RSS
 

Geena

 

Geena Davis da dyskryminacji kobiet długi pocałunek na dobranoc

Marta Górna, 07.10.2014
KADR Z FILMU KADR Z FILMU „LONG KISS GOODNIGHT” (EAST NEWS/ALBUM LONG KISS GOODNIGHT)
Była piratką, zbuntowaną gospodynią domową i prezydentem. Teraz walczy o to, aby świat filmu nie dyskryminował kobiet. Amerykańska aktorka Geena Davis założyła instytut, który bada, jak przedstawiane są kobiece postacie w kinie. I alarmuje: nic nie zmieniło się od 1946 roku.
W scenach grupowych tylko 17 proc. tłumu stanowią kobiety. W filmowym szpitalu na jedną panią doktor przypada sześciu lekarzy płci męskiej. A na celuloidowym uniwersytecie profesorowie mają miażdżącą przewagę nad paniami profesor. Ich stosunek liczbowy to 17:1. W świecie filmu mężczyźni dominują nad kobietami. I właśnie z tym od 2007 roku walczy Instytut Geeny Davis. Tej Geeny Davis. Z końcem września opublikował nowy raport.Piratka, zabójczyni i matka trójki dzieci

Geena Davis zagrała w ponad 30 filmach: przygodowych, sensacyjnych i komediach. Wszystkie jej role mają wspólny mianownik. Davis nie gra słabych, zależnych od mężczyzn kobiet.

Jest zdobywczynią Oscara [za "Przypadkowego turystę" z 1988 r.], a poza ekranem – członkinią międzynarodowej grupy MENSA, która skupia ludzi o najwyższym ilorazie inteligencji, oraz łuczniczką.

Etatowa odtwórczyni ról kobiet ze stali wychowuje też wraz z mężem troje dzieci: 12-letnią córkę i 10-letnich bliźniaków. Ostatnio rzadziej pojawia się na ekranie, ale to wcale nie znaczy, że siedzi w domu.

Gdzie się podziały silne bohaterki?

Geena Davis siedem lat temu założyła instytut zajmujący się walką ze stereotypowym przedstawianiem kobiet na ekranie. The Geena Davis Institute on Gender in Media postawił sobie za cel poprawienie ich wizerunku w filmach.

30 września opublikował badania nad ponad 120 filmami z całego świata. Wynika z nich, że największa dyskryminacja spotyka filmowe bohaterki w miejscu pracy. Badacze obliczyli, że na jedną kobietę np. w filmowej kancelarii prawniczej przypada 13 mężczyzn. Na początku października Davis na antenie stacji CBS przekonywała, że przemysł filmowy potrzebuje więcej silnych kobiecych postaci. Punktem wyjścia dla tej rozmowy był sukces kasowy „Krainy Lodu”, której scenariusz napisała kobieta, Jennifer Lee, a głównymi bohaterkami są dwie siostry – Elsa i Anna. – Mniej więcej w czasie, w którym ten film pojawił się w kinach, moi synowie byli na przyjęciu urodzinowym. Ktoś wspomniał „Krainę Lodu”. Moi chłopcy od razu podchwycili temat. Krzyczeli: „Uwielbiamy ten film!” – opowiada Davis dziennikarce CBS.

Kobiety w filmie utknęły w 1946 roku

Aktorka jednocześnie przypomina, że ostatnie filmy, w których centrum wydarzeń są postaci kobiece, czyli np. „Igrzyska śmierci”, to trochę za mało, aby kipieć entuzjazmem i uznać, że problem stereotypów w kinie został rozwiązany. – Z filmu na film chciałoby się powiedzieć: „o, to już teraz! Wszystko się zmieni”. Ale wcale tak nie będzie – przekonuje Geena Davis, która założyła instytut, gdy uświadomiła sobie, oglądając z córką filmy dla dzieci, że brakuje w nich kobiecych postaci, z których dziewczynki mogłyby brać przykład.

Davis nie ogranicza swojej działalności do występów w telewizji i bicia na alarm. Jej zespół bada zjawisko, analizuje je, i to nie tylko na przestrzeni ostatnich lat. – Jest koszmarnie. Liczba kobiecych postaci w kinie jest dokładnie taka sama jak w 1946 roku – mówi aktorka.

Z analiz przygotowanych przez instytut wynika, że stosunek ról mówionych w filmie familijnym wygląda tak: trzy role męskie i jedna kobieca. Davis zaznacza, że nie zamierza w żaden sposób wpływać na treść filmu. – Kiedy rozmawiam z właścicielami stacji telewizyjnych czy wytwórni filmowych, nie mówię im: „Wasz główny bohater musi być kobietą!”. Tłumaczę: „Odtwarzacie w filmach świat. Więc zaludnijcie go większą liczbą kobiecych postaci”.

Oglądają „CSI” i chcą pracować w policji

- „Jeśli zobaczą to na ekranie, to będą się tak zachowywać” – to nasze motto. Chodzi o to, że jeśli dziewczynki zobaczą, iż kobiety zajmują połowę tego fikcyjnego świata, to będą dążyły do tego, aby ich życie wyglądało podobnie. Mam nawet świetny przykład. Telewizja emituje teraz mnóstwo seriali kryminalnych, w których zbrodnie rozwiązuje się przy pomocy metod naukowych, chociażby „CSI”. Wielu ekspertów od medycyny sądowej, detektywów, to postaci kobiece. I w rzeczywistości liczba dziewczyn, które chcą studiować medycynę sądową czy pracować w laboratorium policyjnym – wzrosła. To całkowicie naturalne, że dziewczynki, które zobaczą film, gdzie bohaterka wykonuje wymagający, ciekawy zawód, też będą chciały to robić.

Geena Davis w filmie „Wyspa Piratów”

USA eksportuje negatywny wizerunek kobiet

Na wrześniowym sympozjum w Waszyngtonie Davis mówiła: – Musimy pamiętać o tym, że 80 proc. filmów, które są oglądane na całym świecie, powstaje w USA. Dlatego jesteśmy odpowiedzialni za eksportowanie negatywnego wizerunku kobiet. U progu nowego milenium, w świecie, w którym połowa populacji to kobiety, wysyłamy wiadomość, która może wpłynąć na myślenie dzieci, nie tylko dziewczynek.

Geena Davis w „Ich własnej lidze”

Co sobie pomyślą kobiety na sali kinowej?

Davis podkreśla, że ostatnie produkcje filmowe uciekające od stereotypowego ukazywania bohaterek jako księżniczek to postęp. Mówi m.in. o „Czarownicy” z Angeliną Jolie w roli głównej, w której klasyczna bajka zostaje opowiedziana na nowo, a zakończenie filmu nie ma nic wspólnego z tym powszechnie znanym – zwieńczonym pocałunkiem prawdziwej miłości.

Aktorka podkreśla, że brak ciekawych ról kobiecych przeszkadzał jej już na początku kariery. – Wybierałam role interesujące, w jakimś stopniu wymagające. Nigdy nie chciałam grać po prostu dziewczyny głównego bohatera.

I patrząc na długą listę filmów, w których zagrała, można powiedzieć, że jej się udało. Była Thelmą Dickinson w kultowym filmie „Thelma i Louise”, za który otrzymała nominację do Oscara, kapitanem żeńskiej drużyny baseballowej w „Ich własnej lidze”. Była też płatną zabójczynią w „Długim pocałunku na dobranoc”, wreszcie – pierwszą w historii kina główną bohaterką filmu o piratach. Jako Morgan Adams w „Wyspie Piratów” jeździ konno, strzela z muszkietu, walczy z mężczyznami na rapiery i skacze z eksplodującego okrętu pirackiego „na główkę”. A w 2005 r. zagrała tytułową rolę w serialu „Pani Prezydent”. – Szybko przestałam myśleć tylko o sobie, wybierając role. Zamiast zastanawiać się, czy to będzie dla mnie interesujące albo czy będę się dobrze bawić na planie, zaczęłam zwracać uwagę na to, co pomyślą sobie kobiety na sali kinowej.

Wystąpienie Davis w Waszyngtonie

Wyborcza.pl

 

 

 

 

 

Rafał Ziemkiewicz

Shit happened, czyli jak się dałem wydymać Onetowi (ku przestrodze)

Ta historia ma dwa początki i oba są znane bywalcom tej strony. Pierwszy: zgłosili się do mnie przedstawiciele onetu i zaproponowali udział w swoim nowym projekcie. Rzecz wyglądała obiecująco. Kusiła możliwość pisania komentarzy na bieżąco, w dowolnej ilości i na dowolne tematy, zaproponowany sposób współpracy – własnoręczne publikowanie tekstów, na zasadzie podobnej do salonu24, oraz sposób wynagradzania, zależny tylko od licznika wejść. Osoby, z którymi rozmawiałem, były kompetentne i rozsądne, zaproponowana umowa wyglądała dobrze – był tylko jeden szkopuł, stałej obecności na tym portalu nie dało się łączyć z pisaniem dla konkurencyjnej interii. Ta z kolei, gdy poinformowałem ją o propozycji, odparła uczciwie, że nie może jej „przebić”. Po namyśle zdecydowałem się rozwiązać od 1 października współpracę z Interią i przyjąć ofertę Onetu. W czasie, gdy te rozmowy się zaczynały – to początek drugi – zdarzyło mi się twitterowe  „shit happened”. Skomentowałem sprawę gdańskiego zakonnika, pomówionego o gwałt. Twitt zawierał link do opisu tej sprawy, ale mimo to na wszelki wypadek krótko ją tu przypomnę. Wspomniany zakonnik, odbywający nowicjat u Dominikanów, odziedziczywszy jakiś wielki spadek, najwyraźniej stracił powołanie do habitu, zaczął się wymykać z klasztoru i używać życia. Podczas jednej z takich wypraw poznał kobietę (dorosłą), która nie wiedząc, kim jest jej przygodny towarzysz, piła z nim do późnej nocy w hotelu, potem – bynajmniej nie zmuszana – poszła z nim „do numeru”, później zaś ogłosiła mediom i prokuraturze, że została zgwałcona. Trudno nie podejrzewać, że po prostu dowiedziała się o spadku i postanowiła frajera „skubnąć”. Podejrzenie takie graniczy wręcz z pewnością wobec faktu, iż kiedy zaczęły się przewidziane prawem czynności sprawdzające, pannica wymiękła i wycofała oskarżenie pod mało przekonującym pretekstem, że odbyty w pijanym widzie stosunek z równie pijanym zakonnikiem po cywilu stanowił tak wielką traumę, iż nie chce już do tego wracać.   Mój komentarz, z konieczności ścieśniony do 140 znaków, miał znaczyć tyle, że jeżeli czyn, którego dopuścił się hasający poza zakonem oblat był gwałtem, to takich „gwałcicieli” jest w Polsce co wieczór dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy. Zwyczaj, że mężczyzna przychodzi do baru, by coś „wyhaczyć”, a kobieta by zażyć przygody (czasem z nadzieją, że okaże się ona czymś więcej, niż przygodą) jest powszechny, alkohol w tej sytuacji – również. A i sytuacja, że osoba, która po paru drinkach chętna była do zbliżenia, rano, delikatnie mówiąc, ocenia swój wieczorny wybór jako pochopny, też do rzadkich nie należy. Gdyby facet nie był zakonnikiem, od razu po pierwszym oskarżeniu rozjechanym przez media, bez żadnej próby weryfikacji wiarygodności słów rzekomej ofiary (ksiądz-gwałciciel, cóż za gratka!) pies z kulawą nogą nie zająłby się tą sprawą, a ja, nie mając czego komentować, nie stałbym się obiektem pomówień, nienawistnych insynuacji, kpin i obleśnych żartów o mniemanej mizerii mego życia intymnego, w których zresztą celowały takie wzorce seksualnej atrakcyjności jak Tomasz Piątek czy Karolina Korwin Piotrowska. Nie będę się rozwodził nad chamstwem i podłością rozmaitych osób, zawsze powtarzałem, że zawodowy bokser, który się skarży, że go biją, jest żałosny – nawet jeśli ciosy, które się posypały obficie, były par excellence poniżej pasa (niektórzy nie mieli nawet skrupułów by atakować także moją żonę i córki). Na inny raz zostawiam też fakt, iż dotknąłem – niezręcznie i w dużym stopniu niechcący – bardzo ważnego społecznego problemu, jakim jest histeria „antyprzemocowa”, wskutek której niedługo każdy stać się może „gwałcicielem” w podobny sposób, w jaki państwo Bajkowscy okazali się znęcać nad swoimi dziećmi. O tym przyjdzie pisać zapewne jeszcze nie raz. Dla tej historii ważne jest, że cały hejt przeciwko mnie urządzony był właśnie wtedy, gdy rozpinałem umowę z Interią i dopinałem z Onetem. Nikomu w tym drugim portalu to jakoś nie przeszkadzało w podejmowaniu wobec mnie zobowiązań. Wczoraj, w poniedziałek 6.10 pracownica Onetu, z którą ustalaliśmy techniczne sprawy, zapytała mnie o dalsze plany, żeby przygotować działania promocyjne. Odpisałem jej, że w środę zamierzam wrócić do tematu „gwałtów” (tak napisałem, w cudzysłowie) i odnieść się do licznych w bieżących tygodnikach oskarżeń pod moim adresem. Dziś rano okazało się, że moje konto na Onecie zostało zablokowane, dotychczasowe komentarze usunięte, a w mojej skrzynce mejlowej jest list od jakiejś pani Moniki Lech (wcześniej w rozmowach nie uczestniczyła) która jest ponoć szefową projektu i jako taka „korzysta ze swych prerogatyw”, by mnie z niego wykluczyć. Pani Lech uraczyła mnie kwiecistym wykładem z którego wynikało, w skrócie, że gwałt jest rzeczą  złą, a także informacją, iż „zmroziła ją” moja zapowiedź odpowiadania na Onecie na oszczerstwa pod moim adresem, więc zrywa ze mną dopiero co zawartą umowę. Wyznam szczerze – nie wierzę pani Lech jak przysłowiowemu psu. Nie wierzę, żeby duży portal zatrudniał jako szefową istotnego projektu egzaltowaną siksę, której np. nie przyszło do głowy, żeby skontaktować się ze mną, poinformować o swym „zmrożeniu” i zapytać, co właściwie zamierzam w środę opublikować – co albo by ukoiło jej lęki, albo pozwoliło wynegocjować jakąś cywilizowaną formę wycofania się ze współpracy. Nie wierzę też, by o moim twicie, którego – jak napisał felietonista „Rzeczpospolitej” – nie komentował jeszcze chyba tylko prymas Polski, dowiedziała się dopiero dziś. Podejrzewam, że prawdziwe motywy Onetu są zupełnie inne. Ale „czego nie wiemy, tego nie wiemy”, jak pisał Bułhakow. Wiem jedno – nikt mnie jeszcze tak nie wyrolował, jak „grupa RAS”. Cóż, człowiek całe życie się czegoś uczy.


http://www.donotlink.com/bybb 

Dodaj komentarz