RSS
 

Kapłanka (29.04.2015)

 

KAPŁANKA KOŚCIOŁA SMOLEŃSKIEGO

Iwona Szpala, 28.04.2015
75. rocznica agresji radzieckiej na Polske w Warszawie. Druga od prawej Anita Czerwińska. 

75. rocznica agresji radzieckiej na Polske w Warszawie. Druga od prawej Anita Czerwińska. (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Anita Czerwińska, działaczka Klubów „Gazety Polskiej”, bojowniczka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Od roku jest aktywistką PiS
„Bez niej nie byłoby tu miesięcznic, nie byłoby pewnie i rocznic, a przecież podejmuje wiele innych działań. Pani Anito, z całego serca dziękuję – mówił na Krakowskim Przedmieściu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Adresatka podziękowań to Anita Czerwińska, szefowa warszawskich Klubów „Gazety Polskiej”.Od 2010 r. każdego 10. dnia miesiąca na Krakowskie Przedmieście ściąga ok. 2 tys. osób. Nazywają siebie „ludem smoleńskim”, po mszy w archikatedrze maszerują pod Pałac Prezydencki. Mają stałe postulaty: wyjaśnienie „prawdziwych” przyczyn katastrofy, upamiętnienie ofiar, ukaranie winnych. Przemawia prezes Kaczyński. Dziękuje za wytrwałość, co miesiąc mówi: „zbliżamy się do prawdy”. Słuchają go posłowie, delegacja górników, jest modlitwa i pieśń „Boże coś Polskę” ze słowami „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, czyli w wersji z czasów zaborów, okupacji hitlerowskiej i PRL.Od 2010 r. miesięcznic było 60, wszystkie zorganizowała Anita Czerwińska. – To, co powiedział o pani Anicie prezes Kaczyński, jest cenniejsze od partyjnych zaszczytów – uważa polityk z kierownictwa PiS. – Dziękował jej jako Jarosław, brat Leszka, było to osobiste, bardzo autentyczne.Anita Czerwińska na spotkanie się nie zgadza, rozmawiamy przez telefon. Pyta, po co chcę o niej pisać. Mówi, że przypisując jej autorstwo miesięcznic, przesadzam, to zasługa wielu. 

Poznaję więc Czerwińską przez internet. Niezliczone relacje spod Pałacu Prezydenckiego. Czerwińska przemawia zaraz po prezesie Kaczyńskim, prowadzi pikiety patriotyczne, protestuje w Sejmie, zachęca do Klubów „GP” w Londynie, występuje z Antonim Macierewiczem. Jest jedną z liderek zaplecza PiS, które gromadzi twardy elektorat partii.

W internecie piszą o niej „Kapłanka Kościoła Smoleńskiego”. Czy to określenie jej pasuje? – To opinie nieuprawnione, nie będę ich komentować – odpowiada.

Porachunki z czerwonymi

Aktywistką patriotyczną i Anitą Czerwińską z Krakowskiego Przedmieścia została dziesięć lat temu. Wcześniej była Anitą Czerwińską z korporacji. Jest prawniczką po Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała kilka lat w amerykańskich firmach, m.in. w US West Polska, czyli u pierwszego wydawcy katalogu Panorama Firm, potem w telewizji HBO.

Ale świat korporacji jej nie pasuje. Czyta „Gazetę Polską”, co, jak twierdzi, ma znaczący wpływ na jej światopogląd.

Czerwińska, rocznik 1970, wychowuje się na stołecznych Bielanach, jest córką powstańca warszawskiego, ma dwóch starszych braci, którzy w latach 80. czytają bibułę, słuchają podziemnych piosenek z kaset.

„Mam osobiste porachunki z czerwonymi, będę się im opierać ze wszystkich sił. To krzywda, którą wyrządzono mojej rodzinie” – mówi w podwarszawskiej Kobyłce przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2014 r.

O co chodzi? – Babcia w 1948 r. została skazana na 15 lat więzienia w procesie politycznym. Siedziała w Fordonie [ciężkie więzienie polityczne dla kobiet w Bydgoszczy] – wyjaśnia. – Była odważną kobietą, dla której liczyła się przyzwoitość. To, co się jej przydarzyło, miało wpływ na los całej rodziny. Jak czuły się dzieci, słysząc, że mają matkę bandytkę?

Już jako dwunastolatka Anita Czerwińska wie, że w Polsce toczy się „walka dobra ze złem”, w stanie wojennym chodzi z mamą i braćmi na demonstracje: „Zobaczyłam, jak starsza kobieta przedziera się przez kordon policji, klęka przed zomowcem i krzyczy: „oddajcie mi syna!” (…) dopadłam do tego kordonu i zaczęłam strasznie na nich krzyczeć, żeby oddali (…). Zomowcy oczywiście nie reagowali, dziecka by nie tknęli” – wspomina 3 maja 1982 r. w książce Joanny Lichockiej „Przebudzenie”.

Szatan na Krakowskim Przedmieściu

Czerwińska szuka ludzi o pokrewnych poglądach w korporacji, ale to trudne. Jeździ więc na zloty ciemnogrodzian, które od 1996 r. przez kolejne cztery lata organizuje Wojciech Cejrowski. Po urodzeniu syna rzuca dotychczasową karierę. W książce mówi, że zaczyna dostrzegać „tendencję do wykluczania ludzi” takich jak ona – antykomunistów, prawicowców.

Przystępuje do ruchu czytelników pisma, czyli Klubu „Gazety Polskiej”, potem dostaje pracę w wydawnictwie „GP”, odpowiada za reklamę i marketing. W 2006 r. zaczyna kierować warszawskim Klubem „GP”. Przed 2010 r. to jednak niszowe środowisko.

Przełomem jest katastrofa smoleńska. 10 kwietnia Anita Czerwińska jedzie do redakcji, pamięta zmienioną twarz naczelnego Tomasza Sakiewicza, płaczących kolegów. „Konkluzja była oczywista, że nie odpuścimy nigdy tej sprawy. I każdy ma zadanie do spełnienia”.

Na pierwszą miesięcznicę katastrofy postanowiła wypuścić w niebo 96 gołębi. „I pofrunęły. Pięknie, zatoczyły nad nami koło. (…) Potrzebowaliśmy takiego znaku”.

Potem jest już Krakowskie Przedmieście. Konflikt wokół krzyża, który adoruje grupa modlących się. Na chodniku przed Pałacem Prezydenckim wybucha światopoglądowy spór, przenosi się do Sejmu i mediów. Gdy prezydent Komorowski mówi, że miejscem krzyża jest kościół, awantura uliczna trwa na całego.

Warszawski Klub „GP” wystawia w sierpniu obywatelskie warty. „Będą czuwać przed krzyżem i bronić obrońców krzyża przed hordami pijanego bydła” – informuje Tomasz Sakiewicz, naczelny „GP”. Czerwińska prowadzi nabór strażników, ustala grafik.

Wcześniej sama broni „obrońców” krzyża. Jak twierdzi w książce – m.in. przed opłacanymi grupami, których sponsorzy przesiadują w pobliskim barze alkoholowym. „Pamiętam, jak stał obok mnie młody człowiek, który bezmyślnie zaczął grozić śmiercią Antoniemu Macierewiczowi. Zaproponowałam, że może porozmawiamy z policjantem (…). Po miesiącu miałam wrażenie, że jestem oblepiona jakimś brudem, czymś strasznie złym. Że tam jest jakiś szatan po prostu”.Gdy krzyż zostaje przeniesiony do kościoła św. Anny, Czerwińska uważa, że to profanacja: „Mieliśmy poczucie (…) porzucenia przez pasterzy, biskupów. Nie wszystkich oczywiście, ale brakowało nam stanowczego głosu ujęcia się za krzyżem, który był przecież poświęcony”.W nowym miejscu smoleński symbol traci na znaczeniu. Krzyż przestał kogokolwiek interesować. Czerwińska angażuje się w miesięcznice. Na msze przychodzi prezes PiS, z czasem dołącza do pochodów. Organizacja jest profesjonalna: mobilny krzyż uczestnicy zabierają po modlitwie, stawianie zniczy jest uporządkowane. Pod patronatem Macieja Wąsika, b. wiceszefa CBA i lidera PiS w radzie miasta, powstaje ochrona marszu. Czerwińska dopina szczegóły.Cezary Jurkiewicz, radny PiS, szef służby porządkowej, która dziś ochrania stołeczne manifestacje partii: – Przy Anicie byłem od początku, ale starałem się być cieniem. Po Łodzi, zabójstwie Marka Rosiaka, jesienią 2010 r. została podjęta decyzja o stworzeniu służby porządkowej. Moja rola się skonkretyzowała. To, co dziś ludzie tworzą na Krakowskim, jest unikalne. Razem z Anitą mamy olbrzymie wsparcie środowiska PiS i z Klubów „GP”. 

Rok mobilizacji

W 2011 r. Anita Czerwińska startuje do Sejmu z listy PiS. Na portalu Niezależna.pl. twierdzi, że propozycja ją zaskoczyła, komplementuje PiS, że ta partia jako jedyna otwiera się na „ludzi, którzy z dala od kamer, fleszy wykonują pracę dla Polski”. – Miała być czarnym koniem listy – mówi jeden z polityków PiS. Dostała 3,9 tys. głosów. – Tematyka smoleńska tak ważna dla PiS nie przekłada się na szerszą rozpoznawalność.

Czerwińska wraca do codziennych zajęć: praca, miesięcznice, marsze. Na Krakowskim Przedmieściu ma wystąpienia po prezesie Kaczyńskim. „Za Smoleńsk muszą odpowiedzieć ci, którzy (…) tę operację przeprowadzili. Moralną odpowiedzialność ponosi też bardzo wielu dziennikarzy, którzy bezkrytycznie powtarzali rosyjskie kłamstwa” – relacjonuje jej słowa w lutym 2012 r. Niezależna.pl.

We wrześniu 2012 r. jest pod bramą zamkniętego cmentarza na Powązkach, pod transparentem „Smoleńsk – żądamy prawdy” z posłami Antonim Macierewiczem, Anną Fotygą, klubowiczami „GP”, Solidarnymi 2010 i ich szefową Ewą Stankiewicz. Okoliczności są dramatyczne, ekshumacja jednej z ofiar katastrofy. Na miejsce próbuje się dostać Grzegorz Braun, radykalny, prawicowy publicysta, który postulował niegdyś rozstrzelanie dziennikarzy TVN i „GW”, dziś kandydat na prezydenta. Braun ląduje w radiowozie, otaczają go protestujący, m.in Anita Czerwińska i posłanka Małgorzata Gosiewska. – Lubię kobiety mądre i odważne – mówi o koleżance Gosiewska.

W partii ma poparcie grupy b. szefa CBA Mariusza Kamińskiego i bardzo ważnego promotora. To Antoni Macierewicz, wiceprezes partii, szef parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, zwolennik teorii o zamachu.

Pytam Czerwińską, czy w Smoleńsku był zamach. – A pani uważa, że był? – opowiada pytaniem. – Nie. – A skąd pani to wie?

W 2014 r. Czerwińska startuje do PE. Chodziło nie tylko o to, by wprowadzać Smoleńsk do międzynarodowej debaty. „Europie potrzebna jest konserwatywna ofensywa, aby powstrzymać propagowanie szkodliwych, wyrastających z marksizmu ideologii, których celem są już nasze dzieci”. Z wynikiem 5 tys. głosów została jednak w Polsce. Od jesieni jest radną PiS powiatu warszawskiego zachodniego, mieszka w gminie Leszno.

Na lutowym marszu pamięci ogłosiła, że 2015 r. „to rok powszechnej mobilizacji obywatelskiej”. Podwójne wybory i podwójna wygrana PiS, są jedyną szansą na wyjaśnienie katastrofy.

Według moich rozmówców z PiS sama może szykować się na awans. – Ma gwarantowane miejsce na liście do Sejmu – mówi polityk z kierownictwa PiS.

– Sejm? Proszę pani, ja o tym nie myślę – przekonuje Czerwińska. – Zajmują mnie przygotowania do wyborów prezydenckich, organizuję ludzi do komisji wyborczych.

Będą pilnować, by głosy były uczciwie liczone.

MAGDALENA OGÓREK PIERWSZY RAZ NA SALONACH. I TO W TAKIEJ KREACJI. SUKIENKA NICZYM HALKA

Abc, 29.04.2015
Magdalena Ogórek 

Magdalena Ogórek (KAPiF)

Magdalena Ogórek, od czasu ogłoszenia swojej kandydatury, na imprezie show-biznesowej jeszcze nie była. Wybory prezydenckie za pasem, nadszedł zatem najwyższy czas. Pojawiła się we wtorek na pokazie najnowszej kolekcji marki La Mania.

Wybory prezydenckie już niebawem, kampania prezydencka na finiszu, bywać trzeba. Świetną okazją do tego był dla Magdaleny Ogórek pokaz domu mody, którego dyrektor kreatywną jest eks partnerka Jana Kulczyka, Joanna Przetakiewicz. Kandydatka na prezydenta na imprezę przyszła w kreacji, a jakże, właśnie od La Manii.

<< ZOBACZ ZDJĘCIA >>Sukienka niczym halka, dekolt, odsłonięte nogi – w takim wydaniu Magdaleny Ogórek jeszcze nie widzieliśmy. Choć wiadomo, że ma słabość do krótkich kreacji. Za tę, którą założyła na obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej, została ostro skrytykowana.

Wcześniej na salonach mogliśmy Magdalenę Ogórek zobaczyć w październiku, jeszcze przed ogłoszeniem, że kandyduje na prezydenta. Przyszła wtedy na pokaz Bizuu i czas spędziła m.in. w towarzystwie żony Cezarego Pazury, Edyty.

Edyta Pazura i Magdalena OgórekKAPiF

Wybory prezydenckie 2015 już 10 maja. Ostatnio rozmawialiśmy z gwiazdami o tym, jakie pytania zadałyby kandydatom na prezydenta. Zobaczcie:

 

mte

plotek.pl

Inwestor zburzył zabytkowy pub. Teraz musi go odbudować cegła po cegle

wah, 29.04.2015
Oryginalna londyńska Carlton Tavern przed wyburzeniemOryginalna londyńska Carlton Tavern przed wyburzeniem (Oxyman/WikimediaCommons/C.C.2.0)

Londyńska rada miasta nakazała deweloperowi odbudowę zburzonego pubu Carlton Tavern. Inwestorzy zburzyli budynek buldożerami zaledwie kilka dni przed wpisaniem go na listę zabytków.
Sprawę opisał brytyjski „The Telegraph”. Jednopiętrowy ceglany budynek, w którym mieścił się pub Carlton zbudowano w 1919 roku. Był też jedynym budynkiem stojącym przy swojej ulicy, który przetrwał nazistowskie bombardowania w czasie II wojny światowej. Zarówno przed, jak i po wojnie służył jako jedno z tradycyjnych miejsc spotkań ludzi w dzielnicy.

Jednak w wielkanocny poniedziałek właściciele powiedzieli kobiecie, która prowadziła pub, że zamykają miejsce na dwa dni ze względu na „inwentaryzację”. Gdy kobieta wróciła dwa dni później, budynku już nie było. W tym czasie pod pub podjechały buldożery i zburzyły budynek.

„Wiedzieli, co robią”

Sąsiedzi i klienci zareagowali prawie natychmiast. – Pub wyglądał tak, że mógłby służyć przez kolejne 100 lat. To kolejny gwóźdź do trumny, jeśli chodzi o budowanie lokalnej wspólnoty. Jasne, świetnie być na Twitterze, ale to nie to samo, co napić się piwa w knajpie – krytykował dewelopera, izraelską spółkę CLTX Ltd. z Tel Awiwu, Danny John-Jules, gwiazda brytyjskiej telewizji i stały bywalec pubu.

- Zanim moje dzieci będą wystarczająco dorosłe, by pić, nie będzie już żadnych pubów. W ciągu następnego tygodnia budynek miał zostać wpisany do rejestru zabytków. Wiedzieli, co robią – mówił 54-letni aktor.

Londyńska rada miasta podzieliła zdanie mieszkańców. Już w dwa tygodnie po zburzeniu wydała nakaz odbudowy budynku „w taki sposób, by wyglądał jak przed zburzeniem”. Robert Davis, zastępca przewodniczącego rady, dodał również, że „był zdruzgotany tą skandaliczną demolką”.

W ciągu tego tygodnia urzędnicy dostarczą deweloperowi nakaz. Zgodnie z zapisem właściciele działki nie mogą jej sprzedać do czasu skończenia odbudowy, a później budynek zostanie włączony do listy dziedzictwa historycznego miasta. Dzięki temu jego zburzenie w przyszłości będzie niemożliwe.

Firma zapowiedziała odwołanie, ale prawdopodobnie zostanie ono odrzucone, gdyż trzy miesiące temu rada nie wydała deweloperowi zezwolenia na budowę osiedla mieszkań na tym miejscu.

W Polsce deweloperzy postępują w podobny sposób

W Polsce scenariusz wyburzania zabytków jest bardzo podobny jak ten w Anglii. Deweloperzy sprowadzają ciężki sprzęt w długi weekend, gdy urzędnicy mają wolne i trudno im zareagować na samowolę. W taki sposób tylko w ciągu ostatnich trzech lat zburzyli w Warszawie m.in. willę na Saskiej Kępie czy gmach stuletnich koszar niedaleko Łazienek Królewskich.

Za każdym razem, gdy na miejsce docierali pracownicy Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków i PINB-u, oglądali już tylko górę gruzu. Za taką samowolę artykuł 90. przewiduje „grzywnę, karę ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch”.

wyborcza.pl

Były oficer KGB: Putin nie pracował w wywiadzie. Zadania? Nakarmić towarzyszy, obwieźć po sklepach

Anna Pawłowska, 29.04.2015
Władimir Putin podkolorował swoją biografię? Nie byłoby w tym nic zaskakującegoWładimir Putin podkolorował swoją biografię? Nie byłoby w tym nic zaskakującego (Alexei Nikolsky / AP / AP)

Jurij Szwiec to były oficer radzieckiego wywiadu działający m.in. w rezydenturze na terenie USA. W 1993 roku wyemigrował na stałe do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracuje jako analityk finansowy specjalizujący się w rynkach wschodnich. W najnowszym wywiadzie zdradza kilka faktów z życia Władimira Putina, które odbiegają od tego, co można przeczytać w oficjalnej biografii prezydenta Rosji.
- Władimir Putin nigdy nie pracował w wywiadzie. Jego zdolności były poniżej średniej, dlatego trafił do Leningradu – mówi w wywiadzie dla ukraińskiego serwisu Gordon.ua Jurij Szwiec, były oficer KGB, który razem z prezydentem Rosji uczył się w Instytucie im. Andropowa kształcącym kadry radzieckich służb specjalnych.

Jak twierdzi Szwiec, selekcja do szkoły była wyjątkowo ostra. Dlatego znakomita większość kursantów trafiała po rocznym szkoleniu do pracy w wywiadzie. – To mit, że do wywiadu brali samych Jamesów Bondów. Wybitnych można było policzyć na palcach. Większość pracowników Pierwszego Zarządu Głównego KGB [wywiad zagraniczny] to ludzie z wystarczającymi, czyli średnimi umiejętnościami analitycznymi i odpowiednim profilem osobowościowym. Kluczowe słowo – średnimi. To, że Putina nie skierowano do wywiadu, tylko do leningradzkiego wydziału KGB, świadczy o tym, że jego umiejętności były poniżej średniej – tłumaczy Szwiec.

Jak twierdzi, wówczas leningradzkie KGB było typową prowincjonalną placówką, która „niczym nie różniła się od tej np. w Berdyczowie”.

Nie było rezydentury w NRD

Szwiec nie zgadza się też z tą częścią oficjalnego życiorysu Władimira Putina, która opisuje jego pracę na terytorium NRD. Miał się tam zajmować werbunkiem.

- Na terytorium NRD nie było rezydentury KGB, ZSRR nie prowadził działań wywiadowczych we wschodnich Niemczech – twierdzi Szwiec. Jego zdaniem funkcjonowały natomiast oficjalne przedstawicielstwa KGB w Berlinie, Dreźnie i jeszcze jednym mieście.

- W czasach radzieckich podróże zagraniczne były dla wszystkich wielkim wydarzeniem. KGB organizowało dla swoich pracowników takie „święto”. Oficera KGB wysyłano na kilka lat obijania się do Niemiec. Potem wracał z niemieckim aparatem fotograficznym i serwisem stołowym Madonna. I to był jedyny rezultat jego „pracy wywiadowczej” w NRD – opisuje Szwiec.

Twierdzi, że podobnie wyglądała zagraniczna praca Władimira Putina, który w Dreźnie był dyrektorem domu przyjaźni radziecko-niemieckiej. – Ugościć wysoko postawionych towarzyszy, nakarmić, napoić, oprowadzić po sklepach, potem znowu jedzenie i picie, a na koniec wpakowanie ledwo przytomnych do samolotu i odesłanie do Moskwy. To była cała praca wywiadowcza Putina – uważa Szwiec.

Miał na twarzy wypisane: zwerbuj mnie

- Rozmawiałem z ludźmi, którzy znali Putina na długo przed tym, jak został prezydentem. Wszyscy zauważyli, że oprócz posiadania przeciętnych zdolności intelektualnych był wyjątkowo zakompleksiony. Cierpiał z powodu niskiego wzrostu, kompleks niższości emanował z całej jego postawy. Takiego człowieka nie można było wysłać za granicę jako pracownika wywiadu, bo miał wypisane na twarzy: zwerbuj mnie – mówi Szwiec. – Zresztą najlepiej o człowieku mówią przezwiska, które mu nadają. Na Putina teraz mówią „Botoks”, ale wcześniej był „Niedopałkiem” i „Bladym Molem” – dodaje.

Jurij Szwiec wyśmiewa też odmładzające zabiegi, którym poddaje się Putin, pisząc, że prezydent Rosji „ocieka botoksem”, i staranne dobieranie krzesła, na którym „prezydent nie wydaje się zbyt niski, a przy tym nie macha nogami w powietrzu”.

Kiedyś szpieg, dziś analityk finansowy

Jurij Szwiec pracował dla rosyjskich służb w latach 1980-90. Działał między innymi w Waszyngtonie.

W1993 roku wyemigrował do USA, gdzie pracuje jako analityk finansowy specjalizujący się w doradztwie inwestycyjnym na rynkach byłego ZSRR. Jego nazwisko pojawiło się przy sprawie otrucia Aleksandra Litwinienki. Szwiec był autorem sprawozdania przygotowywanego dla współpracownika Litwinienki. Raport prezentował dane o kilku wpływowych Rosjanach, w tym o blisko powiązanym z Władimirem Putinem Wiktorem Iwanowem. Wynikało z nich m.in., że Iwanow, pracując w KGB, miał nielegalny biznes oraz powiązania z szefem tombowskiej grupy przestępczej, która handlowała narkotykami i prała brudne pieniądze.

Szwiec jest przekonany, że właśnie informacje o powiązaniu Iwanowa z przestępcami mogły być przyczyną zabójstwa Litwinienki. Jak zeznał, z powodu tych informacji przepadł kontrakt, na którym Iwanow mógł zarobić nawet 15 mln dolarów. Dodał też, że informacje te mogły również zdenerwować Putina.

wyborcza.pl

Dodaj komentarz