RSS
 

Dusza

 

Premier Kopacz: Jeśli wiceminister mówi mi, że czegoś się nie da zrobić, to ja mówię: „Niech pan sobie znajdzie inną robotę”

ar, 21.10.2014
Premier Ewa KopaczPremier Ewa Kopacz (&Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

- Gdyby taka propozycja padła ze strony Putina, byłoby to skandaliczne. Nigdy żaden polski premier nie uczestniczyłby w takim haniebnym działaniu jak rozbiór innego państwa – tak premier Ewa Kopacz odniosła się do wypowiedzi Radosława Sikorskiego, w której poinformował on, że Władimir Putin w 2008 r. proponował Donaldowi Tuskowi udział w rozbiorze Ukrainy.
Premier Kopacz w programie „Tomasz Lis na żywo” mówiła o konieczności zmian w stosunku polityków do ludzi: – Można mieć władzę dla władzy, a można mieć ją dla ludzi. Politycy powinni traktować swoją pracę jak służbę.

Jednocześnie podkreśliła, że Tusk był dobrym premierem. – Inaczej nie zostałby wybrany na prezydenta Europy – podkreśliła.

„Udowodnię, że do obietnic z exposé zabrałam się rzetelnie”

Rozpoczęty przez siebie przegląd pracy wiceministrów skomentowała: – Argument, że czegoś się nie da zrobić w tak krótkim czasie jak jeden rok, jest dla mnie nie do przyjęcia. Jeśli wiceminister mówi mi, że czegoś się nie da zrobić, to ja mówię: „Niech pan sobie znajdzie inną robotę”.

Premier powiedziała, że ministrowie mieli do 20 października przygotować pełen kalendarz realizacji zapowiedzi ogłoszonych przez nią w exposé. I że harmonogram ich realizacji znajdzie się na stronie internetowej Sejmu.

- I będę dopisywać każdy etap realizacji. Po to, żeby ci, którzy słuchali mojego exposé, którzy uwierzyli, że jestem w stanie to zrobić, mogli prześledzić, że zabrałam się do tego rzetelnie – dodała.

Ewa Kopacz nie wyklucza weta w Brukseli. „Merkel to zrozumie”

- W ostatnich 10 latach żaden polski premier na potencjalnie tak trudny szczyt UE nie jechał – zaczął Tomasz Lis wątek o zbliżającym się szczycie w Brukseli, w czasie którego dyskutowany będzie pakiet klimatyczny. I postulat Komisji Europejskiej, by zredukować emisję dwutlenku węgla do 2030 r. o 40 proc. Jeśli Polska by na to przystała, Polaków czekałyby znaczne podwyżki rachunków za energię.

- W Mediolanie budowałam koalicję, byśmy w Brukseli nie byli osamotnieni. Jeśli jednak nie będzie światełka w tunelu i będę widziała opór totalny i brak wrażliwości, to użyję słowa weto. Angela Merkel jest rozsądnym politykiem i na pewno to zrozumie.

„Wobec Ukrainy zachowaliśmy się jak przyzwoici sąsiedzi”

Premier podkreśliła, że chciałaby jeszcze przed wyjazdem do Brukseli mieć pełną wiedzę na temat „ostatniej historii szpiegowskiej”. – Standardy są jednoznaczne. W takiej sytuacji wydala się dyplomatów. Ilu i kiedy? Decyzje zapadną wtedy, gdy będę mieć pełną wiedzę w tej sprawie – stwierdziła Kopacz.

Pytana, czy Polska w sprawie Ukrainy wykazała nadgorliwość, premier odpowiedziała: – Nie. Zachowaliśmy się jak przyzwoici sąsiedzi. Będę powtarzać to, co mówiłam w Mediolanie: Europa musi mówić jednym głosem, jeśli chce pomoc Ukrainie. A Ukraina czeka na wymierną pomoc, a nie puste deklaracje. My możemy pokazać im, jak tworzyć małe i średnie przedsiębiorstwa, żeby ruszyła ich gospodarka. Ale część pracy muszą wykonać sami Ukraińcy.

„Może trzeba zlikwidować Senat? I rozmawiać o tym z opozycją”

Natomiast o współpracy z opozycją premier powiedziała: – Opozycja ma prawo do składania projektów ustaw, do krytyki, ale są sprawy, nad którymi powinniśmy być ponadpolityczni. W 2017 r. przypada 20-lecie polskiej konstytucji. Jakbyśmy wspólnie usiedli i powiedzieli: „Zmieńmy konstytucję”? Może trzeba wrócić do korzeni – zlikwidować Senat, zastanowić się, czy potrzebujemy tylu parlamentarzystów. Jeśli opozycja chce rozmawiać o tym, co dobre dla Polaków, to ja jestem otwarta.

Pytana o pomnik smoleński Ewa Kopacz mówiła: – Jeśli intencje będą szczerze, to nie będzie miało znaczenia, czy będziemy mijać go na Krakowskim Przedmieściu, czy w innym miejscu. Temat ten nie powinien być tematem kłótni.

 

Wyborcza.pl

Słuchajcie Putina. On mówi, co zrobi

Bartosz T. Wieliński, Gazeta Wyborcza, 21.10.2014
Wladimir PutinWladimir Putin (FELIPE DANA/AP)
Podzielmy Ukrainę – taką propozycję miał otrzymać premier Donald Tusk parę lat temu od Władimira Putina. Relacjonuje ją wpływowy portal amerykański Politico. Był luty 2008 r. Szef polskiego rządu poleciał do Moskwy z misją odmrożenia stosunków. Według Politico, który powołuje się na uczestniczącego w rozmowach ówczesnego szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego, Putin mówił, że Lwów to polskie miasto i Polska powinna go sobie wziąć.
Jeżeli nie była to tylko retoryczna zagrywka Putina, by wybadać rozmówcę, ale prawdziwa oferta, oznaczałoby to, że agresja Rosji przeciwko Ukrainie, oderwanie Krymu, podpalenie Donbasu nie były gwałtowną reakcją na niespodziewane zwycięstwo kijowskiego Majdanu. Rozbiór Ukrainy na Kremlu planowany był od dawna.Cytowaną przez Politico propozycję pod adresem Polski Putin miał złożyć wtedy, gdy Zachód był Rosją zachwycony. Do przejęcia władzy na Kremlu przymierzał się wtedy Dmitrij Miedwiediew, o którym media od Atlantyku po Bug pisały, że będzie odważnym reformatorem, że stworzy wreszcie w Rosji państwo prawa i społeczeństwo obywatelskie. Ale zanim Miedwiediew objął władzę, na szczycie NATO w Budapeszcie kraje starej Europy zablokowały Gruzji i Ukrainie drogę do Sojuszu. – Wykręcić ręce Polakom i Litwinom. Przecież chodzi o pokój – nawoływał wówczas komentator jednego z niemieckich dzienników opiniotwórczych.

W tym samym czasie w gabinetach Kremla obmyślano, jak wykroić z Ukrainy najcenniejsze kawałki.

Nie sądzę, by Tusk zostawił dla siebie ofertę Putina. Sikorski cytował ją jako wiele mówiącą anegdotę. Na Zachodzie pewnie przyjmowano to wzruszeniem ramion. Aż w marcu tego roku na Krym przeniknęły „zielone ludziki”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że podział Ukrainy miał być tylko wstępem do odbudowy rosyjskiego imperium.

Wczoraj szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zagroził przyłączeniem do Rosji Naddniestrza, oderwanego od Mołdawii i sterowanego z Kremla państewka. Władze Abchazji, separatystycznej enklawy w Gruzji, zdecydowały, że ich siły zbrojne staną się częścią armii rosyjskiej. Rosyjskie bombowce nieustannie prowokują kraje NATO, nadlatując w eskorcie nad ich granice albo prowadząc symulowane ataki. Szwedzka marynarka wojenna od trzech dni tropi na swoich wodach terytorialnych rosyjski okręt podwodny.

Przez ćwierć wieku ufaliśmy w to, że w Europie nie będzie wojny, a granice są nienaruszalne. W kilka miesięcy Rosja udowodniła, że to iluzja. Jednak sygnały o jej zamiarach mieliśmy od dawna. Dlaczego daliśmy się Rosji tak zaskoczyć? Sądziliśmy, że Putin tylko się przechwala? I że nie ośmieli się podnieść ręki na światowy porządek?

Są też inne pytania. Jak Putin wyobrażał sobie rozbiór sąsiedniego kraju? Czy szukał partnera do zbrodni, by cała wina za likwidację państwa ukraińskiego nie spadła na Rosję? A może liczył na to, że sprowokuje Warszawę – że z rosyjską carte blanche Polacy rzucą się przesuwać granice? Rodziłoby to groźny precedens w skali kontynentu. Jeśli Lwów stałby się nagle polski, to przecież padłoby pytanie o status Szczecina? Czy Putin nie zdawał sobie z tego sprawy? Czyżby liczył na to, że Polacy w nacjonalistycznej gorączce nie zwrócą uwagi na tę sprawę?

Bandycka propozycja Putina pokazuje, jak funkcjonuje jego państwo. – W Rosji politykę zagraniczną traktuje się jako operację służb specjalnych – tak miesiąc temu mówił mi wpływowy polityk niemiecki. Trafne.

Wyborcza.pl

Gdzie w człowieku mieszka jego dusza?

Olaf Szewczyk, 21.10.2014
Nieśmiertelna dotąd ludzka dusza umarła 13 września 1848 roku. A przynajmniej tego dnia zaczęła się jej niespodziewana agonia. Owszem, mowa o śmierci idei duszy, ale – dobry Boże! – czy coś tak doskonale niemierzalnego, nieuchwytnego szkiełkiem i okiem nie jest ideą w postaci swej czystą?
Tego dnia sześciokilogramowy pręt o długości prawie półtora metra i średnicy ponad trzech centymetrów przebił na wylot głowę Phineasa Gage’a, pracującego przy budowie toru kolejowego w Cavendish w amerykańskim stanie Vermont. Przypadkowa eksplozja ładunku wybuchowego przeznaczonego do skruszenia skały wystrzeliła stalowy oszczep z taką siłą, że po przebiciu czaszki przeleciał jeszcze trzydzieści metrów. Gage, ku zdumieniu wszystkich, przeżył, nawet nie stracił przytomności. Spustoszenia w mózgu były jednak straszne. Stracił lewy płat czołowy i prawdopodobnie część prawego. Stracił też duszę.Według tych, którzy znali go wcześniej, po wypadku „to już nie był Gage”. Sympatyczny, przyjazny, pracowity, odpowiedzialny Gage umarł zabity prętem. Jego ciało zajął Gage nieprzyjemny, egoistyczny, nieczuły, agresywny, nieprzewidywalny.
Phineas Gage z prętem, który zmienił jego życie i osobowość

Przypadek Gage’a zmusił naukowców do przenicowania poglądów na temat duszy i mózgu, dotąd traktowanych jako byty niezależne. Owszem, wcześniej też pojawiały się wątpliwości dotyczące ciągłości świadomości vel duszy – patrz sen jako „mała śmierć”, starcza demencja – ale to sprawie Gage’a zawdzięczamy narodziny neurobiologii i naukowych badań nad umysłem.

Spróbujmy ten przypadek ocenić w swojej własnej, nienaukowej, prywatnej skali. Założę się, że nie zabraknie osób, dla których perspektywa tego, co doświadczył Gage, wydaje się nieznośna – gorsza nawet niż fizyczna śmierć. Jest w jego upadku coś upodlającego. Coś, co stoi w głębokiej sprzeczności z naszym fundamentalnym przekonaniem o mentalnej autonomii, niezbędnym, by zachować godność. Czy może być gorzej?

Osoby, u których nastąpiło rozszczepienie między lewą a prawą półkulą mózgu, mogą odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Prof. Michael Gazzaniga z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, autorytet w sprawach pacjentów, których półkule mózgowe nie mogą się ze sobą komunikować, przytacza wiele przygnębiających przypadków. Przypomnijmy: lewa półkula specjalizuje się w myśleniu analitycznym i logicznym, prawa, bardziej holistyczna, w większym stopniu odpowiada za talenty artystyczne. Lewa wydaje prawej polecenia przez spoidło wielkie. Gdy połączenie zostaje zerwane, na przykład chirurgicznie (leczono tak kiedyś epilepsję), prawa półkula, wyzwolona z dyktatury, zaczyna hasać. Konsekwencje? Gdy jedna ręka pacjenta chciała przytulić żonę, druga uderzyła ją sierpowym. Pacjentka próbowała sięgnąć w sklepie po jedną sukienkę, ręka chwyciła inną. Pewien człowiek bał się zasnąć, przerażony perspektywą, że zadusi go własna ręka, nad którą nie miał kontroli. Lewa półkula innego pacjenta deklarowała, że jest ateistą, druga żarliwe wierzyła.

Skoro jednak umysł bywa tak plastyczny, zależny od czynników zewnętrznych, czyż nie mamy prawa szukać w tym też szansy? Na jego ekspansję w rejony nieosiągalne dla ewolucji? Na nieśmiertelność?

Wynalazca i futurolog Raymond Kurzweil, zakładając wykładniczy postęp w dziedzinie technologii cyfrowych, przewiduje, że do 2019 roku komputer osobisty za tysiąc dolarów osiągnie moc obliczeniową ludzkiego mózgu. Do 2055 roku natomiast komputer za tysiąc dolarów będzie dysponował mocą obliczeniową mózgów wszystkich ludzi żyjących na Ziemi (skromnie dodaje: „Mogę się mylić o rok czy dwa”). Zostawiając na boku kuszące pytanie, czy taki komputer pozwoliłby komukolwiek kupić się za taką cenę, zostańmy przy perspektywie przepisania ludzkiego umysłu – lub wykreowania go – w takim cyfrowym konstrukcie. Czy to jest możliwe?

Takie między innym frapujące pytania stawia w książce „Przyszłość umysłu” profesor Michio Kaku. Stawia je, co należy podkreślić, nie sobie – do czego jako wybitny naukowiec miałby prawo – ale największym dziś badającym umysł autorytetom. Książkę – której polskie tłumaczenie trafi do księgarni pojutrze – czyta się, jak to w przypadku Michio Kaku, jednym tchem, jak pasjonującą gawędę: o historii badań nad umysłem, obecnym stanie wiedzy, o obawach i nadziejach dotyczących jutra. Nie do przeoczenia.

Wyborcza.pl

Dlaczego mężczyźni nigdy nie pamiętają? Naukowcy sprawdzili

Olga Woźniak, 21.10.2014
123RF
Fakty, daty, wyniki meczów – w tym faceci są prawdziwymi mistrzami. Rozmowy, emocje, wrażenia – to z trudem potrafią przywołać w pamięci. Winne temu jest wychowanie, wskutek którego chłopcy tworzą inne pamięciowe filtry niż dziewczynki.
- Pamiętasz, jak spotkaliśmy ich wtedy na wakacjach, co ona do niego mówiła, jak patrzyła się na niego? No nie, ja już wiedziałam, że to nie może się dobrze skończyć… – monolog dziewczyny się rozwijał, a facet, do którego to mówiła, gmerał niespiesznie palcem w komórce (tak, przyznaję się, podsłuchiwałam w metrze…). Co miał robić? Myślicie, że pamiętał, „jak ona wtedy mówiła i jak patrzyła na niego”? W życiu! On takich rzeczy nie pamięta. O co zresztą ona nieraz ma do niego z pewnością pretensje. A on tych pretensji z pewnością nie rozumie.Budowanie pamięciKobiety wydają się mieć pamięć słonia. Pamiętają wszystko o wszystkich. Rozmowy, spojrzenia, emocje. Zdarzenia, które mężczyznom majaczą jedynie słabą mgiełką wspomnień. Dlatego kobiety się irytują. Bo mężczyźni nie pamiętają. I powiem wam coś – oni naprawdę nie pamiętają, wcale nie udają.

Tak przynajmniej twierdzą psychologowie od pamięci. Azriel Grynsman i Judith Hudson z amerykańskiego Rutgers University przeprowadzili badania, z których wynika, że istnieją różnice w tym, jak kobiety i mężczyźni tworzą wspomnienia autobiograficzne. Te kobiece są zwykle bardziej żywe, szczegółowe, zawierają więcej emocji i związków przyczynowo-skutkowych. Mężczyźni nie dość, że wielu rzeczy z przeszłości w ogóle nie mogą sobie przypomnieć, to nawet te, które pamiętają, nie są zbyt rozbudowane. To raczej zbiór faktów niż historie. Dotyczy to zwłaszcza wspomnień autobiograficznych oraz wydarzeń dotyczących innych ludzi.

Czy te pamięciowe różnice płciowe wynikają z różnic w budowie mózgów? – Są raczej efektem odmiennego wychowania chłopców i dziewczynek – mówią specjaliści. – Rozmawiając z dziećmi różnej płci, budujemy w ich mózgach inne mechanizmy zapamiętywania. Tworzymy różne filtry pamięci.

Jak zapamiętywać, jak selekcjonować fakty, uczymy się od dorosłych. A najlepiej uczymy się tego między drugim a szóstym rokiem życia. Z tego, jak dorośli z nami rozmawiają, na jakie rzeczy zwracają uwagę, budujemy zręby naszej pamięci. Uczymy się wnioskowania przyczynowo-skutkowego. Budowania opowieści z pojedynczych wydarzeń.

Nie ignoruj pytań

Dzieciństwo to okres, kiedy dzieci zadają miliony pytań. Co ciekawe, wiele z nich to w zasadzie nie są pytania. Dziecko pyta, ale nie oczekuje odpowiedzi, bo samo sobie odpowiada. Jest to przejaw tzw. głośnego myślenia, które pomaga lepiej rozumieć to, w czym dziecko uczestniczy i co je otacza. Pytaniom maluchów poświęcili badania wielcy pedagodzy – Jean Piaget czy Stefan Szuman. Dzięki nim wiemy, że pełnią one niezwykle ważną funkcję w budowaniu dziecięcego sposobu rozumowania. Można te pytania ignorować, można się nimi niecierpliwić. To od nas zależy, czego nauczymy nasze dziecko.

Także my zadajemy dzieciom pytania. Często zresztą wiele po nich nie oczekując. I o wiele mniej oczekujemy od chłopców niż dziewczynek (tak wynika z prac nowozelandzkich badaczy, którzy analizowali rozmowy rodziców z dziećmi; podobne badania prowadzili badacze z uniwersytetów Cambridge i Emory).

Okazało się, że w zależności od tego, jak rodzice rozmawiali z synami i córkami, tak oni później budowali swoje wspomnienia. Gdy rodzice zadawali dzieciom dużo pytań o emocje towarzyszące zdarzeniom, o relacje uczestniczących w nich ludzi – to właśnie było zapamiętywane. Podobnie – gdy dorośli odpowiadali na takie pytania dzieci.

Kłopot w tym, że na emocjonalne aspekty zdarzeń częściej kładziemy nacisk, rozmawiając z dziewczynkami niż z chłopcami – jakby tych ostatnich stawiając z góry na straconej pozycji.

Może więc chłopcy (a później mężczyźni) w swojej niepamięci uczuć, szczegółów, relacji realizują samospełniający się stereotyp? Skoro jesteśmy przekonani, że chłopcy gorzej to zapamiętają, nie pytamy, co sprawia, że oni gorzej to zapamiętują.

By się o tym przekonać, musielibyśmy zacząć inaczej wychowywać chłopców. Inaczej z nimi rozmawiać.

A warto to robić nie tylko po, by lepiej pamiętali przeszłość, ale także po to, by lepiej im było w przyszłości. Okazuje się bowiem, że to, jaka narracja o nas samych powstaje w naszym mózgu, ma znaczenie dla jakości naszego życia.

Narracja nadaje sens

Zgłębieniem fabularnych ciągot naszego umysłu zajmują się tzw. psycholodzy narracji. To oni zauważyli, że owa narracja to nadrzędna kategoria porządkująca życie każdego człowieka. Przez opowiadanie o sobie budujemy własną tożsamość, nawiązujemy relacje z innymi i próbujemy zapanować nad rzeczywistością.

Dlatego te same wydarzenia skłaniają rozmaitych ludzi do często skrajnie różnych reakcji. Każdy z nas ma zupełnie inny schemat narracyjny wydarzeń. Obrazowo można powiedzieć, że każdy jest bohaterem innej historii.

Regionem mózgu, który zbiera informacje dopływające z innych obszarów i układa je w całość, jest kora mózgowa płata ciemieniowego. Dzięki niej rozumiemy sytuację, kojarzymy słowa z koncepcjami, rozumiemy konstrukcje gramatyczne, mamy zdolność oceny relacji przestrzennych.

Dzięki tej części mózgu świat jawi się nam jako spójny i konsekwentny. Bo mózg nie znosi niekonsekwencji. Niepowiązanych ze sobą faktów, historii, które nagle się urywają, w których pełno luk i niedopowiedzeń. W sposób naturalny dąży do uporządkowania przechowywanych danych – tworzy związki przyczynowo-skutkowe, buduje opowieść. W ten sposób zapewnia naszemu umysłowi poczucie, że żyjemy w świecie uporządkowanym, w którym przyczyna poprzedza skutek, a wszystko jest łatwe do objęcia rozumem.

Poprzez tworzenie narracji organizujemy chaos w naszym życiu. Nadajemy znaczenie i łączymy w ciągi część tysiąca wydarzeń, impulsów, których doświadczamy każdego dnia. Im lepiej umiemy to robić, tym jesteśmy szczęśliwsi. Im łatwiej nam zauważać emocje, które nam towarzyszą, tym łatwiej nam je nazywać i tym lepiej umiemy sobie z nimi radzić. Jesteśmy także bardziej empatyczni wobec innych.

Książki niosą nadzieję

Warto rozmawiać z dziećmi. Warto uczyć ich mózgi tworzenia spójnych historii. O nich samych, o innych. Zwracać uwagę na uczucia, które towarzyszą zdarzeniom, nie tylko na suche fakty. A jeśli się to zaniedbało? Czy dorosły mężczyzna, który nie został we właściwym czasie nauczony, by pamiętać uczucia, wrażenia, rozmowy, ma jeszcze szansę to nadrobić?

Okazuje się, że ratunkiem mogą być… książki. Profesor Raymond Mar, psycholog z kanadyjskiego University of Toronto, eksperymentalnie dowiódł, że ci, którzy chętniej oddają się czytaniu literackiej fikcji, lepiej radzą sobie w sytuacjach społecznych, mają bardziej rozwiniętą empatię i wgląd w przyczyny zachowań innych ludzi. W jednym ze swoich eksperymentów kazał grupie ochotników czytać opowiadania oraz filozoficzne eseje pozbawione fabuły, bohaterów i emocji. Następnie polecił tym osobom interpretować uczucia i motywacje osób przedstawianych na testowych ilustracjach. Z zadaniem lepiej poradzili sobie ci, którzy przeszli przez emocjonalny trening opowieści o życiu innych ludzi. Ci zaś, których mózgi były wcześniej zaangażowane w suchą analizę faktów, wykazali się znacznie mniejszą empatią.

Wyborcza.pl

Poznański sukces, czyli transmisja operacji na żywo

Sylwia Sałwacka, 21.10.2014
Podczas pierwszej operacji live informatycy siedzieli tyłem do lekarzy, bo nie mogli znieść widoku krwi. W ciągu pięciu lat zarejestrowali kilkadziesiąt operacji, które obejrzały setki lekarzy na całym świecie.
W 2007 r. poznańscy laryngolodzy pojechali na zjazd do Cannes. Konferencję przerwała transmisja zabiegu, który odbywał się w Nicei. Nic wielkiego, to był prosty zabieg laryngologiczny. Ważniejsze było to, że siedząc na sali konferencyjnej, mogli obejrzeć na żywo to, co robią ich koledzy na sali operacyjnej. – Zabieg zrobił na nas wielkie wrażenie – wspomina prof. Witold Szyfter, szef kliniki otolaryngologii i laryngologii w uniwersyteckim szpitalu im. Heliodora Święcickiego. – Pomyśleliśmy: dzwoni do nas tylu laryngologów z Polski i pyta: „A jak operujecie to? A jak tamto?” Więc może wszystko sfilmować i umieścić w sieci?Profesor Szyfter znał jeszcze z liceum prof. Jana Węglarza, szefa Poznańskiego Centrum Superkomputerowo-Sieciowego, które działa przy PAN i jest operatorem telewizji naukowej PlatonTV. Przez wiele miesięcy wspólnie głowili się, jak bezpiecznie stworzyć na sali operacyjnej plan filmowy. Szpital musiał zainwestować w nowoczesne łącza internetowe, a klinika kupić komputer do transmisji internetowych (25 tys. na sprzęt przekazało stowarzyszenie Lepiej Słyszeć).Potem zaczęły się żmudne próby. Lekarze musieli zrezygnować z lamp czołowych, które dają punktowe światło, na rzecz światła rozproszonego. Równie trudne było ustawienie kamer, które nie mogły przeszkadzać lekarzom podczas zabiegów. Szyfter: – Problemem była nawet ręka instrumentariuszki podającej przez stół chirurgiczne narzędzia. Pojawiała się w kadrze i zasłaniała pole operacyjne. W zabiegu live musiały więc asystować dwie instrumentariuszki. Jedna po prawej stronie stołu, druga po lewej.

Pierwszy zabieg – usunięcia raka krtani – sfilmowali 29 października 2009 roku.

Dziś klinika poznańska to jedyny ośrodek w kraju, który regularnie szkoli w sieci lekarzy z nowych technik operacyjnych. Uczestnicy sesji w czasie zabiegu mają możliwość zadawania pytań e-mailem. Chirurdzy odczytują je na głos z ekranu monitora i odpowiadają natychmiast na wątpliwości.

Choć operacje live są też krytykowane przez część środowiska medycznego – część chirurgów uważa, że w czasie zabiegów live rośnie ryzyko popełnienia błędu przez lekarza, do tej pory nie zdarzyło się jednak, by któryś z pacjentów odmówił udziału w zabiegu. – Pacjenci mają gwarancję anonimowości, nie widać ich twarzy, nie pojawiają się ich dane osobowe – opowiada prof. Szyfter. – Wiem, że niektórzy oglądają potem powtórki zabiegu w sieci. Jeden z operowanych poprosił nas nawet o kopię filmu i ponoć pokazuje go teraz rodzinie i znajomym – śmieje się profesor.

Kamery rejestrują zabieg, także niespodziewane sytuacje, by oglądający mieli możliwość prześledzenia każdego ruchu zespołu. Krajowe sesje ogląda od 700 do 2 tys. osób. W sesjach ogólnoświatowych widzów jest czasem nawet 30 tys.! To zwykle lekarze i studenci medycyny. Największą oglądalność klinika ma w Azji: w Indiach, Iranie, Syrii, Pakistanie i Chinach. W ciągu pięciu lat lekarze z Poznania pokazali między innymi założenie implantu ślimakowego, implantu hybrydowego, odtworzenie ciągłości błony bębenkowej czy usunięcie gruczołu ślinowego, a także zabiegi rekonstrukcyjne w leczeniu raka krtani.

Jubileuszowa, XV sesja chirurgii live odbędzie się 22 października o godz. 9. Lekarze pokażą zabieg przywracania słuchu i usunięcia guza ślinianki przyusznej.

Wyborcza.pl

Z Polski wydalono dyplomatę Rosji, który „zadaniował’ szpiegów. „To mocny sygnał dla Moskwy” [cd. afery szpiegowskiej w MON]

Wojciech Czuchnowski, Jacek Harłukowicz, 21.10.2014
17 października miało miejsce tajne spotkanie w Sejmie. Uchwalono na nim m.in. wydalenie Stanisława S.17 października miało miejsce tajne spotkanie w Sejmie. Uchwalono na nim m.in. wydalenie Stanisława S. (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)
- Zatrzymanie szpiegów GRU było planowane na koniec września, ale ze względu na zmianę rządu zostało przełożone – twierdzi informator „Wyborczej”. Ujawnia strategię służb wobec wywiadu Rosji.
- Chodziło o to, by cała sprawa nie była postrzegana jako promocja odchodzącego premiera i ministra spraw wewnętrznych. Mogliśmy sobie pozwolić na zwłokę, bo wszystko było pod kontrolą – tłumaczy urzędnik wysokiego szczebla wywodzący się z kręgu osób znających założenia operacji.Jego zdaniem niezręczność polegała na tym, że na termin planowanej akcji nałożyło się przejęcie władzy z rąk Donalda Tuska przez Ewę Kopacz i odwołanie przez nią Bartłomieja Sienkiewicza, szefa MSW i koordynatora służb specjalnych. To Sienkiewicz nadzorował działania przeciwko rezydentowi GRU korzystającemu ze statusu dyplomaty przy ambasadzie Rosji w Warszawie.- W związku z agresją na Ukrainę rosyjskie służby, w tym szczególnie wywiad wojskowy, rozzuchwaliły się. Dotyczy to nie tylko Polski, ale też całego naszego regionu. W tej sytuacji musimy dać drugiej stronie mocny znak, że nie przypatrujemy się temu bezczynnie, że stać nas na coś więcej niż obserwowanie i kontrola – wyjaśnia informator.

Jego zdaniem to, że polskie służby zdecydowały się zatrzymać osoby podejrzewane o szpiegostwo i w ten sposób „odsłonić” całą operację, jest celowym działaniem i „demonstracją siły”.

- W pewnym sensie to powrót do strategii z czasów zimnej wojny. Wtedy opinia publiczna krajów zachodnich często dowiadywała się o zatrzymaniach sowieckich szpiegów – mówi. I dodaje: – To nie znaczy, że nie jest prowadzona normalna praca kontrwywiadowcza polegająca na „odwracaniu”, przewerbowywaniu osób współpracujących z Rosjanami lub przekazywaniu obcym służbom materiałów dezinformujących.

Służby zatrzymanie szpiegów uważają za swój duży sukces, również dlatego, że udało się skoordynować działania ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

- Nic nie robili na własną rękę. Działali jak jedna pięść. Moim zdaniem to efekt strategii sformułowanej wobec kryzysu na Ukrainie. Uznaliśmy, że kluczowe jest bezpieczeństwo wewnętrzne, konsolidacja działań wobec zagrożenia i pełna koordynacja – twierdzi urzędnik.

Mniej chętnie mówi o szczegółach dotyczących rezydenta GRU i zatrzymanych osób. Dyplomata był obserwowany od kilkunastu miesięcy, ale nie zwerbował wielu osób. Pracujący dla niego ppłk Zbigniew J., który zajmował się w MON sprawami promocji kultury wojskowej, miał działać z motywów finansowych i ambicjonalnych. Był sfrustrowany tym, że jest odsuwany na boczny tor.

Jego współpraca była w pełni świadoma, miał być chętny do podejmowania nowych zadań, ale z powodu swojego niskiego usytuowania w strukturach resortu nie byłby w stanie ich wykonać.

Aplikant prawny Stanisław S. – drugi z oskarżonych o szpiegostwo – miał działać z pobudek ideowych, ale też był wynagradzany finansowo. Dyplomata „zadaniował” go na lobbing dla rosyjskich interesów z branży energetycznej.

Według naszego rozmówcy dyplomata został już wydalony z Polski. Doszło do tego w dniu zatrzymania prawnika i oficera.

MSZ nie chce się do tego oficjalnie odnieść. Nieoficjalnie źródła w resorcie spraw zagranicznych twierdzą, że „do wydalenia w dokładnym tego słowa znaczeniu nie doszło”. Może to oznaczać, że w czasie zatrzymań dyplomata był w Rosji i po prostu już nie wróci.

Czy Polska spodziewa się ze strony Rosjan retorsji, czyli wydalenia urzędników naszych przedstawicielstw? – Bierzemy to pod uwagę, chociaż w ciągu ostatnich dwóch lat po cichu wydaliliśmy kilku rezydentów służb rosyjskich, a z tamtej strony nie było odpowiedzi – twierdzi cytowany na wstępie rozmówca „Wyborczej”.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz