RSS
 

13.10.14 – Dusza

 

Węgierska skrajna prawica w służbie Kremla

Michał Kokot, 13.10.2014
Demonstracja partii JobbikDemonstracja partii Jobbik (FERENC ISZA / AFP/EAST NEWS)
Czy Bela Kovács, eurodeputowany Jobbiku, jest rosyjskim szpiegiem? Tak twierdzi Budapeszt. A kilka dni temu ukraiński sąd nakazał zamknąć jego biuro na Zakarpaciu, twierdząc, że służy do wzniecania separatyzmu w tej części Ukrainy.
Szczegóły działalności Kovácsa w Berehove na Zakarpaciu nie są znane. Wiadomo jedynie, że otworzył tam swoje biuro, które oficjalnie działało pod przykrywką organizacji charytatywnej. Prokuratorzy twierdzą natomiast, że służyło do destabilizacji i wzniecania nastrojów separatystycznych. Sąd administracyjny podzielił tę opinię i nakazał zamknięcie biura.Kovács nie wysłuchał jednak orzeczenia sądu, bo od września ma zakaz wjazdu na Ukrainę. Został stamtąd wyrzucony w sierpniu. Kijów zdecydował wtedy o nałożeniu sankcji na obserwatorów sfałszowanego referendum na Krymie, którego wynik był pretekstem do anektowania tej części Ukrainy przez Rosję. Przebiegu głosowania nie obserwowały żadne uznane organizacje międzynarodowe. Obserwatorzy, którzy zostali zaproszeni przez organizatorów, skwapliwie potwierdzali prawidłowy przebieg głosowania, choć nawet przedstawicielowi prezydenta Putina wymknęło się, że wyniki się nie zgadzają, a frekwencja została zawyżona.

Niewykluczone, że swoje biuro w Berehove Kovács utrzymywał w porozumieniu z Rosjanami. Węgierska prokuratura zarzuca mu bowiem szpiegowanie na rzecz Moskwy. Budapeszteńscy śledczy wystąpili już do Parlamentu Europejskiego o uchylenie Kovácsowi immunitetu. Węgierskie media twierdzą, że Kovács, wykształcony w latach 80. w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych, gdzie roiło się od agentów KGB, był w rzeczywistości agentem prowadzonym przez swoją żonę – Rosjankę Swietłanę Iżtosinę.

Według węgierskiego portalu Index.hu, jeśli nawet Iżtosina nie była agentką, to co najmniej otrzymywała finansowe wsparcie od rosyjskiego wywiadu. To samo źródło twierdzi, że miała wcześniej dwóch innych mężów, z których jeden miał pracować jako fizyk jądrowy w Moskwie, a drugi miał obywatelstwo austriackie. To drugie małżeństwo mało być zupełną fikcją, a Iżtosina poślubiła mężczyznę po to, by uzyskać austriacki paszport pozwalający swobodnie podróżować po Europie.

Kovács mieszkał w ZSRR w latach 1986-88, pracował tam, jak sam twierdzi, dla „wielu przedsiębiorstw zajmujących się handlem międzynarodowym”.

W 2005 r. związał się ze skrajnie prawicowym Jobbikiem i szybko stał się odpowiedzialny za zarządzanie finansami partii. Index.hu twierdzi, że śledczy mają dowody jego zdrady datującej się co najmniej na 2009 r., czyli okres, gdy kandydował już do Parlamentu Europejskiego z list Jobbiku. Gdyby te rewelacje się potwierdziły, uprawdopodobniłoby to tezę, że partia ta od lat jest wspierana finansowo przez Rosję.

Eurodeputowani Jobbiku co jakiś czas demonstrują gorące uczucia wobec polityki zagranicznej Władimira Putina. Kilka miesięcy temu Kovács i Tamás Gaudi-Nagy, inny europoseł, wystąpili na sesji Parlamentu Europejskiego w obronie Moskwy, sprzeciwiając się nałożeniu na nią sankcji. Gaudi-Nagy przemawiał wówczas ubrany w koszulkę z napisem: „Krym legalnie należy do Rosji! Zakarpacie legalnie należy do Węgier!”.

Gdy Rosja odrywała od Ukrainy Krym, liczni politycy Jobbiku pielgrzymowali na Zakarpacie. Głosili wówczas tezy o konieczności rozbioru Ukrainy i przyłączenia Zakarpacia do Węgier. Częstym gościem polityków rosyjskich był nie tylko Béla Kovács, ale i Gábor Vona, lider Jobbiku.

 

Wyborcza.pl

Niewielu chętnych do nowego ZSRR

rozmawiał Andrzej Poczobut, 13.10.2014
Aleksander Łukaszenka, Narsułtan Nazarbajew i Władimir PutinAleksander Łukaszenka, Narsułtan Nazarbajew i Władimir Putin (Michael Klimentyev / AFP/EAST NEWS)
Gdyby integracyjny projekt Władimira Putina rzeczywiście był atrakcyjny dla państw byłego ZSRR, Moskwa nie musiałaby stosować szantażu i wywierać presji.
Rozmowa z Uładzimirem Mackiewiczem, białoruskim politologiem, szefem Agencji Badań HumanistycznychAndrzej Poczobut: Eurazjatycka Unia Gospodarcza, sztandarowy integracyjny projekt Władimira Putina, do niedawna skupiał Rosję, Białoruś i Kazachstan, jednak w piątek na szczycie w Mińsku dołączyła także Armenia. Czy to znaczy, że ten projekt jest atrakcyjny dla państw byłego ZSRR?

Uładzimir Mackiewicz: Niespecjalnie. Rosja musiała zastosować szantaż, by zmusić Armenię najpierw do rezygnacji ze stowarzyszenia z Unią Europejska, a następnie do przyłączenia się do Unii Eurazjatyckiej. Moskwa zademonstrowała gotowość sprzedawania broni Azerbejdżanowi, z którym Armenia pozostaje w sporze terytorialnym, i zagroziła zwiększeniem cen na rosyjski gaz. Dopiero wtedy ormiański rząd zgodził się na wejście do rosyjskiego projektu integracyjnego. To, co się nie udało wobec Gruzji i Ukrainy, udało się wobec Armenii. Ale to wyraźnie pokazuje, że integracyjny projekt Putina wcale nie jest atrakcyjny dla państw byłego ZSRR. Inaczej niepotrzebne byłyby presja ani szantaż.

Białoruś i Kazachstan weszły dobrowolnie.

- Dla Astany i Mińska to przede wszystkim projekt gospodarczy. Kazachstan jest zainteresowany utrzymaniem dobrych relacji z Moskwą, bo geograficznie jest odcięty od Europy przez Rosję. Do utrzymywania poprawnych relacji z Kremlem zmuszają go interesy gospodarcze. Natomiast Białoruś wprawdzie leży w Europie, ale rosyjski rynek jest dla niej ważny, ponieważ białoruskie towary nie są konkurencyjne na rynkach zachodnich.

Poszerzenie Unii o Armenię dokonało się na tle wydarzeń na Ukrainie.

- Tego samego dnia co szczyt Unii Eurazjatyckiej odbywał się w Mińsku także szczyt Wspólnoty Niepodległych Państw – politycznego tworu skupiającego republiki poradzieckie. Formalnie w jego skład wchodzi także Ukraina, która po aneksji Krymu oświadczyła, że się wycofuje, jednak jak dotąd nie zrealizowała tej zapowiedzi. Na szczycie w Mińsku był obecny ukraiński ambasador. Moskwa próbowała tam zmusić sojuszników z WNP do potępienia Kijowa. Owszem, prezydent Uzbekistanu Isłam Karimow ostro skrytykował prezydenta Ukrainy i wyraźnie był gotów poprzeć Moskwę w tym konflikcie, ale nawet Łukaszenka czy Nazarbajew nie poszli w jego ślady. To dowodzi, że rola Rosji w tym konflikcie jest różnie oceniana przez państwa postradzieckie i Moskwie nie udało się uzyskać z ich strony jednoznacznego poparcia.

Aleksander Łukaszenka rządzi Białorusią już 20 lat. O Nursułtanie Nazarbajewie żartują, że został prezydentem, jeszcze zanim Kazachstan stał się niepodległym państwem. Władimir Putin jest prezydentem 3. kadencję.

- Unia Euroazjatycka stała się swoistym klubem dyktatorów, których celem jest konserwacja obecnej sytuacji. Ta ideologiczna antydemokratyczna więź, która łączy te reżimy, jest bardzo ważna w tym sojuszu.

Czy Unia będzie nadal się rozszerzać?

- Ten projekt jest adresowany do państw b. ZSRR. Z listy potencjalnych uczestników można skreślić Gruzję, Ukrainę i Mołdawię, które dążą do eurointegracji. Co więc zostaje? Uzbekistan? Tam panuje nacjonalistyczna dyktatura, która bynajmniej nie jest zainteresowana jakąkolwiek integracją z Rosją. Azerbejdżan? Ma własne surowce, ropę i gaz, i prowadzi politykę niezależną od Rosji. Turkmenistan? Izoluje się od świata i wyraźnie daje do zrozumienia, że nie widzi swojej przyszłości w żadnym projekcie integracyjnym. Pozostają więc Kirgistan – biedny i dlatego zainteresowany integracją z Rosją, bo widzi w tym szansę rozwoju gospodarczego – oraz Tadżykistan, też bardzo biedny. Ich wejście do Unii będzie oznaczało wzięcie ich przez Rosję na utrzymanie. I to jest wszystko, na co Kreml może liczyć.

 

Wyborcza.pl

Czy widzimy światło, gdy umieramy? Naukowcy sprawdzili

Jacek Krywko, 13.10.2014
„Widziałem jasne światło”, „widziałem z góry swoje ciało i ratujących mnie lekarzy”. Każdy słyszał takie relacje ludzi, którzy otarli się o śmierć. (123rf)
„Widziałem jasne światło”, „widziałem z góry swoje ciało i ratujących mnie lekarzy”. Każdy słyszał takie relacje ludzi, którzy otarli się o śmierć. Amerykańscy, brytyjscy i austriaccy naukowcy postanowili ustalić, ile w nich jest prawdy.
Badanie nazwane akronimem AWARE przeprowadzono w grupie wyselekcjonowanych szpitali, trwało od 2008 do końca 2012 roku. Objęło ponad 2 tys. pacjentów, u których doszło do zatrzymania akcji serca. Reanimację przeżyło ponad 300 z nich. Stan 140 z nich pozwolił na przeprowadzenie pierwszej serii wywiadów, a 101 wzięło też udział w drugiej, pogłębionej serii pytań.Świadomość wybrańców

Przede wszystkim trzeba było ustalić, czy pacjenci w ogóle coś pamiętają. Okazało się, że większość (61 proc.) nie pamiętała absolutnie nic z okresu, gdy ich serce nie biło. W kolejnym kroku naukowcy ustalali, czy z reszty badanych ktoś rzeczywiście doświadczył stanu bliskiego śmierci, czyli NDE (near death experience). Dlatego, za zgodą swoich lekarzy, wypełniali składający się z 16 pytań kwestionariusz, pozwalający określić ich odczucia w tzw. skali Meana Greysona. Znalazły się tam m.in. pytania o to, czy mieli wrażenie, że wszystko wokół dzieje się wolniej lub szybciej; czy mieli wrażenie harmonii z Wszechświatem. Na każde z pytań można było odpowiedzieć za pomocą trójstopniowej skali, gdzie 0 oznaczało „wcale”, 1 – „słabo”, a 2 – „jak najbardziej”.

Jako odczuwających NDE zakwalifikowano wszystkich, którzy uzyskali wynik od 7 punktów wzwyż. Grupa nie okazała się zbyt liczna, bo taki rezultat miało tylko dziewięć osób. Jak jednak autorzy podkreślili w swojej publikacji, jest to normalny, potwierdzony wcześniejszymi badaniami, odsetek takich przypadków.

Siedmiu pacjentów z tej grupy nie miało żadnych audiowizualnych wspomnień o przebiegu reanimacji. Jeden z nich przedstawił jednak dość interesującą wizję: „Bóg przysłał mnie z powrotem, to nie było moje miejsce, ani mój czas. Podróżowałem przez tunel w kierunku bardzo silnego światła. Byli tam też inni ludzie, których nie znałem. Ostatecznie wyłoniłem się w pięknym kryształowym mieście. Płynęła przez nie nieprawdopodobnie czysta rzeka. Myli się w niej ludzie bez twarzy. Oni także byli piękni. Słyszałem śpiew, chciało mi się płakać. A potem zobaczyłem nachylającego się nade mną lekarza”.

Równie fascynująco wyglądała relacja pozostałych dwóch reanimowanych, którzy twierdzili, że byli świadomi odbywającej się nad nimi akcji ratunkowej.

Ale najpierw wspomnijmy o sprytnej pułapce, jaką w ramach badania AWARE naukowcy zastawili w salach reanimacyjnych.

Przyłapać lewitującą duszę

W kontekście bliskich spotkań ze śmiercią bardzo często pojawia się motyw unoszenia się nad swoim ciałem i obserwowania wydarzeń spod sufitu. Naukowcy AWARE postanowili taką lewitującą „duszę” przyłapać na gorącym uczynku, jeśli rzeczywiście to zjawisko ma miejsce. W tym celu, we wszystkich biorących udział w badaniu szpitalach wytypowano miejsca, gdzie najczęściej prowadzona jest reanimacja. Następnie, pod sufitami zamontowano półki, a na nich różne znaki, m.in. symbole religijne, narodowe, a nawet nagłówki gazet. Sztuczka polegała na tym, że sekretnych znaków na półkach nie dało się zobaczyć z poziomu łóżka. Mógł je zobaczyć tylko ktoś, kto unosił się pod sufitem.

Niestety, polowanie na lewitującą duszę okazało się niewypałem, bo okazało się, że tylko 22 proc. reanimacji zostało przeprowadzonych w pomieszczeniach z półkami. Co gorsza, tych dwóch pacjentów, którzy mieli wspomnienia NDE i pamiętali swoją reanimację, ratowano akurat tam, gdzie znaków pod sufitem nie było.

Stan zdrowia tylko jednego z nich pozwolił na przeprowadzenie bardziej szczegółowego wywiadu. 57-letni mężczyzna opisał całą reanimację bardzo dokładnie. „Odpowiadałem na pytania pielęgniarki, kiedy nagle chyba straciłem przytomność. Ale po tej chwili przypominam sobie wszystko bardzo wyraźnie. Mechaniczny głos mówił: elektrowstrząsy, elektrowstrząsy. Unosiłem się w rogu sali. Była tam też przyzywająca mnie kobieta. Wiedziałem, że chodzi jej o mnie, że mogę jej ufać, że jest tu z jakiegoś powodu, ale nie wiedziałem, z jakiego. Patrząc w dół widziałem pielęgniarkę i łysego, postawnego mężczyznę. Miał na sobie niebieski fartuch. W pewnym momencie słyszałem też pielęgniarkę, która mówi: zadzwońcie na 444, zatrzymanie akcji serca. Widziałem, że mierzą mi ciśnienie. Jednocześnie zespół wkładał coś do moich ust, pielęgniarka naciskała na klatkę piersiową. Potem się obudziłem. Mężczyznę, którego widziałem, poznałem następnego dnia, przyszedł mnie odwiedzić, był lekarzem, który mnie ratował”.

Naukowcy zweryfikowali tę relację. Okazało się, że zgadza się z dokumentami opisującymi przebieg reanimacji.

Życie po śmierci?

Według obecnej wiedzy medycznej zatrzymanie pracy mózgu następuje po ok. 20-30 sekundach od momentu zatrzymania akcji serca. Reanimacja tego pacjenta trwała nieco ponad 3 minuty. Zdaniem autorów ich badanie pokazało więc, że okres, w którym mózg pracuje, może być dłuższy.

Różnego rodzaju wizje z okresu reanimacji zadeklarowało niemal 40 proc. badanych. To pokazuje, że ludzki mózg bardzo często działa, nawet wtedy, gdy monitorująca go aparatura nie rejestruje żadnej aktywności, co według autorów wskazuje po prostu na jej niewystarczającą precyzję. Mózg generuje jakieś wspomnienia, ale świadomość tego, co się dzieje (tj. że trwa reanimacja), jest jednak niezwykle rzadka. Pojawiła się tylko w dwóch przypadkach na sto.

Odpowiedzialny za AWARE zespół w przyszłości planuje zająć się kwestią tego, jak obecność tego rodzaju wspomnień (lub ich brak) wpływa na występowanie u pacjentów zespołu stresu pourazowego.

Cytowane relacje osób przechodzących reanimację pochodzą z publikacji, która podsumowuje wyniki AWARE. Można ją znaleźć pod tym adresem.

 

Wyborcza.pl

Minister kultury samozwańczej republiki chce rozstrzelać pisarkę

luna, 13.10.2014
Kadr z filmu Kadr z filmu „Watnica-Mutant” (youtube.com)
Minister kultury samozwańczej Republiki Ługańskiej domaga się rozstrzelania ukraińskiej pisarki i aktywistki Ireny Karpy. Poszło o animowany film, w którym minister jest przedstawiona jako półnaga blondynka z butelką szampana w ręce.
Irina Fiłatowa została wybrana na ministra kultury samozwańczej republiki w maju, zaraz po nie uznawanych przez władze Ukrainy referendach, które odbyły się w obwodach donieckim i ługańskim. Po ich zakończeniu separatyści ogłosili niepodległość i podali nazwiska osób, które mają sprawować władzę.Kilka dni później w sieci pojawiły się informacje, że nowa minister kultury ma za sobą niezbyt „kulturalny” epizod – roznegliżowaną sesję zdjęciową na ulicach Donbasu. W ręce trzyma butelkę szampana i pali papierosy. Pretekstem do plotki stały się zdjęcia z profilu kobiety o takim samym imieniu i nazwisku w serwisie Vkontakcie (rosyjski facebook).Wiadomość natychmiast podchwyciły ukraińskie media. „Ukraińska Prawda” w rubryce plotkarskiej napisała, że nowa minister pokazuje „oblicze kultury” ługańskich separatystów.

Na historię zwrócili uwagę także działacze kultury, m.in. ukraińska pisarka i aktywistka Irena Karpa, która użyła jej w swoim filmie animowanym „Watnica-Mutant”. Termin „watnik/watnica” w ukraińskim slangu oznacza w tej chwili osoby popierające separatystów. W swoim filmie Karpa wyśmiewa współpracowników byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza a także kierownictwo samozwańczych republik.

Nie zabrakło w nim także Fiłatowej. Została przedstawiona w filmie, jako półnaga kobieta z kwiatem we włosach i butelką w ręce. – „Ta to w ogóle, wspaniałą jest kobietą. Same zdjęcia w majtkach z cyckami na bok ile są warte!” – mówi lektor, kiedy na ekranie pojawiają się rysunki łudząco przypominające zdjęcia z profilu Vkontakte, na których rzekomo jest minister LRL.

Fiłatowa poczuła się dotknięta. Jak podaje portal popierający separatystów „Ługański Radar”, złożyła w tzw. „ludowym sądzie” republiki pozew przeciwko pisarce. Domaga się w nim 50 tys. rubli zadośćuczynienia, a także „sądzenia pozwanej zgodnie z prawem wojennych czasów i skazania na rozstrzelanie”.

Skan pozwu został opublikowany na stronie „Ługańskiego Radaru”. Fiłatowa pisze w nim, że informacje o jej pozowaniu nago są nieprawdziwe, że film narusza jej reputację; że musiała przeżyć stres i teraz ma „naruszony sen i gorsze samopoczucie”.

„Pozwana uraziła moją cześć, honor i zawodową reputację. Przeżywam mocne cierpienia moralne(…) Normalny tok mojego życia został naruszony. Jestem zmuszona prostować przed współpracownikami i bliskimi ludźmi kłamstwa, które rozprzestrzenia pozwana” – pisze w pozwie Fiłatowa.

Irena Karpa nie wydała na ten temat żadnego oświadczenia.

Wyborcza.pl

 

 

 

Dodaj komentarz