RSS
 

Lupa

 

21 tłumaczy przełożyło niecodzienną książkę o Anglikach i Aborygenach

PAP, yes, 27.10.2014
„Anglicy na pokładzie”

XIX-wieczna zagłada Aborygenów z Tasmanii i zetknięcie ich kultury z cywilizacją europejską – to kanwa wydanej właśnie w polskim przekładzie powieści „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale’a. Książkę przełożyło 21 tłumaczy.
Akcja „Anglików na pokładzie” rozgrywa się w 1857 r. Jednym z głównych bohaterów powieści jest pastor, który – po przestudiowaniu Pisma Świętego – dochodzi do wniosku, że biblijny raj znajduje się na Tasmanii. Wraz z grupą przypadkowo dobranych osób, w tym dwoma naukowcami – młodym botanikiem oraz chirurgiem przekonanym o wyższości białego człowieka nad ludźmi innych ras, pastor organizuje wyprawę na sąsiadującą z Australią wyspę.

21 opowieści

Podróż odbywa się na pokładzie statku, którego załogę stanowią mieszkańcy wyspy Man (jedna z Wysp Brytyjskich) posługujący się własnym językiem manx (dziś już niemal wymarłym). Marynarze chcą potajemnie wykorzystać podróż do własnych celów: zarobić na przemycie alkoholu i tytoniu.

Fabuła książki została wymyślona przez Kneale’a, ale autor, z wykształcenia historyk, starał się odtworzyć w niej jak najwięcej detali, które oddawałyby ducha czasów. W książce pojawia się też wiele prawdziwych zdarzeń i postaci sprzed półtora wieku, o których Kneale zaczerpnął wiedzę, studiując historyczne relacje i dokumenty dotyczące eksterminacji Aborygenów przez angielskich kolonizatorów.

Książka napisana została w nietypowy sposób: opowieść snuta jest w niej w formie relacji, fragmentów pamiętników lub listów napisanych przez 21 bohaterów historii, w tym marynarzy, naukowców i innych uczestników wyprawy, ale też angielskiego gubernatora Tasmanii oraz rdzennego mieszkańca wyspy, którego postać ma swój pierwowzór w żyjącym w XIX w. na Tasmanii Aborygenie nauczonym przez kolonizatorów angielskiego. Każda z tych postaci używa w swojej opowieści języka właściwego dla środowiska, z którego pochodzi.

Jak oddać różnorodność języka

Książka „Anglicy na pokładzie” ukazała się w Wielkiej Brytanii w 2000 r. i przyniosła Kneale’owi nagrodę Whitbread Book – jedno z najbardziej prestiżowych brytyjskich wyróżnień w dziedzinie literatury. Dotąd powieść przetłumaczono na kilkanaście języków. Za sprawą gdańskiego wydawnictwa Wiatr od Morza doczekała się ona właśnie pierwszego polskiego przekładu.

Polskie tłumaczenie różni się od przekładów na inne języki. – Ponieważ każda z postaci narratorów, występujących w książce posługuje się innym językiem, wpadłem na pomysł, by tłumaczenie powierzyć 21 osobom, co – mam nadzieję, sprawiło, iż uzyskaliśmy naprawdę różnorodny styl w wypowiedziach poszczególnych bohaterów – wyjaśnia Michał Alenowicz, szef wydawnictwa i jeden z tłumaczy „Anglików na pokładzie”.

Jak dodał Alenowicz, książka Kneale’a jest przykładem na to, jak umiejętnie w jednej powieści można połączyć opowieść o zabawnych zdarzeniach z morskiej podróży z pełną głębokich rozważań i bardzo aktualną opowieścią o konfliktach i niezrozumieniu pomiędzy dwoma kulturami.

Przeczytaj fragment powieści tutaj.

Wyborcza.pl

 

 

 

JASNOWIDZTWO POLITYCZNE

Jerzy Borowczak
27.10.2014
Jeszcze nie dobiegł końca ostatni szczyt przywódców UE uzgadniający zaledwie ramy tzw. polityki klimatycznej, a nasze opozycyjne podwórko polityczne, uznało, że Polska poniosła klęskę. Zbigniew Ziobro, aby zaistnieć wyraźniej niż inni, postanowił postawić premier Ewę Kopacz przed Trybunałem Stanu. Niezawodny Jarosław Kaczyński we wróżeniu z fusów, ogłosił totalna klęskę, nie tylko premier Kopacz, ale całej UE, mówiąc m.in. „te decyzje są całkowicie sprzeczne z naszymi interesami, ale są sprzeczne także z ideą UE”. No i zero odniesienia do ustaleń, podkreślam, ramowych, szczytu. Również Leszek Miler postanowił dołączyć do grona tych „jasnowidzów” posługujących się kłamstwem wobec Polaków.A co uzgodniono, ano, że UE ograniczy emisje CO2 o co najmniej 40 proc. do 2030 r. względem roku 1990 i co najważniejsze, że mniej zamożne kraje UE, w tym Polska, będą mniej obciążone kosztami polityki klimatycznej. Ponadto w 2020 roku nastąpi generalny przegląd przyjętych ramowych założeń i jeżeli będzie to konieczne to ich weryfikacja.

Należy jasno powiedzieć, że żadne z tych ramowych założeń, przyjętych na szczycie UE nie grozi czarnymi scenariuszami kreślonych przez naczelnego jasnowidza politycznego Kaczyńskiego, który mami oszczerczym populizmem, że Polska będzie utrzymywać bogate kraje i będziemy importować energię z zagranicy, i tym podobne kłamliwe opowieści.

Należy podkreślić niezwykłą aktywność polityczną pani premier i naszych specjalistów przygotowujących się do szczytu. Pani premier Kopacz odwiedziła przed szczytem Berlin i Paryż, a sam szczyt w Brukseli otworzyło spotkanie premier Ewy Kopacz z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Hollande’em oraz Van Rompuyem. Dopiero po uzgodnieniach w tym gronie, rozpoczęły się obrady wszystkich przywódców. To obrazuje rolę i znaczenie polskiej polityki i osobistą rolę premier Kopacz.

To smutne, że każdy, bez wyjątku sukces naszego polskiego rządu na arenie międzynarodowej, jest dezawuowany przez polską opozycję, która bez wiedzy o pozytywnych rezultatach postponuje sukcesy w ciemno. Przykre to, bardzo przykre. Wierzę jednak, że Polacy są mądrzejsi od tych zawodowych obłudników.

jerzyborowczak.natemat.pl

DUNIN: NIESAMOWITY FRANK

KINGA DUNIN, 27.10.2014

A kto taki? Dzięki „Księgom Jakubowym” wielu z nas dowie się o nim po raz pierwszy. Spotkanie z Olgą Tokarczuk już w środę 29 października!

 

Księgi Jakubowe to pod każdym względem wielka powieść. Prawie tysiąc stron epickiej prozy zabierającej nas w podróż po czasach, miejscach i religiach; podróż, z której nie chce się wracać. I autorka to chyba przewidziała, bo kiedy opowiedziana przez nią historia dobiega końca, dorzuca nam jeszcze garść informacji o dalszych losach bohaterów – dla tych czytelników, którym trudno się z nimi rozstać. I nie są to losy jedynie fikcyjne; najnowsza książka Tokarczuk to powieść historyczna, oparta na godnych podziwu poszukiwaniach źródłowych.

 

O kim opowiada? O Jakubie Franku. A kto taki? Dzięki powieści Tokarczuk wielu z nas dowie się o nim po raz pierwszy, jeśli nie liczyć mętnych wspomnień z lekcji historii albo skojarzeń w rodzaju: frankista to podejrzany przechrzta. Chociaż obawiam się, że i na lekcjach historii się o nim się nie mówi, a i takie skojarzenia (szczęśliwie) odchodzą już w przeszłość.

 

Autorka przywraca Franka Polsce, Żydom i Europie, bo jego historia i tożsamość nie są tylko lokalnym fenomenem. I choć mówił wieloma językami, to każdym z nich z obcym akcentem – tak widzi go jeden z bohaterów powieści. Był przedstawicielem wielokulturowej Europy Środkowej, sięgającej do Rosji i Turcji.

 

Był mistykiem i politykiem, charyzmatykiem i rozpustnikiem, hochsztaplerem i przywódcą religijnym, postacią dwuznaczną i trudna do uchwycenia.

 

W powieści zawsze występuje oglądany cudzym okiem, obserwowany przez innych, do końca nieuchwytny i może właśnie dlatego tak fascynujący. Żył w XVIII wieku, kiedy historia zaczęła przyspieszać, zbliżała się rewolucja francuska, feudalny porządek zaczynał się kruszyć i czuć było rodzące się prądy Oświecenia. W połowie wieku kilka tysięcy jego wyznawców, pod auspicjami polskiego króla i szlachty, dokonało konwersji na katolicyzm. Nie pierwszej, wcześniej zostali muzułmanami.

 

Przyszedł na świat w małej wiosce na Podolu, czyli w dzisiejszej Ukrainie, w rodzinie wyznawców innego żydowskiego heretyka i mesjasza, Szabataja Cwi. Wychował się na terenie dzisiejszej Rumunii, jako kupiec jeździł do Turcji, wracał na wschodnie rubieże Polski, by szerzyć swoją wiarę i zdobywać zwolenników. Prześladowany przez ortodoksyjnych rabinów uciekał z kraju i nauczał w Smyrnie, w Salonikach. Próbował zakładać komunę, a zwyczaje panujące w jego otoczeniu były dość promiskuistyczne. Tokarczuk umieszcza to jednak w kontekście doktryny frankistów i traktuje z wyczuciem, choć bez pruderii. Frank był też, można tak powiedzieć, protosyjonistą, marzył o niewielkim państwie żydowskim wykrojonym z terenów Polski albo Austro-Węgier.

 

W Polsce odbywały się wielkie publiczne debaty między frankistami, jak później zostali nazwani, a ortodoksyjnymi Żydami. Rolę sędziów odgrywali w nich polscy biskupi, którzy stali się jego protektorami.

 

Nie towarzyszyły temu jednak dobre intencje – wykorzystywano frankistów przeciwko społeczności żydowskiej, próbując przypisać wyznawcom judaizmu mordy rytualne.

 

Niedługo po chrzcie Frank został oskarżony o herezję i trzynaście lat spędził w więzieniu w klasztorze na Jasnej Górze. Wpatrując się w obraz Czarnej Madonny odkrył, że kryje się w nim Szehina, uobecnienie boga w postaci kobiecej. Uwolniony przez wojska rosyjskie wyjechał do Brna na czeskich Morawach. Wzbudził zainteresowanie na austriackim dworze cesarskim i sam miał własny dwór, z wojskiem i służbą, do którego ściągali Żydzi oraz rozmaici ciekawscy z całej Europy. Umarł w Offenabachu, blisko Frankfurtu nad Menem. W pałacu, do którego podobno wozami zwożono złoto od jego wyznawców.

 

Księgach Jakubowych nie pierwszy raz Tokarczuk pokazuje swoją sympatię dla prądów myślowych i gestów przełamujących utarte schematy, sprawiających, że świat nie kostnieje, nie zastyga w tradycyjnych formach. Mistyczna religijność tego żydowskiego heretyka, uchodzącego wśród swoich wyznawców za ostatniego mesjasza, choć może wydawać się nam niedzisiejsza, posłużyła przełamywaniu starych struktur i podziałów między Żydami i wyznawcami innych religii. Frank nauczał, że wszystkie dotychczasowe religie są niewystarczające, są tylko stopniami na drodze do prawdziwego poznania. Jego konwersja nie była związana z akceptacją tradycyjnego katolicyzmu, miała być drogą, która prowadzi w jeszcze dalsze rejony. Była buntem wobec zastygłych w tradycyjnych instytucjach religii i społecznych nawyków.

 

Może dlatego dla wszystkich okazał się niewygodny? Dla Żydów był odszczepieńcem, prekursorem niszczącej tożsamość asymilacji, którego trudno wpasować w historię światowego żydostwa, choć przecież jest jej częścią. Dla katolików przypomnieniem ich antysemityzmu. Dla licznych zasymilowanych potomków frankistów – pokazaniem ich korzeni i krętych dróg tej asymilacji.

 

Jest to też nasza historia, tylko opowiedziana inaczej; jest w niej miejsce dla Żydów, kobiet, metafizycznych tęsknot i pragnień, które nie mieszczą się tradycyjnych opracowaniach. Czasy, które jakoś znamy, tutaj oglądamy z zupełnie innej perspektywy – żydowskich współmieszkańców, starej Jenty, która nie może umrzeć i jej duch obserwuje nas z oddalenia. W powieści Tokarczuk, pięknie wydanej i stylizowanej na barokowe księgi, roi się od barwnych postaci. Ksiądz Benedykt Chmielowski pisze swoje słynne Nowe Ateny, pierwszą polską encyklopedię. Dziś się z niej śmiejemy (koń, jaki jest…), ale był to wielki wysiłek uporządkowania świata. Moliwda, kiedyś przypomniany przez Andrzeja Żuławskiego, zasługujący na osobną opowieść. Biskup Sołtyk, straszna kanalia. Przede wszystkim jednak Żydzi i Żydówki, biedni i bogaci, myśliciele i zwykli ludzie. Oraz mnóstwo wspaniałych opowieści wykreowanych przez niezwykłą wyobraźnię autorki.

 

 

 

 

ZAPRASZAMY NA SPOTKANIE Z OLGĄ TOKARCZUK!

 

Pomiędzy Polakami i Nie-Polakami

 

Prowadzenie Sławomir Sierakowski

29 października, środa, godz. 19.00, Krytyka Polityczna, ul. Foksal 16, II p.

krytykapolityczna.pl

 

Jesteśmy trollami Putina. O Polakach, którzy w internecie bronią Rosji

Łukasz Woźnicki, 27.10.2014
Barack Obama pożera Ukrainę. Obok dobrotliwy Władimir Putin. Obrazki stworzone przez fanów Barack Obama pożera Ukrainę. Obok dobrotliwy Władimir Putin. Obrazki stworzone przez fanów „Noworosji” (fot. VKontakte)
- Dla wielu z nas legitymacja GRU jest największym pragnieniem – mówi członek facebookowej grupy „Brońmy Rosji”, do której wstąpiło już blisko 2 tys. Polaków.
Bycie „ruskim agentem” nie jest łatwe. Po pierwsze, regularnie ktoś cię zgłasza do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Po drugie, ludzie sądzą, że troll za pisanie prorosyjskich komentarzy jest wynagradzany przez Moskwę: „za wylewanie rusko-faszystowskich bredni dostają 2,4 tys. zł” (cytat z forum).O kremlowskiej proweniencji trolli mają świadczyć komentarze pisane niepoprawną polszczyzną z rzucającą się w oczy rosyjską składnią. Tyle że wśród polskich prorosyjskich internautów są i Rosjanie, i Białorusini, i Polacy mieszkający w Rosji. Ale przygniatającą większość stanowią Polacy, którzy święcie wierzą w to, co piszą.

Instruktor odnowy biologicznej w salonie kosmetycznym. Urzędniczka w pomorskim powiatowym centrum pomocy rodzinie. Internista z niewielkiej przychodni w centralnej Polsce. Lektorka języka rosyjskiego z uczelni wyższej. A także: opiekunka społeczna, analityk w dużej korporacji, prokurent u producenta urządzeń młynarskich, ratownik WOPR. To tylko kilka z kilkuset zawodów, które wykonują ludzie należący do sieciowej grupy „Noworosja – Doniecka Republika Ludowa”.

Zablokowali mnie za głoszenie prawdy

Grupa zawiązała się na Facebooku, ma pół tysiąca członków i jest widoczna tylko dla osób już zapisanych. Bynajmniej nie z powodu szczególnej konspiracji. Grupę zamknięto po atakach trolli proukraińskich. Podobnych grup paputczików jest w polskim internecie kilka. Najpopularniejsza – „Brońmy Rosji” – ma 1,8 tys. członków. Do grona „Polacy za niepodległością Noworosji” zapisało się 500 osób. Wszystkie ekipy zrzeszają ludzi, którzy kibicują donieckim rebeliantom.

Czytam ich rozmowy od kilku miesięcy. Zapisałem się. Chciałem zobaczyć, o czym myślą. Poznałem trolli. Na przykład Marka, który szczyci się tym, że „za głoszenie prawdy zablokowano go na profilu » Newsweeka «”. Albo Jacka, który na Gazecie.pl dostrzegł wyczekiwany długo „cud”.

„Parę dni temu pisałem o banderowcach, Wołyniu i powstaniu w Donbasie. Od minusów przy moich komentarzach było czerwono jak na fladze ChRL. Nazywali mnie agentem Putlera, wysyłali do Moskwy. Ale dzisiaj nagle prawie wszyscy przejrzeli na oczy. Odkryli, że na Ukrainie jest nazizm. Zmienia się świadomość w narodzie” – opisywał.

Marzenie: legitymacja GRU

Trolle śmieją się z określeń: „agenci wpływu”, „agenci Kremla”, „cienie Putina”. – Jak czytam, że jestem agentem, to czuję się prawie jak James Bond – komentuje Marcin. – No popatrz, może Moskwa wreszcie zacznie mi płacić za to, co robię za darmo – dodaje Michał.

Niektórzy nawet próbują tłumaczyć: „My to normalnie myślący ludzie, którzy ważą między propagandą Zachodu a Wschodu i wyciągają słuszne wnioski. Na nic kampania zachodnich klepaczy, więc trzeba z normalnych Słowian zrobić wymyślone trolle. Kładzie wam się już propagandowo wszystko”.

Krzysztof: „Dla mnie takie określenia to zaszczyt. Mówią, że robimy więcej, niż pomimo najszczerszych chęci możemy zrobić. Dla wielu z nas możliwość zrobienia czegokolwiek, co pomoże Rosji lub ułatwi stworzenie Unii Słowian, jest marzeniem. A legitymacja GRU [rosyjski wywiad wojskowy] – największym pragnieniem.”

Oglądam tylko Rossija 24

Zbigniew, z zawodu socjolog, w przeszłości opozycjonista: – Od miesięcy jestem w stanie oglądać telewizję do 30 minut, nie więcej.

Jan, historyk, konserwatywny publicysta, napisał książkę o Romanie Dmowskim: – Ja od razu włączam telewizję Rossija 24.

Jacek, właściciel niewielkiej firmy w woj. zachodniopomorskim, w samochodzie zawiesił pomarańczowo-czarną wstęgę z Orderu św. Jerzego, który za symbol wzięli separatyści: – Ja też oglądam mało telewizji. Ale jeśli już oglądam, to tylko National Geographic.

„Wrogie nastawienie polskich mediów i klasy politycznej wobec powołania przez naród doniecki republiki spowodowały konieczność powołania grupy, która się temu sprzeciwi” – głosi motto facebookowej „Noworosji”.

Członkowie tej i innych grup publikują i tłumaczą informacje z rosyjskich mediów. Biorą je za pewnik. Tak było z katastrofą malezyjskiego boeinga. „Samolot zestrzeliły ukraińskie myśliwce. Podaj dalej” – napisał Marek, ten od „Newsweeka”.

Jego koledzy z Facebooka bacznie śledzą przebieg walk na wschodzie Ukrainy. Opisują je w codziennych raportach. Analizują i oceniają polską politykę zagraniczną. Widać, że są przejęci losem rebeliantów. Samego Putina oceniają różnie. Jedni marzą, aby Polska doczekała się kiedyś takiego przywódcy. Inni stoją po stronie separatystów, ale nie Kremla.

- Już skrytobójcy polują na Igora „Striełkowa” [były dowódca armii separatystów] bo stanął niekoszerną ością w gardle kremlowskiej żulii. Teraz nastąpi transformacja Krymu w żydowskie eldorado – komentuje Zbigniew, dawny opozycjonista.

Ja, rosyjski spadochroniarzNiektórzy z sympatyzujących z Rosją internautów działają i w świecie realnym. Na przykład Jerzy. W PRL-u był żołnierzem, dosłużył się stopnia chorążego. Jak opisuje, pięć lat „miał zaszczyt” służyć pod Wojciechem Jaruzelskim. Działa w Stowarzyszeniu Tradycji Ludowego Wojska Polskiego. Stał ze sztandarem podczas pogrzebu dyktatora. W biegach ulicznych startuje w koszulce z napisem „WDW”. Wozduszno-Diesantnyje Wojska to rosyjscy spadochroniarze.

Jeszcze zanim wybuchły protesty na Majdanie, Jerzy założył stowarzyszenie, które dba o groby czerwonoarmistów i pomniki wdzięczności w Polsce. Od czasu aneksji Krymu i wojny na Ukrainie organizuje zbiórkę za zbiórką. Odnawia pomnik za pomnikiem, w tym roku już kilkanaście. Organizuje też niewielkie manifestacje przeciw rusofobii w Polsce.

„Pokój jest zagrożony działalnością NATO i wszechobecną rusofobią, którą szerzą prezydent, rząd i wszyscy parlamentarzyści” – opisuje.

„Mój cel: przeciwdziałanie rusofobii wszelkimi dozwolonymi przez prawo sposobami” – zachęca do działania znajomych z sieci.

Komuchy, korwiniści, słowianie, palikociarnia…

Krzysztof ma 26 lat, jest jednym z aktywniejszych trolli i w odróżnieniu od Jerzego ma niewiele wspólnego z PRL-em. Pochodzi z województwa świętokrzyskiego. Na stałe mieszka w Norwegii, gdzie, jak deklaruje, pracuje jako prawnik. Na zdjęciach chwali się luksusowym bmw. W komentarzach zachwala Janusza Korwin-Mikkego.

„Kongres Nowej Prawicy to jedyna nadzieja na Wolną Patriotyczną Słowiańską i Kapitalistyczną Polskę!” – raportuje na Facebooku szefowi KNP.

W grupie „Noworosja” promuje się inny aktywista KNP, kandydat na prezydenta Bytomia Waldemar Bartosik. „Przyjaciele, nie ukrywam, że liczę na waszą sympatię i pomoc w pobudzaniu fali mojej promocji” – pisze.

W prorosyjskich grupach znalazłem też lokalnego działacza SLD i członka Twojego Ruchu. Są sympatycy niszowej Komunistycznej Partii Polski i „słowianie” związani z Polskim Komitetem Słowiańskim Bolesława Tejkowskiego (wśród nich najczęściej zdarzają się wpisy antysemickie). Swoją reprezentację ma także Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Rosyjskiej i grupa narodowców sympatyzujących z Obozem Wielkiej Polski Romana Dmowskiego. Obóz od sierpnia ma w Donbasie korespondenta, który w swoich relacjach chwali heroiczną walkę rebeliantów.

Moja partia jest najbardziej prorosyjska. Nie, moja!

Różnorodność poglądów politycznych czasem prowadzi do zaciekłych sporów, która polska partia jest najbardziej prorosyjska. „Program zbliżony do wielu osób tutaj ma Liga Polskich Rodzin. Sugeruję wsparcie tej partii” – przekonuje Piotr, absolwent elektroniki ze wschodniej Polski.

- Ludzi postępowych, światłe umysły namawia Pan, aby poparły LPR? To żarty? – pyta Krystyna. Wiek ok. 60 lat, fanka „Trybuny”, Bułata Okudżawy i strony „PRL – dorobek i osiągnięcia”.

„Prorosyjskie tezy odważa się wygłaszać tylko KNP. Chwilowo nie mogą powiedzieć nic mocniejszego. Propagandowe media należące do Niemców już nazywają ich agentami” – pisze Krzysztof z Norwegii.

- To, że Korwin przypadkiem powiedział coś z sensem, nie znaczy, że trzeba od razu popierać patologiczną młodzieżówkę kierowaną przez szalonego starca – odpowiada mu „Sandu”. I tak w kółko.

Wszystko tylko nie Kaczyński

Są tylko dwie prawidłowości: po pierwsze, wśród trolli brak sympatyków najpoważniejszych partii: PO i PiS. Po drugie, wszyscy tu nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego. „Bo jest rusofobem, a jego działania szkodzą polskiej racji stanu i nam”.

Donald Tusk do tej pory był traktowany łagodniej. Co najwyżej „chodził na łańcuszku Waszyngtonu i Brukseli”.

Później padły słynne słowa Radosława Sikorskiego o ofercie złożonej Tuskowi przez Putina. „Rosjanie dawali nam Lwów niemal na tacy! Jakim trzeba być durniem i miernotą, by taką okazję zmarnować!” – gromili fani Donieckiej Republiki Ludowej.

- Przecież to ordynarna prowokacja i urabianie opinii publicznej – nie zgadzał się Konrad, który ma na profilu wszystkie możliwe flagi „Noworosji”. – Z punktu widzenia interesów Polski przyłączenie części Ukrainy byłoby kompletną porażką – dodawał Dariusz, któremu chciało się stać pod Pałacem Kultury z transparentem „Jarosław, przeproś za Banderę”.

Większość trolli bowiem oddziela interes Polski od interesu Rosji. „Słowiańska” współpraca tak, ale bez uzależniania Polski od Kremla.

- A gdybyśmy tak ogłosili republikę na terenie Polski i poprosili Putina o pomoc? Wiem, że to nierealne, nie mamy broni. Ale można sobie powyobrażać. Taka zabawa – pisał „polski separatysta”, gdy rozpoczęły się walki w Donbasie. Członkowie grupy szybko wybili mu z głowy pomysły, a wpis został usunięty.O czym marzy troll? 

O unii narodów słowiańskich. To nierealne więc chociaż o Partii Zjednoczonych Słowian. „Ale to nic nie da, bo będzie niszowa. Do przekonania mas potrzeba mediów. Russia Today powinna mieć portal po polsku, a później polską stację. O 19.30 ludzie mogliby włączyć dziennik z prawdą. Mam nadzieje, że Putin kiedyś o tym pomyśli w ramach walki z niemiecką propagandą” – pisze Krzysztof.

„Ja znam angielski a także w miarę rosyjski i niemiecki. No i fotograf jakby trzeba było foto” – deklaruje Paweł z województwa pomorskiego. Tak się składa, że robi zdjęcia na weselach.

Od dwóch tygodni w Polsce działa „Novorossia Today” Polska – międzynarodowy serwis separatystów. Tworzy go „grupa entuzjastów, którzy postawili sobie za cel przełamanie blokady informacyjnej”. Serwis ma wersje rosyjską, niemiecką, francuską, hiszpańską, angielską i polską. „Entuzjastyczni” Polacy codziennie publikują i tłumaczą od kilku do kilkunastu newsów.

Strach przed samobójstwem

- Dlaczego prowadzisz taką stronę? – pytam twórcę „NTP”. Ma 20 lat, jest studentem uniwersytetu w dużym mieście. Z profilu na Facebooku wiem, że interesuje się ruchem rodzimowierczym zrzeszającym ludzi kultywujących przedchrześcijańskie wierzenia Słowian. Ze zdjęć patrzy na mnie młody, uśmiechnięty mężczyzna.

Dowiaduję się niewiele, bo autor strony uważa, że jako dziennikarz „Wyborczej” jestem „kłamcą” i „zwierzęciem”, „za pieniądze zatajam prawdę na temat zbrodni ukraińskich”. Nie chce rozmawiać, bo nie ma „zamiaru popełnić samobójstwa ani przyjmować w domu policjantów”. Traktuje to całkiem poważnie. Kolega powiedział mu, że polska policja przeszukuje mieszkania prorosyjskich działaczy i dziennikarzy. Pytam o dowody. Nie ma żadnych.

Rozmawiamy chwilę o rosyjskiej propagandzie. Pytam, czy naprawdę wierzy w wersję Kremla, że to ukraińskie myśliwce zestrzeliły malezyjski boeing. Po chwili namysłu odpisuje tylko: „nie”. Ostatecznie zmienia zdanie i przeprasza za nazwanie mnie „zwierzęciem”.

Jestem tylko „marionetką”.

 

Wyborcza.pl

Kopacz chce rozpocząć przemówienie. Mieszkańcy: „Smoleńsk pamiętamy! Hańba!”

Geb, 27.10.2014
Premier Ewa KopaczPremier Ewa Kopacz (Fot. MARCIN ONUFRYJUK/ Agencja Gazeta)
- Ja, w przeciwieństwie do tych, co tylko pamiętają, ja tam pracowałam dzień i noc i w warunkach, których żadnemu z Państwu bym nie życzyła – tak odpowiada Ewa Kopacz na okrzyki, którymi przywitali ją mieszkańcy Pasłęka. Ewa Kopacz

 spotyka się z mieszkańcami Polski w ramach cyklu „Platforma bliżej ludzi”. W Pasłęku (warmińsko-mazurskie) na jej wizytę wybrali się przeciwnicy PO. Kilkoro z nich po wejściu premier zaczęło skandować: „Smoleńsk pamiętamy! Hańba!”
Szybka odpowiedźPremier nie czekała, aż głosy ucichną. Szybko odpowiedziała na zarzuty krzyczących. – Ja, w przeciwieństwie do tych, co tylko pamiętają, ja tam pracowałam dzień i noc w warunkach, których żadnemu z państwa bym nie życzyła – powiedziała na wstępie.

 

Zaraz po tym premier uzasadniła, dlaczego było to tak trudne przeżycie. – Sama, będąc lekarzem, przeżywałam wiele przykrych historii, bo pracowałam jako lekarz sądowy, ale wtedy, kiedy pojechałam do Smoleńska, to sytuacja przerosła nawet moje wyobrażenia – wspominała.

Przekopana ziemia kością niezgody

Ewa Kopacz zmierzyła się również z zarzutami, że przekopana ziemia w Smoleńsku to kłamstwo. – To, że przekazałam opinii publicznej, że przekopano na metr ziemię, wynikało z tego, że każdego dnia przywożono worki ze szczątkami. Worki, które były pobrudzone i ziemią i paliwem lotniczym. To były kawałki narządów, to były ręce nogi. Kiedy zapytałam, skąd to przywozicie, odpowiedziano mi – bo ja byłam w Moskwie, a nie w Smoleńsku – przekopujemy ziemie i przywozimy to, co wykopali – mówiła.

Premier wyjaśniła, że wszystko to miało na celu identyfikację genetyczną szczątków po to, żeby robić dostawki do grobów. Dodała również, że wspomnienie Smoleńska to dla niej wyjątkowo przykry moment. – Bo wtedy, kiedy ja tam pracowałam, inni przyjechali do Warszawy robić największą politykę, tak to mniej więcej wyglądało. I ci dzisiaj mają największą legitymację, żeby osądzać tych, którzy tam byli – powiedziała łamiącym się głosem

 

Zobacz także

tokfm.pl

Abp Gądecki: Niemieckie kościoły są puste. Może dlatego kardynałowie proponują komunię dla rozwodników?

Michał Wilgocki, 27.10.2014
Abp Stanisław GądeckiAbp Stanisław Gądecki (Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta)
Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący episkopatu podsumował dziś watykański synod o rodzinie. Przypomniał, że za komunią dla rozwiedzionych w ponownych związkach najbardziej agitowali kardynałowie z Niemiec – W Niemczech 11 proc uczestniczy we mszy. A z tych 11 proc. nikt się nie spowiada, a wszyscy przystępują do komunii. Powstało wrażenie, jakoby chodziło o uznanie status quo Kościoła w Niemczech i przeniesienie tego na inne Kościoły – stwierdził hierarcha
Nadzwyczajny synod na temat rodziny w Watykanie trwał dwa tygodnie i skończył się tydzień temu. Ostatniego dnia biskupi głosowali nad relacją z obrad. Papież Franciszek zdecydował się ją opublikować, mimo, że kontrowersyjne punkty (o komunii dla rozwodników i homoseksualistach) nie uzyskały w głosowaniu większości 2/3 głosów. Dziś obrady podsumował abp Gądecki, który był wysłannikiem Polski na synod.- Papież Franciszek dał wyraźny znak, że chce, żeby cały Kościół zaangażował się w pomoc rodzinie. Dyskusja była otwarta, bez skrywania problemów i trudności. Ojciec święty zachęcił do otwartości i nieskrywania poglądów. To jasne, że tak duże zgromadzenie nie może mieć jednej opinii. Naturalnie istnieje jedno nauczanie, ale różne są sytuacje w różnych krajach – mówił abp Gądecki.Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski opisał, jak rozumie dokument podsumowujący obrady synodu.

- Gdy idzie o komunię świętą dla rozwiedzionych, podkreślano konieczność niezrywania z nauką Kościoła. Z drugiej strony pojawiły się głosy, że być może nie generalnie, że może nie wszystkich należy dopuścić, ale badać przypadek po przypadku. Że może należałoby rozważać sprawę rozwiedzionych, żyjących w związku cywilnym i wypracować dla nich drogę pokutną – mówił abp Gądecki.

Arcybiskup tłumaczył też, dlaczego w sprawę rozwodników zaangażowało się tak wielu niemieckich kardynałów i biskupów.

- Czasami powstaje wrażenie, że ta sytuacja została wywołana przez sytuację niemiecką, gdzie 11 proc uczestniczy we mszy. A z tych 11 proc. nikt się nie spowiada, a wszyscy przystępują do komunii. Powstało wrażenie, jakoby chodziło o uznanie status quo Kościoła w Niemczech i przeniesienie tego na inne Kościoły – powiedział arcybiskup Gądecki.

- To właśnie kardynałowie niemieccy są machiną pociągową. Kardynał Kasper od 20 lat podnosi tę sprawę. Kardynał Marx też do tego się przyłącza. Dwie trzecie episkopatu niemieckiego jest po ich stronie – powiedział przewodniczący Episkopatu zaznaczając, że gdy na koniec synodu głosowano, biskupów niemieckich poparli także ci z Ameryki Południowej.

A jaki pogląd na sprawę komunii dla rozwodników w nowych związkach ma sam abp Gądecki?

- Niedobrze by było, żeby rozumieć to tak, że skoro ludzie się rozwodzą i wstępują w nowe związki, to trzeba cofać się i rozwadniać nauczanie Kościoła, żeby komuś było przyjemnie. Trzeba traktować człowieka poważnie. Dojrzały człowiek zawiera ślub, rozwodzi się ,wchodzi w związki cywilne. Jeżeli zaczynamy tak na to wszystko opowiadać rozwodnieniem nauczania w Kościele, to w pewnym sensie traktujemy niepoważnie człowieka poważanego – mówił arcybiskup.

Dodał, że choć rozwodnicy nie mogą uczestniczyć w komunii świętej, to mogą to robić w sposób duchowy. Według jego relacji, papież Franciszek unikał zajęcia jednoznacznego stanowiska podczas synodu. – Papież nie powiedział, czy jest za rozwiązaniem dawnym czy nowym. Wyraził tylko ufność, że Duch Święty nie opuści Kościoła – powiedział arcybiskup.

Przyznał, że teraz jego czeka podobna rola, ponieważ dokument końcowy synodu musi zostać „przepracowany” przez Konferencję Episkopatu Polski.

- Ja, tak jak papież Franciszek, nie stając na tej wysokości, muszę przedstawić sprawę i wycofać się, żeby każdy z biskupów mógł otwarcie mówić – stwierdził abp Gądecki.

- Musimy się odnieść na dwóch poziomach. Najpierw przez każdy z biskupów musi się wypowiedzieć i w ten sposób powstanie stanowisku, które zaprezentujemy na przyszłorocznym synodzie. Druga część nie potrzebuje czekać. W każdej z parafii musimy stworzyć coś, co będzie rodzajem towarzyszenia młodym nie tylko przed ślubem, ale także w pierwszych latach zawarcia małżeństwa.

 

Wyborcza.pl

 

Ewa Kopacz poradzi sobie lepiej niż Donald Tusk? Tak uważają Polacy [SONDAŻ]

Paweł Gawlik, 27.10.2014
Premier Ewa Kopacz w ŁomżyPremier Ewa Kopacz w Łomży (&Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)
Polacy uznali, że Ewa Kopacz to dobra kandydatka PO na premiera, i mają nadzieję, że będzie lepszym szefem rządu niż Donald Tusk. Co ciekawe, jednymi z najbardziej zadowolonych ze zmiany szefa rządu są wyborcy PO – wynika z sondażu CBOS.
Nadzieję na zmianę na lepsze wiąże z rządem Kopacz 36 proc. ankietowanych. Obawy, że będzie gorzej niż za rządów Tuska, wyraża jedynie 16 proc. respondentów CBOS. 19 proc. uważa, że mimo zmiany na stanowisku szefa rządu nic się w kraju nie zmieni.Wynik Ewy Kopacz w porównaniu z wynikami innych premierów nie jest rewelacyjny. Gdy władzę przejmował Donald Tusk, nadzieję na zmianę na lepsze wyrażało aż 59 proc. respondentów. Gdy wybory wygrał PiS, a premierem został Kazimierz Marcinkiewicz – w to, że w kraju będzie lepiej, wierzyło 44 proc. wyborców. Gdy Leszek Miller zmieniał Jerzego Buzka, nadzieje z nowym szefem rządu wiązało 48 proc. ankietowanych.Mniejszym zaufaniem w Polsce po 89. roku cieszyli się na starcie jedynie Jarosław Kaczyński (31 proc. osób głosów pozytywnych), Jan Olszewski (29 proc.) i Marek Belka (29 proc.). Były to jedyne rządy, które Polacy na starcie częściej uznawali za prowadzące do pogorszenia sytuacji w kraju, a nie do poprawy.

Najbardziej ze zmiany premiera zadowoleni są wyborcy Platformy Obywatelskiej. Zaledwie 4 proc. z nich wyraża obawę, że za rządów Kopacz sytuacja w Polsce może się pogorszyć w porównaniu z rządami Donalda Tuska. 59 proc. wierzy, że w kraju będzie lepiej. Na zmianę z nadzieją patrzą wyborcy wszystkich partii poza Kongresem Nowej Prawicy: 37 proc. wyborców Janusza Korwin-Mikkego obawia się, że w kraju będzie gorzej, a jedynie 21 proc. wierzy, że Ewa Kopacz zmieni Polskę na lepsze.

Te wyniki potwierdza bardziej bezpośrednie pytanie zadane przez CBOS respondentom – Czy rząd Ewy Kopacz będzie lepszy, czy gorszy od poprzedniego rządu? 25 proc. respondentów uznało, że Kopacz poradzi sobie lepiej od Tuska, a zaledwie 11 proc. – że gorzej.

Największymi optymistami, jeśli chodzi o panią premier, okazali się ponownie wyborcy PO. Zaledwie 8 proc. z nich uważa, że nowy rząd wypadnie gorzej. 33 proc. ocenia, że gabinet Kopacz wypadnie lepiej niż gabinet premiera Tuska. Wysokie notowania Ewa Kopacz uzyskała także wśród wyborców SLD - 10 proc. ocenia, że jej rząd będzie gorszy od gabinetu Tuska, a aż 38 proc. – że będzie lepszy.

Generalne zadowolenie z tego, że na czele rządu stanęła akurat Ewa Kopacz wyraża 44 proc. wyborców. Niezadowolonych jest 29 proc. ankietowanych. Nowa premier otrzymała więc od Polaków kredyt zaufania, choć nie tak duży jak większość jej poprzedników. Gorzej na starcie oceniani byli jedynie Jarosław Kaczyński i Marek Belka. Notowania Kopacz są natomiast wyższe niż Tuska u schyłku jego rządów – aż 49 proc. Polaków pytanych we wrześniu przez CBOS wyraziło niezadowolenie z faktu, że premierem jest Donald Tusk. Zadowolonych było tylko 40 proc.

- Objęcie przez Ewę Kopacz stanowiska prezesa Rady Ministrów okazało się wizerunkowo dość dobrym posunięciem. Nie bez znaczenia jest tu płeć szefa rządu, co wydaje się być atutem, ponieważ otwiera nowe możliwości pozyskiwania społecznego poparcia. Nowa premier przekonała do siebie przede wszystkim kobiety (co nietypowe) oraz ludzi w średnim wieku i starszych, a także tych, którzy identyfikują się z lewicą – skomentowała wyniki badania Beata Roguska z CBOS.

 

Wyborcza.pl

Paranoja smoleńska nie umrze

Agnieszka Kublik, 27.10.2014
Ewa Stankiewicz w Sejmie w 2012 rokuEwa Stankiewicz w Sejmie w 2012 roku (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)
Skandaliczny wpis Ewy Stankiewicz, która w tragicznej śmierci małżeństwa dziennikarzy w Katowicach widzi rękę rosyjskiego wywiadu, może ją i skompromituje, ale to wcale nie koniec jej innej paranoi – smoleńskiej.
Stankiewicz rzuciła w Radiu Wnet myśl: „Mi przychodzi do głowy pytanie, czy jeśli ginie rodzina dziennikarzy razem z dzieckiem, czy to nie jest jakiś rodzaj prewencji środowiska, które chce zdyscyplinować po prostu swoich ludzi w Polsce. Oczywiście to może być bardzo oderwane od rzeczywistości i nie twierdzę, że tak jest, natomiast zadaję sobie to pytanie. Agentura rosyjska w Polsce jest, i ponieważ w tej chwili coraz bardziej nasila się konflikt Polska – Rosja, to jakby mocodawcy tej agentury muszą zdyscyplinować środowisko, które ma, i wśród nich na pewno są dziennikarze, to wiemy”.Mój kolega redakcyjny Michał Danielewski uważa, że dziennikarka tym wpisem ostatecznie się kompromituje, i kompromituje także smoleńską paranoję, której jest czołowym heroldem. To koniec „czterech lat jałowych dyskusji, rozmów dziadów z obrazami i poważnych analiz dotyczących wysadzania aluminiowej puszki po fasoli. Setki zmarnowanych godzin i stron zapisanych tysiącami niepotrzebnych słów”. Moim zdaniem – tak niestety nie będzie.Ewa Stankiewicz i inni „niepokorni”, którzy żywią się smoleńskim spiskiem, to zjawisko opisane przez socjologów i psychologów społecznych. Ich patriotyzm to mieszanka mesjanizmu, teorii spiskowych i narcyzmu narodowego. Każda rocznica czy nawet miesięcznica katastrofy smoleńskiej są dla tej grupy rodzajem święta przeżywanych przez nich emocji.Wszystko to zgrabnie się zgrało: Polska jako ofiara silniejszych sąsiadów, Rosja zawsze zainteresowana upodlaniem Polaków, nasza wyjątkowość, nasze cierpienie, z niczym nieporównywalne. Dla smoleńskiego patrioty Polska to naród najszlachetniejszy, który jednocześnie wycierpiał najwięcej. Jak można nie podejrzewać, że na „ruskiej” ziemi nie padliśmy ofiarą spisku wymierzonego w naszego prezydenta?

Badania pokazują, że narcystyczna identyfikacja narodowa wiąże się z poczuciem zagrożenia ze strony obcych. Prof. Krystyna Skarżyńska z SWPS w 2011 i w 2012 r. badała grupy o narcystycznej osobowości. Okazało się, że „narcystyczna, obolała polska tożsamość” silnie się wiąże z poczuciem zagrożenia, ogólną nieufnością oraz negatywnymi postawami wobec Rosjan.

Stankiewicz uznała, że wybuch gazu w kamienicy w Katowicach nie może być po prostu katastrofą, nadała tej katastrofie sens, jaki nadaje wypadkowi prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Bo jej patriotyzm każe te dwa wydarzenia połączyć – w obu cierpienie ma wynikać z niezwykłości ofiar lub ich nadzwyczajnej misji.

Ale grupy narcystyczne potrafią żywić się wieloma spiskami naraz. Ba, im ich więcej, tym bardziej użyteczna staje się teoria spiskowa, bo potrafi objaśnić wszystko.

Szacuje się, że na świecie ok. 30 proc. ludzi ma skłonności do poddawania się spiskowym teoriom. U nas jest podobnie. Precedensem byłoby, gdyby w smoleński spisek zaczęło wierzyć więcej niż ta średnia światowa.

Raczej nam to nie grozi. Ubiegłotygodniowa III konferencja smoleńska okazała się niewypałem. Ogólnopolskie media tym razem ją zlekceważyły. A jeszcze dwa lata temu i rok temu relacjonowały kolejne smoleńskie bzdury. Po raz pierwszy narracja smoleńska okazała się dla nich nieatrakcyjna. „Wirus smoleński” już się nie rozprzestrzenia. Stankiewicz swoimi podejrzeniami w sprawie Katowic sprawiła, że trudno będzie znaleźć nowych wyznawców smoleńskiej wiary (co zresztą wypominają jej koledzy).

Stankiewicz i inni „niepokorni” już tylko w swoim „smoleńsko-narcystycznym” gronie będą teraz kolekcjonować kolejne spiski: tam smoleński, tu katowicki…

Bo im więcej spisków, tym ważniejsi są ich wyznawcy.

Wyborcza.pl

„Wycinka”, czyli fenomenalny spektakl Lupy o kompromitacji artystów

Witold Mrozek, 27.10.2014
„Wycinka” w reżyserii Krystiana Lupy (FOT. MACIEJ ŚWIERCZYŃSKI)
Krystian Lupa wraca do Thomasa Bernharda i do wielkiej formy. „Wycinką” we wrocławskim Teatrze Polskim przypomina o swoim bezlitosnym poczuciu humoru.
Ten spektakl (premiera 23 października) mówi o kompromitacji artystów. O tym, jak zawodzą nawet siebie samych, jak głupieją i kamienieją w pretensjonalnych pozach, łasi na poklask konformiści, dostawcy bon motów. Ale „Wycinka” jest też o młodzieńczych, pensjonarskich marzeniach o byciu artystą, które tylu w sobie pieści. I z których niewiele zostaje.Proste, ograne, banalne? Zobaczcie, jak Krystian Lupa zrobił to we Wrocławiu.W salonie Mai Auersberger odbywają się „kolacje wybitnie artystyczne”. Tak afektowana gospodyni (wspaniała Halina Rasiakówna) określa wieczory pełne komunałów i pozerstwa. Jest tu i pretensjonalna pisarka, „tutejsza Virginia Woolf”, jak Bernhard określa ją z przekąsem (Ewa Skibińska), i zdezorientowani wieczni debiutanci, którzy nie wiedzą, co aktualnie należy kontestować i o czym mówić, by osiągnąć sukces (Adam Szczyszczaj, Michał Opaliński).Proste rozwiązania górąCiągnąca się w nieskończoność kolacja przeplatana jest retrospekcjami utożsamionego z Bernhardem bohatera i pogrzebem Joany. Ta alkoholiczka, dziwaczka, niespełniona artystka, przed laty była przyjaciółką i muzą stawiającego pierwsze kroki Thomasa. Gra ją Marta Zięba. Scena – w której gdzieś poza czasem pisarz wraca do swoich pierwszych naiwnych prób, do wspomnień – to wspaniała, subtelna miniatura, w którą skaczemy wprost z groteskowej wieczerzy o zupełnie innej temperaturze.

Bernharda gra Piotr Skiba. Ponownie – ten aktor w rolę ważnego dla Lupy austriackiego pisarza wcielił się już wcześniej, w „Wymazywaniu” z 2001 r. Jednak teraz jego Bernhard jest zupełnie inny. To już nie pełne goryczy, wściekłe oskarżenie – przygląda się światu wciąż z ostrą ironią, ale i z przejmującą melancholią, pewną rezygnacją. Monolog Skiby o Sebastiansplatz, niegdysiejszym miejscu spotkań bohemy, to obserwacja powracających w kolejnych biografiach tych samych prawidłowości, rozmieniania się na drobne, zatracania celu. Dostrzega wreszcie, jak to samo spotyka i jego. Ten monolog zostaje w widzu na długo – ma rozmach wielkiej prozy, a w jego pozornym spokoju tkwi charyzma.

Lupa stawia na proste, lecz wykonane z maestrią rozwiązania. Kolacja rozgrywa się w wielkim obrotowym sześcianie salonu, a Bernhard przygląda się temu, siedząc w uszatym fotelu z boku sceny. Również poza sześcianem rozgrywają się sekwencje wspomnień.

Żartującym z ciągnących się bez końca prób i rozwlekłych improwizowanych seansów, Lupa przypomina, że jest biegłym praktykiem teatralnego rzemiosła. Ani na chwilę nie daje zapomnieć, że całkowicie panuje nad sceniczną materią. Długość spektakli Lupy stała się wręcz anegdotyczna, tymczasem pierwsze dwie godziny „Wycinki” mijają niemal niepostrzeżenie. Niezależnie od tego, czy Lupa serwuje nam sprawny biesiadny dialog bliski tragifarsie, czy też pozwala, by jego uczestnicy wylewali z siebie potok pijackiej egzaltacji – wszystko jest tu precyzyjne, znakomicie rozpisane i brawurowo zagrane. Niezależnie od rozmiaru roli: Marcin Pempuś, w pożyczonej marynarce niepasujący do towarzystwa ostatni partner życiowy Joany, swoją tragikomiczną rolę buduje minimalnymi środkami – gestem, mimiką, postawą.

Jak mówić długo i o niczym

Wystrzałową niespodzianką w „Wycince” jest Jan Frycz, powracający do współpracy z Lupą 12 lat po „Mistrzu i Małgorzacie” ze Starego Teatru. Aktor warszawskiego Teatru Narodowego wciela się gościnnie w postać… Aktora Teatru Narodowego. Zblazowanego kabotyna, gwiazdy wieczoru, która pozostałym uczestnikom „kolacji wybitnie artystycznej” każe czekać na siebie do północy. A potem nad wystygłym sandaczem zamęcza ich megalomańskimi perorami wokół swej pracy nad „Dziką kaczką” Ibsena, którą jeszcze przed chwilą zachwycali się goście salonu. Spektakl teatralny okazuje się tu idealnym pretekstem, by wypowiedzieć dziesiątki okrągłych zdań o niczym.

Bo „Wycinka”, jakkolwiek banalnie by to brzmiało, jest istotną wypowiedzią na temat teatru. Dziś i w ogóle. Punktuje konserwatywne gęganie o aktorskiej misji i o upadku obyczajów, ale nie ma też litości dla naiwnej fanfaronady wiecznie młodych buntowników.

Owszem, nie brakuje w ostatnich sezonach przedstawień o kryzysie twórczym i o schyłku kultury. Dość wspomnieć „Drugą kobietę” Grzegorza Jarzyny czy „Kabaret warszawski” Krzysztofa Warlikowskiego. Jednak głos Lupy brzmi tu najbardziej autentycznie. Nie dopuszcza, by zdominowały go środowiskowe aluzje – choć i na nie sobie pozwala, pijąc do atmosfery niezdrowej sensacji wokół dyrekcji Jana Klaty w Starym Teatrze. Jego humor jest gorzki, ale zarazem oczyszczający. Reżyser nie prawi nam ani sobie kazania, nie zastyga w pretensjonalnej pozie, nie stroi się narcystycznie w piórka cierpiącego artysty. Przecież mimo blagi, głupoty i atmosfery rezygnacji dookoła Bernhard wychodzi w końcu z salonu, by dalej pisać – celnie i boleśnie.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz