RSS
 

09.10.14

 

Patrick Modiano laureatem literackiej nagrody Nobla

gaw, 09.10.2014
Patrick ModianoPatrick Modiano (MARTIN BUREAU / AFP/EAST NEWS)

Literacki Nobel w roku 2014 przypadnie Francuzowi Patrickowi Modiano – zadecydowała Szwedzka Akademia.

Patrick Modiano urodził się w 1945 roku we francuskim Boulogne Billancourt. W 1978 roku otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę we Francji – Nagrodę Goncourtów – za wydaną także po polsku powieść „Ulica Ciemnych Sklepików”. Oprócz niej ukazało się w Polsce pięć innych powieści pisarza

„Niezwykła aura to specjalność Patricka Modiano . Żadna z jego książek wydanych po polsku nie ma nawet 200 stron. Nieodmiennie pojawia się w nich motyw ojca (ojciec Modiano był ukrywającym się podczas wojny wloskim Żydem), niedopowiedzenia wszelkiej maści i mglistość, o której trudno nie powiedzieć, że jest poetycka. Modiano jest w tym znakomity” – pisał o francuskim twórcy w „Gazecie Wyborczej” Jacek Szczerba.

Modiano przed ogłoszeniem nagrody był wymieniany wśród faworytów Akademii. Za jednego postawionego na niego funta można było wygrać dziesięć.

To jedenasty francuski laureat literackiej nagrody Nobla. Ostatnim był Jean-Marie Gustave Le Clezio, nagrodzony w 2008 roku.

Jak poinformowali przedstawiciele Komitetu Noblowskiego, do Akademii wpłynęło w tym roku 210 spełniających warunki formalne nominacji. 36 twórcow zostało nominowanych po raz pierwszy.

W 2013 roku nagrodę otrzymała kanadyjska mistrzyni krótkiej prozy Alice Munro. Rok wcześniej chiński pisarz Mo Yan. Ostatnim poetą nagrodzonym Noblem był w 2011 roku Szwed Tomas Transtroemer, a dramaturgiem – Harold Pinter w 2005 roku.

Przeczytaj recenzję jednej z książek Modiano – „Katarzynki”

Wyborcza.pl

Kaczyński o „nowym AWS”: Zjednoczenie prawicy stało się faktem

mw, 09.10.2014
Jarosław KaczyńskiJarosław Kaczyński (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)
- Zjednoczenie polskiej prawicy jest faktem. To coś nie mniej ważnego niż kiedyś powstanie AWS – powiedział Jarosław Kaczyński na wspólnej konferencji prasowej ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem. Prezes PiS ogłosił, że zjednoczona prawica zarejestrowała wspólne listy do wyborów samorządowych.
- Stało się coś ważnego. Zarejestrowaliśmy wspólnie listy. Konsumujemy to porozumienie, które zostało zawarte na koniec lipca. Okazało się efektywne. Mamy nową jakość na scenie politycznej. Będzie służyła poprawie jakości życia politycznego po tych i kolejnych wyborach. To, co mówię, będzie się przejawiało przez kolejne nasze wspólne inicjatywy – zapowiedział prezes PiS. Zaznaczył, że o nowych wspólnych przedsięwzięciach zjednoczonej prawicy opowie jeszcze przed wyborami samorządowymi.- Zjednoczenie polskiej prawicy jest faktem. To coś nie mniej ważnego niż kiedyś powstanie AWS – stwierdził Kaczyński.

Wtórował mu Ziobro: – Ten blok daje realną szansę, aby skutecznie zmieniać Polskę na lepsze. Sprawy idą do przodu i będzie okazja, by informować o dobrym wyniku po wyborach.

Jarosław Gowin mówił z kolei o swoich kandydatach na wspólnych listach: – Na naszych listach są 30-latkowie. Często są to ludzie sukcesu, którzy mają poczucie, że ich pokoleniu zablokowano kanały awansu. Dzisiaj to młode pokolenie upatruje nadziei w obozie zjednoczonej prawicy. Mam nadzieję, że ci kandydaci będą dowodem na to, że Polskę można zmieniać i w jaki sposób Polskę można zmieniać.

Blok zjednoczonej prawicy powstał w lipcu po rozmowach Kaczyńskiego, Ziobry i Gowina. Stworzyły go: Prawo i Sprawiedliwość, Solidarna Polska (jej posłowie w większości wcześniej byli członkami PiS), a także Polska Razem, z byłymi politykami PO na czele. W Sejmie reprezentacje Polski Razem i Solidarnej Polski stworzyły wspólny klub Sprawiedliwa Polska.

 

Wyborcza.pl

Nowemu ministrowi sprawiedliwości do sztambucha

Wojciech Sadurski, 09.10.2014
Cezary GrabarczykCezary Grabarczyk (TOMASZ STAŃCZAK)
Polska konstytucja nie jest ani ateistyczna, ani religijna – jest po prostu świecka. Nie jest wroga religii, ale nie jest też religijnie motywowana. A Pan, Panie Ministrze, jest przede wszystkim strażnikiem konstytucji
Szanowny Panie Ministrze, zacznę od małego aktu lizusostwa, ale mogę sobie na to pozwolić, bo niczego od Pańskiego resortu nie chcę i nie potrzebuję. Ma Pan szansę zostać jednym z najlepszych ministrów sprawiedliwości w III RP, a jest to – w moim przekonaniu – najważniejszy z resortów.Nie będzie to zresztą trudne, bo na Pana korzyść działać będzie nieuchronny kontrast z Pańskimi dwoma poprzednikami. Na mocy zdumiewającej strategii premiera Tuska ministerstwo zostało oddane w pacht najpierw prawniczemu ignorantowi o fundamentalistycznych poglądach, a potem zbliżonemu w opiniach następcy: obaj przekazali najbardziej trudne i wrażliwe kwestie pracowitemu świeckiemu zakonnikowi będącemu porte parole arcybiskupa warszawsko-praskiego.Konstytucja jest świeckaTeraz więc może być tylko lepiej, choć samo odbicie się od tego punktu nie jest zbyt ambitnym zamysłem. Oto kilka rad.

Jest Pan przede wszystkim strażnikiem konstytucji – tak, wiem, jest nim również i Prezydent, i Premier, i Marszałek Sejmu – ale tak naprawdę to Pan jej na bieżąco pilnuje.

Proszę pamiętać (a był Pan przecież całkiem niedawno asystentem w zakładzie prawa konstytucyjnego bardzo dobrego wydziału prawa), że konstytucja to nie tylko instrukcja obsługi państwa, ale także zestaw wartości. Nie są one specjalnie trudne do zrekonstruowania i tu akurat nie trzeba wyrafinowanej wiedzy prawniczej – wystarczy świadomość kultury prawnej i politycznej w Polsce i w Europie.

Polska konstytucja oparta jest na wartościach demokratyczno-liberalnych. Oba człony tego określenia są równie ważne. „Demokratycznych” – bo prawo odzwierciedla poglądy większości wyrażone w rzeczywistych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, a nie przypisywane jej przez uzurpatorów do roli rzeczników „woli narodu”. „Liberalnych” – bo władza większości i rozmaitych grup nacisku ograniczona jest poszanowaniem praw i wolności indywidualnych, zamrożonych w konstytucji aż do czasu jej zmiany i odpornych na zakusy ideologów i grup interesu.

Liberalizm polskiej konstytucji nie jest po prostu jedną z ideologii, którą trzeba równoważyć innymi, by osiągnąć złoty środek. Proszę się wystrzegać fałszywej „teorii symetrii”, na mocy której ani liberałowie, ani fundamentaliści nie powinni dominować. Liberalizm – czyli szacunek dla wolności indywidualnej, jest nie jedną z rywalizujących między sobą ideologii, ale koncepcją, która stwarza ramy dla współistnienia ludzi wyznających rozmaite światopoglądy, ideologie i koncepcje życia. Jest doktryną „drugiego stopnia”: doktryną o relacjach między doktrynami (i ludźmi).

A zatem: polska konstytucja nie jest ani ateistyczna, ani religijna – jest po prostu świecka. Nie jest wroga religii, ale nie jest też religijnie motywowana. Proszę jednoznacznie odrzucić fałszywy pogląd byłego wiceministra, że w Polsce świeckość nie obowiązuje, bo tego słowa nie ma w konstytucji. Świeckość zawarta jest w preambule, w przepisach o bezstronności władz w sprawach religijnych itp. Te wszystkie przepisy byłyby niezrozumiałe, gdyby nie opierały się na ogólnej normie świeckości państwa.

Pora uporządkować stajnię Augiasza

Gdy już dokona Pan jednoznacznej publicznej afirmacji tej busoli, która powinna Pana obowiązywać: konstytucyjne ramy równości dla wszystkich, neutralność religijno-światopoglądowa, domniemanie na rzecz wolności – będzie mógł Pan zabrać się do porządkowania owej normatywnej stajni Augiasza zostawionej Panu przez poprzedników.

A zatem: ustawa ratyfikująca konwencję przemocową. Niech Pan jasno powie, że przemoc w rodzinie nie jest integralnym elementem polskich wartości rodzinnych, ale złem, z którym należy bezwzględnie walczyć, także środkami prawnymi. Ustawa ratyfikująca konwencję nie rozwiąże problemu w 100 procentach, ale przyczyni się do minimalizacji tego zła – także przez jasne, symboliczne stanowisko polskiego prawa. Niech Pan nie da się wciągnąć w idiotyczne polowanie na gender. Gender to tyle co płeć – kategoria mająca swoje wymiary biologiczne, społeczne i kulturowe, które nie są obojętne w diagnozie problemu przemocy.

Aborcja. Niech Pan przerwie upiornie zapowiadający się proces legislacyjny zmierzający do podważenia tzw. kompromisu aborcyjnego (który i tak docisnął zwolenników reprodukcyjnych praw kobiet prawie do ściany) i do rozciągnięcia odpowiedzialności karnej za przerwanie ciąży także na kobiety.

Niech Pan nie da sobie wmówić, jak twierdzono w Ministerstwie Sprawiedliwości jeszcze niedawno, że w Polsce nie ma „prawa do aborcji”, a tylko wyłączenie karalności w określonych przypadkach. To prawniczy dziwoląg: co nie jest zakazane, jest dozwolone, a zatem obywatelka ma do tego prawo.

A na prawnicze obiekcje ze strony Ordo Iuris czy Episkopatu niech Pan odpowie równie prawniczą sentencją z orzeczenia TK sygnowanego przez prof. Andrzeja Zolla (dziś patronującego rygorystom): „Stwierdzenie, że życie człowieka w każdej fazie jego rozwoju stanowi wartość konstytucyjną podlegającą ochronie, nie oznacza, że intensywność tej ochrony w każdej fazie życia i w każdych okolicznościach ma być taka sama”.

Nawoływanie do przemocy, mowa nienawiści Niech Pan bez żalu wrzuci do śmietnika projekt zgłoszony w ub. roku przez Pańską partię, który, dorzucając do podstaw karania za mowę nienawiści jakieś mgliste „naturalne lub nabyte cechy lub przekonania”, odżegnał się od uznania orientacji seksualnej za podstawę wzmożonej ochrony przed nienawiścią. Zachowajmy dwutorowość karania przyjętą w polskim prawie: dość łagodne podejście w przypadku „zniewagi” w ogóle, choćby dla ochrony wolności słowa, i wzmożoną ochronę przed znieważaniem ze względu na pewne grupowe cechy ofiary: obecnie z powodu przynależności „narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej lub z powodu bezwyznaniowości”.

Ten katalog oparty jest na diagnozie socjologicznej: nadzwyczajna ochrona należy się, gdy nienawiść wynikająca z pewnych motywacji traktowana jest jako zło specjalne, jako zagrożenie ładu publicznego. Rozszerzenie tego katalogu o orientację seksualną wymaga odpowiedzi na pytanie: czy ten typ nienawiści grupowej jest w Polsce złem specjalnym? No właśnie – jest czy nie jest?

Najpierw aksjologia

Jest jeszcze ratyfikacja konwencji bioetycznej, projekt ustawy o zapłodnieniu in vitro, ustawa o związkach partnerskich, ustawa o prawach osób transpłciowych – nie będę tej listy kontynuował, tym bardziej że ma Pan jeszcze na biurku sprawy instytucjonalne (np. „budowanie gwarancji niezależności prokuratury”, jak Pan obiecał w rozmowie z „Wyborczą” 7 października), zmiany w procedurze sądowej („rewolucyjne” – to znów Pana słowa z tego wywiadu), kwestie zawodów prawniczych i sprawności wymiaru sprawiedliwości

Mógłby ktoś pomyśleć, że w świetle tych ostatnich problemów kwestie aksjologiczne są luksusem, na który będzie można sobie pozwolić, gdy upora się Pan ze sprawami „instytucjonalno-resortowymi”. To byłby błąd. Trzeba zacząć od podstawy – od ładu konstytucyjnego w Polsce. W wywiadzie z „Wyborczą” troszkę wymigał się Pan z jasnych deklaracji w tej sprawie, mówiąc, że stanowisko będzie tu musiał zająć cały rząd. Ale przecież Pańska opinia będzie decydująca – tak jak opinia ministra Gowina blokująca działania rządu.

Uzna Pan być może, że narzucam Panu program jednoznacznie liberalny. No pewnie, że tak. Bo to program, który najlepiej gwarantuje obywatelską równość korzystania z konstytucyjnych wolności: dla katolików i ateistów, dla urodzonych w Polsce i niedawnych imigrantów, mężczyzn i kobiet, hetero- i homoseksualistów. Taką mamy konstytucję, taki mamy klimat i takie powinniśmy mieć teraz prawo realizowane przez Pański resort.

Wojciech Sadurski jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie w Sydney i profesorem w Centrum Europejskim UW

 

 

 

 

Wyborcza.pl

Ani jednego dobrego Polaka

Rafał Betlejewski, Radio RDC, 09.10.2014
 Fot. Adam Sikora
Przy ołtarzu stał pan w białym fartuchu ze scyzorykiem i tam na ołtarzu leżał człowiek. Powiedziałem do Franka: „Uciekajmy!”. Postanowiliśmy przepłynąć Wisłę. Rozmowa z Baruchem Bergmanem*
Ma pan 90 lat i na własne oczy widział pan te wydarzenia z naszej polsko-żydowskiej historii, o których ja mogłem tylko czytać w książkach. Pamięta pan początek wojny?- W 1939 roku wyszedł nakaz Greisera, gubernatora obszaru Wielkopolski, żeby wszyscy Żydzi opuścili Poznań do 22 listopada. Żyd, który znajdzie się w mieście o tej i o tej godzinie, zostanie zastrzelony.To się nazywało czyszczenie miasta, prawda?- Tak. Wszyscy musieliśmy się stawić w jakimś magazynie, każdy miał się rozebrać do naga, staliśmy w rzędzie, Niemcy szukali po kieszeniach i wszystko konfiskowali. Ktoś miał obrączkę… Pamiętam, pan Widawski, był czapnikiem, mieszkał na Starym Rynku, stanął nago, ale z czapką na głowie. Niemiec zdjął mu czapkę, rozpruł i wypadł pierścionek ślubny i zegarek. Niemiec go pobił.

Wieźli nas pociągiem, wysadzili gdzieś w Lubelskiem, w środku pola, śnieg po kostki. Pociąg odjechał. Szliśmy torami aż do małego miasteczka, wszystkich nas rabin przydzielił do miejscowych rodzin. Oni nam udostępnili swoje łóżka, a sami spali na ziemi. Rano rabin zrobił zbiórkę pieniędzy wśród miejscowych i pytał każdego z nas, dokąd chcemy jechać. Moja mama miała dziewięcioro braci i sióstr w Łodzi. Przyjęli nas ciepło i wspaniale. Ojciec zaczął pracować, wynajęliśmy mieszkanie. Łódź była zupełnie inna od Poznania. Była wielkim ośrodkiem żydowskim.

Wyszedł rozkaz, że każdy Żyd, od 12. czy 14. roku życia, musiał nosić żółtą gwiazdę Dawida na sercu z napisem Jude i na lewej łopatce.

To był jeszcze 1940 rok?

- Tak. Nazywaliśmy to łatami. Nosiliśmy to, ale jakoś życie się specjalnie z tego powodu nie zmieniło. Potem przyszedł rozkaz, żeby się wprowadzić do getta. Przedtem ojciec zarabiał już na tyle dobrze, że wynajął gosposię, panią Krawczyk. Była wysoka, ale miała krzywe usta i nie była bardzo ładna. Odbierał ją mąż, wysoki, śliczny mężczyzna – widać było, że zakochany. Mój ojciec pewnego razu mówi mu tak: panie Krawczyk, ja panu dam 5 złotych, a pan niech mi da swój dowód osobisty i niech pan zamelduje, że go zgubił. W ten sposób mój ojciec został Feliksem Krawczykiem. Mój ojciec był bardzo mądrym człowiekiem i trzymał ten dokument w zapasie, że a nuż, widelec kiedyś może się przydać.

I przydał się…

- Jeszcze jak. Wprowadziliśmy się do getta, tam był jeden pokój i 20 ludzi, tak że jak spaliśmy na ziemi, to jeden dotykał drugiego. Potem straszny głód się zrobił, wszy i tyfus. Ojciec powiedział: słuchajcie, tu jest śmierć. Musimy stąd uciekać. Zdejmiemy te łaty i będziemy udawać chrześcijan. Jak złapią, mówi się: trudno, tu tak czy siak czeka nas zguba.

Mieliście jakąś pomoc po aryjskiej stronie?

- Żadnej. Wsiedliśmy do pociągu do granicy z Generalną Gubernią. Ojciec wynajął przewodnika, bo granica była pilnowana przez Niemców, szliśmy w nocy. Nagle przewodnik powiedział: upaść na ziemię i nie oddychać. Przed nami przeszedł patrol niemiecki. Przewodnik przeprowadził nas i pojechaliśmy do Warszawy, ojciec miał tam siostrę.

W ilu uciekliście?

- W pięciu. Tata, mama, ja i dwóch braci. Chciałem coś jeszcze powiedzieć. Jak Niemcy weszli do Poznania w 1939 roku, mój brat miał dziewięć lat. Z innymi żydowskimi dziećmi bawili się pod domem modlitwy. W piłkę grali albo w sztekla. Wie pan, co to jest sztekiel?

Nie.

- Taka gra, poznańska. A polskie dzieci krzyczały: „Jude! Jude!”, i z daleka wskazywały Niemcom Żydów. Esesowcy przyszli i zaczęli bić. Mój brat dostał kolbą i uderzył głową o mur. Wzięli go do szpitala – jeszcze wtedy można było iść do szpitala. Nie dawano mu szansy, że przeżyje. Przeżył, ale wrócił całkiem głuchy. A był takim pięknym i inteligentnym dzieckiem, że ludzie się oglądali, jak chodził po ulicy. Lekarze mówili: słuchajcie, za dwa miesiące wygramy wojnę, będziemy w Berlinie, będziecie mogli pojechać z nim do Szwajcarii, bo tu teraz nie ma warunków na leczenie. Ale jego nerw słuchowy wysechł. Mój brat ma teraz 85 lat, jest w stu procentach głuchy. Ale jest bardzo twórczy, zrobił doktorat na uniwersytecie amerykańskim. Ma żonę i córkę, każde ma swój samochód. Jestem z niego bardzo dumny.

Urodził się pan w Poznaniu?

- Tak. Każdy może przyjść do poznańskiego ratusza i przeczytać, że urodziłem się 20 września 1925 roku od mamy Sary i ojca Pejsacha Bergmana, na ulicy Żydowskiej 32 m. 5. Jestem Żydem z dziada pradziada. Według legendy rodzinnej moja prapraprababcia z Widawy witała Napoleona, jak szedł na Moskwę. Moje korzenie w Polsce sięgają kilkuset lat.

Ojciec urodził się pod zaborem rosyjskim, w tak biednej rodzinie, że jak miał sześć lat, to jego ojciec, a mój dziadek Dawid zaprowadził go do piekarza i oddał mu ojca w niewolę w zamian za siennik i jedzenie. Ojciec nigdy nie chodził do szkoły. Pracował u piekarza, zamiatał podłogi. Mama natomiast urodziła się w Łodzi, ale raczej w zamożnej rodzinie. Jej ojciec Moszek Kaganowski był na tyle wpływowy, że podobno miał przepustkę, która pozwalała mu mieszkać w Moskwie. Bo Żydom nie wolno było wjeżdżać do Moskwy.

Mój ojciec był wspaniałym człowiekiem – wysoki, przystojny…

 

Tak jak pan…- Silniejszy i chyba ładniejszy. I niezmiernie zaradny. Do dzisiejszego dnia ja go poważam i szanuję. Do tego stopnia, że gdyby jeszcze żył, choćby ślepy i głuchy, to ja bym do niego czołgał się na kolanach. On mi kilkakrotnie życie uratował, w łódzkim getcie i warszawskim… Był samoukiem, ale jego artykuły ukazywały się w żydowskich gazetach przed wojną. Co sobotę po nabożeństwie musiałem czytać te jego artykuły po żydowsku.Czyli w jidysz?- Tak. Jestem płynny w jidysz, to mój ulubiony język.

Ten język ginie?

- On nie ginie, ale ludzie giną. Ja już jestem chyba jednym z ostatnich Mohikanów. Ojciec rozmawiał do mnie tylko po żydowsku, mama z kolei tylko po polsku. Mama miała edukację, była nauczycielką. Gdy wybuchła wojna, miałem 14 lat. Jestem ostatnim chyba, który śpiewał codziennie przed lekcją „Jeszcze Polska nie zginęła” po niemiecku. Nie spotkałem już nikogo żyjącego, który to śpiewał. Chodziłem do tej synagogi, w której po wojnie był basen miejski. Nie opuściłem ani jednego nabożeństwa. Mój ojciec wychował nas w bardzo religijnym duchu.

Cały czas chodzi pan do synagogi?

- Nie, proszę pana. Podczas wojny zabito mojego ojca i drugiego Boga w Oświęcimiu. Straciłem wiarę. A pan wierzy w Boga?

To trudne pytanie, cały czas się nad tym zastanawiam. Czemu pan pyta?

- Ja panu powiedziałem o swoich przekonaniach i byłem ciekawy pańskich.

Czy da się być Żydem bez Boga?

- Bardzo. Ja jestem takim głębokim Żydem, że nawet sobie nie wyobrażałem, że mogę być tak bardzo Żydem.

I Bóg do tego nie jest potrzebny?

- W ogóle. Nie ma go. Ja twierdzę, że to ludzie stworzyli Boga, a nie Pan Bóg ludzi. Bo jeśli Pan Bóg miałby stworzyć ludzi na własne podobieństwo i wyszło mu coś takiego, to Boże, mój Boże…

Pan widział okropne rzeczy, które ludzie potrafią robić.

- Wie pan, Poznań był pełen antysemityzmu. Tam liczył się tylko Dmowski i ksiądz Maksymilian Kolbe, obwołany potem świętym przez Jana Pawła II. On publikował „Rycerza Niepokalanej”. Polecam, żeby każdy Polak przeczytał choć jedną stronę. Ział nienawiścią! Dzięki niemu ja doświadczyłem tylu upokorzeń ze strony Polaków. Dzięki księdzu Kolbe! Byli też inni antysemici, ale religia brała bardzo duży udział w nienawiści do Żydów.

Po I wojnie, kiedy Niemcy uciekli z Poznania, Poznań był pusty, można sobie było wybrać mieszkanie i mój ojciec przeniósł nas z Łodzi. W Poznaniu rodził się wtedy bardzo patriotyczny prąd narodowo-radykalny. Stronnictwo Narodowe i Obóz Narodowo-Radykalny szerzyli nienawiść do Żydów. Oprócz „Rycerza Niepokalanej” były jeszcze „Pod Pręgierz” i „Pająk”. Były poświęcone jednemu tematowi: nienawiści do Żydów. Jako chłopak czytałem każdy numer tych trzech gazet. Mam w domu kolekcję „Rycerza Niepokalanej”.

Polacy kupowali tę propagandę?

- Widocznie. Chodziłem po Poznaniu i widziałem, że wykwintne restauracje miały napisy w oknach „Żydom i psom wstęp wzbroniony”. Ja musiałem płacić 5 groszy tygodniowo za protekcję króla ulicy.

 

?- To był silny chłop, który, jak ktoś go nie słuchał, to bił. A że chciał mieć dochód, to wybrał żydowskie dzieci i każdy musiał płacić za ich ochronę. Było dwóch braci, Bogdan i Zenon. Brali od ojca 5 złotych miesięcznie za „protekcję”.Ponieważ żydowskie dzieci bito w normalnych szkołach, zarząd Poznania – miał na tyle rozumu – założył Publiczną Szkołę Powszechną nr 14 na Noskowskiego 3, która była wyłącznie dla żydowskich dzieci. Nauczyciele byli Polakami. Jak wychodziliśmy ze szkoły, naprzeciwko, w parku, czekały na nas zwykle łobuzy, nazywano ich wtedy juchcikami. Mieli kamienie i trzeba było wołać policję. W Poznaniu, jak jakiś Żyd miał brodę, to mu ją wyrywali, więc w mieście nie było ani jednego Żyda, który miałby pejsy czy chodził w chałacie. Każdy wyglądał i zachowywał się jak Polak. Mówiono w Poznaniu wśród Żydów, że jak Żyd przyjedzie do Poznania, to wraca do domu nie do poznania.Jak się pan tam czuł?

- Bardzo chciałem być Polakiem, byłem wielkim patriotą! Kierowniczka naszej szkoły, pani Franciszka Probstowa była wielką patriotką i wpoiła w nas miłość do Polski. Znam dużo lepiej historię Polski od historii amerykańskiej, mimo że mieszkam w New Jersey od 1947 roku i chodziłem do szkół amerykańskich.

Mówi pan przepiękną polszczyzną!

- Ja jestem zakochany w poezji polskiej. Szczególnie w Mickiewiczu, Słowackim. A Tuwim, kuzyn mojej mamy, którego nigdy nie poznałem, jest moim Bogiem. Znam go na pamięć. Podobno zacząłem czytać książki, jak miałem trzy lata. Chciałem wstąpić do harcerzy, ale mi powiedziano, że tylko polskie dzieci mogą być harcerzami. Nie miałem ani jednego polskiego kolegi. Nikt się ze mną nie chciał bawić. Byłem „parszywym Żydem”. Codziennie. Zaakceptowałem tę sytuację. Myślałem, że tak jest na całym świecie. Że to jest los Żyda – musi cierpieć. Z tym że ja nie czułem tego cierpienia. Miałem kolegów Żydów. Założyliśmy klub sportowy Bar Kochba i organizację syjonistyczną, spotykaliśmy się raz na tydzień i omawialiśmy książki.

Rodzice nie chcieli uciec z Poznania?

- Chcieli, ale nie mieliśmy pieniędzy, byliśmy biedni. Ojciec wpajał we mnie kulturę żydowską, historię żydowską, Torę. Wpoił we mnie dumę, że jestem Żydem. Czytam po hebrajsku płynnie, ale nie rozumiem, co czytam. Znam wszystkie modlitwy po hebrajsku, ale nie rozumiem, co znaczą. Kiedy musiałem udawać chrześcijanina, zauważyłem, że chrześcijaństwo jest religią miłości. To inaczej niż religia żydowska, która jest religią sprawiedliwości. Szukałem tej miłości w religii chrześcijańskiej, ale zamiast miłości natknąłem się na tyle nienawiści, na tyle zimna, obojętności, że jakoś religia żydowska przemawiała do mnie bardziej etycznie.

Smutne. Wróćmy do momentu, kiedy z rodzicami i braćmi szliście przez granicę do Warszawy.

- Ojciec miał siostrę na Miłej 21, naprzeciwko Miłej 18.

W samym środku getta, tam, gdzie Mordechaj Anielewicz…

- Tak, z tym że my nie wiedzieliśmy, że tam jest jakaś komenda. Ciotka Driesel nas bardzo ciepło przyjęła. Pomogła nam znaleźć mieszkanie. Życie znów zaczęło się normalizować. Potem ni stąd, ni zowąd zarządzenie – getto. To samo, co w Łodzi. Kto zostanie zatrzymany bez opaski, będzie zabity. Wprowadzono też przepisy, że Żydzi są wyjęci spod prawa.

Z początku życie kulturalne w getcie kwitło, chodziłem do opery, były teatry, występy, koncerty, nawet tajne szkoły.

Szpilmana pan widział?

- Nie, o Szpilmanie się dowiedziałem po wojnie. Byłem w getcie prawie od samego początku do końca, ale o wielu rzeczach dowiedziałem się dopiero po wojnie, na przykład o Żegocie dowiedziałem się dopiero w Ameryce.

Potem w getcie zrobiło się okropnie. Tyfus, wszy, głód. Codziennie ludzie wynosili swoich sąsiadów, którzy jeszcze żyli, ale już umierali. Kładli na chodnikach, opierając grzbietem o mur. Pamiętam te nogi spuchnięte jak balony, przezroczyste. Ludzie jedli wodę, nie było nic do jedzenia. Umierali na moich oczach. Była taka firma pogrzebowa Pinkert, chodzili z wózkiem, który był ciągnięty przez ludzi, wsadzali te trupy na wózek i na Powązki.

Ojciec wyciągnął ten kupiony dowód osobisty i stał się Feliksem Krawczykiem. Przeszedł na aryjską stronę. Wynajął pół kuchni na ul. Towarowej 58 u pana Stanisława Perlika, który nie wiedział, że ojciec jest Żydem.

A wy?

- My żyliśmy w getcie. W getcie były tak zwane sądy. Front sądów był na Lesznie, tył sądów był na Białej. Ojciec znalazł policjanta polskiego, który był strażnikiem w sądach, przekupił go i on w porozumieniu z niemieckim strażnikiem wpuszczał ojca co piątek do getta przez sądy. Ojciec wychodził w poniedziałek rano. Przechodził do getta bez opaski, jako chrześcijanin, przynosił nam jedzenie, z tym że zanim doszedł do naszego mieszkania, to połowę jedzenia oddawał tym żebrakom i konającym po drodze. Nazywali go „dobry Polak”.

 

Zbliża się 1942 rok, getto zaczyna być likwidowane.- Żandarma, który patrolował odcinek przy naszym domu, nazywali „Frankenstein”, bo musiał codziennie zabić jedną osobę. Przez dziurę w płocie strzelał znienacka. I jak zabił jedną osobę, to był szczęśliwy.Zaczęli przyjeżdżać ciężarówkami SS, łapali ludzi i na Umschlagplatz. Zapomniałem powiedzieć, że jednym z powodów, dla którego przeżyłem, było to, że dostałem pracę w Departamencie Zdrowia.Jako szesnastolatek?

- Tak, miałem czerwoną opaskę i dokumenty, że pracuję w Departamencie Zdrowia, chodziliśmy do mieszkań, gdzie ludzie umierali albo już umarli na tyfus, i musieliśmy to dezynfekować, uszczelniać okna, drzwi, rozpylać.

Żeby zarobić na chleb, bo tego, co ojciec nam przywoził, nie było dość, wynajmowałem rikszę razem z kolegą. Ja jeździłem cztery godziny, on cztery. Pewnego razu złapali mnie i 20 innych rikszarzy. Musieliśmy iść pod karabinami do domu starców. Położyli na każdej rikszy trzech starców i jechaliśmy. Na Karmelickiej się dowiedziałem, że jedziemy na Umschlagplatz. Przestraszyłem się, bo wiedziałem, że Umschlagplatz to jest koniec.

Wiedzieliście wtedy, czym jest Treblinka?

- Łudziliśmy się. Niemcy przyrzekali cały czas, że kto się stawi, dostanie 5 funtów marmolady z marchewek, 5 funtów chleba, i zapewniali, że dostaniemy wspaniałą pracę i doskonałe warunki higieniczne na wschodzie. Przychodziły też kartki pocztowe gdzieś z Ukrainy. „Kochana mamo, jest mi tu bardzo dobrze, powiedz wszystkim, żeby przyjeżdżali, niech się zgłoszą na ochotnika”.

To były falsyfikaty?

- Nie, prawdziwe listy. Potem tych ludzi zabijano. Ale te listy przychodziły i my daliśmy się oszukać, bo tonący brzytwy się chwyta.

Więc ja w pewnym momencie rzuciłem tę rikszę i zacząłem uciekać.

Z tymi starcami?

- Starców zostawiłem i zacząłem uciekać z powrotem na Leszno. Zygzakiem, bo strzelali do mnie. Jak mi się udało, nie wiem. Potem zaczęli masowo wywozić ludzi na Umschlagplatz. Dostaliśmy wiadomość od ojca, że już nie może przyjść. Potem pewnego ranka – my mieszkaliśmy na parterze – ojciec przerzucił przez mur chleb. Otworzyliśmy ten chleb i tam było napisane: przyjdą Niemcy z ciężarówką, żebyście się nie ważyli na nią wejść. Jak mają was zabić, niech was zabiją tam, gdzie jesteście. To była ostatnia wiadomość od ojca. I rzeczywiście przyszła ciężarówka. Niemcy mieli taką jakby trąbę i oznajmili, że wszyscy lokatorzy mają się zjawić na ciężarówce. Za dziesięć minut wejdą do domu i kogo zastaną, zabiją. A my pamiętaliśmy ojca polecenie, żeby nie iść na ciężarówkę. Z bratem wyrwaliśmy drzwi od ubikacji. Każdy z nas postarał się nasrać jak może na te drzwi. Posmarowaliśmy wszystko gównem i zrobiliśmy taki plakat na drzwiach, po niemiecku: „Uwaga, tyfus plamisty”. Postanowiliśmy, że mama schowa się pod łóżko, brat do szafy, drugi brat pod inne łóżko, a ja pójdę na dach. Starałem się schować za kominem, ale Niemcy widzieli mnie z okien i zaczęli krzyczeć: „Jude! Jude!”. Pobiegłem na dół i byłem w panice. Otworzyłem drzwi do latryny. Tam był jeden pan zanurzony po szyję w gównie, ja nie zastanawiałem się długo i wszedłem też do tego gówna…

(Tu Baruch zaczyna płakać. Długo nie może dojść do siebie).

Niemcy otworzyli drzwi, ale zaraz zamknęli, bo smród był okropny. Jak ciężarówka odjechała, ja i mój sąsiad, który się nazywał pan Chutoran, z Poznania, wyszliśmy, opryskaliśmy się wodą i postanowiliśmy uciekać z getta.

Mama i brat przetrwali łapankę?

- Tak. Niemcy nie weszli, przestraszyli się napisu i śmierdziało. Ten pan Chutoran powiedział, że ma znajomą po aryjskiej stronie i może przekupić żydowskiego policjanta, który przekupi polskiego policjanta, który przekupi niemieckiego policjanta – strażnika przy bramie, i dołączymy się do placówki. Placówka to grupa ludzi, która pracowała na Okęciu, Żydzi. Codziennie wychodzili pod strażą z getta i przychodzili wieczorem. Pan Chutoran i ja stanęliśmy w ostatnim rzędzie. Dano nam wskazówki, że w pewnej chwili staniemy i będziemy udawać, że sobie sznurujemy buty, aż ulica będzie pusta. I tak się stało, oni szli dalej, a my sznurowaliśmy buty. Czmychnęliśmy w boczną uliczkę. Pan Chutoran poszedł do swojej znajomej w Śródmieściu. To była siwa pani, starsza, szczerbata. Mieszkanie było w okropnym stanie, brud, wszy. Ja spałem na ziemi w korytarzu, a on spał z nią. Rano ona z nami poszła do stacji kolejowej, kupiła nam bilet i pojechaliśmy. On miał znajomych w jakiejś wsi. Przyjęli nas bardzo ciepło, Żydzi. Zaczęli mówić i zrozumiałem, że jestem koło Treblinki. Oni nie zdawali sobie sprawy, co się dzieje w Treblince. Jak ja usłyszałem „Treblinka”, to powiedziałem: ja tu nie zostaję, wracam.

Do Warszawy?

- Tak. Pamiętałem adres ojca. Ojciec, jak mnie zobaczył , to wzruszył się bardzo. Ja też. Wynajmował pół kuchni. Potem brat przyszedł. Powiedział: „Mama i Genio czekają w getcie przy murze, musimy iść wieczorem i ich wydostać”. Tato zawiózł ich do Kielc. Wynajął jakąś ruderę. Zostawił tam mamę i braci, a sam wrócił do Warszawy.

A pan?

- Ja czekałem na niego w tej połowie kuchni. Ojciec mnie przedstawił jako swojego bratanka. Mój polski był normalny, po akcencie nikt nie mógł poznać. Ja chyba nie wyglądałem jak Żyd, udało się jakoś ludzi przekonać, że jestem chrześcijaninem. No i pewnego razu…

 

Jak pan się przedstawiał wtedy?- Bronisław Krawczyk. No i pewnego razu brat przyjechał i powiedział: „Słuchaj, mama się obawia, że ktoś ją poznał. Ratuj!”. Ojciec pojechał, wziął ich wszystkich do Częstochowy. Tam jeszcze było getto, ale warunki były dobre, bo ludzie pracowali dla Niemców. Ja z ojcem mieszkałem w Warszawie. Zacząłem handlować na Kercelaku, gdzie się zbierali wszyscy złodzieje, bandyci i handlowali. Wszystko, co sprzedawali, było kradzione. Moimi kolegami byli bandyci. Nie wiedzieli, że jestem Żydem. Byli tacy dobrzy dla mnie, tacy szlachetni. Udało mi się kupić stare spodnie… I znowuż przyjechał brat. Ratuj, mówi, likwidują częstochowskie getto. Ojciec pojechał, przywiózł ich do Warszawy. On był prawdziwym bohaterem, mój ojciec.W gazecie było napisane, że jeden pan Mieczysław Nawrocki na Wolskiej 6 chce sprzedać swoje mieszkanie, więc ojciec pojechał do niego i ustalił cenę. Zgodzili się, że ojciec wpierw będzie wynajmował, a potem kupi. I wprowadziliśmy się, z tym że pan Nawrocki nie wiedział o matce ani o starszym bracie, bo mama się zaraz ukryła w kuchni i nie wychodziła. Mój brat miał wspaniały wygląd polski – blondyn niebieskooki. Ale miał taki strach w oczach, że też się bał wyjść, bo ktoś od razu pozna, że Żyd. Więc oni byli zamknięci w kuchni i wychodzili tylko, gdy pan Nawrocki szedł do pracy. A Genio, ten mój głuchy brat, zbuntował się i nie chciał w kuchni siedzieć. Codziennie uciekał z mieszkania do czytelni publicznej i od rana do wieczora czytał książki (śmiech).Chodził tam jako chrześcijanin?

- Tak, jako Eugeniusz Krawczyk. Ja natomiast jakimś cudem zostałem asystentem dla asystenta w piekarni cukierniczej na Miodowej 24, na rogu Długiej, u pana Stefana Buzego. Buze był folksdojczem i każdy, kto tam pracował, dostawał ausweis, że pracuje dla przemysłu niemieckiego, i jak dostałem ten ausweis, to czułem się ważny, bo Niemcy zatrzymywali Polaków prawie na każdym rogu: „Ausweis, bitte!”. Jak pokazywałem papier z wroną, to mnie puszczali. Wokół mnie nie było żadnych Żydów. Myślałem, że jestem ostatnim Żydem na ziemi.

Trwała zagłada getta, tam było jeszcze około 70 tysięcy Żydów.

- Ja się tym nie interesowałem. Interesowałem się tylko tym, żeby włożyć coś do ust i przeżyć. Zarabiałem bardzo mało, ale na chleb wystarczało, i to ja żywiłem rodzinę (śmiech).

W getcie wybucha powstanie. Kwiecień 1943 roku. Jakie postawy obserwował pan po stronie polskiej?

- Społeczeństwo polskie w Warszawie cierpiało na obłęd narodowy. Jak witałem się z kolegami, którzy nie wiedzieli, że jestem Żydem, mówiliśmy zamiast dzień dobry: „Te skurwysyny Żydy”. W każdym sklepie warszawskim był wtedy afisz, że jest wystawa, która się tytułuje „Żydowska zaraza”, i że wszyscy powinni ją zobaczyć. Poszedłem na tę wystawę i tam naukowo stwierdzono, że krew żydowska jest inna od chrześcijańskiej i że Żydzi fizycznie mają inne składniki niż chrześcijanie.

To była wystawa zrobiona przez Polaków?

- Nie, przez Niemców. Podżegali ludność polską i z dobrym skutkiem, bo nienawiść Polaków do Żydów była tak zapalczywa, tak obłędna… Wspominam to ze zgrozą. Wszyscy chcieli mnie zabić. Naprawdę. Pamiętam dwa takie wypadki, kiedy byłem głodny i zmarznięty, nie wiedziałem, gdzie spać, więc zapukałem do drzwi i poprosiłem o pomoc, a tam ludzie zaczynali wołać policję, bo poznali, że jestem Żydem. Gdyby nie to, że biegałem szybciej od policji, to by mnie tu dzisiaj nie było. Potem już więcej nie próbowałem. Ten obłęd narodowy był tak bezgraniczny, i mówię to z całą świadomością, że podczas tych prawie sześciu lat wojny ja nie spotkałem ani jednego dobrego Polaka. Ani jednego.

Nie widział pan żadnego przykładu pomocy chrześcijańskiej dla Żydów?

- Przeciwnie! Gdziekolwiek się obróciłem, była nienawiść. Kupiłem sobie katechizm, żeby się nauczyć, bo słyszałem, że jak biorą na gestapo, to wypytują o katechizm…

Żeby na wszelki wypadek zdrowaśkę powiedzieć?

- Tak. Nauczyłem się wszystkiego prawie na pamięć, tylko nie byłem pewny, jak się człowiek żegna (śmiech), to postanowiłem iść w niedzielę do kościoła św. Anny na Krakowskim Przedmieściu poobserwować. I tego nigdy chyba nie zapomnę… Ksiądz z ambony powiedział tak: „Ja wiem, że są wśród was tacy, którzy pomagają Żydom, że są tacy, którzy ukrywają Żydów, ale ja wam zabraniam! Nie wolno! Oni ukrzyżowali Pana Jezusa! Gdyby Pan Bóg chciał, to on wiedziałby lepiej, jak im pomóc. Ja wam zabraniam!”. Wtedy się zachwiałem na nogach… I już więcej do żadnych kościołów nie poszedłem.

I to mnie otaczało codziennie, od rana do wieczora. Sąsiedzi, koledzy, wszyscy pałali nienawiścią. Rozumieć to ja wszystko rozumiem, ale zapomnieć tego nie mogę. Ja wiem, że wśród moich kolegów Żydów są tacy, którzy byli ukrywani przez Polaków, którzy dzięki Polakom przeżyli. Oni mieli szczęście, ja miałem pecha. W ciągu całej wojny nie spotkałem ani jednego dobrego Polaka, ani jednego dobrego Niemca. Każdy chciał mnie zabić.

Ma pan żal do Polaków?

- Nie. Mam tylko żal do Niemców, nie tylko żal, ale i nienawiść. Nie do Polaków. Chcę podziękować Muzeum Powstania Warszawskiego, że zapraszają mnie co rok, jako powstańca, i że płacą za koszt mojego lotu, za hotel dla mnie i dla żony. Jestem niezmiernie wdzięczny. Pięć lat temu miałem audiencję z panem prezydentem Lechem Kaczyńskim. Podziwiam jego determinację, bo to dzięki niemu jest Muzeum Powstania Warszawskiego i dzięki temu społeczeństwo jest świadome tego, co było. A to była zgroza.

Ale najpierw było powstanie w getcie…

- Pamiętam. Na zewnątrz getta, przy bramie, byli umundurowani Litwini, Łotysze, Ukraińcy w niemieckich mundurach. Było ich może stu i wchodzili w getto. Za nimi szedł porucznik niemiecki. I widziałem, jak oni wchodzą, jak zaczyna się strzelanina…

 

Pan Perlik, u którego mieszkaliśmy w tej połowie kuchni, pracował dla straży pożarnej, był kierowcą… On przyszedł pewnego wieczoru i zaczął opowiadać… płakał… mówił, że widział matki rzucające się z dziećmi z płonących balkonów… z dziećmi pod spódnicami. Mówił to, a ja musiałem udawać…Co udawać?- Że ja nie jestem Żydem.Czy Polacy byli zaskoczeni, że Żydzi się bronią, strzelają?

- Nie. Nie pamiętam, żeby ktoś wyraził sympatię w stosunku do Żydów. Słyszałem takie odzywki: „Hitler dobrze zrobił, że za nas odwalił tę robotę”. Raz, a to było tuż przed powstaniem, zobaczyłem na ulicy mały tłum. Jakiś pan szarpał dziewczynę. Mogła mieć 22-23 lata. Krzyczał: „Żydówa, Żydówa”. A ona błagała: „Ja chcę żyć, ja chcę żyć!”. To było jedną ulicę przed wejściem do getta od Żelaznej. I w końcu on i jeszcze jeden pan siłą zaciągnęli tę biedaczkę do bramy getta, a potem usłyszałem dwa strzały. I pamiętam, że nie mogłem chodzić, ustać na nogach… Poszedłem do domu, trzymając się ściany.

Czy znał pan kogoś z tych bojowników?

- Nie. Pytał mnie pan o stosunek Polaków do Żydów. Wspomniałem, że pan Mieczysław Nawrocki, który wynajął nam swoje mieszkanie, nigdy się nie wyprowadził? To był 66-letni inżynier, inteligentny, małego wzrostu, z wąsikiem. Czasami wołał mnie, żebym wskrzesił ogień albo w czymś mu pomógł, i za każdym razem mówi mi: „Te Żydy pierdolone”. Wspominał na przykład, że jak on był małym chłopcem, to chodził w jego miasteczku „żydłak”… chłopiec, który miał może z dziesięć lat, z żółtymi oczyma i z rewolwerem, i szukał, żeby zabić Polaków. I zawsze znajdował jakąś nową historię o przebrzydłych „żydłakach”. A ja tylko przytakiwałem: „Tak, skurwysyny Żydy”.

Pracowałem wtedy u pana Buzego. Jak brytfanna z ciastem wychodziła z pieca, a ciasto nigdy nie wychodzi równo kwadratowo, moim zadaniem było je tak obciąć, żeby został kwadrat. Skrawki zrzucało się na podłogę, w trociny. Po pracy musiałem zamiatać trociny z tymi okrawkami, wkładać do maszyny do mięsa i zmielić. Miałem buteleczkę z czekoladową farbą i buteleczkę z rumowym zapachem, smakiem. Sztuczne to wszystko. Robiłem kulki i zanurzałem je w czekoladowym (śmiech) kolorze, a potem w rumowym smaku i mój szef to sprzedawał.

Jakie były relacje między ludźmi po aryjskiej stronie, już po zagładzie getta?

- Między Polakami? Każdy sobie rzepkę skrobał. Była nędza, był głód. Każdy dbał przede wszystkim o siebie lub swoją rodzinę. Takich rzeczy jak mydło nie było, jak wchodziłem do tramwaju, to wszyscy śmierdzieli tak jak ja (śmiech). Pracując u pana Buzego, mimo woli zaprzyjaźniłem się z innymi pracownikami w moim wieku. Randki z dziewczynami wspólne pamiętam.

Z chrześcijankami?

- Tak, Żydówek już nie było. Byłem przekonany, że Niemcy wygrają wojnę. Moim źródłem informacji było ich radio na ulicy na szczycie latarni i gazety. Nawet jak się cofali, to ze „strategicznych powodów”, więc żyłem w przekonaniu, że wszystko przepadło. 1 sierpnia 1944 po pracy – musiała być jakaś godzina dwunasta czy pierwsza, a pracowaliśmy na nocną szychtę – poszliśmy się kąpać na Mokotowie, na nagusa oczywiście, ja się trochę bałem, bo jestem obrzezany, ale jakoś się udało. Radośnie wracamy do domów. Było około piątej po południu, zauważyłem, że na rogu ulicy stał pewien gość i miał jakby kij od miotły owinięty kocem. Na drugim rogu znowu był jakiś gość – i to samo: kij owinięty. A dalej trzeci i czwarty chłopak i coś mnie to zdziwiło. Dzwon wybił pięć razy i te koce zostały zrzucone, a każdy miał karabin! „Rodacy, wybuchło powstanie!”, ktoś krzyknął, i my natychmiast się przyłączyliśmy jako ochotnicy! Entuzjazm był taki szalony.

Pan, ukrywający się Żyd, przyłącza się do polskiego zrywu?

- Ja się tu urodziłem! Mieszkam w Ameryce już 67 lat, ale Polska jest mi bardzo bliska. To moja ojczyzna! Przyłączyłem się do powstania z takim entuzjazmem jak wszyscy, kwiat polskiej młodzieży. Miałem 19 lat. Wszyscy głośno śpiewali: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz ni dzieci nam…

…germanił”.

- A potem przydzielono każdego z nas do innego plutonu i każdy dostał dwa granaty (śmiech) – ja też – i przydzielono mnie do porucznika „Wilka” na Mokotowie.

A pan jaki miał pseudonim?

- „Bebe”. Przydzielono mnie do jednostki na Czerniakowskiej. Szosa. Po obydwu stronach były rowy. Ścięliśmy dwa drzewa, żeby uniemożliwić niemieckim autom przejazd. Moja warta była między 6 rano a 8. Nagle dostrzegłem coś daleko. Pomyślałem, że to auto. Porucznik miał lornetkę: „To nie jest auto, to czołg… dwa czołgi… trzy czołgi! Obudź wszystkich!”. Porucznik mówi: „Jak oni się zbliżą, wtedy zaatakujemy. Teraz nie oddychać!”. A Niemcy się czołgali. Bardzo powoli. Zacząłem widzieć pierwszy czołg, lufy. Była cisza. Jak byli jakieś 50 metrów od nas, zaczęli strzelać. Walili do nas ze wszystkiego. Ziemia zaczęła się trząść, podskakiwać koło mnie. Ci moi koledzy, którzy byli najbardziej bohaterscy, zginęli pierwsi. To była rzeź… Nie wiem, jak przeżyłem… byłem w tych rowach, widziałem, jak ludzie krwawili, jęczeli, jak umierali… i w pewnym momencie byłem pewny, że ja też zostałem zabity… Ale poczułem gówno w majtkach… takie ciepło… i wtedy wiedziałam, że będę żył, że żyję. (śmiech przez łzy). Mój kolega Franek zaczął szlochać, wrzeszczeć. Stracił w ogóle świadomość. Uderzyłem go po policzkach i wtedy go obudziłem i siedzieliśmy cicho. Okazało się, że tylko my przeżyliśmy z 32. Tylu nas było. Wszystkich rozwalili na moich oczach…

Czołgi odjechały, daliśmy dyla w wysoką trawę. Doczołgaliśmy się do jakiegoś domu. To był kościół bernardynów. W środku ludzie leżeli na ławkach, jęczeli, krew wszędzie. Przy ołtarzu stał pan w białym fartuchu ze scyzorykiem i tam na ołtarzu leżał człowiek. Ja tego nie mogę zapomnieć. Powiedziałem do Franka: „Uciekajmy!”. Postanowiliśmy przepłynąć Wisłę, wiedząc, że na Pradze już są Rosjanie. 20 metrów od brzegu zaczęli do nas strzelać Rosjanie. Zawróciliśmy. Jakoś nas nie trafili. No więc idziemy, gdzie nos nas prowadzi. Zobaczyłem kontury lasu. Bardzo daleko. To były Lasy Chojnowskie. Weszliśmy do lasu i… Franek znikł i od tego czasu go nie widziałem.

 

A w Lasach Chojnowskich nie znalazł pan partyzantów?- Oni mnie znaleźli. Zimno, deszcz padał, głodny byłem. Ludzie, którzy zostali wypuszczeni z więzienia, podzielili się ze mną chlebem. Rosjanin, który uciekł z obozu niemieckiego, szedł do Rosji, dał mi koszulę (śmiech). Miałem takie tragikomiczne przeżycia. Nagle otoczyli mnie cywile z karabinami. „Ręce do góry!”, krzyczą. Zaczęli mnie wypytywać, to im powiedziałem, kim jestem.Co pan powiedział?- Że jestem z powstania, Bronisław Krawczyk. Wzięli mnie do komendy, porucznik „Szary”, komendant plutonu, najpierw mnie wypytywał, w końcu wyciągnął ramiona powiedział: „Witam”, i przyjął mnie w ich szeregi.

Nie przyznał się pan, że jest Żydem?

- (Śmiech) By mnie natychmiast udusili, własnymi rękoma, przekonany jestem. Dowiedziałem się – wieczorem porucznik miał pogawędkę polityczno-wychowawczą – że jestem w szeregach Narodowych Sił Zbrojnych! (Śmiech).

Powoli wgrałem się w to życie, dali mi karabin i stałem się jednym z nich. Nikt nie wiedział, że jestem Żydem. Żydem w Narodowych Siłach Zbrojnych… Ale żyłem. I byłem szczęśliwy! Jedzenie było. Pewnego razu widzę, że czterech z nas idzie wieczorem w las, z karabinami. Pytam: „Gdzie oni idą?” I słyszę: „Tam się Żydy chowają w lesie, oni idą ich wyłowić” – i co wieczór czterech lub sześciu szło w las, żeby szukać Żydów. Przyszedł czas i na mnie.

Poszedł pan szukać Żydów?

- Nie! W panice udałem, że mam atak ślepej kiszki! (śmiech)

Nie chciał pan zdezerterować, przenieść się do innej grupy, do AK?

- Ee tam. Powstanie się rozpadało. Gdzie miałem pójść? Pieniędzy nie mam, znajomych nie mam, jestem głodny i jest zimno. A dla mnie oni są ratunkiem, tu mam jedzenie i mam gdzie spać, tu są moi koledzy.

Zaprzyjaźnił się pan z kimś?

- Tak. Wszyscy byliśmy bardzo blisko.

Pamięta pan kogoś?

- Nie. Zapomniałem. Może kontury pamiętam… ale nikt nie miał nazwiska. Tylko pseudonim. Naszym hasłem było: „Z bronią u nogi”. Z tego, co ja zrozumiałem, był taki układ między Niemcami a nami, że my ich nie atakujemy ani oni nas. My będziemy czekać z bronią u nogi, aż Niemcy z Rosjanami się wyrżną, i wtedy połowa z nas pójdzie do Berlina, druga do Kijowa, i Polska znów będzie od morza do morza. Ale przyszedł rozkaz przez radio, żebyśmy poszli na pomoc Warszawie. I powiedzieli, jak mamy iść, gdzie wyjść z lasu. Ustawiliśmy się w szeregach. Ja byłem w ostatnim. Wychodzimy z lasu, a tam Niemcy z karabinami maszynowymi. Rzeź. Pułapka. Pobiegłem do komendy, powiedziałem, co się dzieje. Zaczęli likwidować komendę, dali mi fałszywe papiery, pieniądze na bilet i adres, gdzie się mam zameldować w Częstochowie, u pana doktora Jana Piwowarczyka.

A gdzie był wtedy pana ojciec?

- Zginął w pierwszym tygodniu powstania. Na Woli. Dom, w którym mieszkaliśmy – nie wiedziałem o tym – był główną komendą AK. Wolska 6. Starszy brat też padł. Eugeniusz przeżył, brał udział w powstaniu, po kapitulacji Niemcy stworzyli specjalny obóz dla młodocianych jeńców wojennych i mojego brata wsadzili tam, do Niemiec. Trzy dni przed końcem wojny trzech jego bliskich kolegów Polaków spuściło mu spodnie, gdy spał, i zaczęli krzyczeć: „Ty, kurwa, skurwysynie Żydzie”, wzięli go do komendanta. „Jude! Jude!”. A niemiecki komendant powiedział: „Jak jemu się coś stanie, to ja was zastrzelę” – widocznie wiedział, że wojna się kończy.

Czy widział pan kiedykolwiek, jak Polacy mordują Żydów?

- Nie. Polacy nienawidzili Żydów, ale nie mordowali. Polacy bili Żydów, rabowali Żydów, obrażali, poniżali, ale nie zabijali. Oddawali Niemcom. A Niemcy mieli taki zwyczaj, że jak Polak przyniósł Żyda, to dostawał połowę tego, co się na Żydzie znalazło, a w niektórych wypadkach 20 funtów kartofli.

Kończy się powstanie, zagłada Warszawy, a pan?

- Jestem w Częstochowie. Po dwóch tygodniach dostałem rozkaz, żeby stawić się w Krakowie, że będzie na mnie czekał pewien pan na stacji kolejowej.

 

Ciągle mówimy o konspiracji w NSZ.- Tak. Pojechałem do Krakowa, wysiadłem z pociągu, a tam gestapo. Zawieźli mnie do Montelupich.Tam i dziś jest więzienie, wie pan?- Tak, dla małych przestępców. Poszedłem tam po wojnie, bo jak tam byłem, to Niemcy wzięli wszystko, fotografie, nawet chusteczkę do nosa. Chciałem odebrać. Ale jak powiedziałem, że uciekłem z Montelupich i przyszedłem po swoje rzeczy, to mnie nie chcieli wpuścić.

Jak to? Uciekł pan z Montelupich?

- No! Wsadzili mnie jako Polaka, jako chrześcijanina, jako bandytę. Było nas po 30 w celi. Raz po prysznicu wchodzę do celi, podchodzi do mnie Kazik z Tarnowa, kolega mój. Miałem wtedy 19 lat, a on 18. I mówi: „Ty, kurwa twoja w dupę pierdolona żydowska świnio!”. Wali w drzwi i krzyczy: „My tu mamy Jude!”. Wzięli mnie do kancelarii i zaczęli pytać. Ja zaprzeczałem. Powiedziałem, że to nie ja, tylko Kazik jest Żydem. Spuścili mi spodnie, przyszedł jakiś doktór i oświadczył, że jestem Żydem. Odczytali mi wyrok śmierci. Tam była ściana, gdzie co wieczór zabijali ludzi. Ale trzeba było czekać w kolejce. I na dzień przed moją egzekucją uciekłem.

Jak!?

- Posłali mnie do celi. Było już późno. Wszyscy się ode mnie odsunęli. Żyd. Szósta godzina rano jest apel. Byłem w pierwszym szeregu, a za mną Kazik. Komendant więzienia był nazywany „Masz Marsz”, bo miał w zwyczaju to mówić i dawać kopa w tyłek. Jak przechodził koło mnie, Kazik mnie kopnął i wypadłem z szeregu. Komendant wpadł w furię. Stanąłem na baczność i powiedziałem: „Ja jestem Niemcem, powinienem być na froncie na wschodzie, to jest niesprawiedliwość!”. Znając żydowski język. trochę mówiłem po niemiecku. Zaczął mnie wypytywać. A ja mu, że moja mama nazywa się Schulz, że chcę walczyć przeciw komunistom. On się zaczął śmiać, zawołał gestapowca, mówi: „Przyprowadź go do mnie o drugiej”. Ten Niemiec dał mi miotłę i mnie pilnował z karabinem.

Zamiatam i staram się rozmawiać z tym strażnikiem po niemiecku. Śpiewam: „Oh, du lieber Augustin”, znałem to z dzieciństwa. I on się dołączył, śpiewał ze mną. Byliśmy w dobrej komitywie. Nagle rozległ się dzwonek przy bramie i ten strażnik wpuścił jakiegoś cywila, zamknął drzwi na zamek i poszedł z cywilem do kancelarii. I ja wtedy nie wiedziałem, co robię, byłem nieprzytomny z przerażenia… Oparłem miotłę o bramę, przekręciłem klucz i wyszedłem. Byłem tak przerażony, że nie mogłem chodzić… Musiałem chwycić rękoma nogę i siłą nią poruszyć… Wszedłem do jakiegoś domu, na najwyższe piętro. Siedziałem całą noc. Rano wyszedłem i udając kulawego, wmieszałem się w grupę ludzi, którzy szli do pracy. Dostałem się z nimi na dworzec kolejowy. Poszedłem do Czerwonego Krzyża. Dali mi kawy i chleba. Poczekałem na pierwszy pociąg i opuściłem Kraków.

Boże! Dokąd!?

- Nie wiedziałem. Miałem tam jeszcze jedną okropną przygodę. Wysadzili nas w Koluszkach. Poszedłem do poczekalni, była pełna ludzi. Nagle pojawiło się SS, zaczęli legitymować. Nie miałem żadnego ausweisu. Jeszcze trzech było takich jak ja. Wzięli nas na peron. Stoimy. Przed nami otwarty pociąg towarowy, a na drugim torze pociąg osobowy. Ludzie, żeby się dostać do tego osobowego, musieli przejść przez towarowy. Jedni przechodzili górą, inni między kołami. Nagle towarowy rusza, jednej pani noga wpadła pod koło, jakiś pan pospieszył jej z pomocą i ja patrzę, a ślepia mu wyszły z orbit… Koło go przejechało! Jak ci Niemcy to zobaczyli, to jeden zemdlał. Skorzystałem z okazji i prysnąłem.

Matko Boska! Panie Baruchu, to jest za dużo jak na jedną rozmowę! Ja już nie mogę… Niech mi pan jeszcze tylko powie, czy ta Polska tuż po wojnie zmieniła swój stosunek do Żydów?

- Natychmiast po wojnie nie. Ale teraz tak. Ja jestem oszołomiony tą pozytywną zmianą w Polsce. Byłem na Festiwalu Isaaca Singera, nie mogłem uwierzyć, 90 procent ludzi nie było Żydami. A tak przyjaźni Żydom! Mnie na ten festiwal zaprosili Polacy i każdy mi okazuję tyle ciepła! Ja widzę, że to nie jest ta sama Polska.

To skrócona wersja rozmowy przeprowadzonej w Radiu RDC przez Rafała Betlejewskiego 

*Baruch Bergman (ur. 20.09.1925 w Poznaniu).

- Dali mi imię Baruch, po matce mojej matki, która miała na imię Brucha, co po hebrajsku znaczy błogosławiona.

W 1946 i 1947 r. studiowałem literaturę na uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem. Po przyjeździe do Ameryki zacząłem wieczorowe studia. Musiałem pracować, więc dyplom zdobyłem po 9,5 roku. Kopałem rowy na ulicach Manhattanu, w olbrzymiej zamrażarce obsługiwałem maszyny do krajania 65-funtowych brył masła na drobne kostki dla sklepów i restauracji. Sprzedawałem gazety na ulicach, pchałem wózki pełne bel materiału, pracowałem w hotelu i fabryce swetrów. A na boku pisałem polskie słowa do rosyjskich melodii dla radia polskiego na Brooklynie.

Moja druga żona jest warszawianką. Mam trzy dorosłe córki, wnuka i wnuczkę. Jeszcze prowadzę samochód, nawet w nocy, i funkcjonuję, choć już ze względu na moje 90 lat w zwolnionym tempie.

Jestem bardzo zadowolony z życia.
”Dużym Formacie” czytaj też: 

Joanna Krakowska: Jesteście konformistami
Znajoma powiedziała mi, że nadużywam perspektywy etycznej. Zaangażowanie zawsze robi z człowieka takiego rozgorączkowanego głupka. Rozmowa z Joanną Krakowską

Zakochany kleryk
Kobieta jako kobieta jest wrogiem, bo w kobiecie można się zakochać. A księża nie radzą sobie z zakochaniem. Jak wykształcić księdza, żeby nie bał się kobiet, a z ambony nie demonizował seksu. Z jezuitą Jackiem Prusakiem i z biskupem Grzegorzem Rysiem rozmawia Marcin Wójcik

Świetliści i bezrobotnicy. Nowy cykl reporterski
Uczniowie dostaną klocki, z których złożą kamienice, zaplanują dzielnicę, ławki, drzewa. Taka nauka miasta w praktyce podlana łódzkim sosem

Anna Religa: Lubiliśmy ze sobą milczeć
- Zbyszek rzadko bywał w domu. Poskarżyłam się jego szefowi, profesorowi Sitkowskiemu. Powiedział, że jeśli mąż chce być dobrym chirurgiem, to nie może liczyć swojego czasu i nie powinnam się spodziewać, że to się zmieni. Skoro tak, to przestałam się tym denerwować. Z dr Anną Religą rozmawiają Dariusz Kortko i Judyta Watoła

Pies łańcuchowy pisze powieść
Trzynaścioro autorów – prawnicy, menadżer, korektorka, pracownicy korporacji. Niedawno wydali antologię swoich opowiadań. Nazwali ją „Po godzinach”

wyborcza.pl/duzyformat

Sariusz-Skąpska: Pomnik smoleński bez awantury politycznej? Może w końcu się uda

Rozmawiał Bartłomiej Kuraś, 09.10.2014
Izabella Sariusz-SkąpskaIzabella Sariusz-Skąpska (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
W przyszłym roku przypadają wybory prezydenckie i parlamentarne. To także piąta rocznica katastrofy smoleńskiej. – Obawiamy się, że część sceny politycznej będzie chciała wykorzystać ten fakt w kampanii wyborczej. By wyprzedzić takie działania, sami wyszliśmy z pomysłem budowy pomnika ku czci ofiar – mówi Izabella Sariusz-Skąpska, prezes Federacji Rodzin Katyńskich, której ojciec zginął w Smoleńsku.
Bartłomiej Kuraś: W Warszawie jest potrzebny kolejny pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej?Izabella Sariusz-Skąpska: – Podpisałam się pod inicjatywą wielu rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, bo uważam, że potrzebujemy takiego miejsca w Warszawie. Mimo że jest już pomnik na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, to wciąż słychać głosy, że także na ulicach Warszawy należy upamiętnić ofiary. Myślę, że piąta rocznica katastrofy smoleńskiej, która przypada w kwietniu przyszłego roku, byłaby dobrą ku temu okazją.Piąta rocznica katastrofy smoleńskiej może się pojawić także w przyszłorocznej kampanii wyborczej.- Dobrze zdaję sobie z tego sprawę. I właśnie dlatego wychodzimy – my, krewni tych, którzy nie wrócili ze Smoleńska – z inicjatywą już teraz, by uniknąć upolitycznienia tematu przez którąś z partii w przyszłorocznej kampanii.

Nie chciałabym, by ta sprawa stała się przedmiotem sporów politycznych. Pod listem do prezydenta Polski w sprawie budowy pomnika podpisani są członkowie rodzin katastrofy smoleńskiej. Jeśli ta inicjatywa zostanie sfinalizowana, to uda nam się zdjąć w jakimś stopniu odium upolitycznienia z tej sprawy.

Uda się także zjednoczyć podzielone środowisko rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej?

- Nie mam takich ambicji. W samolocie do Smoleńska znajdowały się osoby z różnych środowisk, o różnych poglądach. Także my, ich krewni, jesteśmy różni. Więc różnice pewnie nadal będą. Ja bym tylko chciała, żeby tej katastrofy nie wykorzystywali politycy do swoich doraźnych celów, co niestety do tej pory miało miejsce. Jest to dla mnie bardzo przykre.

Gdzie powinien stanąć ten pomnik i jaką mieć formę?

- Jesteśmy tylko grupą inicjatywną. Kwestie miejsca i formy pozostawiam władzom. Stąd nasz list do prezydenta. Zdaję sobie sprawę, że budowa pomników ma też swoich przeciwników, bo to zawsze są jakieś koszty. Mnie nie zależy, by to był jakiś ogromny monument. Słyszę, że już pojawiają się pierwsze propozycje lokalizacji. Ale one nie wychodzą z naszego środowiska, nie chcemy tego rozstrzygać. To są już reakcje na nasz list.

Czy prezydent już odniósł się do tej inicjatywy?

- Z kancelarii prezydenta otrzymaliśmy wiadomość, że sygnatariusze listu zostaną wkrótce zaproszeni na spotkanie z prezydentem. To oznacza, że głowa państwa poważnie podchodzi do naszej inicjatywy. Liczę, że spotkamy się ze zrozumieniem i sprawa zostanie sfinalizowana.

 

Wyborcza.pl

Kopacz z Merkel o Ukrainie i emisji dwutlenku węgla

Bartosz T. Wieliński,09.10.2014
Ewa KopaczEwa Kopacz (&Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)
Dziś po południu Ewa Kopacz po raz pierwszy jako premier spotka się z kanclerz Angelą Merkel. Będą chciały poprawić stosunki polsko-niemieckie, w których ostatnio zaczęło trochę iskrzyć.
Czy między paniami będzie chemia?- Dlaczego miałoby nie być? – odpowiada niemiecki dyplomata. – W naszym interesie jest, by ta wizyta była udana. Pani kanclerz pewnie zaoferuje pani premier pomoc, jeśli chodzi o najbliższą Radą Europejską. W stosunkach między naszymi krajami nic się nie zmieni – albo będzie lepiej – mówi.To samo mówi polski dyplomata. – Dzięki zmianie premiera i szefa dyplomacji będzie można odświeżyć relacje. Berlin też tego oczekuje – mówi.Chodzi o polsko-niemieckie nieporozumienia narosłe wokół wojny na Ukrainie. Choć politycy zaklinali, że w sprawie rosyjskich poczynań na Krymie czy w Donbasie obydwa kraje są równie krytyczne, Warszawa miała Berlinowi za złe zbytnią łagodność wobec Kremla. Angela Merkel i jej szef dyplomacji Frank Walter Steinmeier początkowo sprzeciwiali się nakładaniu surowych sankcji na Rosję. A jednocześnie Berlin zdecydował się na negocjacje z Rosją w tzw. formacie normandzkim, czyli razem z Francją i Ukrainą, a bez udziału Polski.

Rozmowy nie doprowadziły jednak do rozwiązania kryzysu ukraińskiego. A we wrześniu, gdy okazało się, że Putin mimo niemieckich wysiłków nie chce Ukraińcom odpuścić, zaś na pomoc separatystom w Doniecku i Ługańsku wysłał regularne jednostki rosyjskiej armii, Berlin uderzył pięścią w stół i przeforsował ostre sankcje.

Jednak osad niesmaku w stosunkach polsko-niemieckich pozostał. Na spotkaniu ministrów spraw zagranicznych UE pod koniec sierpnia doszło do nawet nieprzyjemnej wymiany zdań między Steinmeierem a ówczesnym szefem polskiej dyplomacji Radosławem Sikorskim. Sikorski miał bardzo stanowczo powiedzieć Niemcowi, że skoro zaczęli negocjacje z Rosją, to na nich spoczywa odpowiedzialność, by zakończyć konflikt na Ukrainie. Niemcy byli zdumieni. – Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak są odbierani w Polsce. My też dopiero teraz zauważyliśmy, że atmosfera się psuje. Ale to można szybko poprawić – mówi polski dyplomata.

Po zeszłotygodniowej wizycie w Berlinie następcy Sikorskiego Grzegorza Schetyny widać, że klimat się poprawia. – Była udana, czego dowodem jest to, że spotkają się znowu w sobotę, bo Steinmeier przyleci do Warszawy na mecz Polska - Niemcy – mówi niemiecki dyplomata. W niemieckim MSZ żartują, że Steinmeierowi ze Schetyną dobrze rozmawiało się po angielsku, bo w przeciwieństwie do poprzednika nie mówi z oksfordzkim akcentem. Steinmeier też nie.

Właśnie Ukraina ma być głównym tematem dzisiejszych rozmów premier Kopacz z kanclerz Merkel. Szefowa polskiego rządu ma powiedzieć w Berlinie, że nie chcemy, by format normandzki został rozszerzony np. o Polskę. – Wychodzimy z założenia, że rozmowy w takim gronie nic nie dają. O konflikcie powinno się rozmawiać w ramach OBWE – mówi polski dyplomata.

Druga sprawa to ochrona klimatu, czemu ma być poświęcony październikowy szczyt UE. Kopacz powie Merkel, że Polska nie zgadza się na proponowaną wielkość redukcji emisji CO2. Niektórzy polscy dyplomaci już teraz sugerują, że w tej sprawie Warszawa może sięgnąć po weto.

Czy między Merkel a Kopacz wytworzy się ta sama chemia co między niemiecką kanclerz i premierem Tuskiem? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba jeszcze trochę poczekać, ale to całkiem prawdopodobne. Merkel z racji swoich doświadczeń z czasów NRD i fascynacji „Solidarnością”, a także – co odkryto niedawno – polskiego dziadka ma pewną słabość do Polski.

Sama Kopacz do tej pory z Niemcami miała niewiele do czynienia. Zwykle raz do roku spotykała się z przewodniczącym Bundestagu Norbertem Lammertem. Spotkania miały charakter raczej kurtuazyjny, choć Lammert po nominacji Kopacz na szefa rządu publicznie poparł jej kandydaturę. „Jestem przekonany, że będzie dobrym premierem” – mówił polskim mediom.

Teraz nowa premier będzie musiała relacjom z Berlinem poświęcać sporo uwagi, i to nie tylko ze względu na to, że Niemcy to kluczowy gracz w UE i nasz największy sąsiad. Bo historia ostatnich dziesięciu lat uczy, że gdy politycy przestają przywiązywać wagę do polsko-niemieckich problemów, stosunki zaczynają się szybko psuć.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz