RSS
 

Dehnel

 

Premiera literacka: „Matka Makryna”

Jacek Dehnel, 18.10.2014
Jacek DehnelJacek Dehnel (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)
Drukujemy fragment najnowszej książki Jacka Dehnela.
Przeszliśmy przez strojne izby, przez korytarze długie, między strażami, długo, długo, aż do tej sali, w której przyjmuje; oboje zaraz dostaliśmy stopę do ucałowania, papież wskazuje mi stołeczek, a ja wciąż na kolanach i w płacz uderzam. I lamentuję, i nosem sznirpię: „Ach, nie wstanę, nie wstanę z kolan, póki mnie, Ojcze Święty, nie rozgrzeszysz! Z czego? Z dziesięciu lat obrażania Pana Boga tym żywotem poza klasztorem, najpierw siedm lat niewoli, wszystko bez sakramentów (…) Teraz zaś drugi już rok się kończy, jak włóczę się po całym świecie, a sama nie wiem, czym zakonnica, czy nie zakonnica. Przecież śluby składałam, a nie po zakonnemu żyję. (…)”Tu znów się rozpłakałam, Jełowicki tłomaczył cicho. „Rozgrzesz mnie, rozgrzesz mnie, Ojcze Święty, żeby mnie Pokus nie wziął w swoje władanie szatańskie.” I o jedno słowo byłam tylko od wyznania moich win, od wypowiedzenia na głos, że ja projda najgorsza, grzesznica, oszustka, ale on z taką słodyczą mi odpowiedział, że dawne grzechy dawno już z pewnością wyspowiadane, a w tym, co opowiadam, nowych grzechów nie widzi, z taką słodyczą, z taką, powiadam, słodyczą – że nie mogłam. I nie wyznałam. „Ścierwa dużo, ducha mało” – powiedziałam tylko – „grzesznicą jestem najpodlejszą, obrażam Boga tym, że niezakonnie żyję”.

Już i ojczyńka się w moje błagania włączył, że ja niewinna, ale nie wiedząc, czy nie podpadłam jakiejś cenzurze kościelnej, na wszelki wypadek proszę o rozgrzeszenie dla uspokojenia trwożliwego serca.” Formuły użył Ojciec Święty niezwykłej” – powiedział mi już w klasztorze ojczyńka – „wszelkie naraz grzechy odpuszczającej, ale też powiedział, że niezwykłe to rozgrzeszenie”.

Wtedy już musiałam usiąść na stołeczku i zapytana, czego jeszcze sobie życzę, złożyłam ręce obie jak do modlitwy, po czym tak powiadam: „Co dalej począć? Czy mnie jeszcze Bóg przyjmie za kratę? Może by tak wskrzesić w Rzymie zniszczony przez Moskali zakon bazylijański, w miejsce utraconych dziateczek nowe może dostanę? Rok temu prosiłam o to samo świętej pamięci Grzegorza, Namiestnika Chrystusowego, mając nadzieję, że może do Rzymu dojdą trzy jeszcze moje siostrzyczki, które wespół ze mną z moskiewskiej niewoli ubieżały, a papież powiedział, że jeśli dotrą, to klasztor założy. Teraz wiem już, że są wszystkie trzy u Boga, więc może i Bóg nowe dziatki mi powierzy. A jeśli nie, to choćby o kratę dla mnie proszę, żebym miała gdzie przepędzić resztę moich dni.”

Podniósł papież brwi, pomilczał chwilkę, chrząknął, frędzlami pasa strzepnął z sutanny muchę, wreszcie orzekł, że wszystko dobrze, Pana Boga mogę chwalić tam, gdzie jestem, nawet jeśli nie za kratą. „We Francyi – ośmielił się ojczyńka – niejedna osoba tylko czeka założenia klasztoru i pójdzie do mateczki z całą ufnością, a i w Rzymie są już kandydatki dla nowicyatu.” Zmarszczył Pius czoło: „Kandydatki może są, ale klasztoru nie ma.” A Jełowicki aż w ręce klasnął: „Jak będzie pozwolenie na klasztor, to choćby i złote jabłka do nóg nam się potoczą, i będzie za co budować. Łatwiej o mury niż o świętych.”

I co papież jedno – on drugie, co papież zaleca, żebym się o światło modliła – to on, że światło tu nas przywiodło. Trwało to dobrą chwilę, w końcu kazał nam się Ojciec Święty modlić o to i owo, zwłaszcza o Polskę, żeby nie grzeszyła więcej rozwodami. „Jubileuszu! – krzyknęłam wtedy. – Spraw, Ojcze, jubileusz za Polskę, żeby na całym świecie sprawiedliwi modlili się za nas i za zniesienie rozwodów”.

Ale niby dobrotliwy, twardy był jak granit: „Przyjdzie czas na jubileusz, to będzie jubileusz.” Nie wiedziałam, skąd go zażyć, jak zakałkę jego złamać, w końcu mówię, że szczególnie się za niego modlę, bo mi jego wybór sam Pan Jezus z krzyża wyprorokował. Zdziwił się i kazał opowiadać. „Ano klęczałam przed tym Jezusem na krzyżu, co wisi na schodach, co na niego sto dni odpustu dostałam, i modliłam się, bo od śmierci papieża modliłam się całymi nocami o nowego pasterza (…) I wówczas to nagle, o trzeciej po północy, Pan Jezus podniósł głowę na ramię opadłą i powiedział: „Ty się modlisz, a ja już wam dawno pasterza dałem. Nazywa się Pius IX”.” (…)

Myślałam, że tym go połechcę, a połechtanego – złamię, ale nie złamałam. Jubileuszu nie ogłosił. Omówił tylko z ojczyńką sprawy zmartwychwstańców, poszwargotali trochę, w końcu był czas pożegnania; sięgnęłam za pazuchę i dałam mu wygrzany jeszcze ciepłem ciała srebrny medalik z Sercem Jezusowym i polskim napisem, jeden z tych, co biją i sprzedają w Paryżu – niech mu to przypomina, że za Polskę musi być jubileusz, pomyślałam. (…)

Wyszliśmy na korytarz, a tam czeladź papieska, strażnicy, biskupi, wszyscy grzecznie nam się kłaniają na pożegnanie – więc myślę sobie, i ja ich pobłogosławię. Jeden krzyż, drugi, trzeci, piąty, tak mi się błogosławienie spodobało, że rysując krzyże w powietrzu i wypowiadając formuły, przeszłam cały korytarz. Wszyscy zaś kłaniali mi się nisko i żegnali się pobożnie. Jeden tylko ojczyńka krzywo na mnie patrzył, wreszcie mówi: „Oj, mateczko, nie jesteście w swoim klasztorku w Mińsku, tylko w papieskim pałacu, a tu przecież nawet biskupom błogosławić nie uchodzi! ”

JACEK DEHNEL

Ur. w 1980 r., prozaik, poeta i tłumacz. Autor m.in. powieści „Lala” (2006) i „Saturn” (2011). Jego najnowsza książka „Matka Makryna” (W.A.B.) opowiada o jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiego romantyzmu – matce Makrynie Mieczysławskiej. Pojawiła się w Paryżu w szczycie towianistycznej gorączki jako przybyła z Mińska unicka przełożona klasztoru bazylianek, zdając relacje o wieloletnich prześladowaniach, które dotknęły ją i jej współsiostry po likwidacji Kościoła unickiego w carskiej Rosji. Emigracja potraktowała ją jak męczennicę, upatrując w niej szansę wpłynięcia na niechętnego sprawie polskiej papieża Grzegorza XVI. Wyekspediowano ją do Paryża, gdzie zdobyła zaufanie jego i jego następcy Piusa IX. Dziś mamy jasność – w ogóle nie była siostrą, ale hochsztaplerką, choć trwa spór o motywy jej zachowania. Dehnel oczywiście ma na ten temat własną teorię, zadając przy okazji pytanie o możliwości emancypacji kobiet w głęboko patriarchalnym społeczeństwie.

Wyborcza.pl

Plaga na życzenie

Adam Wajrak Gazeta Wyborcza, 18.10.2014
Dziki żerują w centrum miastaDziki żerują w centrum miasta (Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gaze)
Dziki nabrały politycznego wymiaru. Nie dość, że wlecze się za nimi afrykański pomór świń uderzający w hodowców trzody, to jeszcze plądrują uprawy i włażą do miast, gdzie choć jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiły, sieją strach i przerażenie. Czy coś możemy z tym zrobić?
Na początku stulecia liczbę dzików w Polsce szacowano na ponad 100 tys. Dziś oficjalne dane mówią o blisko 300 tys. (zapewne nieco więcej) mimo odstrzału wynoszącego czasami 80-90 proc. pogłowia.Co z tego, że odstrzał jest wysoki, skoro zlikwidowaliśmy naturalne czynniki regulujące pogłowie. Dziki zapewne ze względu na pasożyty i choroby, które przenoszą, oraz dlatego, że potrafią się skutecznie bronić, nie są chętnie zjadane przez wilki. Ich liczebność regulowały zimy – dużo śniegu i zmarznięta gleba to dla większości wyrok śmierci z głodu. Osłabione lochy po takiej zimie później przystępują do rozrodu, a te, które będą miały młode, po prostu je stracą. Takie dzicze hekatomby widziałem w Puszczy Białowieskiej jeszcze w latach 90.

Naturalną odpowiedzią na zimową zagładę jest masowe rozmnażanie. Liczba dzików gwałtownie rośnie, aż do kolejnej srogiej zimy. Takie zimy są już raczej rzadkością. W dodatku dziki dostały od nas potężną dawkę pokarmu – pola kukurydzy. Ziarno można tam znaleźć długo po jej skoszeniu. Dziś pola kukurydzy to około 1 mln hektarów!

Drugi zasób pokarmowy stanowi wyrzucana żywność – 7-9 mln ton rocznie. To z tego korzystają dziki głównie w miastach. Do tego dokarmianie przez myśliwych. Co prawda dzików oficjalnie się nie dokarmia, tylko nęci (by podeszły na strzał), ale to setki, a może tysiące ton pożywienia wywalanego w lasach. Wystarczy przejść się pod ambony, żeby zobaczyć góry buraków, zbóż albo przeterminowanego pieczywa.

To wszystko sprawia, że dziki rozmnażają się na potęgę przez cały rok, nie tylko wiosną. A w dziczych godach biorą udział coraz młodsze zwierzęta. Mamy więc coraz więcej dzików (jeleni i saren też) i wzrost strat w uprawach. I choć w skali kraju to problem marginalny (szkody w ziemniakach spowodowane przez zwierzęta wynosiły w 2007 r. ok. 0,4 proc. produkcji, podczas gdy w transporcie i magazynowaniu traciliśmy 9 proc.), to w niektórych regionach albo dla niektórych rolników może być bardzo dotkliwy.

Co robić? Wiele się nie da, ale poza odstrzałem, który – jak widać – jest mało skuteczny, musimy je odciąć od pokarmu. Nie dokarmiać w lasach, nie wyrzucać tyle żywności lub szybko ją utylizować. Rolnicy, którzy uprawiają kukurydzę, powinni tak nią gospodarować, by na polach pozostawało jej jak najmniej.

Do tego chyba najwyższa pora zreformować system odszkodowań wypłacanych przez koła łowieckie, który rozmija się z potrzebami. Warto pomyśleć o ubezpieczeniach rolnych od strat wyrządzanych przez zwierzynę. Problem nie zniknie, ale może w niektórych regionach straty staną się znośniejsze. A do dzików w miastach trzeba się przyzwyczaić. Tym bardziej że jak dotąd nie okazały się bardzo groźne.

Wyborcza.pl

Gniew na przemoc domową. Nowa książka Zygmunta Miłoszewskiego:

Agnieszka Kublik, 18.10.2014
Zygmunt MiłoszewskiZygmunt Miłoszewski (Fot. materiały organizatorów)
Opowieści oparte na faktach: – Rzadko się zdarzało, żebym miała siniaki. Bicie po piętach, płakałam z bólu przy chodzeniu przez tydzień, a nawet zaczerwienienia nie było. Pięścią w brzuch, zero śladów. Kawałkiem gumy pod kolanami, tak samo. Nie uwierzylibyście, ile cudów zdziałać też może walenie przez poduszkę
„Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego wyszedł przed tygodniem. To kolejna – po „Uwikłaniu” czy „Bezcennym” – książka o zbrodni. Ale nie jest to po prostu kryminał. Nie kryminalna intryga jest tu najważniejsza. Jest w zasadzie tylko konstrukcją, która niesie najważniejsza narrację – o zbrodni domowej. Ba, to nawet jest coś więcej, to nie powieść a publicystyka kryminalno-społeczna.Pytam o to Miłoszewskiego. – Tak, „Gniew” to manifest.

No to odczytajmy go.

Książka zaczyna się tak: „Wyobraźcie sobie dziecko, które musi się chować przed tymi, których kocha”.

Wyobraźnia niepotrzebna. Autor prowadzi nas do tego dziecka – mały jest świadkiem umierania matki. To go emocjonalnie okaleczy na całe życie. To jest dziecko, którego dom rodzinny to – jak pisze Miłoszewski – „dom zły”. Tytułowy „Gniew” dotyczy tego właśnie domu.

Wymiotny seks domowy

Według danych Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości przemoc domowa w statystykach wygląda tak:

- każdego roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tysięcy do miliona Polek,

- co dziesiąta kobieta w Polsce doświadczyła przestępstwa zgwałcenia lub usiłowania gwałtu,

- każdego roku w Polsce zostaje zgwałconych 30 tysięcy kobiet,

- w wyniku przemocy domowej co roku ginie w Polsce około 150 kobiet.

Miłoszewski z tym polemizuje: „Statystka kłamie – każe mówić swojemu bohaterowi prokuratorowi Teodorowi Szackiemu, arcypolskimu, bo urodzonemu11 listopada – Obejmuje tylko zło ujawnione. Tak naprawdę przestępstw i krzywd jest znacznie więcej. Czasami nigdy nie wychodzą na jaw, ponieważ zbrodnie doskonałe dokonywane są codziennie. Czasami są to rzeczy zbyt drobne, żeby poszkodowani chcieli je zgłaszać. Najczęściej jednak zło ukryte jest za podwójną kurtyną strachu i wstydu. To przemoc w rodzinie. Szkolne prześladowania. Mobbing w firmach. Gwałty. Molestowanie. Czarna liczba krzywd, których nie sposób policzyć”.

Statystyka pokazuje, że każdego tygodnia giną w Polsce 3 kobiety, które mogłyby żyć, gdyby otrzymały pomoc i wsparcie ze strony państwa.

I o tym jest „Gniew”.

Do Szackiego, „spiżowego mizogina z minionej epoki”, ale i utalentowanego, błyskotliwego śledczego przychodzi kobieta, by złożyć zawiadomienie o przestępstwie. Po prostu boi się męża, nic więcej nie jest w stanie wydukać.

Szacki myśli o sprawie pogardliwie „znęcaniówka”. Zawiadomienia nie przyjmuje. Udziela jej protekcjonalnej rady, „nie ma takich urzędów, które wyręczyłyby panią w podejmowaniu trudnych decyzji”.

Fakt, to trudne. Bo niby jak kobieta ma kompletnie nieznanemu mężczyźnie ot tak po prostu powiedzieć: „Drogi panie prokuratorze, mąż mi codziennie wkłada ch… tak głęboko do gardła, że muszę łykać własne rzygi. Czy myśli pan, że jest na to jakiś przepis?” – zastanawia się Miłoszewski.

Ich seks codzienny wygląda tak: „Nie musiał nawet nic mówić, to już był ich mały rytuał, każdy związek taki ma. Sama położyła się na wznak na łóżku i zwiesiła głowę poza ramę. Łóżko było na tyle wysokie, że nie musiał klękać, tylko stanął na szeroko rozstawionych nogach. To nie było jakieś tam robienie laski, tylko olimpijska dyscyplina. Długo ćwiczyli, żeby zwalczyła odruch wymiotny, długo szukali odpowiednich pastylek na ból gardła”.

Kobieta jest „zwyczajna, tak zwyczajna, że wręcz statystyczna”. Jej mąż to „zwyczajny mężczyzna, tak zwyczajny, że przykładnie wręcz statystyczny”. Ich rodzina też całkiem przeciętna: on – jak każe tradycja – zbudował dom, spłodził syna i zasadził drzewo. Wracając do domu, do żony i do dziecka słucha Adagio for strings Samuela Barbera, rozkoszuje się skrzypcami, kiedy „uderzają w swoje żałosne tony”.

Ona jest według niego”rozmemłana”. On codziennie doświadcza uczucia potęgi, które płynie z władzy nad wszystkim i wszystkimi.

 

Miłoszewski widzi go tak: „Był mężczyzną i miał swoje do zrobienia. I to robił. Nowoczesnym mężczyzną, który nie wymagał wzajemności ani wdzięczności za opiekę, która otaczał swój dom i swoich bliskich. Robił to z miłością i – był gotów się do tego przyznać – dla dumy, jak towarzyszyła spełnieniu”.Ten przeciętny mąż tak dba o zwyczajną żonę, że każe jej szukać pastylek na gardło, by mógł w nią jak najgłębiej wejść. No i ćwiczy z nią, by zwalczyła przy tym odruch wymiotny. Ot, domowy seks przeciętnego, tradycyjnego samca.

Panda

Szacki z pogardą mówi o kobiecie „pseudopanda”. Panda to kobieta z podbitym okiem. Tak pobite narzeczone, żony, kochanki czy konkubiny ochrzcili policjanci. Ta jest „pseudo”, bo została nie pobita, tylko jest nękana psychicznie.

- To bardzo ciekawe, ile seksistowskiej pogardy można zawrzeć w jednym słowie – mówi do Szackiego jego podwładny Edmund Falk.

Jest mały, niski, chudy, podobny do Louisa de Funesa. I nie jest to przypadek, bo Falk to postać groteskowa. Więcej nie zdradzę, bo ujawniłabym pointę.

Ten statystyczny mąż był nie tylko „damskim bokserem”, ale zwyczajnym zbirem, bo „nie dość, że ją wystrzelał po gębie, to jeszcze pchnął tak, że uderzył się w głowę i straciła przytomność”. I wyszedł z domu. Zostawiając ją i swojego synka w kałuży krwi. A przecież był z ich posiadania tak dumy.

Druga ofiara mieszka w domu równie zwyczajnym, co pierwsza: „Dość nowy, wybudowany pewnie w ciągu ostatnich siedmiu lat – dziesięciu lat. Na planie kwadratu, parterowy, z małymi oknami i ogromnym dachem, wyższym od kondygnacji. Jakby strych miał tam być najważniejszym pomieszczeniem”.

I był. Tu mąż wysyłał niegrzecznego kilkuletniego synka i żonę. Bo byli niegrzeczni. Każde z osobna rzecz jasna, towarzystwo niepotrzebnie umiliłoby im odbywanie kary.

Jest i inna ofiara domowej przemocy. Była nękana przez lata. Najpierw przeciętny mąż okazywał zwyczajną złość irytację, potem rzucał wyzwiska i pogróżki, aż wreszcie dawał zwyczajne lanie. Nie, nie zwyczajne. Doskonałe, niemal bez śladów, było jak zbrodnia doskonała.

Kobieta opowiada o tym Szackiemu, (terapeutka kazała jej się zwierzać): „Artur był zawodowcem. Bolało jak cholera, ale nigdy na tyle, żeby trzeba było opatrywać rany albo składać kości. Rzadko się nawet zdarzało, żebym miała siniaki. Bicie po piętach na przykład. Płakałam z bólu przy chodzeniu przez tydzień, a nawet zaczerwienienia nie było. Pięścią w brzuch, zero śladów. Kawałkiem gumy pod kolanami, tak samo. A bolało, jakbym sobie więzadła zerwała na nartach. Nie uwierzylibyście też, ile cudów zdziałać może walenie po głowie przez poduszkę i w ogóle walenie przez poduszkę. Czasami tak mnie napierdalał, że musiałam brać wolne, bo dołu od góry nie odróżniałam. A wyglądałam jak po wizycie u kosmetyczki. Śliczna, zdrowa, zaróżowiona. Pardon le mot, ale to naprawdę było napierdalanie, żadne inne słowo tego nie odda”.

Przemoc w trzech odmianach

Polski Sejm znów odłożył ratyfikację Konwencji Rady Europy o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet na później. Przeważyły głosy, że „godzi w polską rodzinę i polską kobietę”.

A ratyfikacja byłaby silnym sygnałem dla ofiar, że Polska przemocy nie toleruje, ale i dla sprawców, że będą ścigani. Bo nie są. W 2013 r. policja zidentyfikowała 87 tysięcy ofiar przemocy domowej oraz 61 tys. osób podejrzanych o stosowanie przemocy. Zostało skazanych za przemoc wobec bliskich 11.890 sprawców. Była to najniższa w historii liczba skazań.

Sprawcy przemocy w 86 proc. przypadków otrzymują karę więzienia w zawieszeniu, a jedynie 4 proc. skazanych otrzymuje nakaz opuszczenia mieszkania zajmowanego razem z ofiarą przemocy.

Czyli w 96 proc. domach z przemocą ofiary nada mieszkają ze swoim oprawcą i ze strachem przed nim.

W „Gniewie” przemoc domowa występuje w trzech odmianach: fizycznej, społecznej (kobieta w tradycyjnej roli opiekunki domowego ogniska) i ekonomicznej (finansowe uzależnienie od oprawcy do życia wedle jego warunków). A kobiety dla mężczyzn to po prostu głupsze i gorsze od nich istoty, znaczy naturalnie przeznaczone do posiadania, czyli bicia, poniżania, katowania, upodlania.

Powieść jest skonstruowana jakby miała być polemiką z przeciwnikami Konwencji Rady Europy. Z pseudonaukową prawicowo-kościelną narracją o tradycyjnej rodzinie, której fundamentem są wartości chrześcijańskie. Miłoszewski pokazuje te tradycyjne rodziny. Z tym, że u niego nie wartości chrześcijańskie budują więzi rodzinne. Buduje je strach w tradycyjnym domu. Dom to miejsce zbrodni niemal doskonałej – sąsiedzi, rodzina, znajomi, policjanci tej zbrodni nie widzą, nie słyszą, nie mówią o niej.

Takie domy istnieją naprawdę. Opisywaliśmy je.

Kilkuletni Bartek z Kamiennej Góry został pobity na śmierć przez matkę i jej konkubenta. A wcześniej był bity i zaniedbywany, sąd umieścił go w domu dziecka. Ale gdy matka obiecała poprawę, odzyskała dziecko. Społeczna kuratorka kontrolowała sytuację … przez telefon. Gdy matka się przeprowadziła, urzędniczka sądowa zapomniała wysłać pismo w sprawie dozoru nad tą rodziną do właściwego sądu. Policja interweniowała, ale ograniczała się do „godzenia” matki i jej konkubenta. Bartek umarł nie od jednorazowego pobicia, umarł, bo najbliżsi przez wiele miesięcy bezkarnie się na nim fizycznie znęcali.

Kilka lat temu Helsińska Fundacja pomagała kobiecie, nad którą mąż przez wiele lat znęcał się fizycznie. Informowała organy ścigania, nikt jej nie pomógł, choć można było np. zakazać sprawcy zbliżania się do ofiary. Gdy w końcu wystąpiła o rozwód, mąż podpalił jej dom.

U Miłoszewskiego fikcja literacka żywi się prawdziwym życiem. Miłoszewski na końcu dziękuje wszystkim, którzy mu pomogli. Jako pierwszej Joannie Piotrowskiej z Feminoteki za „otwarcie oczu na powszechność problemu przemocy wobec kobiet i seksizmu w ogóle”. Piotrowska pamięta rozmowę z autorem, interesowała go przemoc w rodzinach tradycyjnych z męskiej perspektywy, rozpytywał o konkretne przypadki.

A gdyby konwencja była ratyfikowana? Wymaga konkretnych rozwiązań, np. skutecznej izolacji sprawcy przemocy od osób pokrzywdzonych, rozbudowanej i skutecznej profilaktyki, schronisk i ośrodków specjalistycznych dla ofiar przemocy.

Skandynawski kryminał

Miłoszewski niczym Henning Mankell chce pisać nie tyle kryminały, co silnie zaangażowane społecznie manifesty. Przypatruje się społeczeństwu, by wskazywać zło. Czuje gniew na brak sprawiedliwości, obojętność wobec słabszych, biednych, czy w ogóle jakoś innych, gorszych.

- Współczesny kryminał to więcej niż opowieść o trupie – uważa Miłoszewski. – Kim jesteśmy jako społeczeństwo, w co wierzymy, o czym marzymy, co nas boli i z czym nie możemy sobie poradzić – to największe zagadki do wyjaśnienia we współczesnej powieści kryminalnej.

Wyborcza.pl

Bili kijami, związali i utopili. 30. rocznica zamordowania Jerzego Popiełuszki

Wojciech Czuchnowski, 18.10.2014
Ks. Jerzy PopiełuszkoKs. Jerzy Popiełuszko (PIOTR WOJCIK)

Ksiądz Jerzy Popiełuszko mówił o sile bezsilnych, która zawsze zwycięży brutalną przemoc. Dlatego budził nienawiść u tych, dla których pistolet i pałka były jedynym narzędziem dialogu ze społeczeństwem.
„Aby zło dobrem zwyciężać i zachować godność, nie wolno walczyć przemocą” – to jedne z ostatnich słów ks. Popiełuszki wypowiedziane 19 października 1984 r. podczas modlitwy w kościele w Bydgoszczy. I nazwa świątyni – Polskich Braci Męczenników – i te słowa były dla tego dnia symboliczne. Kilka godzin później ksiądz został porwany i zamordowany przez trzech funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.

Instytut Pamięci Narodowej wydał właśnie książkę z dokumentacją śledztwa i procesu morderców z SB. Publikacja pokazuje, że jesienią 1984 r. w ówczesnym MSW powstał projekt prowokacji, by winą za zniknięcie wspierającego opozycję kapłana obarczyć podziemną „Solidarność”. Plan śledztwa opublikowany teraz przez IPN pokazuje, że zlecając milicji poszukiwania, MSW wykluczało udział w porwaniu funkcjonariuszy policji politycznej. Milicjanci mieli się skupić na wątku „uprowadzenia księdza przez działaczy ekstremy ‚Solidarności’” lub przez „osoby związane z klerem, niezadowolone ze stabilizacji w kraju, za wiedzą i zgodą ks. Popiełuszki” lub też „bez jego zgody”. Przewidziane było także badanie wątku porwania księdza dla okupu, a nawet porwania na zlecenie „wywiadów zachodnich”.

MSW przekazało milicji plan trzy dni po porwaniu. Dowodzi to, że władze nie były jeszcze wtedy pewne, czy ukarać prawdziwych sprawców, czyli esbeków zwalczających Kościół i niepokornych księży.

Z dokumentów wynika, że w tym czasie mordercy – kpt Grzegorz Piotrowski oraz por. Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala – budowali sobie alibi, podobnie jak ich bezpośredni przełożony płk Adam Pietruszka. Materiały ze śledztwa nie pokazują, w którym momencie nastąpił zwrot akcji. Esbecy do końca spodziewali się, że resort ochroni ich przed odpowiedzialnością. Gdy zostali zatrzymani, byli w szoku.

Publikacja przypomina, że porwanie i zabójstwo nie były jednostkowym ekscesem ze strony Piotrowskiego i jego ludzi. Mordercy mieli podstawy, by przypuszczać, że ich działania mają poparcie władz PRL. Miesiąc przed morderstwem podczas narady w IV Departamencie płk Pietruszka powiedział wprost: „Dosyć zabawy z Popiełuszką. Trzeba nim wstrząsnąć aż do zawału serca”. O postępy we „wstrząsaniu” pytali Piotrowskiego generałowie Zenon Płatek i Władysław Ciastoń, szef SB i wiceminister spraw wewnętrznych. Gdy 13 października esbecy przeprowadzili nieudany zamach na samochód kapłana, Pietruszka pocieszał ich, że „nic się nie stało” i żeby „działali dalej”.

Historycy do dzisiaj się spierają, dlaczego ówczesna władza zdecydowała się ujawnić prawdę i ukarać sprawców. Tłumaczenia, że był to element wewnątrzpartyjnej walki, są niewystarczające. Mec. Krzysztof Piesiewicz, który na procesie morderców reprezentował rodzinę księdza, podkreśla, że sprawa była przełomem, bo ludzie mogli w telewizji „zobaczyć worek na ciało, kije, którymi bito, kamienie, którymi obciążono ciało księdza”. I wszechmocnych kiedyś funkcjonariuszy, którzy jak pospolici przestępcy siedzieli na ławie oskarżonych.

Rok później wysokie wyroki dla morderców sąd obniżył w ramach „amnestii politycznej”, ale przerażony wyraz twarzy Piotrowskiego, gdy prokurator zażądał dla niego kary śmierci, robił niezapomniane wrażenie.

Mord na księdzu Popiełuszce był apogeum przemocy i pogardy władzy w latach stanu wojennego i późniejszej „normalizacji”. Ukaranie sprawców dawało nadzieję, że coś takiego nigdy już się nie powtórzy. Wprawdzie jeszcze pod koniec lat 80. niektórzy esbecy ostentacyjnie wieszali w gabinetach zdjęcia Piotrowskiego, ale żaden z nich nie odważył się już pójść jego śladem.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko – dzisiaj już święty – mówił, że „przemoc nie jest oznaką siły, lecz słabości”. Chociaż zginął, zwyciężył. Dzisiaj miałby 67 lat.

Wyborcza.pl

Wiersz jest cudem: Vasko Popa

Vasco Popa, 18.10.2014
Vasko PopaVasko Popa (Fot. Stevan Kragujević / Wikipedia)

Co tydzień Jarosław Mikołajewski wybiera wiersze na przemian: klasyczne i nowe, jak „Małe pudełko” Vasko Popy.
MAŁE PUDEŁKO

Małemu pudełku rosną pierwsze zęby
I rośnie mu mała długość
Mała szerokość mała próżnia
I w ogóle wszystko co ma

Małe pudełko dalej rośnie
I teraz jest w nim szafa
W której ono było

I rośnie dalej dalej i dalej
I teraz jest w nim pokój
I pies i miasto i ziemia
I świat na którym ono było

Małe pudełko przypomina sobie dzieciństwo
I z wielkiego pragnienia
Znów się staje małym pudełkiem

Teraz w małym pudełku
Jest cały świat mały malutki
Można go wrzucić do kieszeni
Można ukraść można zgubić

Chrońcie małe pudełko

Z tomu „Źródło żywego słowa” (Agawa, 2011), w wyborze i przekładzie Grzegorza Łatuszyńskiego.

* VASkO POPA (1922-91), wielki poeta serbski. W 1943 roku za udział w ruchu oporu trafił do obozu koncentracyjnego. Zafascynowany serbską kulturą ludową, poprowadził jej symbolikę w kierunku wyobraźni nowoczesnej, świadomej.

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz