RSS
 

Furia (film)

 

Tom gwałci Lindę, a Polska nie reaguje. ONZ sprawdzi, dlaczego Polska nie ściga przestępstwa pochwalania gwałtu

Ewa Siedlecka, 22.10.2014
 Fot. 123RF

Do Komitetu ds. Likwidacji Dyskryminacji wobec Kobiet ONZ wpłynęła pierwsza polska skarga. Chodzi o samouczek do angielskiego, w którym Linda cieszy się, że jest gwałcona przez Toma.
Skargę do komitetu monitorującego przestrzeganie konwencji ONZ o likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet złożyło Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego.

Skarży Polskę za to, że prokuratura nie chce ścigać przestępstwa pochwalania gwałtu, przepisy zamykają do tego drogę organizacjom pozarządowym, a państwo toleruje rozpowszechnianie stereotypu, wedle którego kobietom gwałt sprawia przyjemność, a przemoc wobec nich jest społeczną normą.

„Linda miała nadzieję, że zostanie zgwałcona przed nadejściem lata”, „Tom zgwałci Lindę jutro”, „Tom właśnie gwałci Lindę”, „Linda była szczęśliwa, że zostanie zgwałcona” – w ten sposób w podręczniku autorstwa Walta Warena wydanym przez NAJA-press naucza się angielskich czasów.

O samouczku zrobiło się głośno dwa lata temu. Rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz zwróciła się do pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania o interwencję w obronie „godności kobiet”.

„Kształtowanie obrazu kobiet w sposób naruszający ich godność może mieć wpływ na traktowanie kobiet w każdej dziedzinie życia, w tym również w sferze zawodowej, a w skrajnych przypadkach może nawet prowokować do zachowań przestępczych na tle seksualnym” – napisała prof. Lipowicz.

Pełnomocniczka nic nie zrobiła. Zareagowało natomiast Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, składając do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art. 255 par. 3 kodeksu karnego, czyli „publicznego pochwalania przestępstwa” – w tym przypadku gwałtu.

Prokurator Prokuratury Rejonowej Warszawa-Ochota odmówił wszczęcia postępowania, stwierdzając brak znamion czynu zabronionego. Uznał, że autor i wydawca nie mieli zamiaru pochwalać przestępstwa – po prostu „niefortunnie” wybrano przykłady ilustrujące angielskie czasy.

Towarzystwo odwołało się do sądu. Ten nakazał prokuraturze wszczęcie postępowania. Stwierdził, że „treści zawarte w podręczniku (…) wyrażają aprobatę dla wymuszania przemocą czynności seksualnych oraz dla nieprzeciwdziałania gwałtom. Ponadto, powszechna dostępność podręcznika może przyczynić się do kształtowania negatywnych postaw społecznych oraz utrwalania szkodliwych stereotypów na temat przemocy seksualnej (ofiara jako prowokator, gwałt jako źródło satysfakcji seksualnej ofiary)”.

Prokuratura wszczęła postępowanie – i zaraz znów je umorzyła z tym samym co poprzednio uzasadnieniem. W dodatku odmówiła Towarzystwu statusu pokrzywdzonego w tej sprawie, uniemożliwiając organizacji samodzielne złożenie aktu oskarżenia. Zdaniem prokuratury – potwierdzonym potem przez sąd – pokrzywdzonym może być wyłącznie konkretna osoba, na której szkodę popełniono przestępstwo. Tymczasem autorzy komentarzy do tego przepisu kodeksu karnego są zgodni, że przepis ma chronić nie konkretną osobę, ale „porządek publiczny”. W tym wypadku – społeczeństwo – przed propagowaniem przemocy seksualnej wobec kobiet.

Wyczerpawszy drogę krajową, PTPA poskarżyło się do Komitetu ds. Likwidacji Dyskryminacji wobec Kobiet ONZ. Wskazuje na złamanie pięciu artykułów konwencji z 1979 r., które zobowiązują państwa do równej ochrony prawnej kobiet i do reagowania na przypadki dyskryminacji. A także do inicjowania „zmiany społecznych i kulturowych wzorców zachowania mężczyzn i kobiet w celu osiągnięcia likwidacji przesądów i zwyczajów lub innych praktyk opierających się na przekonaniu o niższości lub wyższości jednej z płci albo na stereotypach roli mężczyzny i kobiety”.

Przepis brzmi znajomo, bo niemal wiernie przekopiowany został do konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. I stał się powodem, dla którego prawica sprzeciwia się dziś jej ratyfikacji. Tymczasem przepis ten obowiązuje Polskę od 1982 roku.

- Zdecydowaliśmy się na złożenie skargi, bo państwo w sposób systemowy uchyla się od obowiązku ochrony przed dyskryminacją ze względu na płeć. Kolejnym dowodem na to jest tocząca się właśnie absurdalna debata nad ratyfikacją konwencji Rady Europy, w której argumentuje się, że przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet zagraża tradycyjnej polskiej rodzinie – mówi Krzysztof Śmiszek, prawnik PTPA.

To pierwsza polska skarga na naruszenie konwencji w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet. Za kilka dni Polska przedstawia w Genewie cykliczne sprawozdanie z jej wykonania. Podczas przesłuchania polskiego rządu przez członków Komitetu padną zapewne także pytania o reakcję na podręcznik zabawiający czytelnika „gwałceniem Lindy”.

 

Wyborcza.pl

Bestie w „Furii” – oscarowa rola Brada Pitta

Jacek Szczerba, 22.10.2014
„Furia” (mat.pras.)

Po obejrzeniu „Furii” Davida Ayera nie można nie zostać pacyfistą. To kawał mocnego kina wojennego. Od piątku w kinach.
Bezsens i ohyda wojny dochodzą tu do głosu tym dobitniej, że działania frontowe oglądamy z perspektywy młodego Normana Ellisona (Logan Lerman), który przeszedł ośmiotygodniowe szkolenie w zakresie… pisania na maszynie. Jednak w kwietniu 1945 r. wcielono go do jednostki frontowej – dołącza do załogi czołgu zwanego „Furią”, która straciła właśnie strzelca wspierającego kierowcę mechanika.

Na dzień dobry dowódca czołgu sierżant Don Collier (Brad Pitt) zmusza Normana do zabicia niemieckiego jeńca, tłumacząc mu, że „tu albo ty zabijasz kogoś, albo ktoś zabija ciebie”.

Norman się opiera. – Jesteś porządnym człowiekiem. My raczej nie – mówi mu Grady Travis (Jon Bernthal), kanonier o manierach dzikiego zwierzęcia wypuszczonego z klatki. Tylko niewiele lepsi od niego są: mechanik Trini „Gordo” Garcia (Michael Pena), który denerwuje dowódcę ciągłym gadaniem po hiszpańsku, i Boyd „Biblia” Swan (Shia LaBeouf), który z żarem cytuje Biblię i modli się nad umierającymi. Cóż począć, w protestanckiej Ameryce cytowanie Biblii na ekranie ma wielkie tradycje.

Czy żołnierze pod żelaznym pancerzem „Furii” to degeneraci? Nie, to wojna uczyniła ich takimi. Wspólny szlak bojowy zaczęli w Afryce Północnej. – Idee są pokojowe, rzeczywistość pełna przemocy – powiada Normanowi sierżant Collier. – Rób, co mówię, a pomogę ci przeżyć.

O żadnym bohaterstwie nie ma tu jednak mowy. Nawet Collier, gdy nikt nie widzi, „rozpada się na kawałki”.

Z wojennych okrucieństw nic w „Furii” nie jest nam oszczędzone. Do Amerykanów strzelają z pancerfaustów niemieckie dzieci, rozrywane ciała fruwają tak samo jak w „Szeregowcu Ryanie” Spielberga, który wprowadził do hollywoodzkiego kina werystyczną dosłowność wojennej rzezi.

Wszystko tonie tu w błocku

Sceny bitewne zostały nakręcone starannie (ach, te spadające czołgowe wieże!), dają pojęcie o amerykańskiej taktyce walki wojskami pancernymi, ale pokazują też, o ileż gorsze od niemieckich tygrysów były amerykańskie shermany. Jednego tylko w tej batalistyce nie rozumiem: co poza dbałością o widowiskowość sprawiło, że tak często strzela się tu pociskami smugowymi.

Ale i tak najwięcej napięcia jest w cywilnej scenie wizyty Normana i Colliera w mieszkaniu niemieckich kobiet we właśnie zdobytym miasteczku. Jak zdobywcy potraktują Irmę (Rumunka Anamaria Marinca) i jej nastoletnią kuzynkę Emmę (Niemka Alicia von Rittberg)? Okrutnie czy z galanterią? Co chwila spodziewamy się to jednego, to drugiego.

Aktorzy w głównych rolach grają dobrze, zwłaszcza Lerman, bo każdą z postaci scenarzysta i reżyser David Ayer umiejętnie scharakteryzował za pomocą jednej dominującej cechy. W tym względzie są trochę jak nasi dzielni peerelowscy pancerni z psem. Pitt, sugestywnie tłumiący tu emocje, liczy pewnie na nominację do Oscara. I chyba się w tych rachubach nie pomyli. Docenią go choćby za to, że jego nagość nie służy tym razem tylko pochwaleniu się muskulaturą.

„Furia” była kręcona w Anglii udającej Niemcy. Wszystko tonie tu w błocku, bo wojna to przecież nie jest czas, żeby się zachwycać urodą świata. W finale bohaterowie otrzymują zadanie obrony pewnego skrzyżowania, przez które niemieckie odwody, przybyłe nie wiadomo skąd, mogą zaatakować bezbronne tabory aliantów. Tylko w tej jednej scenie pojawia się znak firmowy Hollywoodu, czyli patos – gdy bohaterowie solidarnie stają obok siebie, wiedząc, że taki wybór może oznaczać tylko śmierć.

Czy jesteś zbawiony?

„Furia”, jak każdy film historyczny, jest jednocześnie filmem współczesnym. Co nam sugeruje? Że Norman to uniwersalna figura młodego Amerykanina, który może być dziś wysłany choćby na wojnę do Iraku. I że taki Amerykanin najłatwiej skomunikuje się z rówieśnikiem po stronie wroga, tak jak Norman w sposób naturalny zbliża się do Niemki Emmy. Bo żadnemu z nich ta wojna nie jest potrzebna.

Opresją moralną bohatera „Furia” najbardziej przypomina wietnamski „Pluton” Olivera Stone’a, natomiast poziomem relatywizmu w ocenie, kto tu jest naprawdę zły, zbliża się do „Żelaznego Krzyża” Sama Peckinpaha, gdzie oglądaliśmy dobrego Niemca wśród złych Niemców. Bo wcale nie brzmi głupio w „Furii” okrzyk wrednego esesmana do podkomendnych: – Do broni, to przecież nasza ojczyzna!

- Czy jesteś zbawiony? – pyta Normana „Biblia” Swan. Z tym pytaniem film nas zostawia. Nie wiem, czy żołnierze na froncie zadają je sobie co chwila. Ale widzom „Furii” musi przemknąć przez głowę wątpliwość: gdzie przebiega granica wojennego bestialstwa, za którą zbawienia już nie ma?

Wyborcza.pl

 

 

Dodaj komentarz