 

Nie, to akurat jest niekontrowersyjne. Sęk w tym, że media rekonstruują wydarzenia inaczej: że po prostu chciałaś ośmieszyć znanego pisarza i dlatego wyciągnęłaś na wierzch jakiś prywatny zatarg.

 

W tym momencie o tym zatargu można się było dowiedzieć tylko tyle, że ktoś nie spłaca długów. To dość dalekie od „łóżka”. Także gdy media już podjęły ten temat, nie odzywałam się, niczego nie komentowałam. I to był moment, kiedy można było tę sprawę zakończyć: oddać mi pieniądze, dla poczucia własnej godności opatrując to na przykład złośliwym komentarzem. Historia żyłaby wtedy dwa dni. Opowieść o tym, że ktoś komuś zwrócił dług, choć zwlekał, nie jest chyba bardzo fascynująca. Tak więc mój błąd spowodował pewien łańcuch wydarzeń, ale ten łańcuch przecież nie był konieczny.

 

Druga strona nie chciała jednak tej sprawy tak zakończyć – wydała oświadczenie z zarzutem strasznie poważnym, o gwałt i molestowanie. Szczegółowo opowiadając przy okazji historię waszej relacji.

 

Mogę się kajać za to, że czegoś nie przewidziałam, ale pokażcie mi kogoś, kto mógł to przewidzieć. Między upomnieniem się o dług na Facebooku a rozesłaniem do wielu mediów oświadczenia, w którym kogoś oskarża się o gwałt, istnieje chyba jakaś dysproporcja? Zresztą nie nazwałabym tego tekstu oświadczeniem. Raczej opowiadaniem, i to opartym na znanej, archetypicznej strukturze: oto zła wiedźma, stara, samotna i zgorzkniała, siedzi w pieczarze, wabi niewinnych młodzieńców i robi z nimi straszne rzeczy. To uruchamia cały zespół społecznych wyobrażeń na temat starszych kobiet i ich seksualności. Gdyby to była historia o pięknej trzydziestolatce, to zupełnie inaczej by wybrzmiała.

 

Nie zamierzam w żadnym wypadku opowiadać teraz swojej wersji historii naszej znajomości. Mogę za to powiedzieć, co to mówi o polskiej prasie. To jest zarzut o przestępstwo kryminalne, ścigane z urzędu, za które grozi do 12 lat więzienia. Do tego potwornie stygmatyzujące. Ten, kto przyjmuje do publikacji taki tekst, decyduje się na rozpowszechnianie tego zarzutu, razem z imieniem i nazwiskiem osoby, która została oskarżona. Media w nieskończoność na różny sposób powielały tę informację – ze znakiem zapytania, bez znaku zapytania. Zajęła się tym cała polska prasa, od pism niby z wyższej półki po tabloidy.

 

Choć może nawet wolę tabloidy, które przynajmniej nie udają, że są czymś innym. Ale wszyscy postanowili się tym pożywić. Całe stada domorosłych sędziów, estetów zatykających nosy – oj, coś tu śmierdzi, bagno, szambo. A każdy dolewał do niego swoje wiaderko. Wszystkim tym moralistom chcę przypomnieć: „Jeśli gorszy cię twoje oko, to je wyłup”. Nie patrz, odwróć się, zmów różaniec, oddaj się medytacji zazen. Przyzwoici ludzie nie zabierali w tej sprawie głosu, a jeśli już to z wielką powściągliwością.

 

Ale czujesz, że zarzut o gwałt został de facto przez media zbagatelizowany? Rama, w jakiej ta informacja się pojawiała, nie brzmiała: „oto kobieta, która dokonała zbrodni”. Tylko że to jakieś plotki, brudy z sypialni.

 

I to umniejsza ciężar tego zarzutu? W pewnym momencie mogłam wejść do każdego warzywniaka i zobaczyć swoje zdjęcie na pierwszej stronie jakiegoś tabloidu z podpisem, że kogoś zgwałciłam. Spróbujcie się znaleźć na moim miejscu. Widzę, że chyba też tego do końca nie rozumiecie – jak ktokolwiek może publikować taki zarzut? Nawet w formie: X powiedział, że… No i ktoś opublikował tę wypowiedź pierwszy, a inni nie zobaczyli w tym żadnego problemu, jakby to już była norma. Woleli zająć się rozdmuchiwaniem skandalu, niż jasno powiedzieć, że nie wolno takich rzeczy publikować. To jest właśnie w tej sprawie najbardziej skandaliczne. I to jest to ważne ogniwo łańcucha wydarzeń, które zostało prześlepione – publikacja tekstu z bezpodstawnym i bardzo ciężkim zarzutem kryminalnym, i to wobec osoby, która może zainteresować media.

