RSS
 

Partycypacja

Joanna ERBEL: MAŁE MIASTA W AWANGARDZIE

Mogłoby się wydawać, że zostały w tyle za metropoliami. Nic bardziej mylnego. Też stawiają na innowacje – tylko że społeczne.

Dużo się ostatnio mówi o miastach, które zmieniają się na naszych oczach. Obserwujemy zarówno pozytywne procesy, jak ożywienie centrów, coraz większa atrakcyjność przestrzeni publicznych, jak i negatywne – gentryfikację, wypychającą biedniejsze osoby z atrakcyjnych dzielnic, czy ogólny wzrost kosztów życia (np. rosnące ceny biletów komunikacji miejskiej). Rośnie również społeczne zaangażowanie mieszkanek i mieszkańców miast, które można obserwować na różnych poziomach – od niewielkich lokalnych inicjatyw sąsiedzkich po ogólnopolskie sieci, takie jak Kongres Ruchów Miejskich.

 

Największe pobudzenie widać w dużych miastach. To tam powstają klubokawiarnie, skłoty, nowe inwestycje, instytucje takie jak warszawskie Centrum Komunikacji Społecznej czy rozwiązania takie jak Komisje Dialogu Społecznego, Społeczne Rady Kultury. To właśnie w dużych miastach organizowane są masowe imprezy (jak Euro 2012) oraz protesty przez nie wywołane (jak inicjatywa„Chleba zamiast igrzysk” . Bliskość dużych ośrodków naukowych zwiększa również dostęp do wiedzy i wpływa na liczbę międzynarodowych projektów i konferencji. Jednym słowem – mogłoby się wydawać, że małe miasteczka w Polsce zostały w tyle. Nic bardziej mylnego.

 

Nowe pomysły może i rodzą się w dużych miastach, ale nie zawsze mogą zostać tam wdrożone w pełnym wymiarze. Tak się stało między innymi z polską odsłoną budżetu obywatelskiego. Budżet obywatelski, zwany również partycypacyjnym, w Polsce po raz pierwszy pojawił się w Sopocie . Potem na jego wprowadzanie zdecydowały się również m.in. Gdańsk-Wrzeszcz, Poznań, Częstochowa czy Łódź. W tych miastach do dyspozycji mieszkanek i mieszkańców oddano około 1 procent budżetu. Bardzo niewiele w skali wydatków całego miasta. Wydawało się, że ten 1 procent stanie się nieprzekraczalną granicą i że żadne miasto nie podejmie większego ryzyka. Na szczęście tak się nie stało. Pojawiła się nadzieja, że budżet partycypacyjny obejmie całość elastycznych wydatków budżetowych – w Koninie. Stało się to dziękiObywatelskiej strategii Konin 2020. Konin – miasto obywateli .

 

Kiedy latem trwały prace nad tą strategią, rozmawiałam z Wojtkiem Kłosowskim, ekspertem samorządowym, który przy niej pracował. Wtedy Wojtek z dużym zadowoleniem oświadczył mi, że wpisał pełen budżet obywatelski do 2018 r. Ot, taki żarcik. Zespół pracujący przy strategii stwierdził jednak, że trzeba zaryzykować. Najwyżej urzędnicy odrzucą, ale będzie miało się satysfakcję z podjętej próby. Kilka miesięcy później, podczas prezentacji strategii włodarzom miasta, okazało się, że pomysł został przyjęty.

 

Wbrew wszelkim oczekiwaniom utopijny żarcik doczekał się realizacji, a Konin ma szanse stać się najbardziej obywatelskim miastem w Polsce.

 

Prezydent Konina jest świadomy, że jeśli chce konkurować na jakimś polu z pobliskim Poznaniem czy Warszawą, to musi zacząć myśleć o innowacyjności nie jako o wielkich inwestycjach, ale o innowacyjności w sferze społecznej.

 

Jeśli chodzi o konkurencyjność i innowacje, to trudno sobie wyobrazić, żeby niewielkie miasto takie jak Konin (78 tysięcy mieszkańców) miał rywalizować z dwumilionową metropolią. Z nową linią metra, stadionami, centrami nauki czy też z bogatym życie nocnym. Tu walka jest z góry przegrana. Nie oznacza to jednak, że mniejsze miasta są skazane na bycie niedoskonałymi wersjami większych miast. Kiedy nie chce się zostać w tyle, trzeba zmienić reguły gry. Można na przykład przekazać więcej pieniędzy na projekty społeczne. Nie jak Poznań – 10 mln (tylko 1 procent budżetu), ale aż 3 procent budżetu, i co roku ten odsetek podwajać. Budżet obywatelski Konina będzie wynosił 6,2 procent całego budżetu w 2014 roku, 12,5 procent w 2015, 25 procent w 2016, 50 procent w 2017 i docelowo 100 procent w 2018. Wiadomo, że na takie rozwiązanie duże miasto z wielomilionowym budżetem tak łatwo się nie zgodzi.

 

Konin nie jest jedynym miastem, które postanowiło spełniać obywatelskie fantazje rzesz miejskich aktywistek i aktywistek. 5 milionów złotych na budżet obywatelski postanowiła przeznaczyć również Dąbrowa Górnicza . Od lutego trwa tam akcja informacyjna będąca wstępem do procesu wyboru projektów, który zakończy się 13 grudnia. Budżety obywatelskie to nie jest jedyne pole, na którym mniejsze miasta wygrywają wyścig z metropoliami. Innym obszarem jest dostępny transport publiczny. Podczas gdy w Warszawie, Poznaniu, Krakowie wraz z początkiem 2013 roku podniesione zostały ceny biletów , do czego pretekstem była modernizacja taboru i brak pieniędzy w budżecie miasta na wysokie dopłaty – mniejsze miasta zrobiły dokładnie odwrotnie.

 

Rzeszów w październiku zeszłego roku zdecydował się obniżyć ceny biletów okresowych. Jeszcze dalej poszły Ząbki , które udostępniły za darmo swoje linie autobusowe dla zameldowanych osób. Jednak w awangardzie zmniejszania barier dostępu do transportu publicznego są obecnie Żory . W Żorach zdecydowano się na wprowadzenie bezpłatnej komunikacji miejskiej ze względów społecznych i ekologicznych. Korzystają tam z niej przede wszystkim dzieci i młodzież oraz osoby starsze i niezamożne. Ponadto zauważono, że w wielu rodzinach, szczególnie wielodzietnych, wydatki na transport stanowią poważną pozycję w rodzinnych budżetach. Pod tym względem Żory nie różnią się wiele od innych miast. Tak samo jeśli chodzi o dopłaty do transportu publicznego, które wynoszą 72 procent. Jednak w przeciwieństwie do władz Warszawy prezydent Żor jest świadomy, że „wzrost cen biletów w jeszcze większym stopniu ogranicza liczbę korzystających z komunikacji i błędne koło się zamyka”. Podwyżki cen biletów nie zwiększą wpływów do budżetu, ale ograniczą dostępność. Warszawski ratusz zupełnie ignoruje ten mechanizm.

 

Takich lokalnych innowacji społecznych można w mniejszych polskich szukać więcej. Są nimi również Miasteczko Aktywnego Seniora w Radkowie nastawione na potrzeby osób starszych czy też refundacja in vitro w Częstochowie.

 

Tak więc choć duże miasta rozwijają się coraz bardziej dynamicznie, to nie one, ale właśnie małe miasta zmieniają się w najbardziej przyjazne przestrzenie do życia.

 

Stają się bardziej obywatelskie, ekologiczne i prospołeczne. Ważniejszy tam jest komfort życia codziennego mieszkanek i mieszkańców niż potrzeby wyobrażonych turystów, inwestorów czy też międzynarodowe rankingi. Można tłumaczyć, że metropolie to zbyt duże organizmy społeczno-ekonomiczne, żeby pozwolić sobie na bezpłatny transport publiczny i pełne budżety obywatelskiego. Może i tak, ale to już jest problem dużych miast i ich władz. Widać w Polsce tylko mniejsze ośrodki mogą stać się laboratoriami innowacyjnych rozwiązań społecznych. Miejmy nadzieję, że z czasem metropolie również się na nie odważą.

Źródło: Dziennik Opinii Krytyki Politycznej

Elżbieta JANICKA: KAMIENIE NA SZANIEC

Fragment książki „Festung Warschau” opublikowanej w 2011 roku przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Relacja Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”, na podstawie której powstała książka Kamińskiego, została napisana w czasie świąt wielkanocnych 1943 roku [1]. Aleksander Kamiński zaczął dyktować swoją książkę zaraz po 1 maja tamtego roku:

 

Więc gdy zdecydowałem pisać – dokonałem tego w ciągu kilku dni, może tygodnia? Odczuwałem to tak, jakbym był medium, przez które wypowiada się jakaś wielka siła, siła podstawowych wartości [2].

 

Powstanie w getcie trwało do 16 maja. 1 maja, po aryjskiej stronie pojawili się dwaj żołnierze ŻOB-u, Zygmunt Frydrych i Symcha Ratajzer (następnie Rotem) – „Kazik” – w poszukiwaniu ratunku dla pozostałych przy życiu towarzyszek i towarzyszy broni. Chodziło o wyprowadzenie kanałami i ulokowanie po aryjskiej stronie grupy powstańców – wtedy jeszcze z żyjącym Anielewiczem i jego grupą. Ratajzer niezwłocznie skontaktował się z Icchakiem Cukiermanem – „Antkiem” – przedstawicielem ŻOB-u po aryjskiej stronie. Cukierman miał kontakt z AK przez Irenę Adamowicz, Henryka Wolińskiego i Aleksandra Kamińskiego (za pośrednictwem Jerzego Grasberga)[3]. Podczas powstania w getcie kontakty te okazały się bezużyteczne.

 

Cukierman:

 

Ogólnie rzecz biorąc, […] wszyscy ci, z którymi spotykałem się i rozmawiałem, byli pełni uznania i dobrej woli; ale nic z tego nie wyszło. Tworzenie historii wymaga faktów; sama dobra wola nie wystarcza. A wszystkie moje spotkania z Wacławem [Wolińskim], Hubertem [Kamińskim], Hajdukiem, Ireną Adamowicz i innymi, nie dały niczego poza przejawami dobrej woli [4].

 

Ratajzer:

 

W swojej naiwności myślałem, że natychmiast znajdą się wszystkie możliwe środki i sposoby. Ale bardzo szybko okazało się, że tu, po aryjskiej stronie, nikt na nas nie czeka i że jeżeli chcemy kogoś ocalić, musimy tego dokonać własnymi siłami. Było to dla mnie szokujące odkrycie. […] Przez okno widziałem palące się getto. […] Przerażająca i bolesna była świadomość, że możemy liczyć tylko na siebie [5].

 

Cukierman:

 

Faktem również jest, że «Grot» nie chciał się ze mną spotkać, ani osobiście, ani za pośrednictwem swego wysłannika. […] Wiem, z całą pewnością, że mieli plan warszawskiej sieci kanalizacyjnej. […] zwróciłem się do ludzi z AK z prośbą o pomoc w wyprowadzeniu z getta resztek bojowników, ale oni chcieli skończyć nie tylko z powstaniem, lecz również z powstańcami. Jako bojownicy – z punktu widzenia AK – byliśmy zbędni wszędzie na polskiej ziemi. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie było wśród nich ludzi, dla których ważny był aspekt humanitarny. Ale ich organizacja nie była na to nastawiona. AK nie była organizacją pomocy, była to organizacja wojskowa. I jako taka nie potrzebowała nas ani w walczącym getcie, ani w aryjskiej części Warszawy. Byliśmy im niepotrzebni także w partyzantce – jako Żydzi, wszędzie byliśmy zbędni. Co prawda proponowali nam, żebyśmy poszli do partyzantki, ale potem zabijali nas. Również w partyzantce zabijali nas – sami partyzanci. […]

Nie ulega wątpliwości, że antykomunistyczne przesłanki były w tym przypadku jedynie pretekstem. Ludzie ci, w rękach których leżał los Żydów, nie mogli nie wiedzieć, kim jest Mordechaj Anielewicz, kim jest Icchak Cukierman. […] Czy nie wiedzieli, kim są syjoniści i kto stoi na ich czele w Polsce? Czy nie wiedzieli o ruchu pionierskim? Nie ulega wątpliwości, że wiedzieli to wszystko i był to tylko pretekst, taki sam jak każdy inny [6].

 

Ratajzer:

 

[…] tamta sytuacja była szokiem mojego życia. […] Było dla mnie zupełnie jasne, że każda chwila, dosłownie każda chwila jest decydująca. I było też dla mnie jasne, że mogę liczyć tylko na siebie. […] już w rozmowie z Antkiem zdałem sobie sprawę z tego, że nikt na nas nie czeka, nikt nie jest gotów nam pomóc, a my sami jesteśmy tymczasem bezradni.

[…]

Co robiłem? Biegałem od rana do wieczora jak zatruta mysz. Przypominałem sobie wszystkich, których znałem, próbowałem ich szukać, spotykać się, do jakiegoś stopnia biorąc pod uwagę czyhające niebezpieczeństwo. I robiłem rzeczy szalone. Tak jak wtedy, kiedy zwerbowałem policjanta granatowego. […] W końcu znaleźliśmy kanalarzy przez króla szmalcowników na ulicy Prostej. […] I nagle król postanowił, że ja jestem Żydem. Więc my mówimy, że jesteśmy z AK i idziemy wyciągnąć grupę Polaków, która pomagała Żydom, a w czasie powstania utknęła w getcie, i tak dalej. No, jakoś wyszedłem z tego, obiecałem udowodnić swoją „aryjskość” po powrocie. Poszliśmy. […] Kanalarze szybko oprzytomnieli. Uświadomili sobie, jak bardzo narażają swoje życie i w końcu powiedzieli, że rezygnują i wracają. […] Oni dostali z góry swoją zapłatę. A poza tym, ja im powiedziałem, że zapisują swoje nazwiska na kartach historii Polski, że dokonują bohaterskiego czynu, i tak dalej. Przemawiałem do patriotycznego sumienia Polaków [7].

 

Ostatecznie ekspedycja ratunkowa – ponaglana przez Ratajzera szantażem patriotycznym oraz odbezpieczonym pistoletem – dotarła do getta w noc po samobójstwie grupy Anielewicza w bunkrze przy Miłej 18 [8].

 

[…]

 

Temat wypracowania maturalnego: „Na przykładzie Kamieni na szaniecprzeanalizuj, jak etos braterstwa i służby miał się do wydarzeń w warszawskim getcie i związanych z nimi wydarzeń po aryjskiej stronie”. […] Ale nie. Nie ma takich tematów. Nie było. I nie będzie?

 

PRZYPISY

 

[1] Por. Relacja Tadeusza Zawadzkiego „Zośki” „Kamienie przez Boga rzucane na szaniec”. Kwiecień 1943 r., [w:] Bohaterowie „Kamieni na szaniec” w świetle dokumentów, wstęp, opracowanie i wybór tekstów Tomasz Strzembosz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994, s. 139–149. Jako motto swojej relacji o śmierci Jana Bytnara Tadeusz Zawadzki położył cytowaną już strofę z wiersza Testament mój Słowackiego. Tytuł świadectwa również pochodzi od Zawadzkiego.

[2] List Aleksandra Kamińskiego do Barbary Wachowicz z 14 lutego 1978 roku – cyt. za: Barbara Wachowicz, „Pięknie umierać i pięknie żyć”, [w:] Aleksander Kamiński, Kamienie na szaniec, wstęp i wybór zdjęć Barbara Wachowicz, przypisy Krystyna Heska-Kwaśniewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s. 34.

[3] „Jurek był Żydem, ale należał do harcerstwa polskiego i prowadził interesy z Polakami. Ponieważ miał wybitnie żydowski wygląd, Luba [Zylberg-Grasberg – E.J.] i Irka [Gelblum-Conti] «firmowały» mieszkanie. Jeszcze w czasie powstania [w getcie – E.J.] umawiałem się czasami w tym mieszkaniu z przedstawicielami harcerstwa polskiego” (Icchak Cukierman, Nadmiar pamięci (siedem owych lat). Wspomnienia 1939–1946, z hebrajskiego przełożyła Zoja Perelmuter, redakcja naukowa i przedmowa Marian Turski, posłowie Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 305). W przypisie do tego fragmentu czytamy: „Na pewno Icchak Cukierman spotkał się (a może spotykał) na Pańskiej 5 z Aleksandrem Kamińskim – «Hubertem», jednym z przywódców Szarych Szeregów i redaktorem «Biuletynu Informacyjnego» AK” (tamże). Cukierman precyzuje: „W czasie powstania [w getcie – E.J.] spotkałem się po raz pierwszy z Hubertem Kamińskim” (tamże, s. 306).

[4] Icchak Cukierman, Nadmiar pamięci…, dz. cyt., s. 269–270.

[5] Symcha Rotem, „Kazik”. Wspomnienia bojowca ŻOB, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1993, s. 58–60.

[6] Icchak Cukierman „Antek”, Nadmiar pamięci…, dz. cyt., s. 260-261. „Na moją prośbę [o spotkanie] skierowaną do «Grota» Roweckiego dostałem odpowiedź podpisaną – tak mi się wydaje – przez «Konara» [Antoni Chruściel „Monter” – E.J.]. List zaczynał się od słów: «Armia Polska salutuje żydowskim bojownikom!». «Konar» chwalił długotrwałą współpracę między nami i pisał z uznaniem o Jurku (Wilnerze). Pisał również: «Proszę przekazać Antkowi, że nie pora teraz na spotkania; czas na działanie». Wymowa tego listu była jasna: jeżeli nie ma miejsca na spotkanie, znaczy to, że nie ma wspólnego planu, nie ma pomocy, nie ma polskiej akcji ze strony AK” (tamże, s. 258). Odpowiedź ta nadeszła około 20 kwietnia. Wkrótce potem Cukierman spotkał się z majorem Janiszewskim z AK: „Powiedziałem również, że podniosły mnie na duchu wiadomości, z których wynika, że nasi bojownicy kontynuują walki mimo naszych wcześniejszych ocen, iż nie będą w stanie walczyć dłużej niż 24–48 godzin. Dodałem, że proszę również o przygotowanie tymczasowych kryjówek dla naszych ludzi i poprosiłem o plany kanałów. Nie powiedziałem mu nic o broni, którą nie od nich dostaliśmy [mowa o 28 karabinach od AL – E.J.]. Jego odpowiedź brzmiała: oni wiedzą, co dzieje się w getcie; wiedzą również, że jest to powstanie komunistyczne, a również że ŻOB został założony przez komunistów i ma służyć celom Moskwy. […] Tak to wyglądało. […] Możliwe, że gdyby kto inny reprezentował AK w rozmowach z nami, odpowiedziałby podobnie, bo Janiszewski reprezentował stanowisko dość powszechne w AK, o czym wiedzieliśmy” (tamże, s. 258–260).

[7] Wiem, co wiem i pamiętam, co pamiętam. Rozmowa z Kazikiem Ratajzerem, [w:] Anka Grupińska, Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, dz. cyt., s. 260–262.

[8] Zawodowy historyk podsumował to w następujący sposób: „Poszukiwanie winnych jest zawsze bardzo ludzkim odruchem. Po wojnie Edelman często sprzeczał się z Kazikiem, jednym z młodych Polaków, którzy wyprowadzili jego grupę z kanałów na Prostej – ale dopiero w momencie, kiedy już ośmiu ludzi zginęło. W końcu Kazik nie wytrzymuje: «Przestań. Przecież to Niemcy byli winni». Słysząc niektóre wypowiedzi, można przeoczyć fakt, że zarówno Polacy, jak i Żydzi byli wspólnymi ofiarami hitlerowców” (Norman Davies, Głos ocalonego, [w:] tenże, Smok wawelski nad Tamizą. Eseje, polemiki, wykłady, przeł. Andrzej Pawelec, Znak, Kraków 2001, s. 114 – pierwodruk tekstu: „New York Review of Books” z 20 listopada 1986). We wznowieniu książki z 2007 roku artykuł został przedrukowany w niezmienionym kształcie. Wyrażam wdzięczność Wojciechowi Wilczykowi za wskazanie mi tego tekstu, który przeszedł w Polsce bez echa – podobnie jak inne skandaliczne wypowiedzi Normana Daviesa. Dla odzyskania poczucia rzeczywistości por. Yisrael Gutman, Shmuel Krakowski, Unequal Victims: Poles and Jews During World War Two, przeł. Ted Gorelick, Witold Jedlicki, Holocaust Library, New York 1986.

 

Fragment książki Festung Warschau opublikowanej w 2011 roku przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej .

Źródło: Dziennik Opinii Krytyki Politycznej

Dodaj komentarz