RSS
 

Michalski 9

Cezary Michalski – Na Krakowksim Przedmieściu w poszukiwaniu tłumu

Czemu służy budzący zawodową fascynację politologów „podział posmoleński”? Temu, żeby się Bronisław Wildstein mógł świetnie zabawić przez kolejną dekadę? Żeby Kaczyński i jego aparat doczekali emerytury w obfitości i zdrowiu – jedni na polskich budżetowych dotacjach, inni na europejskich pensjach i dietach? Żeby Tusk mógł dalej konsolidować władzę na swoim ulubionym minimalnym poziomie (mam nadzieję, choć nie mam pewności, że „minimalny poziom” z moich felietonów to jednak nie jest maksymalny poziom do uzyskania w Polsce)?

 

Niczemu innemu podział posmoleński nie służy na pewno. Niczemu, poza najwęższymi interesami obsługujących ten podział politycznych liderów i ich aparatów. A jedynemu aspektowi polskiej polityki, na którym mi dzisiaj naprawdę zależy, czyli jej zdolności do generowania decyzji w obszarze naszej polityki europejskiej, podział posmoleński przeszkadza na pewno. Nie służy też politycznej edukacji smoleńskiego tłumu, nie uczy go ani nowego kontekstu geopolitycznego (Unia, NATO, Rosja, Chiny i inne „potęgi wschodzące”), ani nowego kontekstu ustrojowego (słabe polityki lokalne w kryzysie kontra narastająca potęga rynkowej globalizacji) dzisiejszej polityki polskiej. Może historii przynajmniej uczy? Nieprawda, jej też uczy źle

 

Chyba się zatem Szanowni Czytelnicy nie zdziwią, że krew mnie zalała, kiedy pojawiły się dumne zapowiedzi „lewicy smoleńskiej”, że pójdzie 10 kwietnia na Krakowskie Przemieście. „Lewica smoleńska” nie szukała tam idei (patrz wyżej, kompletna jałowość „podziału posmoleńskiego”), szukała tam tylko tłumu. Ja to rozumiem, sam szukałem tłumu w 1980, 1981, nawet jeszcze w 1982 roku (z każdym miesiącem było go coraz mniej). Ale to był tłum walczący o emancypację, a także tłum o minimalnie przynajmniej zapadnickich ambicjach. Tłum smoleński ani o emancypację, ani o zbliżenie nas do Zachodu nie walczy. Postarali się o to politycy i publicyści „posmoleńskiej prawicy”, których imię Legion.

 

Choć zatem chęć potaplania się „lewicy smoleńskiej” w sacrum tłumu doskonale rozumiem, wczoraj, zamiast szukać tłumu na Krakowskim Przedmieściu, wolałem zostać z Agnieszką Kozłowską-Rajewicz, która zamiast kąpać się w tłumie, walczy, czasami także przeciwko swemu partyjnemu i rządowemu koledze Gowinowi, o zupełnie minimalne, ale w Polsce i tak podstawowe emancypacyjne zdobycze. Ale więcej, wolałem zostać z Piotrem Dudą, który też na Krakowskie Przedmieście nie poszedł i NSZZ „Solidarności” także tam, mimo ponawianych żądań Prezesa Kaczyńskiego, nie wysłał, bo nie widzi w smoleńszczyźnie wsparcia dla postulatów związkowych, dla przyjęcia przez Polskę Karty Praw Podstawowych i dla paru innych pracowniczych kwestii, wobec których smoleńska prawica albo jest obojętna, albo którym jest wroga.

 

Wolałem też zostać z Leszkiem Millerem, który może Wałęsę, może nawet Głódzia, w swoim wyuczonym przez życie politycznym realizmie uzna czasem za stosowne pochwalić, ale jednocześnie wie, że nie po to był premierem polskiego państwa, po roku 1989 może najsilniejszym, nie po to podporządkował wiele politycznych pasji i ambicji własnego obozu wejściu Polski do Unii, żeby teraz za cenę kąpieli w tłumie godzić się na niszczenie wszystkiego, co przez parę ładnych lat w tym kraju i dla tego kraju współtworzył. Długo można by wymieniać, z kim zostałem, żeby nie musieć akceptować najgłębszego od dawna upadku polskiej polityki. Cynizmu na zimno zarządzającego szaleństwem. Traumy obsługiwanej przez znachorów.

 

W poszukiwaniu tłumu wielu niemieckich komunistów poszło kiedyś nawet na stadion w Norymberdze, kiedy już tłum wybrał swoich panów na kilkanaście lat. Ci panowie paru liderów komunistycznych skrócili potem o głowę (dosłownie, toporem), a reszcie zaproponowali wspólną kąpiel w tłumie i reszta tę propozycję z entuzjazmem przyjęła.

 

Jeśli utraciliśmy kontakt z ludem, z jakąś jego częścią, walczmy o jego odzyskanie, ale pamiętając o celu, w jakim to robimy. Nie było „lewicy smoleńskiej” na kongresie Platformy Oburzonych (żeby tam skutecznie przekonać związkowców z „Solidarności”, że bliżej im do socjaldemokracji niż do społecznych snobów z ruchu „Ratujmy NASZE maluchy przed pójściem od 6 lat do obrzydliwej publicznej szkoły, gdzie wymieszają się z maluchami z plebsu”), zatem w tłumie smoleńskim nie powinno jej być tym bardziej. „Lewica smoleńska” nie odrobiła zadania domowego, nie przekonała NSZZ „Solidarność” do socjaldemokracji, więc teraz, zamiast zabrać się za odrabianie lekcji choćby z opóźnieniem, wyrzuca plecak z książkami do Wisły, bo 10 kwietnia to dla niej nowy 21 marca, nowe Święto Wagarowicza.

 

Podział smoleński nie tylko nie ma żadnego sensu ani dla skuteczności polskiej polityki, ani dla naprawy polskiego państwa, ani dla edukacji uczestniczących w nim plemion. Smoleńszczyzna to największy upadek polityki polskiej od czasu pseudosuwerennościowej Targowicy (walczyła przecież z „francusko-pruskim jakobinizmem” autorów Konstytucji 3 Maja, za co publicznie kocha ją „smoleński” profesor Andrzej Nowak) i pseudopatriotycznej Tromtadracji. Z tego bagna Targowicy i Tromtadracji potrafili się w drugiej połowie XIX wieku wydobyć polscy socjaliści, polscy ludowcy, polscy konserwatyści, polscy pozytywiści, nawet polscy endecy.

 

Każdy lewicowiec, który dzisiaj w to bagno wchodzi, tylko dlatego, że cynikom i wariatom z „prawicy smoleńskiej” udało się w to bagno wprowadzić polski tłum, każdy lewicowiec, który zakłada sobie na szyję żelazną „patriotyczną biżuterię” z wraku, będzie się tego wstydzić, dopóki Polska będzie istniała.

 

Tuska warto atakować albo nawet obalać w imię oskładkowania umów śmieciowych, bardziej ambitnej polityki europejskiej, bardziej ambitnej polityki gospodarczej, odbudowy powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych, powszechnego systemu ochrony zdrowia, szkoły publicznej czy świeckiego państwa. Jeśli mamy oczywiście w tych obszarach jakiekolwiek ambicje i kompetencje. Obalanie go przy użyciu Smoleńska jest więcej niż głupie. Katastrofa została nieodwracalnie nacechowana przez posmoleńską prawicę jako „krwawy, martyrologiczny mit założycielski” zupełnie innego państwa, w którym o postulatach równościowych, emancypacyjnych, o sprawiedliwości społecznej będzie można wyłącznie pomarzyć.

Źródło: Dziennik Opinii Krytyki Politycznej

Dodaj komentarz