RSS
 

Dorn

Szokujące słowa o Lechu Kaczyńskim!

 

Ludwik Dorn, nazywany niegdyś „trzecim bliźniakiem” nie ma litości dla dawnych politycznych przyjaciół. W wywiadzie-rzece z Robertem Krasowskim pt. „Anatomia słabości” ostro uderza w braci Kaczyńskich. Jarosława nazywa wielkim publicystą i słabym politykiem, Lechowi wytyka, że gardził własną partią, stwierdza też, że bracia do spółki… „złożyli IV RP do grobu”!

Obecny polityk Solidarnej Polski stwierdza, mając na myśli Jarosława, że „pan Kaczyński”, nie lubi sejmu jako budynku, a praca z klubem jest dla niego nużąca, z kolei uwielbia rozbudowę partii. Były marszałek sejmu, wicepremier i minister spraw wewnętrznych w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego zdradza, że prezes PiS od samego początku chciał partii wodzowskiej i bardzo sprawnie budował „monarchię” w PiS-ie. „Komitetu politycznego używał wyłącznie do tego, aby obserwować, co innym ludziom po głowach chodzi. Rzucał różne myśli i obserwował reakcje, po czym podsumowywał” – mówi. Ten organ partii miał w zamierzeniu Kaczyńskiego mieć charakter wyłącznie ciała konsultatywnego, mieć formułę „gawędzącej struktury”.

Faktyczne decyzje były podejmowane w dyskusji z bratem, jeśli chodzi o strategię polityczną, a jeśli chodzi o partię, przez niego samego, po wysłuchaniu tych osób, których akurat chciał wysłuchać. „Najjaśniejszy pan nie potrzebuje rady królewskiej, bo rozmawia ze swoim lustrzanym odbiciem, czyli bratem bliźniakiem” – podkreśla Ludwik Dorn.

Nie tylko braciom Kaczyńskim się jednak dostaje… Ujawniamy kulisy polskiej polityki po 1989 r. To spojrzenie naprawdę cię zaskoczy! Książka „Anatomia słabości” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

 

Absolutną władzę Jarosława Kaczyńskiego nad partią przypieczętowała zmiana statutu PiS, która sprawiała, że jedynym pracodawcą (w sensie kodeksu pracy) wszystkich pracowników zatrudnianych przez PiS stawał się prezes partii. Najważniejsze było jednak to, że statut stanowił, że prezes partii może zawiesić każdego członka PiS w prawach na czas nieokreślony, bez możliwości odwołania i podania powodów. „Teoretycznie pan Kaczyński może odtąd zawiesić wszystkich członków PiS poza sobą, bo gdyby siebie zawiesił, to nie miałby kto go odwiesić” – stwierdza Dorn. 

Sobie wyrzuca, że przegapił wprowadzone przez Kaczyńskiego zmiany. „To jest zresztą jeden z najcięższych błędów politycznych, jakie popełniłem w swoim życiu. Bo ja tego statutu nawet nie przeczytałem” – przyznaje.

Dlaczego Kaczyński zdecydował się na takie radykalne posunięcia? Jak stwierdza Dorn wynikało to z traumy, która siedziała w nim od czasów Porozumienia Centrum. „Został postawiony przed sądem partyjnym za to, że przesunął o kilka dni zebranie rady politycznej. Zaatakowali go PAX-owcy, którzy w tego rodzaju gierkach czuli się jak ryba w wodzie. I po tym Jarosławowi pozostała trauma. Stworzył partię z niczego i przeciwko wszystkim, a ta partia zaczęła go dyscyplinować. Potem jeszcze nastąpił rozłam Olszewskiego. Jednak to była przeszłość. W czasach PiS nic już nie uzasadniało tamtych starych lęków” – wyjaśnia.

Dorn opowiada o ścisłej współpracy pomiędzy braćmi Kaczyńskimi. Zwraca jednak uwagę na pewien kłopot. „Czasami pomiędzy braćmi pojawiały się drobne różnice, a ponadto każdy z nich był czuły nad wyraz na objawy, najczęściej urojone, lekceważenia okazywanego drugiemu” – ocenia polityk. Przez długi czas Lechowi wydawało się, że Jarek zbiera ciosy, tymczasem on sam jest ewidentnie oszczędzany. „To budziło w nim silny kompleks, pragnienie, aby ciosy wreszcie zaczęły spadać na obu po równo. Pragnienie zupełnie niepotrzebne, bo Jarosław Kaczyński był twardszy od swego brata i wcale się tym nie przejmował. On to odbierał na zasadzie: no dobra, niech ja będę złym bratem, a Lech będzie dobrym bratem. Tymczasem Lech takie rozdanie ról niesłychanie przeżywał” – stwierdza Dorn. 

Podkreśla, że bardzo źle układała mu się współpraca z Lechem i miał jedną zasadę – jeśli tylko można, trzymać się od niego możliwie z daleka. Zdaniem polityka Solidarnej Polski Lech Kaczyński absolutnie nie nadawał się na szefa partii. „Polityczne aspiracje Lecha Kaczyńskiego jako lidera sprowadzały się do przekonania, że partia istnieje po to, aby osoby wskazane przez niego miały się dobrze. A wśród tych osób były osoby bardzo wartościowe, ale zdarzały się osoby, mówiąc eufemistycznie, wartościowe troszkę mniej” – stwierdza.

Stawia też zaskakującą tezę, że Lech Kaczyński nie ufał partiom politycznym. „On ich wręcz nie lubił. A już najbardziej nie lubił PiS. Po prostu nie cierpiał, nie znosił, nie ufał i gardził swoją własną partią. Ciepły po linii partyjnej stosunek miał tylko do niektórych byłych członków Unii Wolności”.

 

Jak czytamy w „Anatomii słabości” z punktu widzenia Tuska przedsmoleńska sytuacja była nieskończenie stabilna. „Żyjemy, grillujemy, może sielanka trochę została zakłócona, bo pojawił się kryzys, ale z drugiej strony wyspa nadal pozostała zielona. Władza nie musiała się wysilać, aby obronić swój sukces. PiS okazuje bezradność, ale tłamsimy go bez wysiłku i z dużą przyjemnością” – tłumaczy. Po Smoleńsku wszystko się nagle zmieniło, zapanował chaos. Sytuacja przerosła Tuska – i psychologicznie, i politycznie. 

„Psychologicznie, bo on miał nieczyste sumienie. Oczywiście nie w tym sensie, że z Putinem podkładał bombę. Jednak doskonale wiedział, że jego działania były grą na osłabienie Lecha Kaczyńskiego. (…) I nagle z tego wszystkiego wyszła śmierć. Jeżeli ktoś nie jest psychopatą, a przecież premier nim nie jest, trudno nie mieć po czymś takim wyrzutów sumienia. Z kolei politycznie sytuacja przerosła Tuska dlatego, że on nie przywykł do rządzenia. Do mierzenia się z rzeczywistością. Pojechał do Smoleńska nieprzygotowany, pogubiony, bez planu, dając popis kompletnej amatorszczyzny” – mówi Ludwik Dorn.

Tymczasem Jarosław Kaczyński po Smoleńsku „stracił rozum, stracił rozsądek, stracił instynkt”. „Czy miał prawo szaleć? Miał. Uważam, że zarówno w odniesieniu do jego zachowania w tamtym okresie, jak też w odniesieniu do jego zachowania w okresach późniejszych, zarzut, że ‚Jarosław Kaczyński gra trumnami’ jest głupi i godny pożałowania” – ocenia. I stwierdza, że jeżeli można Kaczyńskiemu postawić jakiś zarzut to właśnie taki, że… nie gra on trumnami! „Widać w nim tylko czystą emocjonalną reaktywność. Zarówno tuż po katastrofie, jak też potem” – twierdzi Dorn.

 

W stosunku do prezydenta Lecha Kaczyńskiego Tusk realizował program, który Janusz Palikot nazwał „odbieraniem godnościowych podstaw prezydentury”. Jako premier Donald Tusk, w opinii Dorna, przekroczył wszystkie czerwone linie. „Lech Kaczyński sobie nie poradził, bo okrucieństwo i sadyzm społeczny, który w gruncie rzeczy skupiał się na nim, po prostu przerastały jego wyobraźnię. Zwłaszcza że chodziło o Donalda Tuska. Przecież to był jego kolega z Trójmiasta. I Lech Kaczyński nie mógł zrozumieć, że kolega mu robi coś takiego. Nie mógł odróżnić Donalda Tuska jako przywódcy obozu nienawiści od Donalda Tuska, kolegi z trójmiejskiej opozycji” – uważa Dorn. 

„Dla Lecha przyjaźnie miały znaczenie. Prezydent miał bardzo niewielu przyjaciół warszawskich, niesłychanie ważne były dla niego znajomości sopocko-trójmiejskie. I Tusk był jednym z tych kumpli z Trójmiasta. I po każdym ataku prezydent reagował nie politycznie, lecz psychologicznie. Zawsze pojawiała się u niego ta sama reakcja: ‚coś takiego, no nie, jak on mógł mi to zrobić?’. Czyli po stronie prezydenta leżało zupełne niezrozumienie i psychologicznych, i politycznych kryteriów działania Donalda Tuska” – dodaje.

Stawia zaskakującą tezę, że prezydent Lech Kaczyński okazał się za dobrym człowiekiem na prezydenta. „Ktoś, kto czuje, że są jakieś ograniczenia, zawsze przegra z tym, który nie ma żadnych ograniczeń. Tusk ogłosił wojnę totalną, a Lech Kaczyński prowadził wojnę konwencjonalną, czyli automatycznie był spychany donarożnika” – podsumowuje.

 

Lechowi Wałęsie polityk wystawia bardzo surową ocenę, gdyż miał wobec niego bardzo duże oczekiwania. Wałęsa, jak twierdzi, miał wszystko i wszystko zmarnował. „Nikt nie miał takiej szansy jak on i nikt jej tak nie zmarnował. Lech Wałęsa odegrał wielką historyczną rolę przed 1989 r. Pomimo że w jakimś momencie został przez bezpiekę złamany, potem się jednak urwał. A swój sukces przed r. 1989 zawdzięczał swojej ocierającej się niekiedy o geniusz intuicji politycznej połączonej z plebejskim cwaniactwem, egotyzmem i egocentryzmem, bo on oglądał świat przez pryzmat samego siebie. To jest tak, że jeżeli Lech Wałęsa był wplątany w wielki proces historyczny i widział w nim miejsce dla siebie, to jego skrajny egocentryzm odgrywał pozytywną rolę dla zbiorowości. Ale to się skończyło z prezydenturą, kiedy w imię własnego bezpieczeństwa i komfortu życiowego Wałęsa postanowił się z procesu historycznego wyplątać. Ważne dla niego stało się wyłącznie to, żeby być prezydentem do emerytury. I dla osiągnięcia tego celu poodcinał się od wszystkiego, co było istotne. A swego celu też nie osiągnął” – opowiada. 

Podstawowy zarzut Dorna wobec prezydentury Wałęsy jest taki, że tylko on mógł stworzyć obóz polityczny mający strukturę partii, który zdyscyplinowałby rozbitą prawicę solidarnościową. „Nie dwór, tylko obóz. I pozwalający wyrosnąć notablom, a nie tylko dworakom. Ale do tego Wałęsa nie dorósł” – stwierdza. Razem z braćmi Kaczyńskimi wywołał więc konflikt z Wałęsą w przekonaniu, że wokół niego funkcjonuje układ „korupcyjno-ćwierćgangsterski” i że Wałęsa będzie dążył do jakiejś formy rządów autokratycznych z naruszeniem praworządności, szedł w stronę „ćwierć-Łukaszenki”.

Zdaniem Dorna polityczne spełnienie Wałęsy polegało na tym, by wiecznie trwać na stanowisku prezydenta. „Kaczyński kiedyś powiedział, że jak Wałęsa mianował go szefem swojej kancelarii, to sformułował swoje cele polityczne w następujący sposób: ‚teraz będziemy tutaj siedzieć obaj do emerytury’” – ujawnia. Poza tym nie miał, jak twierdzi żadnego politycznego planu: „Zostałem prezydentem, to będę się wysilał, myślał, ale tylko nad tym, jak nim pozostać aż do emerytury”.

 

Jak stwierdza Dorn, młodzi liderzy lewicy – Kwaśniewski i Miller nie musieli walczyć z Jaruzelskim, Kiszczakiem czy Rakowskim, którzy ich namaścili, gdyż tamci otrzymali to, na czym im zależało – osłonę polityczną i autentyczny szacunek. 

„Nestorom pozostawili gwarancje nie tylko życia i wolności, ale też zachowania prestiżu i szacunku. I Kwaśniewski, i Miller, i Michnik też, Jaruzelskiego traktowali jak świątka. Co było dla niego ważne, bo Jaruzelski albo Kiszczak nie mieli takich ambicji, żeby posiadać pięć jachtów i siedem willi. ‚Zawalił się nam świat, ale ocaliliśmy szanse naszych politycznych następców i oni nie bez racji całują nas w rękę’. Kiedyś to z bliska widziałem, w czasie seminarium w Jabłonnie, które profesor Andrzej Paczkowski wraz Amerykanami zorganizował w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Widziałem tam Jaruzelskiego i młodych, którzy okazywali mu szacunek w taki sposób, że wyglądał jak król otoczony świtą. W każdym geście, na każdym kroku wielka atencja. Zrobić taki numer Polsce, jaki on zrobił, wprowadzając stan wojenny, a potem w tej niepodległej Rzeczypospolitej mieć taki dwór, szacunek i uznanie. To było coś” – mówi.

 

Polityk zdradza, że obaj bracia Kaczyńscy mieli taką samą potrzebę dominacji, ale inaczej ją wyrażali. Niektórzy spośród współpracowników Lecha mieli „koncesje” na kłócenie się z nim i obrażanie się na niego jako jego osobiści przyjaciele. „Ale to dotyczyło bardzo wąskiego kręgu. Oczywiście to też miało swoje granice, ale pozostawało bez konsekwencji politycznych. Takie osoby miały z jego strony najwyższy protektorat, z którego również mogły korzystać w kontaktach z innymi” – zwraca uwagę. Podkreśla jednocześnie, że taki „krąg osobisty” w ogóle nie występował u Jarosława. „On nikomu nie udzielał immunitetu” – stwierdza kategorycznie. 

Po przegranej w 2007 r., w ocenie Dorna, PiS nieświadomie zrezygnował z aspiracji do przywództwa narodowego. Jarosław Kaczyński nie potrafił się podnieść po porażce w debacie z Donaldem Tuskiem. Nie potrafi się podnieść do dziś. „Jak Donald Tusk był postrzegany do czasu tej debaty? Jako chłopiec w krótkich spodenkach, taki letkiewicz. A Jarosław Kaczyński jako twardy zawodnik, trochę gangster, ale ludzie już wiedzą, że do polityki trzeba gangstera. A z tej debaty, której oglądalność była bardzo wysoka, Donald Tusk wyszedł jako zimny, twardy zawodnik, a Jarosław Kaczyński jako zagubiony pan przecierający okulary. Tamta debata złamała mu kręgosłup. Skupił się na sobie. Oświadczył: ‚pisowcy, nic się nie stało’. I zamiast odzyskać kontrolę nad sytuacją, zajął się wyrzucaniem z partii tych, którzy nie chcieli mówić, że nic się nie stało” – mówi.

 

W „Anatomii słabości” polityk Solidarnej Polski chwali Donalda Tuska za polityczną skuteczność. Po przegranych wyborach w 2005 r., jak opisuje, Tuskowi „zawalił się świat„. „On był w takim proszku, że potrzebował psychoterapii, musiał się odbudować” – zdradza Dorn. Szybko jednak obecny premier ruszył do ofensywy, aż odzyskał „pełnię politycznej formy”, zaczął dostrzegać napięcia po stronie PiS, w które „wchodził ostro i skutecznie„. Stworzył obóz „anty-PiS-u”, a udało mu się dlatego, że ciężar budowy ruchu oporu przeciw PiS wzięli na siebie… bracia Kaczyńscy! „Naprawdę. Cały dalszy proces rekonstrukcji ikonsolidacji III RP przeciwko PiS z dużym sukcesem napędzili premier i prezydent IV RP” – stwierdza Dorn. 

W rezultacie obóz ten objął, jak wylicza rozmówca Roberta Krasowskiego: świat mediów, świat uniwersytecki, wszystkie korporacje zawodowe. „Proszę spojrzeć, mając przeciwko sobie te światy, które firmują własnymi nazwiskami takie autorytety III RP, jak Geremek czy Kwaśniewski, to co my w koalicji z Samoobroną i LPR mogliśmy zrobić? Nic. Mieliśmy już cały świat przeciwko sobie” – mówi.

Rząd PiS na śmierć skazał Lech Kaczyński przeprowadzając drugą nowelizację ustawy lustracyjnej, która pozwoliła uniknąć otwarcia archiwów w całym zakresie i dla wszystkich, natomiast zmusiła do lustracji całe środowisko akademickie. „Gdyby pierwsza nowelizacja nie została unieważniona drugą nowelizacją, to Agora ze swoją antylustracyjną obsesją odwróciłaby się na pięcie od PO. Motywy wspólnejwalki z kaczyzmem, ziobryzmem, Macierewiczem wyleciałyby w powietrze. Front walki znacznie by się skomplikował, a nas by to odciążyło” – ocenia Dorn. Lech Kaczyński wbił jednak ten gwóźdź do trumny.

 

Dorn stawia tezę, że zarówno w partii, jak i w państwie Tusk to „zrewitalizowany po viagrze i anabolikach Aleksander Kwaśniewski”. „Bo on partią zarządza tak samo jak państwem. Został odbudowany, w trochę zmienionych warunkach, z nowym wrogiem, układ sieciowy III RP. I on nim zarządza tak, jak zarządzać nim można. Tusk jeszcze dodatkowo musi być bardziej pracowity, bardziej inteligentny, bardziej finezyjny, niż Kwaśniewski. Tusk jest na pewno cyniczny, ale na pewno nie jest niesprawny. Tyle że swojej sprawności używa nie do rządzenia. Bo rządzenie Tuska nie interesuje, jeżeli nie wiąże się z utrzymywaniem się przy władzy i tworzeniem narzędzi reprodukcji tej władzy” – tłumaczy. 

III RP w epoce Tuska jest „czymś dużo lepszym i dużo bardziej cywilizowanym”. „A i Tusk jest znacznie lepszym liderem III RP niż jego poprzednicy. Bo Tusk jako przywódca polityczny uzyskał suwerenność. Suwerenność w obszarze gry politycznej” – podsumowuje.

Tak charakteryzuje tzw. wykształciuchów/lemingów: „W połowie dekady na rynek pracy trafili ludzie mający głęboką niepewność statusową. Ludzie, którzy dostali fałszywe wykształcenie za prawdziwe pieniądze. To są przeważnie ludzie ze wsi i małych miasteczek, którzy przyjechali do dużych miast. Ludzie głęboko niepewni własnego statusu i pozycji społecznej, w związku z tym dążący do satysfakcji w postaci pogardy. Posiadanie takiego wroga spełnia ich głęboką duchową potrzebę. Moim zdaniem na tym buduje się cały obóz III RP”.

Platformie, czyli największym dziele Donalda Tuska tak mówi: „Jest naprawdę ‚partią nowego typu’, budzącym odruch obrzydzenia dziełem wybitnego artysty. Pod względem estetycznym przypomina wariacje Francisa Bacona na temat portretu papieża Innocentego X Velazqueza”.

 

W Adamie Michniku widzi nie publicystę, który formułuje swoje opinie, ale polityka, który wymusza ich realizację, który zimno realizuje swoją wizję. „On zawsze był realistą, tylko podawał to wszystko w otoczce sentymentalizmu, moralizmu, emocji. Jednak Michnik zawsze to swoje gorące emocjonalne oddziaływanie stosował na zimno, a do gorącychemocji odwoływał się z uwagi na pewne cechy i potrzeby swego otoczenia” – uważa Dorn. 

„Oczywiście polityka ekscentrycznego, który poszedł osobliwą drogą. Nie stał się bezpośrednim graczem politycznym. Założył gazetę, ale oczywiście po to, by za jej pomocą uprawiać politykę. Mówiono mi, że we wczesnych latach dziewięćdziesiątych Adam Michnik zwoływał graczy medialnych na kolację i obwieszczał im: ‚kochani, to my będziemy decydować, kto w Polsce jest ważny, kto w Polsce ma rządzić’. Jako barona medialnego można by go porównywać do Berlusconiego, bo w kontekście polskim przez jakiś czas miał porównywalną siłę. Tylko że Berlusconi, żeby wejść do gry politycznej, musiał jednak stworzyć partię i stanąć na jej czele. Michnik tymczasem nie chciał tworzyć partii, chciał zjeść ciastko i mieć ciastko” – ocenia. Zdaniem Dorna koncepcje Michnika były sensowne, ale mu nie wyszło, bo w swoim obozie „nie znalazł wystarczająco inteligentnych partnerów”.

Zdaniem Ludwika Dorna, Tusk „sponiewierał” Jana Rokitę, nie dlatego, że ten poszukiwał własnej podmiotowości politycznej, ale po to by zawrzeć sojusz z Adamem Michnikiem i razem z Agorą stworzyć obóz „anty-PiS-u”. Jak stwierdza polityk, Rokity Agora „nienawidzi najbardziej na świecie” i jego głowa była gestem Tuska wobec Agory.

 

Największym politykiem dwóch dekad jest dla Dorna Leszek Miller, gdyż jako jedyny poszedł na wojnę z III RP. „To może zabrzmi paradoksalnie, ale to nie jest paradoks, ale chłodna prawda. Otóż pierwszym rewolucjonistą, który chciał zlikwidować III RP i był naprawdę bliski osiągnięcia celu, był nie Jarosław Kaczyński, ale Leszek Miller. Dlatego też to on stał się największym zagrożeniem dla III RP” – stwierdza Dorn. 

A dlaczego się na to zdecydował? Zdaniem polityka SP, Millerowi nie spodobał się świat, w którym premier nie jest władcą, a tylko jednym z wielu ogniw władzy – naprawdę chciał władzy, a nie jej pozorów. „Przyszedł Leszek Miller, zaczął niszczyć ten cudowny światsieciowych interesów III RP i został za to zniszczony. To jest moja opowieść. Elity III RP dobrze znały Millera i wiedziały, że trzeba się bać jego ambicji. Więc postanowiły przeciwko niemu wystąpić” – wyjaśnia. Zrobiły to z wielką brutalnością, gdyż wiedziały, że Millera nie wystarczy odsunąć od władzy, ale trzeba go realnie politycznie zabić. „Gdyby Miller w kategoriach psychologiczno-politycznych był takim człowiekiem jak Cimoszewicz czy Oleksy, wystarczyłoby go odsunąć od władzy. Jednak Miller był człowiekiem z innej bajki, ulepiony z innej gliny. Stwarzał ryzyko, że w razie powrotu do władzy będzie się mścił. Z takim rozmachem, że nikt tej zemście nie ujdzie” – wyjaśnia.

Z uznaniem Dorn wypowiada się o karierze Millera. „Z dołów społecznych, przebijający się kanałem partyjnym do góry. A w dodatku, kiedy on się przebija, to już nie są lata czterdzieste czy pięćdziesiąte. Żeby awansować po okresie rewolucyjnym, kiedy już te nowe hierarchie społeczne zastygły, trzeba mieć nie tylko twardość i draństwo, ale też inteligencję. Od żyrardowskiej biedoty do sekretarza KC to nawet jak na okres PRL kariera imponująca” – ocenia.

 

Zdaniem Dorna w Aleksandrze Kwaśniewskim ujawniła się najpełniej natura III RP – „On ją wyczuł i ona mu pasowała”. „Kwaśniewski się w tym czuje jak ryba w wodzie, w tej sieciowej strukturze różnego rodzaju przedsięwzięć, gier interesów, także ze światem przestępczości zorganizowanej. Trudno powiedzieć, na jakich poziomach on sam w tym wszystkim uczestniczy, na pewno jednak on temu patronuje. W sensie pilnowania równowagi, żeby każdemu coś skapnęło i żeby nikt tego cudownego świata nie wysadził w powietrze. Kwaśniewski to jest projekt ‚trwaj, chwilo, trwaj, jesteś piękna’” – tak Dorn charakteryzuje jego prezydenturę. 

„To jest zdecydowanie inteligentny człowiek. W dodatku ten jego patronat nie jest zbudowany na jego przekonaniu, że ‚ja psuję Polskę’, ale na głębokiej pewności, że innej Polski nie ma i być nie może. ‚Nie jestem moralistą, nie jestem cynikiem, jestem politykiem w granicach dostępnych możliwości’. To jest mój naród, moje państwo, ono musi być tak zorganizowane, bo każda inna forma organizacji to chaos i rewolucja. A przede wszystkim pasuje mi to, co jest” – tłumaczy motywacje byłego prezydenta.

Dorn uważa, że Kwaśniewski był sprawny, ale wybory wygrał dlatego, że sukces podano mu na tacy, szedł na gotowe, gdyż po drugiej stronie miał „polityczną groteskę”. „Kwaśniewski odkrył ‚discopolowatość’, odkrył narodziny nowego typu społecznego, nowego typu plebejskości, już nienaznaczonej przez ‚Solidarność’, przez ten także przecież plebejski ruch. Odkrył coś, co można by określić mianem neopolskości. I potem dwa razy wygrał, idąc na czele tego obozu. Dwa razy sprawił, że – mówiąc umownie – Matka Boska Częstochowska przegrała z „majteczkami w kropeczki” – wskazuje Dorn.

 

Najgorsi politycy w opinii rozmówcy Roberta Krasowskiego to Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek i Jerzy Buzek – ludzie, którzy niczego z polityki nie rozumieli. Dorn zgadza się z diagnozą Jarosława Kaczyńskiego, że przez Mazowieckiego i Geremka demokrację w Polsce zainstalowano wadliwie. „Nie należy przypisywać im złej woli. Geremek i Mazowiecki okazali się po prostu politycznymi ignorantami, z czego wynikły patologie poważniejsze, wręcz systemowe” – ocenia. Jak stwierdza „podtrzymywali trupa nawet nie komunizmu, ale PRL-u jako pewnej struktury społecznej, politycznej i gospodarczej„. Mazowiecki, jak uważa Dorn, w ogóle nie zrozumiał tego, że silne państwo nigdy nie powstanie samo, że musi być ono świadomie zbudowane. I że właśnie czasy jego rządów były najlepszą epoką do zbudowania takiego państwa. 

„Mazowiecki i Geremek nie tyle budowali demokrację, co reformowali socjalizm. Geremek i Mazowiecki potrafili doprowadzić do rzeczywistych zmian, ale tylko w tych obszarach i tylko za pomocą tych narzędzi, o których myślała opozycja w epoce PRL. Całe ich myślenie było prostą kontynuacją tego wszystkiego, o czym myślano, co planowano, o czym marzono w głębokim PRL” – mówi. To raczej komuniści – Miller i Kwaśniewski – okazali się dużo bardziej inteligentni, dużo bardziej zdolni do zrozumienia nowej rzeczywistości.

„Nie twierdzę, że Geremek czy Mazowiecki nie nadawali się do polityki. W latach osiemdziesiątych odegrali pozytywną rolę, potem również, na przykład Geremek był całkiem niezłym ministrem spraw zagranicznych w czasach AWS. Za to go cenię, nawet jeśli nie był nigdy tak twórczy jak Skubiszewski. Ale minister sprawzagranicznych a lider obozu przejmującego władzę w warunkach rewolucyjnych to jednak są zupełnie inne kompetencje. Tych drugich ani Geremek, ani Mazowiecki nie posiadali” – stwierdza.

 

Negatywną opinię wystawia też Mariuszowi Kamińskiemu, przyszłemu szefowi CBA, który po Dornie został prezesem PiS w Warszawie. „Tym się odznaczał, że całe dnie spędzał w sekretariacie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To był dworak doskonały, cała jego działalność sprowadzała się do warowania pod drzwiami, aby w chwili gdy Lech Kaczyński będzie wychodził do samochodu, podbiec do niego na schodach i naszeptać mu czegoś do ucha, najczęściej przeciwko komuś innemu. On nie miał już oporów, że polecenia są mu wydawane w upokarzającym trybie” – uderza ostro Dorn. 

W opinii Dorna Kamiński to specyficzny człowiek. „On nie ma żadnych ograniczeń w walce o własną pozycję przy Jarosławie Kaczyńskim, choćby kosztem kolegów, ale zawsze musi za tym stać misja. A tą misją jest walka z korupcją. Czyli to nie jest taki intrygant dla intrygi, ale intrygant z misją” – ocenia.

 

Zdaniem Dorna w 2006 r. można było rozpisać przedterminowe wybory, bracia Kaczyński nie zdecydowali się na to jednak… z lęku przed Marcinkiewiczem. „Jeśli kiedykolwiek IV RP miała wielką szansę powstania, to wtedy i tylko wtedy. No ale wtedy Lech do spółki z Jarosławem Kaczyńskim IV RP złożyli do grobu” – stwierdza. Jak ocenia, z braci Kaczyńskich wyszła wówczas „koszmarna małość polityczna”. „Lech Kaczyński bał się, że po wyborach Marcinkiewicz mocno urośnie kosztem Jarosława, tak że brat straci już nad tym kontrolę. Z kolei Jarosław Kaczyński wystraszył się, że w następnych wyborach kandydatem PiS na prezydenta nie będzie już Lech Kaczyński, lecz Marcinkiewicz. Jeden raz pojawiła się wielka szansa na zrealizowanie najważniejszego politycznego projektu po roku 1989. I właśnie wtedy z niego zrezygnowali. Dla czysto partykularnych racji” – czytamy w „Anatomii słabości”. 

Kaczyński pozbył się Marcinkiewicza, bo dla niego „gwarancje bezpieczeństwa daje dopiero ukręcenie komuś głowy”. „Taka po prostu jest jego percepcja” – stwierdza Dorn. Polityk punktuje jednak także Marcinkiewicza, który w jego opinii był skazany na upadek także na skutek własnych błędów. Polityk Solidarnej Polski stwierdza, że nagle obudziła się w Marcinkiewiczu potrzeba „celebryctwa”, zakochanie we własnych słupkach poparcia. Zapatrzony w swoją popularność nie pojął, że był premierem tymczasowym: „Jakby nie rozumiał, że te słupki i tę wielkość można rozwijać wtedy, gdy się ma realne do tego podstawy. A on nie miał własnych zasobów pozwalających mu się bić o polityczną podmiotowość, w ogóle nie rozumiał logiki sytuacji, w jakiej się znalazł” – ocenia.

Źródło: wiadomosci.wp.pl

Dodaj komentarz