RSS
 

Ugresić

 

Czesi tęsknią do starych porządków

Lubosz Palata, Praga, 12.10.2014
Liczba Czechów, którzy życzyliby sobie powrotu komunizmu rośnie z każdym rokiem. Komunistyczna Partia Czech i Moraw ma wyborców nawet wśród najmłodszych, urodzonych po 1989 r.
Komunistyczna Partia Czech i Moraw (KPCzM) w weekendowych wyborach samorządowych w Pradze wystawiła mocnego kandydata na prezydenta stolicy. Jedynka na jej liście, przewodnicząca praskich struktur partii Marta Semelová, zyskała niesławę w całym kraju, wychwalając czasy komunistycznej dyktatury i ganiąc ustrój demokratyczny (wybory zresztą przegrała).

Semelová wielbi Gottwalda

Ta była nauczycielka z praskiej szkoły podstawowej w 2010 r. weszła do parlamentu. W niedawnej rozmowie sprzeciwiła się obchodom 25. rocznicy aksamitnej rewolucji. – Nie złożyłabym kwiatów pod pomnikiem 17 listopada 1989 r. w Alei Narodowej, a to dlatego, że ludzie, którzy z owymi wydarzeniami i późniejszym rozwojem sytuacji wiązali jakieś nadzieje, czują się dziś zawiedzeni – mówiła w ostatni czwartek Semelová DVTV. – Są wśród nas bezdomni, ludzie żyjący w biedzie, więc z pewnością nie ma czego świętować.

Jej zdaniem warto zaś przypominać rocznicę 25 lutego 1948 r., kiedy to komunistyczny pucz zakończył powojenną czechosłowacką demokrację i wprowadził ustrój totalitarny: – To bardzo znacząca data w naszej historii, która wiele zmieniła. Wielu ludzi zaczęło żyć na przyzwoitym poziomie, podniosło się PKB, podniosła się cała gospodarka.

Semelová jest też stałą uczestniczką obchodów rocznicowych przy grobie Klementa Gottwalda, komunistycznego prezydenta w latach 1948-53. – Luty 1948 r. i następujący po nim okres kolejnych 40 lat nie był zbrodniczym reżimem. Ten rozpoczął się dopiero po listopadzie 1989 r. – mówiła kilka lat temu podczas rocznicowych obchodów z udziałem najbardziej zagorzałych sympatyków KPCzM.

Wraz z innymi posłami partii komunistycznej próbowała nie dopuścić do uchwalenia ustawy o antykomunistycznym ruchu oporu, która w 2011 r. uhonorowała tych, którzy sprzeciwili się totalitaryzmowi lub byli prześladowani za demokratyczne poglądy. – Treść tej ustawy legalizuje terroryzm! – mówiła.

Doceniła także komunistyczną straż przygraniczną, która przy próbach nielegalnego przekroczenia granicy po czeskiej stronie żelaznej kurtyny pozbawiła życia setki ludzi. – Straż graniczna ma zasługi, bo nie dopuściła, by prowokacje na granicy państwa przerodziły się w naruszenie pokoju – ogłosiła Semelová.

Filip popiera Koreę Północną

Podobnych poglądów w KPCzM nie brakuje. Przewodniczący partii Vojt’ch Filip, obecny wicemarszałek sejmu, ogłosił niedawno, że w 1989 r. Czesi nie chcieli demontażu komunizmu. – Większość społeczeństwa życzyła sobie zachowania socjalistycznego systemu społecznego, gwarancji socjalnych i pracy – oznajmił Filip.

Jednoznacznie popiera też komunistyczne dyktatury na Kubie, w Chinach, a nawet Korei Północnej. „Sławę” zyskał, wysyłając do Korei Północnej kondolencje po śmierci Kim Dżong Ila. W sprawie kryzysu na Ukrainie zajmuje jednoznacznie prokremlowskie stanowisko. – Ukraina to sztuczne państwo, które od wieków należy do Rosji – mówił w debacie telewizyjnej.

Czesi tęsknią za komuną?

Komunistyczna Partia Czech i Moraw po roku 1989 praktycznie nie zmieniła swojego statutu, z wyjątkiem punktu dopuszczającego możliwość siłowej zmiany „reżimu demokratycznego”. W ten sposób uniknęła zakazu działalności. W jej szeregach wciąż spotyka się funkcjonariuszy KPCzM sprzed ćwierćwiecza i agentów dawnych służb bezpieczeństwa.

Mimo to popularność KPCzM nie spada. W ostatnich wyborach parlamentarnych w zeszłym roku zyskała prawie 15 proc. głosów (był to jej drugi najlepszy wynik po 1989 r., w 2002 r. miała 19 proc.). Trzon jej wyborców tworzy starsza generacja, jednak w szeregach partii wciąż przybywa młodych. W dodatku na KPCzM głosuje ok. 3 proc. najmłodszych wyborców.

Jeszcze bardziej niepokoi wciąż rosnąca liczba Czechów, którzy życzyliby sobie powrotu komunistycznej dyktatury. W 2002 r. było ich 12 proc., według tegorocznego sondażu agencji CVVM – już 18 proc. Podobna liczba nie ma nic przeciwko wprowadzeniu rządów silnej ręki.

 

Wyborcza.pl

Ratusz włączy się w rozmowy ws. pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej

12.10.2014

Przed­sta­wi­cie­le sto­łecz­ne­go ra­tu­sza spo­tka­ją się z przed­sta­wi­cie­la­mi Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta ws. bu­do­wy po­mni­ka ofiar ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej – po­wie­dział rzecz­nik ra­tu­sza Bar­tosz Mil­czar­czyk. Ini­cja­ty­wa bu­do­wy po­mni­ka jest bar­dzo słusz­na – dodał.

 

Konferencja prasowa Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Katastrofy SmoleńskiejKonferencja prasowa Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Katastrofy SmoleńskiejFoto: PAP

W ubie­głym ty­go­dniu do Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta wpły­nął list czę­ści ro­dzin ofiar ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej w spra­wie za­ini­cjo­wa­nia bu­do­wy po­mni­ka upa­mięt­nia­ją­ce­go wszyst­kich, któ­rzy stra­ci­li życie w ka­ta­stro­fie. Oso­bom tym za­le­ży na zna­le­zie­niu miej­sca „w cen­trum sto­li­cy”, gdzie wszy­scy będą mogli „spo­koj­nie wspo­mnieć naj­bliż­szych”.

 

List podpisali m.in. Karolina Kaczorowska – wdowa po ostatnim prezydencie RP na uchodźstwie Ryszardzie Kaczorowskim i Izabella Sariusz-Skąpska – córka Andrzeja Sariusz-Skąpskiego, prezesa Federacji Rodzin Katyńskich.

Prezydencki minister Tomasz Nałęcz mówił, że w tym tygodniu prezydent zamierza spotkać się z rodzinami, które zwróciły się do niego z apelem o zainicjowanie budowy pomnika.

- Inicjatywa budowy pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej jest bardzo słuszna, mija pięć lat od katastrofy smoleńskiej i ofiary powinny zostać upamiętnione w godnym miejscu w stolicy – powiedział Milczarczyk.

Wedug niego w niedługim czasie dojdzie do spotkania przedstawicieli warszawskiego ratusza i Kancelarii Prezydenta. – To do prezydenta Komorowskiego zwrócili się członkowie rodzin ofiar katastrofy – podkreślił Milczarczyk. Po tych rozmowach – dodał – przyjdzie czas na wybór lokalizacji i zapewne konkurs architektoniczny.

Rzecznik ratusza nie umiał powiedzieć, kiedy pomnik mógłby być gotowy, i czy będzie to możliwe przed 10 kwietnia 2015 r. Jak podkreślił, tak naprawdę do piątej rocznicy katastrofy zostało już niewiele czasu.

Pytany o lokalizację powiedział, że pomnik powinien stanąć w „godnym miejscu”. Wykluczył możliwość postawienia go na Krakowskim Przedmieściu. Jak przypomniał, przeciwny temu jest stołeczny konserwator zabytków. Milczarczyk podkreślił też, że ratuszowi zależy na tym, aby pomnik ofiar nie był już „kwestią sporną, nie dzielił ludzi, a łączył”.

Również w ubiegłą środę o jak najszybszą budowę w Warszawie pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej zwrócił się do prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem. Komitet chce, by pomnik stanął właśnie na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim.

Rzecznik stołecznego ratusza powiedział, że nie zapoznał się z pismem komitetu. Jak tłumaczył, do piątku nie wpłynęło ono do ratusza.

- Jak znam prezydenta, jestem przekonany, że dołoży starań, aby znaleźć wspólne działanie wszystkich rodzin – podkreślał w niedzielę Nałęcz, który był gościem audycji „7 Dzień Tygodnia” w Radiu Zet. – Rozumiem, że tym rodzinom, które napisały do prezydenta, właśnie o to chodzi, żeby to nie był ich pomnik, tylko żeby był to wszystkich pomnik – podkreślił.

Według niego nieszczęściem jest to, że „niektórzy wykorzystali pamięć (o katastrofie), aby gruntownie podzielić Polaków”.

Prezydencki minister jest przekonany, że jeśli budowa pomnika będzie inicjatywą, która „ma ludzi łączyć, a nie dzielć” to warszawiacy „tylko temu przyklasną” i „warszawianka, jaką jest pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, też tylko temu przyklaśnie”.

Nałęcz zaprzeczył jednocześnie, że sprawa ma jakikolwiek związek z kampanią wyborczą. Zarzuty takie wysunęła m.in. córka tragicznie zmarłej pary prezydenckiej Marta Kaczyńska, która w piątkowym wywiadzie dla wPolityce.pl powiedziała: „Myślę, że to zamieszanie z pomnikiem w Warszawie potrwa do czasu wyborów. Nie chcę mi się wierzyć, żeby rzeczywiście z inicjatywy pana prezydenta Komorowskiego taki pomnik stanął”.

- Podejrzewać te kilkadziesiąt osób (które napisały list), że one rozpoczynają kampanię prezydencką Bronisława Komorowskiego (…) to jest naprawdę absurd – oświadczył Nałęcz.

Rzecznik PiS Adam Hofman, który też był gościem Radia Zet, powiedział – że jeśli chodzi o budowę pomnika – to nie wyobraża sobie, aby inne miejscie niż Krakowskie Przedmieście w ogóle wchodziło w grę. – Tam przemówił lud – podkreślił Hofman. Przypominał spontaniczną reakcję warszawiaków, którzy po katastrofie tłumnie gromadzili się pod Pałacem Prezydenckim.

Z kolei Andrzej Rodzenek (Twój Ruch), który startuje w wyścigu o fotel włodarza stolicy w wyborach samorządowych 16 listopada, oświadczył, że nie zgadza się, aby kampania wyborcza w Warszawie toczyła się „wokół pomnika smoleńskiego”. Jego zdaniem – choć pomnik powinien stanąć i jest to sprawa istotna – to jednak dla warszawiaków trzeciorzędna.

onet.pl

Gdzie jest praca?

Dubravka Ugrešić, 11.10.2014
Dubravka UgresicDubravka Ugresic (Fot. Jacek Renard / AG)
Podział na tych, którzy pracują, i na tych, którzy nie pracują, na gorliwych i obiboków, stał się dziś główną medialno-ideologiczną matrycą
W Amsterdamie niedaleko mojej dzielnicy jacyś Bułgarzy otworzyli sklep. Witrynę oblepili od środka bułgarską flagą. Dzięki temu sklep stał się bardzo widoczny z zewnątrz i zaciemniony w środku. W sklepie sprzedawane są drogie bułgarskie wyroby. Tak się na ogół dzieje we wszystkich etnosklepach.Najpierw pojawiają się imigranci, a za nimi etnosklepy. Te ostatnie po jakimś czasie znikają, a imigranci, hm, chyba jednak zostają? Liczba Bułgarów w Holandii wyraźnie rośnie, bo w ostatnim roku w samym tylko Amsterdamie otwarto przynajmniej dwa bułgarskie sklepy. A wiadomo, każdy lubi swoje żarcie i nie szczędzi grosza, żeby ukoić nostalgię smakosza.W sklepie sprzedaje się bułgarskie wino, mrożone ciewapy i pleskawice, pity z serem (banice), kiszone ogórki i papryki, ajwar, przetwory z pomidorów i papryki (pindžur, ljutenica) i słodycze, wszystko jak z paczek z pomocą dla głodujących, ich termin ważności minął.Sklep jest zapuszczony, klienci potykają się o kartonowe pudła. Obok kasy siedzi młodzieniec, zamarł, jakby przysiągł jakiemuś świętemu, że nikt z niego nie wyciśnie ani słowa. Dziewczyna za kasą jest śliczna w sposób, jaki niby-niewinnie podsuwają nastolatkom kolorowe magazyny. Ma krótką spódniczkę, długie, proste włosy, lekko osmaloną karnację. To efekt użycia sproszkowanego pudru. Przebiegłość zamiast pudru w płynie. Siedząc przy kasie, dziewczyna piłuje paznokcie, obok czeka buteleczka lakieru. Ten widok mnie śmieszy.

A mała wciąż przebiegle się uśmiecha. Kupuję ljutenicę, bułgarski (tak, tak, turecki, grecki, macedoński, serbski) ser i trzy duże pomidory. Doviżdane. Doviżdane.

Wiem, że każde holenderskie (i europejskie) prawicowe serce zaakceptowałoby ten opis. Prawdą jest, że ci ze Wschodu – Bułgarzy, Rumuni, Polacy – nie tylko na nas zarabiają, kradną, piją i kłamią, ale jeszcze przywożą ze sobą swoje odpady, swoje kiszone ogórki, swoje gówno. Tylko czekają, żeby dorwać się do naszej pomocy społecznej, wprowadzić do naszych mieszkań socjalnych, które potem wynajmują, a sami wracają do swoich domów i tam obijają się za pieniądze, które wyciągają z naszych podatków. Prawdą jest też, że tak samo myślą Bułgarzy, Rumuni i Polacy o swoich Romach; tak samo do niedawna myśleli Bułgarzy o swoich Turkach. Sytuacja zmieniła się na korzyść Turków, odkąd Bułgarki masowo wyjeżdżają do Turcji, by zarobić jakiś grosz jako sprzątaczki.

***

Podział na tych, którzy pracują, i na tych, którzy nie pracują – na gorliwych i obiboków, na pracowitych i leni – nie jest nowy, ale w ostatnich latach stał się główną medialno-ideologiczną matrycą, do której dobudowuje się niezależną ogólnonarodową myśl. Do kategorii leni, obiboków i niepracujących dołączyły całe zastępy bezrobotnych (o których pracowici mówią, że to po prostu nieudacznicy ), to malkontenci, indignados (oburzeni), „lewacy”, państwowo i etnicznie stygmatyzowane wspólnoty (Grecy, Hiszpanie, Rumuni, Bułgarzy, Bośniacy – wszyscy są leniami!), antykapitalistycznie nastawione elementy, chuligani, wandale, terroryści i fundamentaliści islamscy.

Na pytanie, jak stał się multimiliarderem, jeden z najbogatszych rosyjskich oligarchów odpowiedział: „Nie zapominajcie, że pracuję po 17 godzin na dobę!”. Absolutnie taką samą odpowiedzią bez mrugnięcia okiem posługują się kryminaliści, złodzieje, politycy, gwiazdy porno, zbrodniarze wojenni, celebryci, seryjni mordercy i im podobni. Wszyscy używają takich właśnie słów – „17 godzin na dobę, moja kariera, moja praca” – z takim przekonaniem, jakby wypowiadali swoje imię i nazwisko.

Mediom udało się przy okazji (też pracują „17 godzin na dobę”) przekonać niepracującą większość, że to prawda. I podczas gdy leniwa większość nie ma ani kariery, ani zawodu, ani imienia i nazwiska, ani twarzy, pracowita mniejszość ma przez 24 godziny na dobę obecną twarz. Chociaż u kobiet najczęściej zastępuje ją pupa, ale ona ma swoją (etniczną) tożsamość, swoje imię i nazwisko („Zgadnijcie, czyja to pupa?”).

A leniuchy stały się obciążeniem dla kuli ziemskiej, spowalniają jej obroty, nikt nie wie, jak się ich pozbyć, najlepiej byłoby, żeby wzięły sprawy w swoje ręce. Dlatego singapurski film „Ilo Ilo” Anthony’ego Chena zaczyna się niedwuznaczną sceną, w której anonimowe ciało spada z balkonu jakiegoś singapurskiego budynku. Film opowiada o tym, jak azjatycki kryzys ekonomiczny działa na „leniuchów”.

Krótkie wiadomości, jak choćby informacje paryskiego centrum monitorowania ekonomii rozwoju Coe-Rexecode, czasem przebijają się do mediów, dajmy na to, chorwackich czy serbskich, zajmując skromne miejsce obok rewelacji typu: „Nie uwierzycie, czyje piękne pupy odpoczywają tego lata na adriatyckich plażach”.

Badania, kto ile pracuje w Europie, pokazują, że leniwi Rumuni są absolutnymi rekordzistami, jeśli chodzi o liczbę godzin spędzanych w pracy. Rumuni bez wątpienia pracują najwięcej. Leniwi Grecy, no proszę, są na drugim miejscu, a leniwi Bułgarzy na trzecim. Za nimi: Chorwaci, Polacy, Litwini, Słowacy, Estończycy i Cypryjczycy.

Najmniej pracują pracowici Finowie, podczas gdy obowiązkowi Niemcy plasują się gdzieś pośrodku.

Niestety, takie informacje nie kruszą twardych uprzedzeń, ale wręcz je umacniają. Pracusie odnieśli nie tylko realne, ale też symboliczne zwycięstwo nad leniuchami. Leniuchami wszyscy gardzą, a najbardziej gardzą nimi same leniuchy. Dlatego leniwi szanują i wielbią swoich pracowitych.

Fakt, że w małej Chorwacji jest zaledwie dwustu pracowitych (czy superbogatych), zaś cała reszta to lenie (jedni nie mają pracy, inni mają, wszyscy tak samo głodni), zainspirował chorwackich ustawodawców do wprowadzenia, a pracowitych do przegłosowania nowej ustawy o pracy, w myśl której leniwych pozbawia się wszystkich praw – poza prawem do gołej egzystencji.

***

„U dzikusa łuk i strzała, kolej, droga, miasto, wieś, niech nam żyje, żyje praca, niech rozbrzmiewa nasza pieśń” – to piosenka, którą śpiewano w czasach socjalizmu, kiedy prawa pracownicze były o wiele większe i bardziej humanitarne od dzisiejszych.

Nigdy nie rozumiałam do końca tych fraz, może dlatego, że nie starałam się ich zrozumieć. Jaki związek ma na przykład dzikus, jego łuk i strzała, z koleją, drogą, wsią i miastem? Chyba że te słowa wyrażają antycypacyjne twitterowe przesłanie o powszechnej historii rodzaju ludzkiego, sugerujące, iż dzikus pozbył się łuku i strzały i dotarł do kolei, drogi, wsi i miasta dzięki pracy. Albo odwrotnie, że ten sam dzikus, jeśli nie będzie pracował, cofnie się do epoki łuku i strzały, a kolej, drogi i miasta zarosną trawą.

 

Chociaż socjalistyczna codzienność w byłej Jugosławii wyglądała niczym hedonistyczna parodia codzienności w innych krajach komunistycznych, Jugosłowian łączył jednak z tymi krajami pakiet takich samych wartości, wspólna symbolika i imaginarium. A kluczowe miejsce, przynajmniej jeśli chodzi o symbolikę i owo imaginarium, zajmowała praca. Ta praca, która zmieniła małpę w dzikusa z łukiem i strzałą, ta, która dzikusa zmieniła w „chłopa i robotnika” i „inteligencję pracującą”. Robotnicy, chłopi i uczciwa inteligencja pracująca to w socjalistycznym imaginarium fundamenty zdrowego socjalistycznego społeczeństwa, absolutnie pozytywnie nacechowane (tym bardziej że uczciwa inteligencja pracująca odcinała się od tej nieuczciwej). Tylko „biurokracja” była złem immanentnym, „biurokracja” niczym pasożyt żyła kosztem narodu.Tak czy inaczej, słowo „praca” pojawiało się wszędzie, w salach kinowych z kronik sączyły się ekscytujące obrazy nagich, spoconych robotniczych ciał i mięśni; w moich szkolnych czytankach, gdzie wszystkie zawody były poza wszelkim podejrzeniem (górnik, pielęgniarka, kowal, operator koparki, budowniczy, nauczycielka, motorniczy); w filmach; podczas pierwszomajowych pochodów, które były niczym pogańskie obrządki ku czci Boga Pracy, na ołtarzu składano cyfry mówiące o tonach stali, wydobytego węgla, zbóż i wydrukowanych podręczników oraz książek.Bohaterami tamtego czasu byli przodownicy i przodowniczki pracy, mężczyźni i kobiety przekraczający normę.***

Dzisiaj taka praca została wytarta z pamięci ludzi. Dlatego jako jedyną identyfikację zostawiono im przynależność etniczną. Dlatego adwokaci i sędziowie to przede wszystkim Chorwaci, a dopiero potem prawnicy, dlatego lekarze i pielęgniarki to przede wszystkim Serbowie, a dopiero potem medycy, dlatego też i pisarze to przede wszystkim Chorwaci, Serbowie i Bośniacy, a dopiero potem ludzie pióra. Przynależność etniczna jest lepiszczem, które jednoczy eksploatatorów i eksploatowanych, zwycięzców i przegranych. A robotnicy, chłopi i uczciwa inteligencja pracująca oraz sama idea pracy, wszystko to zostało wyparte z codziennego życia, z mediów, z imaginarium, z pakietu wartości ideologicznych, z zewsząd, stając się nikomu niepotrzebnym historycznym (komunistycznym) śmieciem.

Oczywiście, mój punkt widzenia jest postjugosłowiański. Mam pewność, że sytuacja wygląda lepiej w postkomunistycznych krajach, takich jak Polska, Rumunia, Bułgaria, Węgry I mam nadzieję, że przedstawiciele tych krajów nie wezmą mi za złe mojej geopolitycznej małostkowości. Wszystko, co napisałam, odnosi się wyłącznie do małej Chorwacji, małej Serbii, małej Bośni, małej Macedonii Tak mało zła w morzu ogólnego dobra, że można go nie zauważyć, prawda?

Prawdą też jest, że pewne badania z 2008 roku pokazały, iż trochę więcej niż połowa wschodnich Niemców deklaruje niezadowolenie z istniejącego porządku ekonomicznego, a niemal połowa pragnie powrotu do socjalistycznego systemu społecznego. A ponieważ powrót do starego jest nie do pomyślenia, leniwi wschodnioniemieccy malkontenci dostali w prezencie substytut pocieszenia, małą nostalgiczną pamiątkę – MasterCard z podobizną Karola Marksa, zaprojektowaną i wydaną przez bank w dzisiejszym Chemnitz, dawniej Karl-Marx-Stadt.

W rosyjskich bajkach najmłodszego syna zawsze czeka happy end, zdobywa królestwo i królewnę. Dzięki swojej 17-godzinnej pracy? Oczywiście nie, tylko dzięki sprytowi i potężnym pomocnikom. Bajkę o 17-godzinnym dniu pracy wymyślono na pocieszenie dla „luzerów”, „palaczy” i „frajerów”, a więc dla większości.

O wszystkim tym doskonale wie również dziewczyna z bułgarskiego sklepu, która piłuje paznokcie i czeka, aż jakiś gorliwiec zmieni ją z żaby w księżniczkę. Bo ta przemiana z pewnością nie dokona się dzięki jej 17-godzinnej pracy za kasą w zapuszczonym etnosklepie w Amsterdamie.

W filmie „Wszystkie odloty Cheyenne’a” Sean Penn gra bogatego, podstarzałego rockmana, który w rozmowie z kimś mówi (mniej więcej) tak: „Nie wydaje ci się, że nikt już nie robi nic konkretnego, tylko wszystko jest rodzajem sztuki?”.

Sierpień 2014
Przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić

A poza tym w Magazynie Świątecznym

Gwarancja na Kota
Nie chodzi o to, żeby uprawiać zawód aktora i umrzeć jako aktor, tylko o życie. Z Tomaszem Kotem rozmawia Donata Subbotko

Dopadła nas choroba biednych
Dopóki była szansa, że epidemia się wypali i wygaśnie – jak poprzednie ataki eboli – w Afryce, nikt nie reagował. Bo umierali tylko Afrykanie

Urodzaj na słoneczniki
Kopali w krok i twarz, bo w tułów przez kamizelkę nie boli. – Nie wiesz, ile masz szczęścia, że trafiłeś na naszą kompanię, dwie pozostałe z naszego batalionu nie biorą już jeńców

Ile kosztuje przekraczanie granic
- Przekraczanie granicy uświadamia nam własną tożsamość i graniczność: fizyczną, kulturową i mentalną. I wtedy dopada nas potrzeba powrotu do własnych granic – mówi prof. Tadeusz Gadacz, filozof

Przedmioty nigdy nie są niewinne
Człowiek, który kolekcjonuje rzeczy, myśli, że dzięki temu staje się nieśmiertelny. Z Deyanem Sudjicem rozmawia Izabela Klementowska

Nie masz tu czego szukać
Czy Mitoraja naprawdę dotknęła w Polsce zmowa milczenia? Niektórzy uważają, że wręcz zmowa zniszczenia. – Co ja im zrobiłem? – pytał rzeźbiarz przyjaciół

wyborcza.pl/magazyn

Dodaj komentarz