 

Nie wszyscy ekscytowali się intymnymi szczegółami. Niektórzy debatowali na bazie tej historii o tym, co może pisarz, a co krytyczka. I jak upadły elity.

 

Upadły, bo nie zwracają długów? To taka staroświecka mieszczańska cnota

 

Nie, jak upadły elity, bo nam opowiadają, co robią w łóżku.

 

To jeszcze raz: ja nie opowiadałam nic o łóżku ani o naszej relacji. Jeśli ktoś zaliczył upadek, to czemu ja, a nie ten, kto wyciąga intymne sprawy? I ten udawany obiektywizm mediów. „Oto przytaczamy wypowiedzi obu stron”. A tak naprawdę: „Chłopaki, ale chryja, jak fajnie”.

 

Ale czego byś właściwie oczekiwała? Że wszyscy będą milczeć?

 

Na przykład tego, że jeśli do kogoś dociera tekst oskarżający kogoś o gwałt, to odpowie: „To jest bardzo ciężki, kryminalny zarzut i nie wiedząc więcej, my tego nie opublikujemy”. Wiem, że jestem głupia, oczekując czegoś takiego. Ale czy to nie jest sprawa dla Rady Etyki Mediów? Stawiam to pytanie poważnie. Wszyscy – w ten czy w inny sposób – powielali ten zarzut. To już przestępcy traktowani są lepiej, są tu jakieś zasady.

 

Ale zaraz po tym oświadczeniu sama dajesz własne. NaTemat wycina z niego fragment dotyczący osoby niezwiązanej bezpośrednio ze sprawą – o partnerze Karpowicza, sekretarzu Nagrody Nike. To jest zupełnie nowy wątek, niezwiązany ani z długiem, ani z oskarżeniem o gwałt. A ty i tak wrzucasz całość na Facebooka.

 

Piszę swoje oświadczenie zaraz po zapoznaniu się z tekstem Karpowicza. Czy to dziwne, że człowiek w takim momencie reaguje emocjonalnie? Nie jestem cyborgiem. Te emocje są tak silne, że robi się rzeczy, których być może nie zrobiłoby się w innych okolicznościach. Byłam w szoku. Chyba zrozumiałam nawet, co znaczy określenie, z którego zawsze się śmiałam – pomroczność jasna. Z jednej strony niby masz świadomość, co się dzieje, w jakiej sytuacji się znalazłeś, co trzeba zrobić albo czego lepiej nie robić – a z drugiej masz wrażenie, że jesteś w jakimś kosmosie, że to nie dzieje się naprawdę. Że to gra komputerowa, w której musisz szybko nacisnąć jakiś klawisz. Nie będę ukrywać – możliwe, że gdybym pisała to oświadczenie następnego dnia, zrobiłabym to inaczej. Albo w ogóle nic bym nie mówiła. Dziękuję tylko bogini, że nie uległam naturalnemu w tej sytuacji odruchowi: nie napisałam swojego opowiadania o tym, jak to naprawdę było. To dopiero byłaby pożywka dla wszystkich.

 

Może gdyby ktoś do mnie zadzwonił z NaTemat i powiedział, dlaczego zamierzają wyciąć ten fragment, tobym się na to zgodziła. A oni zrobili to bez mojej wiedzy, bez autoryzacji, pisząc, że chronią czyjąś intymność. W tym momencie po prostu krew mnie zalała. Opublikowali tekst o moim bardzo prywatnym życiu, a teraz nagle przypomnieli sobie o intymności! Byłam tak wściekła, że bez namysłu dałam całość mojego oświadczenia na Facebooka. Powtarzam: następnego dnia pewnie już bym tego nie zrobiła.

 

Ostatecznie wyszło na to, że właściwie nie ma tematu długu, nie ma tematu gwałtu – jest za to pytanie, dlaczego podważyłaś wiarygodność Nagrody Nike i wyoutowałaś pisarza i jego partnera.

 

Gdybym miała teraz zrekonstruować, co wtedy myślałam, to brzmiałoby to: „Chcesz się grzebać w moich sprawach intymnych? To pogrzebmy w twoich prywatno/publicznych”. Wiem, że nie brzmi to szlachetnie, ale nie jestem Dalajlamą. Są jednak takie sprawy, który mieszczą się na styku prywatnego z publicznym, nie wchodzą w żadną intymność. I o takich sprawach jednak wolno publicznie mówić. Próbowałam już wcześniej jakoś poruszyć ten temat – napisałam coś, radziłam się znajomych, i ktoś okazał się niedyskretny, tekst przeciekł do jednego z pism. Nigdy jednak nie powstała żadna jego ostateczna wersja. Zrezygnowałam wtedy z jego publikacji.

 

To jest w sumie jedyna rzecz, gdzie czuję się winna – mówię o Nike. To był zły moment na podnoszenie tej sprawy. Poziom debaty publicznej jest taki, że moje słowa zostały zinterpretowane jednoznacznie jako oskarżenie nagrody Nike o klikowość, nepotyzm. Tymczasem nagrody zawsze są środowiskowe – i każde środowisko ma prawo do swojej. Może ją sobie skonstruować, jak chce, nie mam z tym żadnego problemu. Ludzie w jury nagród literackich są bardzo zaangażowani w problemy współczesnej literatury polskiej; na tym nie robi się przecież pieniędzy ani wielkiej kariery. Trzeba być naprawdę pasjonatem, żeby się tym zajmować. Przy przyznawaniu nagród wchodzą w grę wartości literackie, ale liczą się też prywatne gusta i sympatie, rozmowy poza oficjalnymi obradami. To jest ludzkie, normalne i oczywiste. Jeżeli więc moja wypowiedź została odebrana jako krytykowanie Nagrody Nike właśnie za to, to szczerze przepraszam. Sama byłam w jury Nike i wiem, jak to wygląda.

 

Ale jednocześnie związek nominowanego pisarza z sekretarzem jury był czymś, co wielu ludziom wydawało się wątpliwe i dwuznaczne. Jeśli sekretarz ma pilnować prawidłowego przebiegu obrad, jeśli ma wpływ na skład jury i jeszcze, tak się akurat składa, na to, jakie teksty będą publikowane o kandydatach, a jednocześnie jest zainteresowany zwycięstwem jednego z nich, to w moim mniemaniu zachodzi tu tzw. konflikt interesów. Nie oznacza to, że ktoś tu zachował się nie fair. Takich sytuacji po prostu unika się na wszelki wypadek. Gdybym ja tego nie ujawniła, to może zrobiłby to ktoś inny. Ta sprawa stała się już zbyt publicznie znana, zbyt wiele osób o niej plotkowało. Ale teraz, kiedy jestem trochę spokojniejsza, uważam, że to nie był to dobry moment i kontekst.

 

A samego outingu też chciałabyś bronić? Bo to jest częsty zarzut: jak osoba o lewicowej wrażliwości mogła ujawnić homoseksualną orientację dwóch osób bez ich zgody?

 

Dlaczego uparcie nazywacie to outingiem? To przecież nie ten przypadek. Są osoby homoseksualne, które ukrywają swoją orientację – przed rodzicami, nawet najbliższymi przyjaciółmi. I wyciągnięcie im tego na wierzch byłoby niegodne. I to nazwałabym outingiem. A jak się dokonuje coming outu, czyli dobrowolnego ujawnienia swojej orientacji? Informujesz rodzinę, znajomych, kolegów z pracy – nawet niepytany, bo żyjemy w heteronormatywnym społeczeństwie i ludzie raczej zakładają, że jesteśmy heteroseksualni. Czasami więc musimy wykonać ten krok jako pierwsi. Przechadzasz się z kimś w miejscach publicznych, trzymając go za rękę. I tak właśnie było tym w przypadku. Karpowicz ze swoim partnerem już byli parą z własnej woli wyoutowaną. Jest tu rzeczywiście taki problem, że przeniesienie tego do sfery publicznej, która jest homofobiczna, może mieć nieprzyjemne skutki. Ale żyjemy też w społeczeństwie seksistowskim i ageistowskim… Gdybym mogła wybierać, czy wolę być młodym warszawskim gejem pracującym w liberalnej firmie, czy starzejącą się kobietą, to chyba wybrałabym to pierwsze.

 

A nie przeszkadza ci, że tak świetnie wpisałaś się w narrację o „homolobby”?

 

Przeszkadza. Przekroczyłam na pewno zasady liberalnej poprawności politycznej. Gdyby w tej sprawie chodziło o parę heteroseksualną, powstałby już sto tekstów na ten temat. A tak możemy się zastanawiać, co jest ważniejsze ze społecznego punktu widzenia w homofobicznym społeczeństwie: polityczna poprawność czy inne wartości. Jak mówię, pewno w innej sytuacji wygrałaby polityczna poprawność.

 

Nie tylko ta sprawa jest dyskusyjna. Wróćmy do oświadczenia Karpowicza w sprawie gwałtu: powiedziałaś, że ono wpisuje się w opowieść o starej kobiecie czyhającej na młodych chłopców. Ale nie tylko – ona wpisuje się też w feministyczne dyskusje o tym, czym właściwie jest gwałt. W to, że nie musi się on wiązać z przemocą fizyczną ani psychiczną, że może to być kwestia specyficznych relacji między partnerami…

 

Bardzo przepraszam, ale nawet w feminizmie nie mówi się o specyficznych relacjach, tylko o zależności czy podległości, o której w tej sytuacji nie mogło być mowy.

 

Ale rozumiesz, dlaczego nawet wypływająca z najlepszych intencji interpretacja oświadczenia Karpowicza w duchu, że „on na pewno zmyśla” – nie mówiąc już o obleśnym rechocie „jak baba może zgwałcić faceta” – była tu problemem? Taka argumentacja mogła być uznana za symetryczną wobec każdej narracji relatywizującej gwałt na kobiecie, które tak dobrze niestety znamy.

 

Oczywiście. Właściwie tyle samo błota spadło na mnie, co na niego. I pomijając wszystko inne – jakoś się z nim w tej akurat sytuacji solidaryzuję i mu współczuję. Jego narracja okazała się nieskuteczna, został wyśmiany. Ale może to nie tylko kwestia złych stereotypów? Nikt tego nie wziął poważnie, bo nie było to wiarygodne. Po prostu z samego tekstu wynika, że jego autor dokonywał swobodnych wyborów.

 

W swojej publicystyce bardzo często powtarzałaś, że to, co prywatne, jest publiczne. Teraz ten slogan w kółko wraca, ale przeciw tobie: że jeśli tak wygląda upublicznianie prywatnego, to my dziękujemy. Albo: upubliczniamy prywatne, dopóki to nie dotyczy nas samych, bo wtedy to już boli.

 

Teza, że prywatne jest polityczne, nie dotyczy ujawniania osobistych spraw konkretnych, obcych ludzi, tylko tego, jak sfera prywatna jest uwikłana w relacje szeroko rozumianej władzy. Ale jak widać, to przerasta zdolność rozumienia komentatorów.

 

Medialna maszyna jest prymitywna, bezwzględna i nastawiona na zysk. Żywi się ludźmi, a nie ogólnymi problemami. Może zabić. A gdybym widząc w każdym kiosku okładkę z moim zdjęciem i podpisem „zgwałciła”, poszła do domu i się powiesiła? Też nikt by nie oprzytomniał. Przeciwnie, byłby to kolejny dobrze sprzedający się temat. Wolę jednak inne narracyjne rozwiązanie. Pamiętacie Utraconą cześć Katarzyny Blum?

 

Zaszczuta przez brukowiec dziewczyna zabija dziennikarza.

 

No właśnie. Odbija mi i idę zabić jakiegoś pismaka.

 

A czy istniało jakieś racjonalne wyjście z tej sytuacji?

 

Wszystko, co się wydarzyło, jest bardzo racjonalne. Na tym właśnie polega racjonalność rynku mediów. Proszę, już mnie o to nie pytajcie, tak, powinnam o tym wiedzieć. I o tym, że zasysane są treści z Facebooka. Ale dajcie już spokój, chyba zapłaciłam wystarczającą cenę.

 

m.krytykapolityczna.pl

Dodaj komentarz