RSS
 

Niemcy

 

665 metrów pod ziemią – reportaż z miejsca katastrofy

Anna Malinowska, 13.10.2014
Mysłowice, dzień po katastrofie. Ratownicy przed akcją poszukiwania zaginionego górnikaMysłowice, dzień po katastrofie. Ratownicy przed akcją poszukiwania zaginionego górnika (GRZEGORZ CELEJEWSKI)
- Katowicki Holding Węglowy przemilcza, że przed wypadkiem fedrowaliśmy, choć się mówiło, że jest metan – twierdzi jeden z ocalałych z katastrofy w kopalni Mysłowice-Wesoła.
Brygada Andrzeja poniedziałkową szychtę zaczyna o godz. 16.30. Na poziom 665 metrów pod ziemię 6 października zjeżdża dwudziestu mężczyzn. Pracują ze sobą od dawna, dobrze się znają. Razem chodzą na piwo, odwiedzają się w domach. Teraz idą na ścianę wydobywczą 560. Fedrują na niej od lipca. W poniedziałek mają skończyć o północy, jeśli nic się nie stanie.Brygada, która pracowała tu w nocy z soboty na niedzielę, musiała przerwać roboty. Sztygar zarządził ewakuację, nie mówił dlaczego. – Metan przekroczony – szepczą górnicy. Podobno pożar w ścianie wybuchł jeszcze w piątek. To nie taki pożar, jaki sobie wszyscy wyobrażają. Endogeniczny. Nie widać ognia, wydzielają się gazy. Ale czy tak jest na pewno? Górnicy nie mają dostępu do odczytów.

42-letni Bogdan boi się tej szychty. Leon, 30-latek, też czuje się nieswojo. Ale robotę trzeba wykonać. – Jakby co, to znowu nas zwiną – są przekonani.

Słychać tylko ciszę

Zaczynają fedrunek, ale wkrótce dostają polecenie: zamknąć ścianę. Nie wiadomo, o której został wyłączony kombajn. Każdy pamięta to inaczej. Józek, że o 19. Marek, że 50 minut później. Sebastian, że na pewno po 20. Faktem jest, że maszyna nie pracowała.

Na ścianę 560 docierają ratownicy. Część buduje tamę wentylacyjną w chodniku odprowadzającym powietrze, pozostali tłoczą mieszaninę wodno-pyłową do zrobów w ścianie. Górnicy z brygady Andrzeja przynoszą drewno. Jest potrzebne przy konstrukcji tamy i do zabezpieczenia ściany przed działaniem górotworu.

- Józek, słyszysz? – pyta Marek. W kopalni zawsze coś słychać. Pracujące maszyny, stukot, coś gdzieś trzeszczy, szumi. Tym razem jest martwa cisza. Aż ciarki chodzą po plecach. Chwilę później hałas, jakby startował odrzutowiec. W górników uderza potężny podmuch powietrza. Iskry i kule ognia latają we wszystkich kierunkach. Potem zapada ciemność. W chodniku unosi się gęsty pył i kurz. Sebastian zapala swoją lampę, ale w pyle nic nie widać.

- Boguś, Andrzej, Józek! Jesteście?! – to Marek nawołuje kolegów. Wokół słychać jęki, przekleństwa. – K…a, co to było?! – ktoś krzyczy. Górnicy doskonale wiedzą co. Trzeba uciekać, bo za chwilę się uduszą.

Boguś został na dole

Po godzinie 21 mieszkańcy Wesołej, dzielnicy Mysłowic, w której jest kopalnia, słyszą pędzące na sygnałach karetki. Ludzie biegną pod kopalnię. Przedstawiciele KHW, który jest właścicielem kopalni, informują: trwa akcja ratunkowa. Na dół zjeżdżają trzy zastępy ratowników z kopalni i trzy z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. Dwie godziny zajmuje ustalenie, ilu górników przebywa w rejonie zagrożenia. W końcu wiadomo, że 37.

Józek: – Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, myślałem o jednym: chodu, bo zaraz się uduszę! Chwyciłem za aparat ucieczkowy, w którym jest zapas tlenu. Nie działał! Mimo to przeciskałem się z wetkniętym do gęby ustnikiem. Gorąc wdzierał się do płuc. Potknąłem się o kogoś. To był jeden z ratowników. Złapałem go za fraki i dalej do wyjścia.

Marek: – Odrzuciło mnie na pięć metrów. Obok mnie leżał Leon, darł się wniebogłosy. Poparzona skóra musiała z niego schodzić. Zacisnąłem zęby i go podniosłem. Byle donieść do szybu, uciec z tego przeklętego miejsca.

Sebastian: – Rzuciło mnie w ciasny fragment chodnika. Musiałem się czołgać. Aparat ucieczkowy nie działał, ledwo oddychałem. Słyszałem, że gdzieś za mną krzyczy Boguś, nasz kombajnista. Wiem, że przeżył wybuch, ale już go później nie widziałem.

Marek: – Do szybu mieliśmy jakieś cztery kilometry. Szedłem o własnych siłach. Leon był transportowany kolejką podwieszaną. Straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, co się dzieje.

Przedstawiciele KHW informują: „Rozpoczęta natychmiast akcja ratownicza pozwoliła na szybkie wywiezienie na powierzchnię najpierw sześciu, potem kolejnych poszkodowanych. Stopniowo nawiązywano kontakt z kolejnymi górnikami, z których ostatni wyjechali na powierzchnię około 1.25. Na jednego z nich nie udało się trafić, mimo kontynuowania poszukiwań przy znacznym zadymieniu”.

Tajne zagrożenie

Wtorek, dzień po wypadku. Zygmunt Łukaszczyk, pełniący obowiązki prezesa KHW, mówi dziennikarzom, że w rejonie, w którym doszło do wybuchu, nie odbywał się fedrunek. Prowadzono prace zabezpieczające, profilaktyczne, w związku z występującymi zagrożeniami. Komunikat KHW: „Do tragicznego zdarzenia doszło najprawdopodobniej w wyniku zapalenia metanu”.

18 górników leży w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Siedmiu w szpitalu im. św. Barbary w Sosnowcu. Pozostali, z lżejszymi obrażeniami, zostali odwiezieni do okolicznych szpitali rejonowych.

Sebastian: – Trafiłem na oddział płucny, ze mną kilku kolegów. Ustalaliśmy, co z kim się stało. Andrzej w krytycznym stanie leży w „oparzeniówce”. Leon też. A Bogusia jako jedynego nie znaleźli! On był najmniejszym synkiem na naszej zmianie. Znamy jego żonę i córkę. Niedawno kupił sobie motor. Marzył o nim, kilka lat tylko o tym mówił…

Wyższy Urząd Górniczy prostuje: jeszcze pół godziny przed zapaleniem się metanu prowadzone były też normalne prace wydobywcze. Potwierdzają to urządzenia kontrolne, które zanotowały pracę kombajnu.

 

Dlaczego doszło do wybuchu? Dwie hipotezy: samoczynny pożar węgla lub roboty strzałowe, które były wykonywane pół godziny przed zdarzeniem.Inspektorzy WUG otrzymują dwie anonimowe informacje. Z pierwszej wynika, że już w piątek odnotowano przekroczone stężenie metanu, a z drugiej, że już wtedy metan zaczął się palić. Sprawą zajmuje się prokuratura.

Pod kopalnią czeka Franciszek Jankowski, ojciec Bogdana. – Gdyby wszystko było zgodne z przepisami bhp, ci wszyscy ludzie teraz by z nami byli. Przez 28 lat byłem tu górnikiem i sam wiem, co dyrekcja robiła z górnikami i do czego nas zmuszano. W poniedziałek, jak jechaliśmy z synem w aucie, zadzwonił do niego kolega. „Boguś, chyba będziemy mieli wolne, bo na naszym oddziale jest metan” – mówił. A jednak zjechali na dół. Nie mam już żadnej nadziei – mówi dziennikarzom.

Kopalnia to żywioł

Rodziny poszkodowanych odwiedzają ich w „oparzeniówce”. – Mąż nie chciał iść do pracy. Wiedział, że dzieje się coś złego – mówi jedna z kobiet.

Od tygodnia w kopalni trwa akcja ratunkowa, wielokrotnie przerywana z powodu dużego zapylenia albo wysokiego stężenia metanu. Kopalnię odwiedziła premier Ewa Kopacz, dzień później Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Marek: – Poszła informacja, że zjeżdżamy w niebezpieczne miejsca za dodatkowe 200 zł. Zadzwoniła do mnie ciotka z Wielkopolski i zjechała mnie, że się tak narażam za takie pieniądze. Powiedziałem jej, że to bzdura. Nie wiadomo, jak było i kto jest winien. Może nikt. Kopalnia to żywioł.

Sebastian: – Kopalnia nie chce wstrzymywać wydobycia, bo traci kasę. Może ktoś pomyślał, że uwiniemy się i nie piźnie. Ale nikt tego oficjalnie nie powie, bo żaden górnik nie chce wylecieć z roboty.

Katowicki Holding Węglowy na razie nie odnosi się do sprawy niesprawnych aparatów ucieczkowych, ani do tego, dlaczego górnicy zostali ewakuowani ze ściany w nocy z soboty na niedzielę czy też do poniedziałkowego fedrunku. Przedstawiciele KHW koncentrują się na akcji ratunkowej.

Imiona większości górników zostały na ich prośbę zmienione. Boją się, że mogą stracić pracę.

Katastrofa

W zeszły poniedziałek (6 października) w kopalni Mysłowice-Wesoła w Mysłowicach 665 metrów pod ziemią doszło najprawdopodobniej do zapalenia metanu. W rejonie wypadku było 37 górników. Dzień później w szpitalach znajdowało się 28 poszkodowanych. 18 z nich z największymi obrażeniami – w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Trzech jest w stanie krytycznym. 42-letniego kombajnisty nadal nie odnaleziono. Od tygodnia trwa akcja ratunkowa wielokrotnie przerywana ze względu na wysokie stężenie metanu lub potężne zadymienie.

 

Wyborcza.pl

Nie dla wszystkich Kanada

Robert Stefanicki, 13.10.2014
15-letnia Tina Fontaine została zgwałcona i zamordowana. 17 sierpnia policja wyłowiła jej ciało z rzeki przepływającej przez Winnipeg 15-letnia Tina Fontaine została zgwałcona i zamordowana. 17 sierpnia policja wyłowiła jej ciało z rzeki przepływającej przez Winnipeg (materiały prasowe)
W rankingu krajów, w których żyje się najlepiej, Kanada zajmuje wysokie, szóste miejsce.Tylko Indianie i Eskimosi czują się bliżej piekła niż raju.
Ciało 15-letniej Tiny Fontaine owinięte w folię znaleziono 17 sierpnia w rzece przepływającej przez miasto Winnipeg. Według policji dziewczyna „z całą pewnością została wykorzystana i zamordowana”.W kolejnych dniach wielu rdzennych Kanadyjczyków uczestniczyło w wiecach i czuwaniu przy świecach. Żądali wyjaśnienia, dlaczego 16 proc. ofiar zabójstw w kraju w latach 1980-2012 to aborygeńskie kobiety, stanowiące tylko 4,3 proc. populacji. Dane wzięte z tegorocznego raportu Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej w liczbach bezwzględnych wyglądają jeszcze bardziej szokująco: w ciągu ostatnich 30 lat zostało zamordowanych lub zaginęło 1,2 tys. rdzennych Kanadyjek.

Nie ma żadnej rasistowskiej sekty, która miałaby na sumieniu kobiety z Pierwszych Narodów, jak w poprawnym politycznie języku nazywa się tam Indian, Inuitów (Eskimosów) oraz mieszańców, Metysów. Jest gorzej: ich nieproporcjonalnie wysoki udział w statystykach przestępczości – po obu stronach, sprawców i ofiar – to wynik wielopokoleniowej degradacji tych społeczności (uboczny skutek rozwoju kraju) przez potomków białych kolonizatorów z Europy.

Kulturowe ludobójstwo

Podobnie było z australijskim „skradzionym pokoleniem”…

W Kanadzie w latach 1874-1996 odebrano rodzinom i umieszczono w szkołach z internatami 150 tys. dzieci rdzennych mieszkańców. Uczono je angielskiego, wpajano wiarę chrześcijańską, przyzwyczajano do zachodniego jedzenia i ubioru. Około 4 tys. wychowanków zmarło w internatach, tysiące wyszło z traumą wywołaną rozłąką z rodziną, wykorzenieniem, wykorzystywaniem seksualnym, biciem i upokarzaniem.

„System szkół z internatem systematycznie marginalizował kulturę aborygeńską w Kanadzie, na pokolenia rozbijał fundamentalne dla niej więzy rodzinne, przyczynił się do zapominania rodzimego języka. Uczniowie wychodzili bez wzorców potrzebnych do zbudowania własnych rodzin – pisze w pracy „The Residential School System” Erin Hanson z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. – Ponieważ celem rządu i Kościoła było wykorzenienie w młodym pokoleniu wszelkich aspektów kultury aborygeńskiej, system ten uważa się za formę ludobójstwa kulturowego”.

Od lat 60. XX wieku 20 tys. indiańskich dzieci zostało odebranych rodzinom i oddanych do adopcji białym Kanadyjczykom. Rząd zarzucił tę politykę w połowie lat 80., po proteście wodzów z Ontario i krytyce ze strony sądu Manitoby.

Tegoroczny raport specjalnego sprawozdawcy ONZ mówi o „nieustającym kryzysie” rdzennych ludów w Kanadzie – pomimo pewnych oznak poprawy w ostatniej dekadzie. Nawet dziś ich dzieci ośmiokrotnie częściej niż pozostałe trafiają do rodzin zastępczych. Co czwarty więzień-mężczyzna i co trzecia skazana kobieta pochodzą z rdzennych społeczności. Według danych ministerstwa sprawiedliwości aborygeńskie kobiety trzy i pół razy częściej padają ofiarą przemocy. Skłonności samobójcze Inuitów są 11-krotnie większe niż pozostałych Kanadyjczyków.

Rezerwaty i historyczna rana

Są jakby dwie Kanady. W powstałym z inicjatywy ONZ światowym rankingu szczęśliwości (uwzględnia odczucia mieszkańców i wskaźniki świadczące o zrównoważonym rozwoju) Kanada znalazła się na szóstym miejscu spośród 85 państw (Polska jest 51.). Na listach najlepszych miast do życia Toronto i Vancouver mają stałe miejsce w pierwszej dziesiątce. Jednocześnie połowa rdzennej populacji żyje w rezerwatach – przeludnionych, z kiepskimi szkołami, wysoką śmiertelnością noworodków, gdzie ogromnym problemem jest przemoc.

Trudno się dziwić, że Pierwsze Narody nie czują więzi z państwem, które ich prześladowało i wpędziło w nędzę. W jednym z indiańskich języków Kolumbii Brytyjskiej słowo „policja” tłumaczy się jako „ci, którzy odbierają nam dzieci”.

- Uczniowie w internatach byli wykorzystywani, a policja zajmowała się łapaniem wagarowiczów – tłumaczy Meghan Rhoad z Human Rights Watch. – Powstała głęboka historyczna rana, która nie zasklepi się przez pokolenia.

Kto odpowie za zbrodnie

Historia zabitej w sierpniu Tiny Fontaine jest klasyczna. Jej matka była alkoholiczką, ojciec został śmiertelnie pobity, gdy miała 12 lat. Dziewczyna wielokrotnie uciekała z domu, aż trafiła na mordercę i jej los się dopełnił.

Są też takie przypadki jak 26-letniej Loretty Saunders. Jej ciało znaleziono w lutym porzucone przy szosie w Nowym Brunszwiku – jak szybko ustalono, zamordowali ją i obrabowali współlokatorzy. Ta śmierć bardziej niż inne poruszyła opinię publiczną z dwóch powodów: Saunders pisała pracę magisterską o znikających kobietach inuickich, a sama mimo aborygeńskiego pochodzenia była blondynką o mlecznej skórze.

Po każdej takiej tragedii działacze rdzennych społeczności domagają się „publicznego narodowego dochodzenia” w sprawie morderstw. Nielubiany przez nich konserwatywny premier Stephen Harper odmawia, bo, jak mówi, są to zwyczajne zbrodnie, a nie „fenomen socjologiczny”.

Zdaniem byłego premiera stanu Ontario Boba Rae, liberała, Harper nie chce dochodzenia, które postawiłoby w złym świetle instytucje państwowe, na czele z policją. 1,4 mln rdzennych mieszkańców 35-milionowego kraju to nie elektorat, o jaki warto zabiegać.

W 2010 r. rząd przeznaczył 10 mln dol. na stworzenie bazy danych o zaginionych, doszkalanie w tej materii policjantów i pracowników wymiaru sprawiedliwości oraz na fundusz dla ofiar. Zdaniem działaczy to za mało.

- Dialog z rządem jest obecnie zerwany. Próbujemy, naciskamy, podpisujemy petycje i w końcu słyszymy zawsze to samo: ile to oni dla nas zrobili – mówi Al-Dżazirze Michele Audette, prezes Stowarzyszenia Rdzennych Kobiet Kanady (NWAC). Jej niania, wychowana w szkole z internatem, przez lata wykorzystywała ją seksualnie. Kuzynki, także wykorzystywane, popełniły samobójstwo.

- Nasze kobiety i dziewczęta potrzebują ochrony – przekonuje Audette. – Nie chodzi tylko o kilka kolejnych programów. Od polityków i społeczeństwa Kanady domagamy się prawdziwego zaangażowania.

 

Wyborcza.pl

Jak to z ustawą o rajach podatkowych było

Mariusz Jałoszewski, 13.10.2014
Ustawa o rajach podatkowych ukróci wyprowadzanie zysków przez firmy do krajów z niższymi podatkami. Będzie obowiązy- wać od stycznia 2015 r. Problem w tym, że Rządowe Centrum Le- gislacji opublikowało ustawę do- piero 3 października, a część przepisów ma trzymiesięczne vacatio legis.Ustawa o rajach podatkowych ukróci wyprowadzanie zysków przez firmy do krajów z niższymi podatkami. Będzie obowiązy- wać od stycznia 2015 r. Problem w tym, że Rządowe Centrum Le- gislacji opublikowało ustawę do- piero 3 października, a część przepisów ma trzymiesięczne vacatio legis. (123RF)
- Każdego pracownika zapytałem, czy w toku prac nad ustawą zdarzyły się jakieś okoliczności szczególne. Wszyscy, patrząc mi w oczy, mówili, że nic takiego nie miało miejsca, mówi Maciej Berek, prezes Rządowego Centrum Legislacji w rozmowie z Mariuszem Jałoszewskim.
MARIUSZ JAŁOSZEWSKI: W tym tygodniu Ewa Kopacz ma dostać raport z wewnętrznej kontroli w Rządowym Centrum Legislacji. Ma Pan u siebie wielką aferę, na której państwo mogło stracić 3 mld zł, jak szacuje „Rzeczpospolita”.- Kontrolerzy z kancelarii premiera pojawili się we wtorek 7 października. Poprosili o całą dokumentację. Nie ma tego wiele. Możemy tylko pokazać, co się działo z ustawą od momentu, gdy do nas wpłynęła, kto się nią zajmował i jaki był harmonogram działań. Kontrolerzy zadawali też pytania osobom, które przygotowywały ten akt do publikacji.W RCL są również kontrolerzy NIK i CBA, a prokuratura zapowiedziała wszczęcie śledztwa. Czy ktoś wziął łapówkę?

- Nie stwierdziłem w RCL żadnego podejrzenia korupcyjnego. Ale ponieważ taki zarzut był formułowany w przestrzeni publicznej, zdecydowałem się przekazać szefowi CBA to, co zebrałem podczas wewnętrznego wyjaśniania sprawy. Poprosiłem CBA o weryfikację.

3 mld to duża pokusa, by opóźnić ustawę.

- Minister finansów Mateusz Szczurek wielokrotnie powtarzał, że 3 mld, które podobno miał stracić budżet państwa, wzięły się nie wiadomo skąd. Ta ustawa od samego początku była opisywana jako zamykająca nasz system podatkowy. Większość krajów europejskich tego typu domknięcia systemowe już ma. Nie zakładano żadnych dochodów z tego tytułu do budżetu na rok 2015. Bo nie wiadomo, jak się będą zachowywały firmy.

Na opóźnieniu o rok obowiązywania ustawy zarobiłyby konkretne firmy, które zapłaciłyby mniejsze podatki w Polsce. To potencjalny motyw korupcji.

- Ustawa wchodzi w życie 1 stycznia 2015 r. Przewidziano jedynie kilka wyjątków, które miały zacząć obowiązywać najpóźniej w czwartym miesiącu po ogłoszeniu ustawy w Dzienniku. Żadne podmioty nie uniknęłyby nowego mechanizmu opodatkowania.

Twierdzi więc pan, ze opóźnienie publikacji ustawy nie spowodowało przesunięcia obowiązywania części przepisów na 2016 r.?

- Przyznaję, że w przypadku firm, dla których rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym, te regulacje podatkowe działałyby od 2016 r. Ale są firmy – szczególnie zagraniczne – które korzystają z innych systemów podatkowych, dla których rok podatkowy nie pokrywa się z kalendarzowym.

Pytał pan swoich pracowników: proponowano ci korzyść majątkową?

- Nie mam podstaw, żeby o to pytać. Każdego zapytałem, czy w toku prac nad ustawą zdarzyły się jakieś okoliczności szczególne. Wszyscy, patrząc mi w oczy, mówili, że nic takiego nie miało miejsca.

Wierzy pan im?

- Tak, długo z nimi pracuję. Prezesem RCL jestem od 2007 r. Nigdy nikogo nie zwolniłem dyscyplinarnie. Nie było też sytuacji korupcyjnych. Sławne „lub czasopisma” znalazł właśnie nasz pracownik. Afera Rywina zaczęła się od sumiennej pracy legislatora RCL. Tacy ludzie tu pracują.

Przez te lata udało mi się wprowadzić elektroniczne Dzienniki Ustaw. Ale nie zajmujemy się tylko publikowaniem aktów prawnych. Uporządkowaliśmy rządowy proces legislacyjny. Staramy się, by RCL pisał wszystkie ustawy w oparciu o założenia ministerstw. Dziś piszemy część projektów, opiniujemy je na każdym etapie legislacyjnym. Zatrudniamy 180 osób, które mają naprawdę dużo pracy.

Ale były wpadki ze spóźnieniem publikacji innych ustaw, np. o „bestiach”.

- Był tylko przypadek z ustawą o osobach szczególnie niebezpiecznych. Jeden na 3 tys. aktów prawnych, które publikujemy co roku, i na 20 tys. aktów ogłoszonych, odkąd jestem prezesem RCL.

Pod koniec 2013 r. pytaliśmy ministerstwa, które akty muszą być opublikowane do końca roku. Informacji „pilne” w sprawie tamtej ustawy nie było. Potem zobowiązałem nasze departamenty, by wszelkie sygnały, że coś jest pilne, przekazywały do departamentu odpowiedzialnego za publikację w sposób udokumentowany. Od tamtego czasu w departamencie odpowiedzialnym za publikację udoskonaliliśmy program do zarządzania elektronicznym obiegiem dokumentów. Zmieniłem też wicedyrektora departamentu, który nie miał wykształcenia prawniczego.

Ustawa o rajach podatkowych to zaledwie 34 strony. Prezydent podpisał ją 17 września. Ustawę opublikowano w elektronicznym Dzienniku Ustaw dopiero 3 października. Zamieszczenie pliku PDF w internecie zajęło pół miesiąca.

- Większość aktów do ogłoszenia przychodzi do nas drogą elektroniczną i to jest rozwiązanie najszybsze. Ale Kancelaria Prezydenta teksty ustaw przekazuje nam w formie oficjalnego pisma i dołącza płytę CD z podpisaną ustawą.

Była tam informacja „pilne”?- Prezydent nie jest od oznaczania pilności ustaw, które nie są „jego” aktami. A ustawa o rajach podatkowych wyszła z rządu.Płyta trafiła do sekretariatu dzienników urzędowych, 18 września mój zastępca wydał zgodę na ogłoszenie ustawy.

I on, i pan jesteście prawnikami, nie przyszło wam na myśl, że to ważna ustawa podatkowa?

- Nie wiem, co miałoby wzbudzić niepokój. Ustawy podatkowe, jak wynika z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, trzeba publikować najpóźniej do końca listopada.

Zdarza się, że wiceministrowie dzwonią i proszą, żeby przypilnować, bo coś będzie pilne.

Ale minister finansów nie zadzwonił, więc pilna ustawa trafiła do kolejki.

- Bo rejestrujemy akty według kolejności wpływu. Każdego dnia w kolejce do publikacji jest kilkadziesiąt aktów. Jeśli wiemy, że ustawa jest pilna, możemy jej nadać wyższą kategorię. Jest kategoria na cito, czyli do zrobienia natychmiast. Drugie w kolejności są te, które mają bliski termin wejścia w życie. Trzecie – z odległą datą. Tak było w tym przypadku. Decyzję podjął dyrektor departamentu dzienników urzędowych Jarosław Deminet.

Po zarejestrowaniu plik trafił do fotoskładu. To komórka, która zajmuje się przetwarzaniem pliku, by odpowiadał wymaganiom technicznym do publikacji. Pracują tam cztery panie. Zaglądają do „szuflad”, które odpowiadają kategoriom dokumentu. Jeśli pierwsza i druga są puste, biorą pliki z trzeciej. Każda z pań ma codziennie do obróbki kilka, kilkanaście aktów prawnych: formatują pliki, poprawiają ustawienia strony, marginesy itp.

Dlaczego tego nie pilnuje się od samego początku?

- Zaczynamy to robić, podpisaliśmy w tym roku porozumienie z szefami kancelarii Sejmu, Senatu i premiera o używaniu wspólnego szablonu formatowania. Dotyczy to jednak nowych projektów.

Formatowanie ustawy o rajach trwało w RCL aż tydzień, do 25 września.

- Przy niektórych aktach skomplikowanych technicznie – gdy są np. tabele – praca trwa nawet kilka dni. Ale nad ustawą o rajach pracowano prawdopodobnie kilka godzin.

Ile aktów w tym czasie się obrabiało?

- Około 100. Mieliśmy np. 500-stronicowy trudny „Program badań statystycznych na 2015 r.”. GUS zgłosił, że jest pilny. Pracowaliśmy nad nim ponad 20 dni. We wrześniu mieliśmy też do ogłoszenia rozporządzenia związane z powołaniem nowego rządu.

Między 17 a 30 września opublikowano jednak tylko sześć ustaw. Co się działo, gdy fotoskład skończył formatowanie tej ustawy?

- Dyrektor Deminet ustalił, który z 12 redaktorów językowych będzie ją czytał.

Ale przekazał ją do korekty dopiero 29 września.

- Proszę zapytać dyrektora, ile w tym czasie spraw rozdzielił do pracy.

Przeczytanie tekstu zajęło kolejne cztery dni.- Zapraszam każdego, kto jest gotów wykonywać to szybciej. Z pewnością go przyjmiemy. Nie zgodzę się z sugestią, że można było klikać szybciej.2 października zadzwonił do pana dziennikarz „Rzeczpospolitej” z py-taniem, gdzie jest ustawa. Nazajutrz ukazał się jego tekst i dopiero wtedy opublikowano ustawę. Były telefony z rządu z pretensjami?

- 3 października plik wrócił do dyrektora. Ten wyznaczył numer, pod jakim będzie ogłoszona ustawa, i tekst pojawił się na stronie Dziennika Ustaw.

Rozmawiałem 7 października z premier Kopacz w obecności Jacka Cichockiego, szefa jej kancelarii. Powiedziałem, jak wyglądała praca, ile czasu trwało ogłaszanie w tym czasie innych aktów, czym się zajmowaliśmy we wrześniu.

Przedstawiłem swoje propozycje zmian. Musimy mieć system, w którym już przy kierowaniu do nas aktów drogą elektroniczną można będzie wpisać datę publikacji. Po drugie, zamieścimy na stronach internetowych pełen wykaz aktów oczekujących wraz z planowanymi przez nas datami publikacji (na podstawie informacji otrzymanych z zewnątrz albo naszych ustaleń wynikających z oceny czasochłonności pracy). Osoby odpowiedzialne za dany akt będą mogły sprawdzić datę i ewentualnie poprosić o przyspieszenie.

Ewa Kopacz żądała dymisji?

- To pozostawię między mną a panią premier.

Obawia się pan wyników kontroli?

- Nie. Czekam na rzetelną weryfikacje naszej pracy.

Ramka

Ustawa o rajach podatkowych ukróci wyprowadzanie zysków przez firmy do krajów z niższymi podatkami. Będzie obowiązywać od stycznia 2015 r. Problem w tym, że Rządowe Centrum Legislacji opublikowało ustawę dopiero 3 października, a część przepisów ma trzymiesięczne vacatio legis. Przez to opóźnienie zaczęłyby obowiązywać dopiero od 2016 r., bo przepisów podatkowych nie można wprowadzać w trakcie roku podatkowego. Ratują to teraz w Sejmie posłowie koalicji szybką nowelizacją ustawy, która skróci okres vacatio legis.

 

Wyborcza.pl

Fuzja jądrowa tańsza od węgla? Amerykanie opracowali nowy reaktor

Jacek Krywko, 11.10.2014
Dynomak. Reaktor fuzji jądrowej, który zdaniem pracujących nad nim naukowców, ma być tańszy od elektrowni węglowej Dynomak. Reaktor fuzji jądrowej, który zdaniem pracujących nad nim naukowców, ma być tańszy od elektrowni węglowej (Uniwersytet w Waszyngtonie)
Jedną z głównych przeszkód na drodze do uczynienia fuzji temojądrowej dominującym źródłem energii na świecie jest jej cena. Naukowcy z University of Washington postanowili rozwiązać ten problem. Przedstawili koncept reaktora, który ma być tańszy w utrzymaniu i budowie od produkującej tyle samo prądu elektrowni węglowej.
Fuzja termonuklearna to proces zachodzący we wnętrzu Słońca. Polega na łączeniu się jąder pierwiastków. W pierwszym etapie z dwóch jąder wodoru powstaje jądro deuteru. Ubocznym produktem reakcji jest przy tym neutrino i pozyton. Neutrino ucieka, a pozyton anihiluje z najbliższym elektronem, wytwarzając promieniowanie. Następnie jądro deuteru łączy się z kolejnym jądrem wodoru, tworząc jądro helu-3. A na koniec dwa jądra helu-3 łączą się, w wyniku czego powstaje jądro helu-4 i dwa jądra wodoru. Otrzymywana w tych reakcjach energia uwalniana jest w postaci fotonów, czyli światła. Synteza termojądrowa to najbardziej efektywny ze znanych nam procesów generujących energię.Odtworzenie go na Ziemi napotyka jednak wiele trudności. Po pierwsze niemożliwe jest uzyskanie tu panującego we wnętrzu Słońca ciśnienia. Ten problem można rozwiązać zwiększając temperaturę. Żeby reakcja fuzji zaszła przy osiągalnym na naszej planecie ciśnieniu, trzeba temperatury rzędu dziesiątków milionów stopni Celsjusza. To prowadzi do drugiego problemu. Tak rozgrzana plazma nie może wejść w kontakt ze ścianami reaktora, ponieważ nie wytrzymałby tego żaden ze znanych nam materiałów. Dlatego plazmę trzeba utrzymywać w polu magnetycznym. Gra jednak jest warta świeczki, ponieważ w roli paliwa reaktory syntezy jądrowej mają wykorzystywać tryt, który można pozyskać z powszechnego w glebie litu, oraz deuter, możliwy do uzyskania z morskiej wody.Obecnie na świecie dominują dwie koncepcje takich reaktorów: tokamaki i stellaratory. Obie konstrukcje różnią się budową. Obie też wykorzystują do wygenerowania pola magnetycznego cewki nadprzewodzące, pracujące w temperaturze bliskiej zera absolutnego. Ich konstrukcja i utrzymanie wiążą się z ogromnymi kosztami. Pomysł reaktora działającego bez takich cewek opracowali naukowcy z University of Washington w Seattle pod kierunkiem prof. Thomasa Jarboe.Projekt, roboczo nazwany dynomakiem, powstał dwa lata temu, podczas zajęć ze studentami.

Jego architektura ma pozwalać na utrzymywanie pola magnetycznego głównie przy użyciu prądu, przepływającego przez obecną w reaktorze plazmę. Dlatego całość ma być znacznie mniejsza, mniej skomplikowana i przede wszystkim tańsza niż w tokamakach i stellaratorach. Budowę dynomaka można zobaczyć na udostępnionym przez uniwersytet pokazie slajdów .

Zespół opublikował też pracę, przedstawiającą wyliczenia, które wskazują, że ich koncepcja w odpowiedniej skali będzie tańsza od elektrowni węglowej. Ich zdaniem kompleks produkujący 1 GW mocy z węgla to koszt ok. 2,8 mld dol. Wytwarzający tyle samo energii dynomak ma kosztować o 100 mln dol. mniej. Energia ma być z reaktora odbierana za pomocą chłodziwa, które następnie napędzałoby prądotwórcze turbiny, tak jak przy klasycznych jądrowych reaktorach rozszczepieniowych. Oczywiście, jeśli to wszystko zadziała.

- Oparliśmy naszą koncepcję o modele komputerowe. Zbudowaliśmy też eksperymentalny reaktor tego typu. Nazywa się HIT-SI3. Jest dziesięciokrotnie mniejszy od docelowej konstrukcji, więc oczywiście zużywa więcej energii niż produkuje. Pozwali jednak dopracować projekt. Rezultaty są obiecujące – mówi Derek Sutherland, inżynier pracujący nad pomysłem dynomaka. Według niego całość opiera się na już istniejących technologiach. – Do fuzji jądrowej nauka podchodzi na różne sposoby. Tokamaki i stellaratory to konstrukcje mainstreamowe. Są najbardziej rozwinięte, ich działanie potwierdziło wiele eksperymentów. Są też pomysły niszowe, powstające na różnych uczelniach. Ciekawe, ale niesprawdzone. My widzimy się pomiędzy jednymi, a drugimi. Może właśnie dzięki temu znajdziemy patent na fuzję? – dodaje i podkreśla, że według wyliczeń jego zespołu, dynomak powinien produkować pięciokrotnie więcej energii niż powstający obecnie we Francji, kosztujący ponad 20 mld euro reaktor ITER (będący tokamakiem).

Zespół złożył już wnioski o opatentowanie dynomaka. Więcej szczegółów ma przedstawić 17 października na poświęconej fuzji jądrowej konferencji w Petersburgu. Publikację z kalkulacją kosztów takiej elektrowni można znaleźć tutaj.

Wyborcza.pl

Religijna bomba tyka w Niemczech

Bartosz T. Wieliński, 12.10.2014
8 października Hamburg. Podczas starć pomiędzy mieszkającymi w Niemczech Kurdami a muzułmańskimi radykałami rannych zostało 14 osób8 października Hamburg. Podczas starć pomiędzy mieszkającymi w Niemczech Kurdami a muzułmańskimi radykałami rannych zostało 14 osób (A4211/AP)
Wojna z Bliskiego Wschodu powoli przenosi się na ulice niemieckich miast. Płoną meczety, a radykalni muzułmanie walczą z Kurdami i jazydami.
Ogień w meczecie w Bad Salzuflen pod Bielefeld wybuchł w nocy z piątku na sobotę. Podpalacz oblał drzwi benzyną, chwilę później stały w ogniu. O tym, że piętrowy budynek przy Weinbergstrasse to meczet, świadczy kopuła na dachu i półksiężyc na niej. Muzułmanie w mieście nie byli salafitami, czyli wyznawcami radykalnego islamu, i nie rekrutowali żołnierzy na dżihad prowadzony w Iraku i Syrii przez Państwo Islamskie (PI). Chcieli być częścią lokalnej społeczności, zapraszali Niemców do siebie, by pokazać, że nie są fanatykami. A mimo to ktoś wzniecił pożar…Cudem nie doszło do tragedii. Gdy ludzie ze znajdujących się na piętrze meczetu mieszkań wybiegli na korytarz i zaczęli dusić się dymem, uratowała ich straż pożarna.W sierpniu pożar strawił budowany właśnie meczet w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Policja długo sprawdzała, czy instalacja elektryczna była sprawna, czy ognia nie zaprószono przypadkowo. Znalezione w pogorzelisku pojemniki po łatwopalnym płynie nie pozostawiały jednak wątpliwości, że świątynię podpalono. W areszcie od kilku dni siedzi podejrzewany o to Jordańczyk. Muzułmanie z Kreuzbergu twierdzą jednak, że go znają i że nie byłby zdolny do takiego czynu.Gdy meczet w Berlinie dogasał, ogień podłożono w muzułmańskiej sali modlitewnej w Bielefeld. Sprawcy weszli przez okno; zbezcześcili egzemplarze Koranu i podpalili. Na szczęście ogień szybko zauważono.Tydzień wcześniej w tym samym mieście doszło do podobnego incydentu. Sprawców obydwu ataków dotąd nie ujęto. Policja ma dwie wersje: podpalaczami są neonaziści albo jazydzi, mówiący po kurdyjsku członkowie mniejszości religijnej. Ich pobratymców żyjących w Iraku PI uznaje za czcicieli diabła, a tych, którzy nie chcą przejść na islam, brutalnie morduje. Mogło więc chodzić o odwet na muzułmanach za masowe egzekucje irackich jazydów.Od 2012 r. podpalono w Niemczech już 40 meczetów i sal modlitewnych. W tym roku liczba ataków poważnie wzrosła. A to nie jest jedyny problem…

Gorąco w Hamburgistanie

- Na naszych oczach chłopak został raniony maczetą w obydwie nogi. Innemu wbito w brzuch rożen od kebabu – relacjonowali dziennikarze ubiegłotygodniowe zamieszki w Hamburgu.

Zaczęło się pokojowo. We wtorek 7 października pod meczetem Al-Nour w imigranckiej dzielnicy St. Georg miejscowi Kurdowie i jazydzi – według policji ok. 400 osób – demonstrowali, domagając się udzielenia pomocy syryjskiemu miastu Kobane atakowanemu przez fanatyków z PI. Podobne pokojowe demonstracje odbywały się w innych niemieckich metropoliach. W Hamburgu naprzeciw uczestników wyszło jednak 400 radykalnych muzułmanów, którzy nie kryli sympatii dla PI.

Policji wydawało się, że ma sytuację pod kontrolą. Drogi dojazdowe w stronę meczetu zablokowały radiowozy, kordon funkcjonariuszy oddzielał Kurdów od salafitów, w pogotowiu czekały armatki wodne. Ale ok. godz. 20 radykałowie ruszyli na Kurdów z maczetami, rurami i rożnami od kebabów.

- Eskalacja przemocy osiągnęła niewiarygodny poziom – raportowała później policja. Na funkcjonariuszy próbujących rozdzielić walczących spadł grad kamieni. Salafici wtargnęli też do meczetu, gdzie trwały modły.

- To była dzicz – mówi przewodniczący tamtejszej wspólnoty muzułmańskiej Daniel Abhin. – Miałem wrażenie, że znalazłem się w Hamburgistanie.

Wiernych ewakuowali policjanci. Uspokoiło się dopiero nad ranem. Doliczono się 14 osób z ranami ciętymi; cztery są w stanie ciężkim.

Nazajutrz Kurdowie i muzułmańscy radykałowie znów skakali sobie do gardeł, ale tym razem policja była sprawniejsza. Na ulicach było 1,3 tys. funkcjonariuszy, kilkadziesiąt osób aresztowano; u niektórych znaleziono pistolety.

Dwa dni wcześniej podobne zamieszki wstrząsnęły miastem Celle, 100 km od Hamburga. W śródmieściu tamtejsi jazydzi (Celle to ich największa wspólnota w Niemczech) starli się z mieszkającymi w okolicy muzułmanami. Ponad sto osób okładało się pięściami i pałkami. Najprawdopodobniej jazydzi i salafici przez Facebooka umówili się na ustawkę, czyli zaplanowaną bijatykę; ten sposób rozwiązywania sporów stosowali dotąd kibole.

Wcześniej w mieście nie było antymuzułmańskich demonstracji, policja nie miała też niepokojących sygnałów. By rozdzielić walczących, trzeba było ściągać funkcjonariuszy z sąsiednich powiatów. Sześciu uczestników bijatyki zostało rannych, jeden ciężko.

Niemcy bezsilne

- Przenoszą swoją wojnę na niemiecką ziemię; policjanci zderzyli się z przemocą w czystej postaci. Sami byli w niebezpieczeństwie – alarmuje szef policyjnych związków zawodowych Rainer Wendt. Szef MSW, chadek Thomas de Maziere, zapowiedział, że sprawcy burd będą ścigani z całą surowością. Ale pomysłu na to, jak nie dopuścić do starć muzułmanów i jazydów oraz jak chronić meczety przed podpalaczami, nie ma.

W Niemczech żyje 100 tys. jazydów. Salafitów – według szacunków z końca zeszłego roku – jest ponad 5,5 tys. Wielu z nich nie ma arabskich korzeni, to konwertyci.

Starcia są nieuniknione, bo radykalni wyznawcy islamu kilka lat temu przeszli do ideologicznej ofensywy. Zaczęli od rozdawania Koranu na ulicach i publicznych nabożeństw. Bili się tylko z działaczami skrajnej prawicy. Ale w zeszłym miesiącu przez Wuppertal przeszedł patrol tzw. policji szariatowej. Jego członkowie – lokalni salafici – żądali, by właściciele sklepów przestrzegali muzułmańskiego prawa. Podobną grupę widziano w Bonn. Poza tym co najmniej 400 radykałów ruszyło do Syrii i Iraku.

Jedyne, co mogą zrobić władze, to stawiać wracających bojowników przed sądem albo deportować tych salafitów, którzy nie mają niemieckiego obywatelstwa. Minister de Maziere chciałby wprawdzie odbierać islamskim ekstremistom niemieckie paszporty, ale takie rozwiązanie wydaje się nierealne.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz