RSS
 

PRL, Zacharski

 

Parada peerelowskich Bondów

Mirosław Maciorowski, 20.10.2014
Na moście Gilenicke na Haweli łączącym Poczdam z Berlinem odbywały się wymiany szpiegów. Na zdjęciu wymiana w lutym 1986 r. za radzieckiego szpiega przeszedł radziecki dysydent Anatolij Szafrański (w futrzanej czapce z lewejNa moście Gilenicke na Haweli łączącym Poczdam z Berlinem odbywały się wymiany szpiegów. Na zdjęciu wymiana w lutym 1986 r. za radzieckiego szpiega przeszedł radziecki dysydent Anatolij Szafrański (w futrzanej czapce z lewej (AP Photo)
To książka o agentach wywiadu PRL napisana przez dwóch naukowców w sposób popularny i właściwie próżno w niej szukać sensacji pojawiających się niemal zawsze przy tematyce szpiegowskiej. A jednak czyta się świetnie.
„Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski” – pod takim tytułem słynny PRL-owski agent wywiadu wydał pięć lat temu wspomnienia. Od tytułu aż po ostatnie zdanie książki nie ma wątpliwości, że kreuje się na polskiego Jamesa Bonda. Tymczasem autorzy „Szpiegów PRL-u”, badacze z Instytutu Pamięci Narodowej, nazywają Zacharskiego „amatorem”. Co więcej, dr Władysław Bułhak (współautor m.in. zbioru „Wywiad i kontrwywiad Armii Krajowej”) oraz dr Patryk Pleskot (autor książki „Dyplomata, czyli szpieg?” o agentach w zachodnich placówkach dyplomatycznych), odnosząc się do wspomnień Zacharskiego, używają sformułowań: „przejaskrawione”, „ubarwione”, „mylące”. Kwestionują też niektóre przypisywane Zacharskiemu osiągnięcia, jak na przykład wykradzenie w USA dokumentacji systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.Bułhak i Pleskot raczej wiedzą, o czym piszą, bo wnioski formułują na podstawie dokumentacji wywiadu PRL, która do niedawna była zamknięta na cztery spusty w zbiorze zastrzeżonym IPN.

O Zacharskim śmiało można mówić „amator”, bo gdy podejmował współpracę z wywiadem, nie miał żadnego szpiegowskiego przeszkolenia. Ten zaledwie 26-letni wówczas pracownik jednej z polskich firm w Los Angeles został zwerbowany w 1977 r. Z odtajnionych dokumentów wynika, że propozycją współpracy był przerażony. Obraz przestraszonego, choć elokwentnego młodego człowieka, jaki ujawnia raport porucznika Jakubczaka [dokonał werbunku], nie bardzo pasuje do kreacji profesjonalnego superszpiega, stworzonej po latach przez samego Zacharskiego – piszą Bułhak i Pleskot. Zacharski zgodził się na współpracę – jak raportował porucznik Jakubczak – „z pobudek patriotycznych”, co oznacza tyle, że nie miał wyjścia. Odmowa oznaczałaby koniec pięknie zapowiadającej się kariery.

Czy więc autorzy próbują zdyskredytować legendę służb PRL? Absolutnie nie. Bo choć nazywają Zacharskiego „amatorem” czy „zupełnie surowym” agentem (takie sformułowanie pada w raporcie jednego z oficerów), to piszą: Mimo braku doświadczenia i gruntownego przygotowania do pracy szpiegowskiej przez cztery lata intensywnej i niezwykle niebezpiecznej pracy „Pay” [pseudonim Zacharskiego] nie popełnił żadnego błędu. Okazał się tym samym bardziej skuteczny niż wielu profesjonalnych oficerów wywiadu. Nie było jego winą, że w końcu wpadł.

Dość szczegółowo opisują mechanizm zdemaskowania Zacharskiego, który źródło miał w zdradzie jednego z oficerów wywiadu PRL. Dużo miejsca poświęcają też jego sukcesom, twardej postawie podczas śledztwa i uwięzienia oraz determinacji, z jaką służby walczyły o doprowadzenie do wymiany skazanego na dożywocie agenta. Doszło do niej 12 czerwca 1985 r. na berlińskim moście Glienicke. Gdy Zacharski w towarzystwie trzech mniej ważnych agentów szedł na „komunistyczną” stronę mostu, w kierunku „kapitalistycznej” maszerowało 24 szpiegów przetrzymywanych w więzieniach PRL.

Jednym z nich był Bogdan Walewski, który w latach 60. i 70. jako dyplomata pracował m.in. w Wietnamie, Moskwie i Warszawie, a także na nowojorskim Uniwersytecie Columbia i w ONZ. Przetrwał aż 20 lat i trudno z całą pewnością stwierdzić, komu służył najgorliwiej. W Moskwie został agentem KGB, potem podjął współpracę z wywiadem SB, w końcu w Wietnamie zwerbowała go CIA. Amerykanie zdawali sobie sprawę, że Bob Walters, jak go nazwali, współpracuje z KGB i SB (uważali, że robi to z przyczyn taktycznych), a przełożeni z SB i KGB doskonale wiedzieli o jego kontaktach z Amerykanami. Sami kazali mu je nawiązać w celu dezinformowania CIA. Zdarzało się, że potrójny szpieg Walewski pisał jednego dnia trzy raporty o tej samej sprawie, zmieniając jedynie język, sposób szyfrowania i modyfikując informacje zgodnie z potrzebami odbiorcy. Jego raporty były jak najbardziej prawdziwe.

To, że któryś wywiad uzna, że Walewski nie jest wobec niego lojalny i lepiej pracuje dla innych, było tylko kwestią czasu. Pierwsi wpadli na to w Warszawie i Walewski wylądował w polskim więzieniu, choć równie dobrze mógł się znaleźć w amerykańskim. A jednak CIA uznała go za cennego agenta i wymieniła m.in. za Zacharskiego.

Bułhak i Pleskot opisują dziesięciu szpiegów PRL. Są wśród nich tak znani jak Zacharski czy Andrzej Czechowicz, który przeniknął do Radia Wolna Europa, oraz mniej znani, jak Alice Kraffczyk przez lata szpiegująca w sztabie Luftwaffe i w sekretariacie pełnomocnika Bundeswehry w Bundestagu.

To bardzo różne historie, czasem przerażające, czasem komiczne, szczególnie gdy dotyczą pierwszych lat po drugiej wojnie światowej, kiedy polskie służby nie miały fachowców najwyższej klasy. Jednak przede wszystkim są to opowieści wiarygodne, bo choć badacze z IPN zdecydowali się na popularne, a nie naukowe ujęcie tematu, to nie silą się na podkręcanie historii i nie stawiają fantastycznych hipotez. Mimo to książka jest pasjonująca.

„Szpiedzy PRL-u”, Władysław Bułhak, Patryk Pleskot , Znak 2014

Dodaj komentarz