RSS
 

Grażyna K.

 

Nauka języka rzeczy czyli moje 7:33 z Grażyną Kulczyk

Grzegorz Grzybek
Grażyna Kulczyk
Grażyna Kulczyk • mat. prasowy, fot. artstationsfoundation5050.com

Żyjemy w czasach, w których stan posiadania określa nas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A może zwyczajnie liczba głów uczestniczących w wyścigu o posiadanie, nigdy jeszcze nie była tak wielka. Znajomość języka, którym rozmawiają z nami produkty i usługi nigdy jeszcze nie była tak ważna. Jak wielu z nas go zna? Co znajomość tego języka, pozwala osiągać. Nie mogłem odpowiedzieć sobie na to pytanie bez rozmowy z kobietą, która w wyniku rewitalizacji XIX-wiecznego browaru Huggerów w Poznaniu, wniosła do języka rzeczy więcej niż którykolwiek Polak w historii. Przez kilka chwil mogłem popatrzeć prosto w oczy Grażyny Kulczyk.

Impreza CHIC GEEK w Starym Browarze. Przestrzeń dla gości otoczona barierkami. Jednocześnie widać, że typowy klient mógł bez problemu uczestniczyć w tym zamkniętym wydarzeniu.
Impreza CHIC GEEK w Starym Browarze. Przestrzeń dla gości otoczona barierkami. Jednocześnie widać, że typowy klient mógł bez problemu uczestniczyć w tym zamkniętym wydarzeniu.•gg

Najbogatsza Polka, kieruje się w pracy ideą 50/50 zakładającą, że 50 procent każdego przedsięwzięcia stanowi sztuka, a pozostałe 50 procent biznes. Po godzinie spędzonej w wypełnionym dziełami sztuki centrum handlowym Stary Browar w Poznaniu (dawniej Browar Huggerów) pomyślałem: Nie byłem jeszcze w galerii sztuki, w której „biletem” jest zakup produktu lub usługi. Przecież krój sukienki, projekt etykiety cukierków, mebli, garnków, telewizorów to także – w gruncie rzeczy – efekt pracy designerów i artystów. To sztuka. Tutaj wyraźniej widać, że świadome zakupy, mogą wspierać kulturę. Tutaj sztuka miesza się z handlem jak nigdzie indziej. Jest to na swój sposób irytujące i intrygujące zarazem. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że galerie handlowe stanowią dziś centra miast lub prowadzą do powstania multicentryczności. Stary Browar emanuje tym co społeczne i kulturalne. Jest miejscem spotkań, wizytówką i symbolem Poznania.

"Język rzeczy" Deyan  Sudjic, Wydawnictwo Karakter
„Język rzeczy” Deyan Sudjic, Wydawnictwo Karakter•gg

Niedawno wreszcie znalazłem czas, by sięgnąć po książkę „Język rzeczy” Deyan Sudjic. Nazwałbym ją rodzajem Biblii XXI wieku. Pismo Święte było i jest kierunkowskazem pokazującym gdzie zmierzać, jakie wartości prowadzą do sukcesu tych, którzy otrzymali dar wiary. „Język rzeczy” jest opowieścią o świecie przedmiotów, które mówią i myślą językiem wartości. To książka mówiąca o tym, że przedmioty nas oszukują, uwodzą, czarują, rozumieją, znajdują, odkrywają na nowo. Język sztuki, designu, marketingu, sprawia, że dostajemy lub kupujemy przedmiot lub usługę, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że nie mogliśmy tego uniknąć. W erze konsumpcjonizmu, czasach gdy posiadanie określa to kim jesteśmy i kim czujemy, że jesteśmy, istnieje język, który warto znać – język rzeczy. To język rzeczy, jest dziś narzędziem do zdobywania tego, czego człowiek nieustająco pożąda: władzy i piękna. Wydaje się, że to dzięki niemu można dziś odkrywać, wzbudzać pożądanie, tworzyć…być.

Grażyna Kulczyk nie stworzyła pierwszej na świecie galerii handlowej, ale wypełnienie sklepowych korytarzy sztuką za 100 milionów zł, było już posunięciem niespodziewanym i niespotykanym. Było nowym rozdziałem w opowieści o relacji produkt-klient. 7 minut 33 sekundy – tyle trwała moja rozmowa z Grażyną Kulczyk. To było niezwykłe doświadczenie. Fragment przedstawiam poniżej.

Stary Browar w Poznaniu
Stary Browar w Poznaniu•gg

Grażyna KulczykSztuka nie potrzebuje wsparcia, ale artyści tak. A żeby ich wspierać potrzebne są pieniądze. Stąd też idea 50/50, którą kieruję się we wszystkich moich przedsięwzięciach biznesowych. 50% każdego z nich dedykowane jest sztuce – dzięki temu, że zarabiam w biznesie, mogę ją finansować. Ta formuła świetnie sprawdziła się także tutaj, w Starym Browarze. Obecność dzieł sztuki to także wyraz szacunku dla ludzi, którzy tutaj przychodzą. Chciałam zaoferować im coś wyjątkowego – publiczny luksus w postaci dostępu do sztuki. Biznes można oczywiście robić w mniej wyrafinowanych architektonicznie przestrzeniach. Dla mnie jednak właśnie na tym polu nie mogło być kompromisów – chciałam stworzyć miejsce, które będzie zachwycać.

Stary Browar, dzieło Mr. , Henyo Penyo Myomyonmyo
Stary Browar, dzieło Mr. , Henyo Penyo Myomyonmyo•gg

Czuje dziś Pani satysfakcję?
Jestem szczęśliwa. Także dlatego, że ten projekt wciąż się rozwija, idzie do przodu. Receptą na to jest częściowo fakt, że otaczam się coraz ciekawszymi, młodymi i bardzo kreatywnymi ludźmi. Dzięki nim, wciąż kotłują się tutaj nowe pomysły i akcje. Stale się zmieniamy.

Grażyna Kulczyk i uczestnicy Global Fashion Battle w Starym Browarze
Grażyna Kulczyk i uczestnicy Global Fashion Battle w Starym Browarze•gg

Pani zredefiniowała pojęcie klienta w ogóle, ale też klienta miasta. Stary Browar to dziś przecież centrum Poznania.
Kiedyś powiedziałam sobie, że niemal osiem hektarów, które zajmuje Stary Browar i park, to niemal osiem hektarów dla dobrych inicjatyw. Miejsce, gdzie życie spotyka się ze sztuką. Bezwzględnie jest to dziś centrum życia kulturalnego. Działa tutaj galeria, od 10 lat teatr tańca i choreografii, fundacja, dziesiątki wydarzeń artystycznych, edukacyjnych. Uczestniczymy w wielu festiwalach na świecie, zdobywamy nagrody. Tak, czuję satysfakcję – udało się stworzyć w Poznaniu największą dziś prywatną instytucję kulturalną w Polsce.

Red Blue Chair Rietvelda (po lewej) i płótno Mondriana (po prawej) wyceniane dziś na sumę wielokrotnie większą niż krzesło
Red Blue Chair Rietvelda (po lewej) i płótno Mondriana (po prawej) wyceniane dziś na sumę wielokrotnie większą niż krzesło•”Język rzeczy” Deyan Sudjic fot. gg

Stary Browar to niezwykła architektura, design. Wydaje się, że młodemu pokoleniu, łatwiej zrozumieć design, niż sztukę, która jest nieużyteczna, niepraktyczna?
Granica pomiędzy designem i sztuką jest dziś bardzo płynna – na różnych płaszczyznach, nawet wartości przedmiotów. Na przykład meble mistrzów designu nieprawdopodobnie zyskują na cenie. Ktoś kto nie pomyślałby o kupieniu np. obrazu, a kupił fotel Eames’ów lub Wagnera, stwierdzi wkrótce, że jest majętny. Te przedmioty designu odnotowują teraz największe wzrosty. Na razie nie ma porównania z wartością obrazów mistrzów, ale to kwestia czasu. Nie jestem wróżką, ale tak uważam.

Design jest już dziś jednoznacznie sztuką?
Ależ oczywiście. Design i moda są sztuką. Związki technologii z modą także są sztuką.

Nastolatki na zakupach w Starym Browarze
Nastolatki na zakupach w Starym Browarze•gg

Tego dnia dopisywało mi szczęście. Miałem okazję porozmawiać także z Dominiką Kulczyk, która od początku istnienia biznesu matki, zajmowała się komunikacją marketingową.

Komisja Europejska ruszyła w tym roku z projektem edukacji konsumenckiej Consumer Classroom. Czy ten projekt jest Pani zdaniem ważny?
Dominika Kulczyk: Bardzo. Cały czas konsumujemy produkty, obrazy, dźwięki. Dla nas ważne jest, aby szanować czas oraz przestrzeń klientów. Sprzedając ludziom przedmioty, wpływamy na ich życie

Państwa rodzina jest nieprzeciętnie zamożna. W jakim stopniu dla Pani zamożność to luksus, a w jakim odpowiedzialność?
Jeśli ktoś dostał trochę więcej niż inni w jakiejkolwiek dziedzinie, to nie jest przypadek. Dzięki talentowi, przywilejom czy pieniądzom czasami możemy więcej. Jeśli żyjemy odpowiedzialnie – nawet mając niewiele – możemy się podzielić. To nasze dzielenie, zaczęło się tutaj. Mama wraz z uruchomieniem galerii, uruchomiła Art Stations Foundation, która łączy i promuje kulturę, sztukę i biznes

To właśnie Consumer Classroom Komisji Europejskiej, zainspirował mnie do podjęcia tematu konsumpcji na blogu. Nieoficjalnie zdążyłem się zorientować, że w Polsce stopień wdrażania projektu jest bardzo słaby, choć w UE cieszy się zainteresowaniem.

Consumer Classroom w UE
Consumer Classroom w UE•consumerclassroom.eu

Mam nadzieję, że zainspirowałem Was do pogłębiania wiedzy na temat języka naszych czasów – języka rzeczy. Wszystkim nauczycielom polecam Consumer Classroom. Przyszłe pokolenia muszą mieć świadomość, jak ich małe i wielkie, świadome i nieświadome wybory zakupowe, wpływają na biznes, sztukę, ich własne życie i milionów ludzi na całym świecie.

Grzegorz Grzybek

citybranding.natemat.pl

Wojtek Szacki, 14 listopada 2014
Typujemy wyniki wyborów. PO czy PiS?
Największą zagadką będzie wynik Nowej Prawicy. Wybory bez Janusza Korwin-Mikkego, najtrudniejsze dla niewielkiej liczebnie partii – czy znajdzie się 700 tys. wyborców, bo tyle zapewne będzie trzeba, by przekroczyć próg wyborczy?

 

Typowanie wyników wyborów samorządowych jest znacznie trudniejsze niż parlamentarnych. Kampania jest zbyt zdecentralizowana, są setki nieznanych na ogół kandydatów, brakuje sondaży – żaden ośrodek nie pokusił się o porządne badanie preferencji w 16 województwach. A do tego w kilku regionach kilkunastoprocentowe poparcie będą miały komitety lokalne i nie do końca wiadomo, czy uszczkną każdej partii po równo, czy też jednym zabiorą bardziej, a innym mniej.

Ale jeśli już miałbym typować to:

1. Platforma, wynikiem lekko powyżej 30 proc. Jako że mam w sobie trochę hazardzisty, śledziłem ostatnio kursy bukmacherskie na wygraną PO. Bez zdziwienia odnotowałem, że spadły z 1,6 do 1,3; a więc za postawioną złotówkę zarobić można zaledwie 30 groszy. Mój brak zdziwienia wynikał nie tylko z tego, że PiS potknął się na finiszu o własne nogi, a ściślej nogi Adama Hofmana i jego dwóch kolegów z żonami. Od lat Platforma ma po prostu sprawniejszą ekipę od kampanii, przez co starcia tych dwóch partii wyglądają na pojedynek ambitnego tenisisty amatora z zawodowcem. Krótko mówiąc, PO umie tak zrobić, żeby w telewizji ładnie wyglądało, a PiS od kilku lat nie umie.

Inna rzecz, że Platforma znów ma szczęście. Odejście Donalda Tuska do Brukseli, zmiana szefa partii i premiera obudziły na nowo zainteresowanie Platformą, przyciągnęło trochę byłych wyborców i pozwoliło przykryć brak pomysłów zręcznymi hasłami o zmianie, współpracy itp. PO oderwała się na chwilę od naparzanki z PiS, zmieniła język – i to chyba wystarczy do ósmego z kolei zwycięstwa nad Jarosławem Kaczyńskim.

2. PiS przegra nieznacznie, z wynikiem około 30 proc. Kaczyński nie umie odnaleźć się w Polsce bez Tuska. Co więcej, PiS nie do końca chyba czuje specyfikę kampanii samorządowej; PO umie uciec od polityki i zejść na poziom samorządu, a PiS nie.

To jest oczywiście iluzja, ale właśnie takimi iluzjami wygrywa się kampanie. W 2005 r. PiS miał te umiejętności, a dziś ich nie ma. Nieustanna rotacja osób odpowiedzialnych za kampanie też ma znaczenie. Nie słyszałem, żeby sztab PiS korzystał np. z rad Adama Bielana, dziś przecież sojusznika, który to i owo o robieniu kampanii wie. Przedziwne jest też schowanie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina w kampanii centralnej, jakby Kaczyński nie chciał dostać premii za zjednoczenie prawicy.

Cegiełkę do worka kamieni dźwiganego przez prezesa dołożył Hofman i wygląda na to, że PiS te wybory przegra. Zwłaszcza gdy posłucha się doniesień z regionów o tym, jak zamknięte są lokalne struktury partii, jak zazdrośnie kacykowie strzegą swojego obejścia, byle nie dopuścić nowych twarzy. Opisywała to Agnieszka Romaszewska, opisywał to Robert Mazurek, a więc ludzie, których trudno podejrzewać o jakąś gruntowną niechęć do PiS.

3. PSL weźmie ok. 15 proc. głosów. Samorząd to koronna dyscyplina ludowców, w wyborach do sejmików mieli w 2010 r. około dwa razy większe poparcie niż w parlamentarnych 2011 r. Z Warszawy trudno cokolwiek powiedzieć o kampanii PSL, bo w stolicy Stronnictwo nie istnieje, ale nic nie wskazuje na to, żeby wynik miał być dużo gorszy niż cztery lata temu, a wówczas było ponad 16 proc.

4. Na czwartym miejscu zamelduje się słabnące SLD, które otrze się zapewne o 10 proc. Partia Leszka Millera ostatni tydzień kampanii poświęciła atakowaniu konkurentów – PiS za Hofmana, Platformę za niegospodarność, PSL za korzystanie na nieważnych głosach w wyborach samorządowych – ale jakby zapomniała o promowaniu siebie. Miller po słabym wyniku będzie się zapewne ostentacyjnie cieszył z klęski Janusza Palikota, co przerabialiśmy już po eurowyborach, ale lewica od tego nie urośnie. Zresztą ta lewica chyba już w ogóle nie urośnie.

5. Największą zagadką będzie wynik Nowej Prawicy. Wybory bez Janusza Korwin-Mikkego, najtrudniejsze dla niewielkiej liczebnie partii – czy znajdzie się 700 tys. wyborców, bo tyle zapewne będzie trzeba, by przekroczyć próg wyborczy? Jeśli się znajdzie, to NP będzie niemal pewnym udziałowcem przyszłego Sejmu. Ja uważam, że 5 proc. jest w zasięgu, choć głowy bym nie dał.

6. Resztę głosów wezmą komitety lokalne, raczej słabsze niż w 2010 r. W kilku regionach nie ma ich wcale, a najpotężniejszy z nich – Obywatelski Dolny Śląsk – osłabł po odejściu Rafała Dutkiewicza i porozumieniu z Platformą.

polityka.pl

MDŁOŚCI

AGATA BIELIK-ROBSON, 13.11.2014

Miałam małą przerwę w pisaniu felietonów, ale bynajmniej nie z powodu wakacji. Nie robiłam w tym czasie nic przyjemnego nad żadnym ciepłym morzem. Powód był inny: po prostu zemdliło mnie od polskiej polityki tak strasznie, że wolałabym już walić głową o mur, niż o niej pisać. Mam bowiem w sobie takie przesądne, archaiczne przekonanie, że kiedy się coś przedstawia albo opisuje, to nadaje się temu czemuś pewną ontologiczną godność – tymczasem polska polityka powinna znajdować się na samym dnie niebytu. A o tym, czego nie ma, nie powinno się pisać – o tym powinno się milczeć.

 

Byłam ostatnio w „Babilonie”, akurat w ten dzień, kiedy odbywały się obie konwencje, i Platformy, i PIS-u, więc program, który jest transmitowany na żywo, był dość poszarpany, bo wciąż przerywały go przemówienia przywódcow: Tuska, Kopacz i Kaczyńskiego. Już przy tych pierwszych mowach, w trakcie których krążył słynny szalik, zrobiło mi się nieswojo, ale przy wystąpieniu Jarosława Polskęzbawa dostałam iście Sartre’owskiego ataku mdłości, właściwie graniczącego z paniką. Poczułam się jak w ciasnej spróchniałej trumnie, pogrzebana za życia i na siłę wepchnięta do narodowej mogiły, w której trupy rozmawiają z trupami o trupich sprawach. Jakby czasu już nie było, bo stanął na dobre jakieś trzydzieści lat temu w układzie domyślnym PRL-u, jedynym, jaki prezes Kaczyński i jego zzombizowany lud są w stanie pojąć, mieląc bez końca te same odwieczne „rozpoznania”: że Platforma to nowa nomenklatura, która przejmuje monolityczną władzę na wszystkich szczeblach; że wprowadza terror i cenzurę, a ludzie inaczej myślący boją się do tego przyznać; że „polska gospodarka znów znalazła się na skraju przepaści” (a za sprawą PIS-u z pewnością „uczyni wielki krok do przodu”) i tak dalej i dalej, w tej upiornej poetyce polskiego bezczasu, gdzie wciąż jeszcze mówi się, jakby nigdy nic, Gomułą.

 

Po jednej więc stronie partia śmierci (albo raczej „martwicy mózgu”) – po drugiej partia życia. Ale jakie to życie, mój Boże… Życie, w którym wszystko uchodzi, niczego od siebie nie wymaga i jest-jakie-jest, czyli nagie życie stanu natury. Czy i jak w ogóle można wybierać między jednym a drugim?! Horror, horror, horror – jak mawiał inny klasyk od mdłości, który uciekł stąd w dalekie afrykańskie kolonie.

 

I tak jak mdliło mnie już od pozornego sporu dwóch polskich prawic, PO i PIS-u, tak dziś mdli mnie jeszcze bardziej od perspektywy ich pojednania, szumnie zapowiadanego przez Ewę Kopacz.

 

Wbrew pewnym głosom nadziei (czy raczej rozpaczy? – ale kto to u nas odróżni…), stawiającym na Kopacz-kobietę, ja w jej tradycyjnej kobiecości, otoczonej całym wianuszkiem „ciotek-dewotek” (jak to się trafnie wyraził Palikot), widzę tylko jeszcze głębsze, bo już zupełnie nierefleksyjne, przyzwolenie na prawoskręt Platformy. Ta wola pojednania jedynie ujawnia dotąd ukrytą prawdę obu ugrupowań, zwaśnionych tylko na poziomie personalnym, których nic nie dzieli oprócz drobnych kwestii kosmetycznych i pewnej zewnętrznej ogłady.

 

Prawdę tę potwierdził kilka dni temu Roman Giertych w rozmowie z Anitą Werner, w „Faktach po faktach” w feralnym dniu 11 listopada. Na pytanie, czy jako niedawny jeszcze lider młodocianych ruchów narodowych czuje się odpowiedzialny za ich notoryczno-coroczno-rytualne demolowanie stolicy (bo nie ma wątpliwości, że narodziła nam się nowa świecka tradycja), odpowiedział bardzo butnie, że nie, absolutnie nie, bo cała elita Ruchu Narodowego, która nic wspólnego nie ma z tym kibolskim motłochem, szła w pochodzie razem z prezydentem Komorowskim i razem z nim składała kwiaty pod pomnikiem Romana Dmowskiego. „I mój tata, i klan Libickich, i Aleksander Hall…” – wyliczał Giertych: wszyscy byli w tym marszu, centralnym i oficjalnym, wyrażającym samą mdłą substancję naszego mainstreamu.

 

I zauważcie, że tego roku już nikt nie ważył się kwestionować samej idei Ruchu Narodowego, w który z definicji wpisany jest drapieżny, agresywny nacjonalizm.

 

Nie, sama idea jest teraz OK, bo przecież wszyscy dziś jesteśmy polskimi nacjonalistami – a nie OK są tylko jej wypaczenia, czyli chuliganerka motłochu (jak dopowiada elitarny Giertych: w oczywisty sposób sprowokowana przez zły populistyczny PIS).

 

Jak to się wszystko powoli przesuwa, z pozoru niepostrzeżenie, cal po calu – na prawo. Z roku na rok coraz bardziej, nieubłaganie – worstward ho!, „dalej w najgorsze!” Oczyma mej duszy widzę więc taki ponury scenariusz: jeszcze kilka takich latek, a PO faktycznie weźmie wszystko pod egidą jednej wielkiej polskiej naturalnej prawicowości. Podczas bowiem gdy dziś to, co nazywa się jedyną prawicą, a w istocie jest tylko jej sarmacką odmianą, wdało się w bratobójcze wewnętrzne spory (W Sieci z Do Rzeczy, PIS-owcy z Narodowcami, Ziemkiewicz z Wenclem, a młody Wildstein z Wasiukiewiczem itd.) – PO, ta wielka narodowa plecha, ogarnie wkrótce całe pole i zaraz będziemy jak te grzyby w jednym barszczu, ogłupiałe i mdłe.

 

Już mnie mdli na samą myśl. Mdli mnie, bo wszystko, co jeszcze w mnie ludzkie, ostatkiem sił się buntuje przeciw temu powszechnemu prawicowemu zgrzybieniu. Ale znów rozum podpowiada, że będzie jeszcze gorzej, więc mdłości będą permanentne. Tylko czy jest sens o tym pisać?

krytykapolityczna.pl

FELIETONY AUTORA

Dodaj komentarz