RSS
 

Halloween

 

Krucjata „Frondy” przeciwko Halloween. „Chrzczenie dyni” i straszenie dzieci domem wariatów

Krzysztof Lepczyński, 30.10.2014
Halloween nie może obyć się bez dyniHalloween nie może obyć się bez dyni (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
„Portal poświęcony” proponuje różne sposoby walki z pogańskim świętem: „chrzczenie dyni” oraz przepytywanie przebranych dzieci, które pukają do drzwi, z uczestnictwa w mszach oraz straszenie ich szpitalem psychiatrycznym.
„Fronda” rozpoczęła coroczną krucjatę przeciwko Halloween. „Pierwszy stopień do piekła” -ostrzega Tomasz Teluk, który Halloween nazywa „dniem oddawania czci mocom zła”. „Proces sekularyzacji postępuje znacznie szybciej, niż nam się wydaje, skoro wchodzą nam w krew pogańskie zwyczaje związane z okultyzmem” – pisze publicysta „Frondy”.„To ja proponuję ‚ochrzcić’ Behemotha”

„Zło dobrem zwyciężaj!” - apeluje natomiast Marta Brzezińska-Waleszczyk, wychodząc z pozycji bardziej liberalnych. Pyta, czy „katol” musi bojkotować dynie, kościotrupy i czarownice. „A może lepiej ‚ochrzcić’ dynię?” – zastanawia się.

 

Brzezińska-Waleszczyk zamiast kłótni i bojkotów proponuje, by wykorzystać okazję do „przemycania” chrześcijańskich wartości. „Zamiast ładować energię w urządzanie bojkotów sklepów, kawiarni czy halloweenowych bali, lepiej zorganizować własne – Holy Wins!” – pisze. I zachęca do przebierania się za świętych czy publikowania w portalach społecznościowych zdjęć swoich katolickich patronów.

„Naprawdę proponuje Pani, by ‚ochrzcić dynię’ i już problemu nie ma? To jest chyba ten słynny efekt Franciszka (fana ewolucji i wielkiego wybuchu). To ja proponuję ‚ochrzcić’ Behemotha. Nazwijmy go Nergalek i na plakacie domalujmy aureolę” – odpowiedział publicystce jeden z oburzonych komentatorów.

Czy chciałbyś skończyć w domu wariatów?

Dla oswajania Halloween jest jednak alternatywa. Cytowany przez „Frondę” dwumiesięcznik katolicki „Miłujcie się!” przygotował poradnik, co zrobić, jeśli do drzwi zapukają dzieci z propozycją „cukierek albo psikus”. Odpowiedź jest prosta – ewangelizować.

„Najlepsze jest zadawanie pytań” – czytamy w poradniku. „Patrząc w oczy takiego dziecka, warto zapytać go o jego wiarę: czy chodzi do kościoła, czy przyjmuje Komunię św., kiedy ostatni raz był u spowiedzi. W zależności od odpowiedzi i zachowań można kontynuować z pytaniami natury duchowej: czy dziecko wie, co to jest opętanie; czy widział kiedyś, jak zachowuje się człowiek opętany; czy chciałby mieć co nocy koszmary i skończyć w domu wariatów”.

- Ja recenzuję raczej rzeczy naukowe, a nie publicystyczne. A jeśli chodzi o Halloween – uśmiechnąłbym się wtedy i powiedział coś miłego – i tyle - stwierdził w Radiu Zet ks. Józef Kloch, rzecznik episkopatu. Duchowny bliższy jest opisywanemu przez Brzezińską-Waleszczyk pomysłowi „Holy Wins”. Jak ognia unikał otwartej krytyki Halloween.

„To nie z dyni wyskakuje diabeł”

Jednak zamienianie „Halloween” na „Holy Wins” w akcie chrześcijańskiego nieposłuszeństwa wydaje się zbędne, jeśli tylko przypomnieć etymologię słowa „Halloween”, które pochodzi od „All Hallows Eve”, czyli „Wigilii Wszystkich Świętych”. Lepiej więc przypomnieć, skąd się wzięło to wyrażenie, niż tworzyć neologizmy.

Ks. Andrzej Draguła już dwa lata temu przypominał na blogu w serwisie „Więzi”, że wiele chrześcijańskich świąt i obrzędów wywodzi się z tradycji pogańskiej. Przypomina, że nauka mówi o procesie „desemantyzacji”, zacieraniu pierwotnych znaczeń i zmianie ich.

„Doszukiwanie się satanistycznych intencji czy inklinacji u dzieci biegających z wydrążoną dynią to chyba jednak przesada. Komercyjny, przywieziony z Ameryki Halloween ma się tak do celtyckiego święta zmarłych (a nie złych duchów) jak tzw. Mikołaj do św. Mikołaja” – wskazuje duchowny.

„Od wydrążonej dyni o wiele bardziej niebezpieczna jest nienawiść, która jest narzędziem działania szatana. Bo to nie z dyni – jak dżin z butelki – wyskakuje diabeł, ale z naszego serca” – skwitował.

Odrzućcie ideologię. Wyciągnijcie z tego święta tylko jedno – zabawę [BLOG]

 

Zobacz także

tokfm.pl

Hit! Helloweenowy korowód świętych: biczowanych, ćwiartowanych, palonych, gotowanych, pożartych, kamienowanych, zagłodzonych, zastrzelonych.

Pierwszy miesiąc Kopacz. Baczyński: Jest lepiej, niż można było się spodziewać. Ale wszystko przed nią

Krzysztof Lepczyński, 30.10.2014
Jerzy BaczyńskiJerzy Baczyński (Fot. Wojciech Surdziel/AG)

- Jest lepiej niż Platforma się mogła spodziewać – ocenił pierwszy miesiąc premier Ewy Kopacz Jerzy Baczyński z „Polityki” w Poranku Radia TOK FM. – Kopacz do tej pory komentowała wpadki innych, a nie własne. Musimy poczekać, jak zachowa się, kiedy kryzys będzie dotyczył jej samej – mówił Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.
- Nawet stu dni nie dano premier Kopacz, a już się zaczynają oceny jej pierwszych tygodni – zauważyła w Poranku Radia TOK FM Janina Paradowska. I poprosiła o krótkie recenzje premier po pięciu tygodniach rządów zaproszonych do studia publicystów.

„Jest lepiej, niż Platforma się mogła spodziewać”

- Sondaże są dla pani premier bardzo pozytywne. Ten egzamin zdała – przyznał Jerzy Baczyński, redaktor naczelny „Polityki”. – A po pierwszym spotkaniu z wyborcami to nie było pewne – przypomniał publicysta pełne wpadek przedstawienie nowego gabinetu na Politechnice Warszawskiej. – Jest lepiej, niż premier i PO mogły się spodziewać – dodał.

 

Zdaniem Baczyńskiego pierwszym poważnym politycznym egzaminem dla Kopacz był brukselski szczyt klimatyczny. – Na rynku wewnętrznym poważniejszych wyzwań nie miała, prócz sprawy Sikorskiego, gdzie zareagowała za szybko. Zdanie do marszałka Sejmu było nietaktowne, politycznie niepotrzebne i kosztowne – mówił Baczyński, nawiązując do ostrej reprymendy Kopacz wobec Sikorskiego. Szef „Polityki” przyznał jednak, że ostra reakcja premier mogła się niektórym wyborcom podobać.

„Nadmierny populizm”

- Gdyby to nie był okres przedwyborczy, miałbym do niej głęboką pretensję za nadmierny populizm – powiedział prof. Radosław Markowski, politolog z SWPS. – Wykazuje ogromną chęć pokazywania możliwości rozdawnictwa, które tak naprawdę nie istnieją – ocenił.

- Kopacz do tej pory komentowała wpadki innych, a nie własne. Musimy poczekać, jak zachowa się w sytuacji kryzysowej, kiedy chodzić będzie o nią – stwierdził Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”. Dziennikarz stwierdził, że premier pomaga postawa opozycji. – PiS nie znalazło jakiejkolwiek strategii działania wobec Kopacz. Wcześniej Kaczyński uważał, że historia z odejściem Tuska do Brukseli to blef mediów i się nie wydarzy. Cała ta sytuacja PiS kompletnie zaskoczyła. A ostre ataki personalne raczej Kopacz wzmacniają – skwitował Wroński.

tokfm.pl

 

Kutz musi przeprosić Kaczyńskiego. „Mój klient nie może spokojnie pójść do sklepu i…”

AB, PAP, 30.10.2014
Kazimierz Kutz reżyser już od wielu lat działa w polityce. W tych eurowyborach był jedynką Twojego Ruchu na Śląsku. Komitet ten nie przekroczył proguKazimierz Kutz reżyser już od wielu lat działa w polityce. W tych eurowyborach był jedynką Twojego Ruchu na Śląsku. Komitet ten nie przekroczył progu (Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

Sąd Apelacyjny w Warszawie obniżył z 10 do 5 tys. zł kwotę zadośćuczynienia, jaką musi zapłacić znany reżyser i senator Kazimierz Kutz za słowa o „zamordowaniu Barbary Blidy”. Nakaz przeproszenia Jarosława Kaczyńskiego za tę wypowiedź jest prawomocny. – Mój klient nie może spokojnie pójść do sklepu i kupić bułki czy cukru – argumentował pełnomocnik prezesa PiS.
Werdykt sądu to finał sprawy wytoczonej Kutzowi przez prezesa PiS po tym, jak w 2011 r. ten pochodzący ze Śląska reżyser i polityk pytany był przez „Newsweek” o projekt raportu komisji śledczej, stwierdzający, że b. premier Kaczyński i b. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powinni stanąć przed Trybunałem Stanu za złamanie konstytucji ws. Blidy. Kutz odpowiedział: „Oni zamordowali niewinną kobietę”.

Kaczyński w cywilnym pozwie o ochronę dóbr osobistych zażądał od Kutza przeprosin w prasie i kilku portalach internetowych oraz wpłaty 10 tys zł. na Stowarzyszenie Katon. Odrębny pozew przeciw Kutzowi – z żądaniem przeprosin i 50 tys. zł zadośćuczynienia – skierował do sądu Zbigniew Ziobro. Sąd nakazał Kutzowi przeproszenie Ziobry i zapłacenie 5 tys. zł zadośćuczynienia. Kutz wykonał już ten wyrok.

„Dziś emocje opadły, możemy spokojnie ocenić sytuację”

W październiku 2013 r. stołeczny sąd okręgowy uwzględnił pozew Kaczyńskiego wobec Kutza. Mocą wyroku miał on przeprosić prezesa PiS w dwóch portalach za naruszenie jego dóbr osobistych i wpłacić 10 tys. zł na rzecz Stowarzyszenia Katon.

Dziś Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpoznał apelację pełnomocnika Kutza, mec. Radosława Baszuka. Nie skarżył on wyroku w części dotyczącej nakazu przeprosin i zadeklarował, że jego klient przeprosi b. premiera, „bo wykonuje wyroki sądów”. Kwestionował natomiast zasądzony w I instancji nakaz zapłaty 10 tys. zł na cel społeczny, bo – jak mówił – J. Kaczyński nie doznał po tej wypowiedzi negatywnych skutków.

- Dziś emocje opadły, więc możemy to ocenić: powód był i jest politykiem, posłem, był i jest liderem największej partii opozycyjnej mającej szanse na wygranie najbliższych wyborów parlamentarnych. Nie znam innych aktywności życiowych powoda, ale nie przedstawiono nam dowodów na negatywne skutki słów pozwanego – przyznajemy, że bezprawnych – mówił adwokat.

„Mój klient nie może spokojnie pójść do sklepu”

Z Baszukiem spierał się pełnomocnik Kaczyńskiego, adwokat i poseł PiS Bartosz Kownacki. – Mój klient spokojnie nie może pójść do sklepu i kupić bułki czy cukru – właśnie z powodu sumy wypowiedzi takich jak ta, brutalizujących życie polityczne – przekonywał, wnosząc o oddalenie apelacji Kutza.

Jak dodał Kownacki – nawiązując do słów Baszuka o aktywności politycznej J. Kaczyńskiego – „można też powiedzieć, że gdyby nie ta wypowiedź Kazimierza Kutza, to poprzednie wybory może pan Kaczyński by wygrał – te kilka tysięcy głosów na Śląsku mogło mieć znaczenie”.

„To było zawinione naruszenie dóbr osobistych powoda”

Sąd apelacyjny uznał częściowo rację pełnomocnika Kutza i obniżył o połowę – z 10 na 5 tys. zł – kwotę zadośćuczynienia, jaką senator ma zapłacić na cel społeczny. Nakazał też Kutzowi, by zwrócił Kaczyńskiemu 1210 zł tytułem kosztów postępowania sądowego.

- To było zawinione naruszenie dóbr osobistych powoda – podkreśliła w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Małgorzata Borkowska. Jak mówiła, zasądzając określoną kwotę od pozwanego, trzeba mieć na uwadze rozmiar krzywdy wyrządzonej powodowi.

- Pomówienie, że ktoś przyczynił się do spowodowania śmierci, to niezwykle poważny zarzut. Dlatego – oceniając kontekst wywiadu i wypowiedzi pozwanego – trzeba uznać, że Kazimierz Kutz co najmniej godził się z tym, że naruszy dobra osobiste Jarosława Kaczyńskiego – podkreślił sąd.

Kutz: Gdyby to miało pójść w druku, „zamordowali” dałbym w cudzysłów

Zdaniem sądu apelacyjnego kwota 10 tys. zł zadośćuczynienia była w tej sprawie kwotą nadmierną – a odpowiednią będzie kwota 5 tys. zł. – Reperkusje wypowiedzi pozwanego dotknęły osoby publicznej, którą można krytykować mocniej – zasada „grubszej skóry” musi obowiązywać. Ale pozwany nie może twierdzić, że wypowiedź ta w ogóle nie dotknęła powoda, w odbiorze społecznym spotkał się on z negatywną reakcją na stawiany mu zarzut – zauważyła sędzia Borkowska.

Przed sądem I instancji J. Kaczyński podkreślał, że użyte przez Kutza sformułowanie „zabili” czy „zamordowali” jest „wyjątkowo bulwersujące”. W jego ocenie wypowiedź Kutza należy odbierać dosłownie. – Zarzut zabójstwa był tu ewidentny – podkreślał prezes PiS.

Kutz przekonywał zaś wtedy, że jego wypowiedź to „metaforyczny skrót myślowy” i pewna przesada. Jak podkreślił, wypowiedź ta nie była autoryzowana – a jest to obowiązek, którego dziennikarz w tym wypadku nie dopełnił. – Gdyby to miało być wydane w druku, to na pewno słowo „zamordowali” dałbym w cudzysłów – powiedział.

Zobacz także

tokfm.pl

 

„Tracimy czytelników i duża w tym wina nauczycieli”. Młodzi chcą wampirów i Sapkowskiego, a dostają nudę

Justyna Suchecka, 30.10.2014
Lektury szkolne standardowo juz kojarzą się z nudąLektury szkolne standardowo juz kojarzą się z nudą (Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)

Książek w ogóle nie czyta ok. 5 proc. uczniów podstawówek. W gimnazjach ten odsetek wzrasta już do 14 proc. Te nastolatki w ostatnim czasie nie miały w rękach nawet słownika czy komiksu, i to choćby w wersji elektronicznej.
Jak wygląda czytelnicza rzeczywistość 12- i 15-latków, sprawdzili specjaliści z Instytutu Badań Edukacyjnych. Czego dowiadujemy się z ich raportu? Że na szczęście jeszcze istnieje grupa uczniów, która czyta niemal codziennie – to średnio 20 proc. szóstoklasistów i 15 proc. gimnazjalistów. Co trzeci uczeń trzeciej klasy gimnazjum sięga po książkę co najmniej raz w tygodniu.

Inne wieści nie są już tak dobre. Młodych czytelników tracimy wraz z wiekiem – szóstoklasiści zdecydowanie częściej czytają w wolnym czasie niż gimnazjaliści. Ale już zainteresowania mają podobne – najczęściej wybierają fantastykę, w której bohaterami są osoby w ich wieku. I właśnie ta wiedza może pomóc w odwróceniu trendu, w którym czytanie dla przyjemności wyraźniej przegrywa z telewizją i grami komputerowymi.

Poczytaj mi tato

Duże znaczenie dla poziomu czytelnictwa młodych mają ich rodzice. W rodzinach uczniów czytających książki popularne było głośne czytanie dzieciom, gdy były jeszcze w wieku przedszkolnym. – Ważną rolę w tym procesie socjalizacji z książką odgrywają ojcowie – podkreśla dr Zofia Zasacka, szefowa badania.

Ale nie we wszystkich polskich domach są regały pełne lektur i czytający rodzice – w 7 proc. domów nie ma żadnej książki! Dlatego w budowaniu miłości do czytania bardzo ważna jest szkoła, a ta – jak zauważają autorzy badania – niestety nawala.

- Nauczyciele nie wykorzystują możliwości, które daje im podstawa programowa. Choć mogą, nie sięgają po książki spoza klasyki – mówi prof. Krzysztof Biedrzycki z IBE. – Przerabiają te same lektury od kilkudziesięciu lat, także dlatego, że sami nie nadążają za nowościami. Tracimy tak czytelników i wina nauczycieli jest duża.

I tak uczniowie owszem, czytają lektury szkolne, ale raczej „patchworkowo”. Nie w całości, ale jedynie w kawałkach, przeskakując między nudnymi fragmentami i mocno wspierając się streszczeniami.

- Przykro mi, ale chłopcy nie chcą czytać „Ani z Zielonego Wzgórza” – mówi dr Zasacka. I zaraz dodaje: – W szkole brakuje książek, które dotykają problemów dojrzewania i współczesnego świata.

Harry Potter i długo, długo nic

Niemal 20 proc. uczniów klasy szóstych i 15 proc. gimnazjalistów przeczytało przynajmniej jedną książkę autorstwa J.K. Rowling. I o ile książki o Harrym Potterze czy „Opowieści z Narni” bywają szkolnymi lekturami, o tyle już innych popularnych wśród młodzieży pozycji próżno na lekcjach szukać. Lektury szkolne to nie lektury marzeń. Zarówno 12-, jak i 15-latkowie najchętniej czytaliby w szkole powieści fantastyczno-przygodowe.

Jakie? 12-latki wymieniają: „Zmierzch”, „Hobbita”, „Magiczne drzewo”, „Igrzyska śmierci”, „Bogów olimpijskich”, „Dziennik cwaniaczka”.

U 15-latków lista ta poszerza się m.in. o książki Andrzeja Sapkowskiego, Stephana Kinga, Johna Flanagana.

Dziewczęta zaczytują się w książkach dotyczących problemu narkomani. I to nieśmiertelne tytuły: „My dzieci z dworca zoo” i „Pamiętnik narkomanki”. Równocześnie właściwie nie znają już książek, w których zaczytywały się ich matki – Krystyny Siesickiej, Małgorzaty Musierowicz czy Marty Fox. Wolą skierowane do starszych odbiorców książki Nicholasa Sparksa.

Lektury też ulegają globalizacji

Na liście popularnych pozycji poza Maleszką i Kosikiem właściwie nie ma polskich autorów. – Lektury ulegają globalizacji, co z pewnością wiąże się z popularnością filmowych ekranizacji historii o wampirach czy nastolatkach walczących na śmierć i życie. Młodzi Polacy wybierają niemal to samo co ich rówieśnicy we Francji czy w Argentynie. To prawda, często są to książki łatwe i przyjemne – mówi Zasacka. – Ale jeśli chcemy, by odsetek tych, którzy nie czytają w ogóle, nie wzrastał, musimy to uwzględnić: w domach, szkołach i bibliotekach.

Justyna Suchecka: Interesują Cię tematy związane z edukacją? Lubisz o nich czytać i dyskutować? Zapraszam na mój profil na Facebooku!

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz