RSS
 

Biblia (14.03.15)

 

Kazimierz Kutz: Rozporek prezydenta

Kazimierz Kutz, 14.03.2015
Kazimierz KutzKazimierz Kutz (Fot. Bartlomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

Polityczna kołomyjka kręci się, wygłupy trwają nieprzerwanie od świtu po świt, w mediach w kółko powtarzają te same pyskówki, i im ktoś z kandydatów palnie większe głupstwo, tym większe ożywienie na wyborczej rulecie. A także w paskach.
Znam się na oddziaływaniu obrazu i dźwięku, i wiem, że z fachowo zrobionego montażu tegorocznej kampanii wyborczej w mediach, nie dłuższego niż 5 minut i powtórzonego nieprzerwanie 10 razy, można uśmiercić każde żywe stworzenia, a człowieka doprowadzić do nieodwracalnych zaburzeń umysłowych, nazywanych potocznie skretynieniem. Przez tę polityczną ruletę, w której uczestniczy już 18 komitetów wyborczych, jestem w sytuacji mojego wujka – hutnika, pracował przy piecu hutniczym i mała kropelka gotującej się stali kapnęła mu na kostkę, powstała zaogniona dziurka, która nie dała się wyleczyć, przez co kulał aż do śmierci, a przedtem był pod Stalingradem, i wrócił do domu dopiero dwa lata po zakończeniu wojny, bo musiał jeszcze zaliczyć dupienie na grubie w Donbasie. Paulek, bo tak mu było, bał się panicznie mrozów, asekuracyjnie chodził w spodniokach na okrągło, miał dwie pary na zmianę, jego Truda [ciotka], prała je fte i nazod.

Jak się zapatrzę na polityczne mizdrzenie to idiocieję

Ja mam z kampanią wyborczą podobny problem, jaki Paulek miał z ruskim mrozem. Po prostu odkryłem, że jak się zapatrzę na polityczne mizdrzenie i partyjną namolność w TV, to idiocieję! Na przykład kiedy natykam się na rozmowę Kurskiego czy Ziobro, wtedy czuję jak w mojej głowie zaciskają się jakieś niewidzialne kleszcze i wyciskają mózg jak cytrynę; wtedy radykalnie zasypiam, a jak się budzę, czuję się kompletnie zidiociały, czasem do tego stopnia, że przez parę minut nie wiem jak się nazywam.

Trwa partyjny obłęd. Ostatnio pisowcy wykryli, że prezydent Komorowski chodził po wrocławskim rynku z rozpiętym rozporkiem! To ma być jeden z asów z rękawa, który może przynieść Dudzie zwycięstwo. Mam nadzieję, że jemu zaszyli na wszelki wypadek, dzięki czemu zyska 100 tys. zwolenników. Rozporkowy szczyt będzie wciągał ludzi w tę masochistyczną zabawę partyjnych lalusiów i maskotek po to, by otumanionych wyborców jak baranów zawlec do wyborczych urn.

Więc problemem nie jest pytanie, kogo wybrać na prezydenta, tylko jak żyć w takim głupim kraju. Swój program każdy z kandydatów mógłby na dobrą sprawę przedstawić w godzinę, w ramach świadomych ograniczeń prawnych stanowiska i kontekstu dzisiejszej rzeczywistości. Mógłby przedstawić dorobek swojego życia, który upoważnia go do udziału na najwyższe stanowisko w państwie. Można by też przy okazji przepytać paru jego kumpli, którzy znają kandydata od dziecka. No i jest do poznania życiowy partner kandydata, bo jego wygląd ma znaczenie reprezentacyjne, zwłaszcza przy wyjazdach zagranicznych. Stare przysłowie mówi: nie kupuje się kota w worku.

Nie ma pierwszorzędnego kandydata

I tak wiadomo, że prezydentem musi być ten co jest, bo on jak plastelina zabezpiecza wszystkie stare dziury popisowskie i te nowe, które niesie ze sobą Putin. I sankcjonuje leseferyzm PO, do którego już wszyscy przywykli. Słowem, nie ma pierwszorzędnego kandydata: Bronisław Komorowski jest starym niedźwiadkiem, przy którym dzieci najszybciej zasypiają, Duda to klasyczna wydmuszka Jarosława z trocinami w środku, cyngelman dla swojej sekty, by nie zasypiała przed wyborami. Słowem – kapiszon wyborczy. Cała reszta to kukiełki potrzebne do permanentnych jasełek politycznych, którymi karmią się stacje telewizyjne w celu kontynuowania swoich misji permanentnego zidiocania społeczeństwa.

Ja nie mam na kogo głosować. Żadna partia nie zajmuje się ludźmi; wszystkie są antyobywatelskie – wszystkie chore na władzę. Dlatego programowo najbliższa jest mi Anna Grodzka, która reprezentuje Zielonych, i chyba na nią oddam głos. Bronisław Komorowski nie wchodzi w rachubę, bo prowadzi paskudną politykę wobec Ślązaków; jest nacjonalistą niewiele różniącym się od Jarosława Kaczyńskiego, genetycznie obciążony zaborem rosyjskim, przeto średnio ucywilizowanym Europejczykiem. Ostatnio wcisnął marszałkowi województwa byłego marszałka, by nadal w jego imieniu dozorował RAŚ i jego zwolenników. Dla prezydenta Ślązacy są plemieniem Apaczów po wojnie secesyjnej w USA. On nie uznaje równości praw człowieka. Ponadto jest kandydatem PO, która na Górnym Śląsku popsuła wszystko, co tylko popsuć się dało. To przez ich rządy Górny Śląsk stał się zaściankiem. O regionalnym liderze, Tomaszu Tomczykiewiczu, w ogóle nic nie słychać, dlatego chodzi mi po głowie pytanie, czy aby jeszcze żyje. Martwa partia rządzi województwem, martwe partie ścigają się o miejsce przy żłobach. Klasa polityczna w Polsce jest całkowicie zużyta, i w składzie, w jakim jest codziennie do obejrzenia telewizyjnych mejlzupkach, już do niczego się nie nadaje. Dlatego nie ma na kogo stawiać. Te wynaturzone partie podobne są do naszych klubów ligowych, które walczą o kibiców.

Nie po to dokonała się w Polsce rewolucja.

 

katowice.gazeta.pl

JUSTYNA WASILEWSKA Z TR WARSZAWA: BIBLIA JAK FANTASY [ROZMOWA]

Izabela Szymańska, 14.03.2015
Justyna Wasilewska podczas próby przedstawienia Justyna Wasilewska podczas próby przedstawienia „Męczennicy” w reżyserii Grzegorza Jarzyny (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Ma 30 lat, a reżyserzy widzą w jej delikatnej urodzie nastolatkę. W sobotę w TR Warszawa premiera spektaklu „Męczennicy” Grzegorza Jarzyny, w którym Justyna Wasilewska gra jedną z głównych ról.
Młodą aktorkę znamy głównie ze spektakli Krzysztofa Garbaczewskiego i Grzegorza Jarzyny. U Garbaczewskiego grała w przedstawieniach „Życie seksualne dzikich”, „Kamienne niebo zamiast gwiazd” (obecnie w repertuarze nowego teatru) czy poznańskiej „Balladynie”. W TR Warszawa mogliśmy ją oglądać m.in. w „Drugiej kobiecie”, a od soboty w „Męczennikach” na podstawie dramatu Mariusa Von Mayenburga.Rozmowa z Justyną Wasilewską

Izabela Szymańska: W „Męczennikach” grasz Lidkę, nastolatkę, która buntuje się wobec świata pozbawionego w jej ocenie religijnych zasad. Pamiętasz, przeciwko czemu ty się buntowałaś?

Justyna Wasilewska: To chyba nawet nie był bunt, tylko wejście w melancholijny świat, forma ucieczki od rzeczywistości. Byłam zarażona fikcyjnymi postaciami z literatury, artystami, wyobrażałam sobie, że jestem dziewczynką z zapałkami albo Camille Claudel. Kiedy znajdowałam tragiczną bohaterkę, z którą mogłam się utożsamić, robiłam to, co ona: rzeźbiłam, pisałam, malowałam. Zamykałam się u babci na strychu czy u drugiej, która miała wielki mroczny pokój z pianinem. Grałam, oglądałam stare zdjęcia. Chodziłam na długie spacery, słuchałam Nicka Cave’a i Toma Waitsa. Dziś czule się śmieję z tamtej Justyny, ale jednocześnie myślę, że był to bardzo samotny czas. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś osobnym człowiekiem, istniejesz jako ktoś, kto może sam o sobie stanowić. I szukasz wzorców dla nowego siebie.

To był pierwszy przejaw drogi, którą poszłam, czyli aktorstwa. Do tej pory zamykam się w ciemnych piwnicach, staję się na chwilę kimś innym.

Mam wrażenie, że Lidka jest jak Artur w „Tangu” Mrożka, tęskni do wartości dziadków, bo nie odnajduje się w liberalnym świecie rodziców.

– Tak, szuka trwałych zasad. I znajduje je w Biblii, która jest jak wejście w świat fantasy – święty Jan w „Apokalipsie” powołał do życia bardzo mocne obrazy, w jakimś sensie podniecające, sensualne. Można na ich podstawie zrobić film w 3D z aniołami, wojną, otwierającymi się pieczęciami, przemieszczaniem się gór, morzami, które występują z brzegów.

Rozumiem tę fascynację. Wchodzisz w iluzję, masz poczucie, że jesteś w niej bezpieczny i nie musisz się konfrontować z tym, co jest na zewnątrz. A tam jest twoje zmieniające się ciało, są emocje, nad którymi nie panujesz. Nie ma się za co złapać. Lidkę wychowuje tylko tata, nie ma kobiecej strony, która mogłaby jej taki wzorzec dać, a ojciec nie rozumie, co się z nią dzieje.

Jedyną kobietą jest pani od biologii.

– Główny wróg, bestia, z którą walczy. Konstruuje cały świat wobec niej i jej racjonalnego, wyzwolonego myślenia o rzeczywistości. Fascynuje się energią nauczycielki, wolnością, ma moc, która ją przyciąga. I poniekąd szuka w niej matki.

Przerażające jest to, że nastolatka ma taki ogromny wpływ na nauczycielkę.

– Nie tylko na nią. Zasady, które wyznaczył liberalny świat, według których uczeń może wszystko – to w pewnym sensie pułapka. Nauczyciele nie są w stanie wyciągnąć żadnych konsekwencji, bo muszą inwestować w rosnący indywidualizm Lidki; ma prawo iść wybraną drogą. Nie zauważają, kiedy to szukanie siebie nabiera takiej skali, że pochłania wszystkich wokół. Ciekawy jest mechanizm radykalizmu idei. To zjawisko jest szerzej obecne w świecie, to jest przykład relacji Putina i Europy. Z kimś nieobliczalnym nie da się rozmawiać.

Lidka to twoja kolejna rola w TR Warszawa. Jest coś, co łączy grane przez ciebie bohaterki?

– Poza tym, że są nastolatkami? Na pewno osobność. Gdyby rozwinąć postać Talii z „Drugiej kobiety”, to właściwie mogłaby przejść w Lidkę. To ten sam typ. Talia zafascynowana jest aktorką – idolką. Idolem Lidki jest Bóg. Każdą z nich rządzi wielka pasja i niezłomność.

Znamy cię w Warszawie ze spektakli Krzysztofa Garbaczewskiego i Grzegorza Jarzyny – to awangardowi reżyserzy dwóch pokoleń. Jakie są różnice w pracy z nimi?

– To skrajne wobec siebie propozycje teatru, ale obie równie fascynujące. U Krzyśka możesz wszystko, daje ci zarys świata, a ty robisz z tym, co chcesz. Jesteś częścią teatralnej instalacji. A u Grzegorza sceniczna rzeczywistość powstaje bardzo precyzyjnie, filmowo, ważne, żeby wszyscy twórcy mieli jedną wspólną wizję, którą realizują. Jak pracuję z Grześkiem, to tęsknię do wolności Krzyśka, a jak u Krzyśka, to marzę, żeby mnie ktoś poprowadził. Dobrze więc, że te propozycje się przeplatają.

TR Warszawa: „Męczennicy” na podstawie dramatu Mariusa von Mayenburga. Reżyseria: Grzegorz Jarzyna, przekład: Elżbieta Ogrodowska-Jesionek, scenografia: Monika Pormale, kostiumy: Anna Nykowska, wideo: Robert Mleczko, reżyseria światła: Felice Ross, muzyka: Michał Lis, Piotr Lis, dramaturgia: Roman Pawłowski. Występują: Roma Gąsiorowska, Piotr Głowacki, Aleksandra Konieczna, Cezary Kosiński, Dawid Ogrodnik, Sebastian Pawlak, Tomasz Tyndyk, Justyna Wasilewska. Premiera w sobotę 14 marca, godz. 19. Szczegóły i bilety: www.trwarszawa.pl

Wyborcza.pl

W HAMBURGU JUŻ NIE NASIKASZ BEZKARNIE NA ŚCIANĘ. BO ONA CIĘ OPRYSKA

Michał Skubik 2015-03-14

  • Efekt pokrycia ściany farbą hydrofobową youtube
  • Tabliczka z ostrzeżeniem, aby na tą ścianę nie sikać, bo ‚odda’ youtube

Oto przykład nauki w służbie społeczeństwu. W hamburskim St. Pauli – słynnej dzielnicy rozrywek i czerwonych latarni – działacze miejscy postanowili pokryć mury, ściany budynków i tuneli specjalną farbą hydrofobową.

Pomysł ten zyskał aprobatę mieszkańców, którzy narzekają na smród w ich dzielnicy, szczególnie w weekendowe poranki. Jego powodem są tłumy pijanych, którzy podczas nocnej zabawy załatwiają swoje potrzeby na ulicy. – Chodniki dosłownie zamieniają w szambo – mówi magazynowi „Spiegel” Julia Staron, organizatorka akcji.

Pokryte hydrofobową farbą powierzchnie nie wchłaniają żadnych płynów i nie są nimi zwilżane. Co więcej, strumień wody albo moczu, który na nie pada, rozdziela się na małe kropelki, odbija i rozpryskuje dookoła. Załatwiający się na taką ścianę musi się liczyć z tym, że zmoczy sobie buty lub spodnie.

W wielu miejscach na murach pojawiły się więc specjalne tabliczki z ostrzeżeniem: „Nie sikaj tu! Oddamy ci!”. Nie ma ich jednak wszędzie, więc oddających mocz może spotkać przykra niespodzianka.

– Farba chroni budynki i mieszkańców miasta przed zapachem. W ten sposób dajemy jasno do zrozumienia załatwiającym się na ulicy, że nie życzymy sobie takiego zachowania – mówi Starton.

Znaleźli się też przeciwnicy akcji, którzy uważają, że wiąże się ona z wysokimi kosztami. Pokrycie farbą 6 m kw. powierzchni to koszt ok. 500 euro.

– Jeżeli porówna się to z kosztem codziennego sprzątania i smrodem panującym w tej części miasta, to nie jest to wygórowana cena – uważa Staron.

Zaznaczyła też, że wszelkie inne podejmowane wcześniej próby rozwiązania tego problemu zwyczajnie zawiodły.

Efekt, który uzyskano po pomalowaniu powierzchni farbą, można zobaczyć na filmie.

Źródło:ReutersSpiegel Online

m.wyborcza.pl

ANDRZEJ DUDA BYŁ DZIAŁACZEM UNII WOLNOŚCI

14-03-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »Andrzej Duda rysunek numer 12/15

 fot. THE KRASNALS

Kandydat PiS na prezydenta kilkanaście lat temu działał w Unii Wolności – ustalił „Newsweek”. Dotarliśmy do archiwalnych dokumentów UW poświadczających członkostwo Dudy. Na jednym z nich widnieje jego podpis.

Duda w oficjalnej biografii podanej na jego stronie internetowej podaje, że jego polityczna aktywność rozpoczęła się w 2006 roku, gdy rozpoczął pracę jako ekspert w klubie parlamentarnym PiS. Wątek działalności w UW został z jego oficjalnego życiorysu Dudy usunięty.

Lista obecności na III Zjeździe Regionalnym Małopolskiej UW. 15 grudnia 2001 r. Miejsce 38: Andrzej Duda, obok podpis potwierdzający obecność na zjeździe. Ten sam, który kandydat PiS niedawno złożył pod swoimi wyborczymi obietnicami.

Dokumenty potwierdzające działalność kandydata PiS w Unii odnaleźliśmy w ekspozyturze Archiwum Narodowego w miejscowości Spytkowice kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa. Tam znajdują się archiwalne materiały małopolskiej UW.

Pierwszy dokument to wykaz struktur terenowych i osób w nich działających. W rubryce „koło Podgórze Zachód” widnieją dwa nazwiska: Elżbieta Starowicz i Andrzej Duda. W kolejnej teczce znajdujemy listę obecności na III Zjeździe Regionalnym Małopolskiej UW. 15 grudnia 2001 r. Miejsce 38: Andrzej Duda, obok podpis potwierdzający obecność na zjeździe. Ten sam, który kandydat PiS niedawno złożył pod swoimi wyborczymi obietnicami.

Czytaj też: Smutek Dudy. Wielu wyborców PiS nadal woli Bronisława Komorowskiego>>>

I jeszcze jeden dokument: potwierdzenie, że Duda opłacił składki członkowskie w 2002 roku.

Wątek działalności w UW został z jego oficjalnego życiorysu Dudy usunięty.

Sprawa jest o tyle ciekawa, że Unia Wolności konsekwentnie sprzeciwiała się PiS-owskiej wersji lustracji i nazywała dekomunizację polowaniem na czerwone czarownice. A przecież – przypomnijmy – Duda był jednym z autorów ustawy lustracyjnej z 2006 roku. Dodatkowo z dokumentów wynika, że Duda działał w UW, gdy partia był już na równi pochyłej. W 2001 r. powstała Platforma Obywatelska i ludzie zamiast udzielać się w partii uciekali z niej. Duda niestety nie odpowiedział na nasze pytania dotyczące tego wątku jego biografii.

Przeczytaj też: Czy Andrzej Duda zastąpi w PiS Jarosława Kaczyńskiego>>>

Ale jedno jest pewne: jeśli udzielał się w ugrupowaniu, które masowo opuszczano, to znaczy, że musiał być gorliwym wyznawcą jej programu.

Dokument Unii Wolności z podpisem Andrzeja Dudy opublikujemy w poniedziałek w najnowszym wydaniu „Newsweeka”

Newsweek.pl

 

 

Dodaj komentarz