RSS
 

Tokarczuk

 

„Księgi Jakubowe”, czyli dwieście lat samotności. Recenzja nowej książki Olgi Tokarczuk

Przemysław Czapliński*, 21.10.2014
Olga TokarczukOlga Tokarczuk (Fot. materiały prasowe; MATEUSZ SKWARCZEK / AGENCJA GAZETA)
„Ktoś tu mówi po polsku?!”, krzyczy rozpaczliwie poetka Elżbieta Drużbacka, wysiadłszy z karety na rohatyńskiej ulicy. Nowa powieść Olgi Tokarczuk rewoltuje postrzeganie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To rewers „Trylogii”.
W drugiej połowie XVIII w., pośród wojen, grabieży, pogromów i rozbiorów, pojawił się człowiek, który wyprowadził Żydów z niewoli. Wyprowadził niewielu, kilkuset, może kilka tysięcy, ale dokonał z nimi i dla nich rzeczy niezwykłej: zapewnił im bezpieczeństwo i szacunek. „Oto nikt już ich nie nazywa (…) przechrztami, i z tej pogardy, która była przecież częścią powietrza, jakim wtedy oddychali, nic już nie zostało”.Mesjaszem był Jakub Frank, który urodził się jako podolski Żyd, a zmarł jako polski arystokrata. „Spośród wszystkich historii, które dotąd zdarzyły się na świecie, historia ich kompanii pod wodzą Jakuba jest wyjątkowa”, stwierdza skarbnik frankistów Antoni Czerniawski. I ma rację. Pod wodzą Jakuba Żydzi przyjęli w 1759 r. we Lwowie chrzest, a w 1773 r. wyjechali na Morawy i osiedlili się w Brnie, gdzie zyskali znaczną autonomię. Już po śmierci Franka urzędnik wiedeńskiego dworu pisał: „Udało się tutaj stworzyć tej sekcie swego rodzaju państwo w państwie, które rządzi się swoimi prawami, ma swoją gwardię, a rozliczenia w większości prowadzi poza jakimkolwiek systemem bankowym”. Państwo, prawo, gwardia – trzy słowa, które w historii Żydów wyrażały niespełnialną tęsknotę.

Metodyczne szaleństwo

Historia Franka jest tak dziwna, że aż niewiarygodna. Można się domyślić, że w przypadku Tokarczuk wystarczyła fascynacja, by pisanie zacząć. Ale trzeba było metodycznego szaleństwa, by powieść ukończyć. Komponowanie książki trwało sześć lat – wierzę jednak, że „Księgi Jakubowe” pozostaną w polskiej literaturze na trwałe.

Lektura szybko uświadamia, dlaczego tak wieloznaczna postać doczekała się tak niewielu opracowań. Frank współtworzył dzieje diaspory żydowskiej, ale w dziejach tych jest traktowany jak Luter w Kościele katolickim – jako twórca najniebezpieczniejszego rozłamu. Należy do historii wszystkich państw Europy Środkowej XVIII w. – Polski, Rosji, Austrii, Niemiec – ale żadna z tych historii nie potrafi przetłumaczyć go na język wspólny. Należy do wszystkich po trochu i do nikogo w zupełności.

Dlatego najważniejsza decyzja poznawcza przy pisaniu miała charakter kompozycyjny: Kto ma wyjaśnić tajemnicę Franka? Komu powierzyć słowa wiarygodne, a komu domysły? Powieściowa konstrukcja jest odpowiedzią najuczciwszą: o Franku mówią wszyscy z wyjątkiem narratora. Nikt też nie formułuje wyjaśnienia ostatecznego. Dzięki temu Frank pozostaje postacią historyczną i pełnowymiarową, a zarazem – do końca niejasną. Rodzi się z tego napięcie między wielością opinii i niejednoznacznością bohatera, naocznością wydarzeń i niejasnością znaczeń. Za sprawą metody narracyjnej poznajemy świat w szczegółach i zarazem nie możemy do środka tego świata się przedostać.

Owo napięcie podtrzymuje kolejna ważna decyzja: czas teraźniejszy. Cała akcja jest relacjonowana na bieżąco, co dodaje dramatyzmu wydarzeniom. Jednakże i to rozwiązanie pisarka skontrapunktowała, stosując rozmaite zabiegi spowalniające akcję albo osłabiające jej dramatyzm. Jakby wciągając nas w akcję, chciała równocześnie podtrzymać intensywną refleksję. Wydaje się, że decyzja ta – dotycząca sposobu porozumienia z czytelnikiem – była słuszna, bo historia Franka jest wystarczająco szalona i dziwna, by rozbudzić namiętności odbiorcy. Namiętnościom trzeba było nałożyć jakieś hamulce.

Dalecy bracia

Frank był religijnym kłusownikiem. Porzucił judaizm na rzecz sabataizmu. Potem przyjął islam. Z islamu przeszedł na katolicyzm. Być może zmarł jako prawosławny. Z każdej wiary brał cząstkę, próbując z fragmentów ulepić spójną całość. W tym zszywaniu był podobny do księdza Benedykta Chmielowskiego – autora pierwszej polskiej encyklopedii i najważniejszego po Franku bohatera powieści.

Są jak symetryczne odbicia: ksiądz wierzy, że istnieje tylko jedna prawdziwa wiara i że cała wiedza została spisana w księgach. Trzeba ją jedynie uporządkować w hasłach. Frank sądzi, że obecność Boga w świecie wymaga ustawicznej pogoni myślowej i że reguły wiary trzeba ciągle modyfikować. Dla księdza encyklopedia jest wyrazem hołdu składanego przez intelekt porządkowi świata; dla Franka wiara jest indywidualnym aktem przedzierania się przez świat do Boga.

Ale obaj kompilują. Ksiądz reprezentuje staropolską koncepcję autora, zgodnie z którą autor był nie tyle wyłącznym twórcą dzieła, ile przetwórcą. Chmielowski komponuje więc książki „tu i ówdzie to pożyczając, to skupując”. Frank, raczej rebeliant niż mędrzec, był z kolei kompilatorem religii. Z judaizmu wziął idee mesjanistyczne, z sabataizmu – ekstatyczne zbliżenie do Boga, z katolicyzmu – Matkę Boską. Nigdy nie porzucał w zupełności dawnej wiary i nigdy w zupełności nie przyjmował nowej. Odrzucał mesjanizm i wracał do niego, tworząc w ostateczności wyznanie raczej eklektyczne niż syntetyczne.

Obaj sądzili, że wierzą prawdziwie. Obaj tęsknili za drugą połówką: ksiądz chciał zrozumieć to, co porządkowi umyka, Frank chciał nadać swoim poszukiwaniom jakąś ostateczną postać. Być może dopiero obaj razem, zszyci przez Tokarczuk, dają pojęcie o herezji jako koniecznej drodze jednostki do poznania własnej wiary.

Herezje i profanacje

Frank był raczej mówcą niż pisarzem. Jego żywiołem była improwizacja, kazanie, gadka, przypowieść, a nie spisana doktryna. Ale potrzebował też pisma, które – jak sądził – pożycza energię od mowy, ale potrafi ową energię przechować. Szamotał się więc między słowem mówionym i pisanym, szukając w jednym i drugim mocy stwórczej.

Oto powód, dla którego pozostał heretykiem, obcym i przez wszystkich wypartym. Religia w jego interpretacji jest na przemian przedmiotem ślepej wiary i interpretacji, mozolnej powtórki i ustawicznej zmiany. Księgi święte traktował jako punkt wyjścia do monologowych dociekań. W towarzystwie Franka poczuć można ożywczy powiew profanacji. Zamiast traktować religię jako pochodną Boga, traktował Boga jako pochodną religii. Zmieniał oblicze i kształty Boga, odbierając ówczesnym Kościołom monopol na wiarę.

Śledzimy narodziny tej dziwacznej doktryny, którą stał się frankizm, i widzimy zagubioną ścieżkę rozwoju ludzkości. Wielkie religie powstawały metodą odrzucania wielości i osiągania groźnej jedności; Frank zmierzał od jedności do zmieszanej wielości.

Ale Frank był heretykiem również i w tym sensie, że stwarzał wyznanie niejako na oczach wyznawców. Wciągał w społeczny teatr religii, w którym gotowość uwierzenia poprzedza wiarę, a pobożność staje się dowodem istnienia Boga. Herezja Franka polegała na tym, że w kompilatorskim działaniu odsłaniał ludzką genezę każdego Boga. Człowiek stwarza Boga po to, by móc zostać Bogiem. Kiedy Jakub ogłosił, iż jest wcieleniem Mesjasza, domknął dążenie, które zapoczątkował, gdy po raz pierwszy odważył się po swojemu zinterpretować księgę świętą.

Ktoś tu mówi po polsku?!

„Czy ktoś tu mówi po polsku?!”, krzyczy rozpaczliwie poetka Elżbieta Drużbacka, wysiadłszy z karety na rohatyńskiej ulicy. Jest połowa XVIII w., a my znaleźliśmy się na południowo-wschodnich Kresach, gdzieś między Lublinem i Kamieńcem Podolskim. Obok karety, w której siedzi kasztelanowa kamieniecka Katarzyna Kossakowska, przechodzą Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Turcy. Język polski nie jest tu oczywisty. Polacy na Kresach stanowili mniejszość – im dalej na południowy wschód, tym mniejszą.

Powieść Tokarczuk rewoltuje obraz życia religijnego w XVIII w., ale też odmienia postrzeganie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Rewizję swoją pisarka rozgrywa na rewersie „Trylogii”. Sienkiewicz, chcąc uzyskać obraz wyidealizowany, musiał przedstawić Polskę szlachecką z perspektywy szlacheckiej – podrzędna pozycja kobiet, dominacja jednego wyznania, okrutna hierarchia społeczna, dystrybucja bogactwa i biedy nabierały charakteru koniecznego. W „Księgach Jakubowych” konieczność znika, więc hierarchia odsłania się jako przemoc. U Sienkiewicza wojna wkraczająca do Polski jest zakłóceniem dobrego ładu. W powieści Tokarczuk, dziejącej się sto lat później, porządek społeczny pozostał bez zmian, ale jawi się on jako mieszanina bałaganu i przemocy w majestacie prawa.

 

W Polsce XVIII-wiecznej arystokracja rządziła szlachtą, szlachta – mieszczaństwem i chłopstwem, katolicy – wyznawcami innych religii, mężczyźni – kobietami. „Rządzić” znaczyło nie tyle „rozkazywać”, ile „dysponować cudzym ciałem i życiem”. Trzeba powiedzieć to wyraźnie: Polska szlachecka była państwem niewolniczym. Rzeczpospolita nie była więc „pospolita”, czyli wspólna.Znane było w niej zjawisko „biegunów”, czyli chłopów zbiegłych od pana. Taki właśnie zbiegły niewolnik trafia do księdza Chmielowskiego. Uciekł z domu, bo musiał odpracowywać siedem dni na pańskim. Złapano go, surowo ukarano, ożeniono pod przymusem. Znowu uciekł. Znowu został złapany, pobity do nieprzytomności i pozostawiony na mrozie. Jego twarz – oszpecona, pokiereszowana, spotworniała – jest zakrytym obliczem tamtej Rzeczypospolitej. Wiedza o społeczeństwie XVIII-wiecznej Polski współwystępuje w powieści Tokarczuk z praktyką wrażliwości. Dlatego chciałoby się, aby w spisie lektur do „Potopu” dodano „Księgi Jakubowe”.

Utopia normalności

Polska, osławiony paradisus Judeorum, u Tokarczuk jawi się raczej jako surowy czyściec niż raj. Bliżej z niego do piekła niż do nieba. Szlachta czuje do Żydów obrzydzenie, chłopi ich nienawidzą, prawo ich nie chroni. W każdej chwili mogą zostać wyrzuceni z miast, do których przybywają, bo prawo zabrania im posiadania ziemi. Wszyscy chcą ściągać od nich podatki, nikt nie chce przyznać im przywilejów. Być Żydem to być kimś gorszym od chłopa – żyć na dole drabiny społecznej i czuć pospólną nienawiść do siebie. Bez względu na to, kto z kim prowadzi wojny, jako pierwsi ofiarą prześladowań padają Żydzi.

Czego Frank chciał w tym świecie wielorakiej nierówności? Równości. Dlatego przyjął chrzest i zabiegał o to, by przechrzczonych braci uszlachcono. Marzył o nieśmiertelności, o ustaniu cierpienia, ale jego współwyznawcy przełożyli to na utopię normalności. Tokarczuk nie stworzyła powieści przygodowej, choć jej książka opowiada o niezwykłych wydarzeniach. To, co czytamy, jest narracją przeciwatrakcyjną.

W narracji tej ogromną rolę odgrywa codzienność. Jedzenie, higiena, edukacja chłopców i dziewcząt, związek wiary i pochodzenia etnicznego z umiejscowieniem w strukturze społecznej. Kiedy Żydzi marzą o zmianie życia, kiedy snują opowieści o odmianie, która powinna nastąpić po chrzcie, nie roją o złocie i panowaniu. Mówią o dobrej codzienności – bez głodu i upokorzeń, z domem i kawałkiem ziemi, w spokoju i sprawiedliwości. „Czy nie mogłoby być wszystkiego pod dostatkiem, i ciepła, i jedzenia, i dachów nad głowami, i piękna? Komu by to szkodziło? (…) czy nie mogłoby być więcej czasu, więcej namysłu nad wszystkim?”. W Polsce te marzenia nie mogły się spełnić. Po pierwsze, Frank nie ustawał w poszukiwaniu prawdziwego Boga, więc rychło popadł w herezję. Po drugie, znudzili się nim jego protektorzy.

Dla arystokracji i kleru sprawa frankistów była okazją do pognębienia talmudystów i osiągnięcia spektakularnego sukcesu, jakim było ochrzczenie kilku tysięcy Żydów i popisanie się tym przed Watykanem. Przez jakiś czas przyjmowano Franka na warszawskich salonach z ciekawością, bo ubierał się z turecka. Kiedy obcość spowszedniała, nie nastąpił czas budowania wspólnej codzienności. Zabrakło wsparcia prawnego, finansowego i obyczajowego. Do głosu doszła najpierw obojętność, a potem poczucie wstrętu. Zbiegło się to z posądzeniem Franka o herezję i doprowadziło do jego uwięzienia. Przez trzynaście lat przebywał w klasztorze Paulinów na Jasnej Górze. A ponieważ nie przestał w tym czasie nauczać, w sercu polskiego katolicyzmu zagnieździła się herezja. Jej podstawą było utożsamienie Matki Boskiej z szechiną – prawdziwą obecnością Boga. Objawia się ona jako rzeczywistość sprzed porządku ludzkiego, naga, nieuformowana realność. Tam, gdzie Bóg jest obecny i gdzie człowiek doświadcza jego istnienia, prawo i grzech nie mają dostępu.

Państwo, prawo, gwardia

Upór, z jakim Frank szukał skrawka ziemi dla swojej społeczności, każe na niego spojrzeć jako na człowieka nowoczesnego. „Księgi Jakubowe” to powieść o nieudanym Mesjaszu, ale też o człowieku, który próbował pogodzić religię z nowoczesnością. Frank rozumiał, że przejście na katolicyzm to podstawa asymilacji. Ale dążył do osiągnięcia rzeczy prawie niemożliwej – zbiorowej autonomii. Nawet więc jeśli pochodził z innego wymiaru historii, jego myśl polityczna była nowoczesna: chciał, żeby jego „państwo” miało własną ziemię, skarb i armię i żeby kobiety należące do „państwa” nie łączyły się z obcymi. Był zatem pierwszym syjonistą. Równocześnie myślenie Franka nosiło znamiona tradycyjne: jego „państwo” było autorytarne i patriarchalne – ciała młodych mężczyzn zaprawiano w musztrze, a ciała kobiet przydzielano rozkoszy męskiej.

Frankiści jako słabsi mogli zyskiwać przywileje wyłącznie drogą intryg i układów. Na kartach ich historii nie brakuje więc rzeczy wstydliwych i haniebnych. Jeszcze w Polsce poświadczyli przeciw ortodoksyjnym Żydom nieprawdę, mówiąc, że porywają chrześcijańskie dzieci na macę. W Austrii Jakub stręczy cesarzowi swoją córkę, z którą sam regularnie wcześniej współżył. Dlaczego tak postępował? Bo sądził, że aby przyspieszyć osiągnięcie prawdy, należy czynić wszystko, co zakazane. Prawo jest bowiem najgęstszą siecią podtrzymującą świat. Kto ją poszarpie, ten zobaczy życie w całym jego nieuformowaniu. Jakubowi blisko do buntowników z naszych dramatów romantycznych. Albo do groteskowej wersji kafkowskiego petenta stojącego przed drzwiami Prawa. Nie czeka potulnie i nie prosi. Chce sprowokować reakcję Boga, więc wybiera bezwstyd.

Doskonałość form nieprecyzyjnych

„Księgi Jakubowe” to powieść fikcyjna i historyczna, utrzymana w konwencji realistycznej i odwołująca się do realizmu magicznego, kronika rodu i panorama społeczeństwa. To literatura i więcej niż literatura. Bo „literatura to jest jakiś rodzaj wiedzy”, jak stwierdza w liście do Drużbackiej ksiądz Chmielowski. A zarazem, jak pisze w innym liście, literatura to „doskonałość form nieprecyzyjnych”.

Oba te zdania wypowiada także – już pod koniec „Ksiąg” – inna postać. To Julian Brinken, autor pierwszej powieści poświęconej ruchowi frankistów, napisanej w 1825 r., ale nigdy niewydanej. To, że Brinken wypowiada te same zdania, których wcześniej użył Chmielowski, pozwala sądzić, że autorka sytuuje swoją powieść w długiej tradycji. W tradycji tej nikt nie jest autorem wyłącznym, bo każdy pisarz tka pożyczonymi nićmi na cudzych krosnach. Ale najważniejsze w tej tradycji jest traktowanie literatury jako formy przekazywania wiedzy i metody poznania. Jeśli sztuki stawiania złożonych pytań uczymy się od złożonych opowieści, to mamy taką wiedzę o przeszłości, jaką mamy literaturę.

Tokarczuk nie napisała ostatecznego wyjaśnienia sprawy Jakuba Franka; raczej wciągnęła nas do mądrościowego i kolektywnego myślenia o literaturze. Miarą doskonałości form literackich w tym myśleniu jest zdolność tekstu do łączenia tego, co osobne – tak aby coraz mniej istnień było skazanych na dwieście lat samotności.

*Przemysław Czapliński - literaturoznawca, profesor UAM w Poznaniu. Autor m.in. książek „Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje” (2009) oraz „Resztki nowoczesności” (2011)

„Księgi Jakubowe”

Olga Tokarczuk

Wydawnictwo Literackie
Kraków

 

Wyborcza.pl

Reporterka śledcza na tropie „sekty gender”, czyli zmarnowane pół roku życia

Paweł Kośmiński, 21.10.2014
 „Sekta gender” – tak tygodnik „Do Rzeczy” nazwał swój okładkowy materiał. Ale pomyli się ten, kto uzna tekst za reportaż, jakich wiele
Skoro feministki to – ku zdziwieniu redakcji tygodnika „Do Rzeczy” – „często żony, czasem nawet matki”, a niekiedy także (o zgrozo) mężczyźni, może więc ten gender nie jest jednak „ideologią” „maniaków seksualnych”?
„Sekta gender” – tak tygodnik „Do Rzeczy” nazwał swój okładkowy materiał. Ale pomyli się ten, kto uzna tekst za reportaż, jakich wiele. Redakcja nie pozostawia wątpliwości: to prawdziwe „śledztwo”. „Nasza reporterka przeniknęła do środowiska polskich feministek” – dowiadujemy się z pierwszej strony poniedziałkowego wydania.Jak dokonać czegoś tak niesamowitego? Otóż dziennikarka zapisała się na podyplomowe gender studies w Instytucie Badań Literackich PAN. Wielu próbowało, mało komu jak dotąd się udało. Trzeba przecież złożyć podanie, wypełnić kwestionariusz, dostarczyć dyplom lub jego odpis i wnieść niespecjalnie wygórowaną opłatę za semestr. Ten, kto do tajemnicy zostanie dopuszczony, ujrzy „prawdziwą twarz gender”.Ale ta jakaś taka dziwna. „Kto uważa, że zwolenniczki i propagatorki gender to smutne panie ubrane w zgrzebne wory, bez makijażu, dobrej fryzury i najmniejszych oznak atrakcyjności, jest w błędzie. Studentki to przeważnie ładne, młode dziewczyny. Nie stronią od kobiecych dodatków i drobiazgowo dobranych elementów garderoby. Noszą spódnice, korale, kolczyki, szale, buty na obcasach” – nie może się nadziwić reporterka.To jednak nie wszystko! Te feministki nie są też „sfrustrowanymi singielkami”, to „często żony, czasem nawet matki, które w przerwie między zajęciami dzwonią do domu, by porozmawiać z dzieckiem”.

Jest jednak zgrzyt. Panie (i trzech panów) siedzą wśród „wypłowiałych dywanów, przykurzonych flipchartów” i okien „tak brudnych, że skrzyżowanie Nowego Światu ze Świętokrzyską widać zza nich jak gęstą mgłę”. Przed dwoma tygodniami abp Stanisław Gądecki sugerował: za „uczeniem chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki”, może czaić się zło. A nuż miał rację? – myśli sobie czytelnik.

Co jeszcze zaskoczyło śledczą „Do Rzeczy”? Używane przez kursantki formy żeńskie (choćby „filolożka” zamiast „filolog”), „ekscentryczna terminologia” (np. „wytwarzanie podmiotu macierzyńskiego”), dyskusje o tym, czy urodzenie dziecka to zawsze „wybór kobiety”. Jako godne odnotowania uznaje także to, że omawiana podczas zajęć lektura „leży niemal na każdym stoliku”.

By przygotować tekst, autorka studiowała w PAN przez pół roku.

A może nie taki ten gender straszny, skoro wniknięcie w środowisko „genderystów” na tak długo nie zaowocowało wnioskami przypominającymi to, co niemal codziennie słyszymy z ust hierarchów kościelnych i czytamy w prawicowych mediach?

Jeśli feministki tworzą rodziny, a przerwę między zajęciami niektóre wykorzystują na telefon do dziecka, gender nie jest nawet – jak twierdzi ks. Dariusz Oko – „ideologią” „maniaków seksualnych”?

Chyba że jednak jest zaraźliwy – jak zdają się sugerować przedstawiciele Kościoła i prawicowi publicyści – i po kursie reporterka nie jest już sobą? Tak czy siak szkoda tego pół roku.

 

Wyborcza.pl

W sprawach klimatycznych Polska może co nieco wywalczyć, bo Unia Europejska woli dwutlenek węgla niż PiS

Tomasz Bielecki, Luksemburg, 21.10.2014
Ewa KopaczEwa Kopacz (&Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)
Polska grozi, ale coraz ciszej, zgłoszeniem weta na szczycie UE, który ma w ten czwartek zająć się nowym pakietem klimatycznym na okres do 2030 r. Polacy walczą o darmowe prawa do emisji CO2 dla polskich elektrowni, ale wywołuje to olbrzymie opory w Unii.
Kraje Unii zobowiązały się w 2007 r. do obniżenia emisji gazów cieplarnianych, czyli głównie dwutlenku węgla o 20 proc. do 2020 r. (względem 1990 r.). Natomiast na najbliższym szczycie UE, który zacznie się w ten czwartek w Brukseli, Unia powinna ustalić reguły redukcji CO2 na kolejną dekadę – do 2030 r. Komisja Europejska zaproponowała ogólnounijny cel redukcji na poziomie 40 proc. (względem 1990 r.). I tej liczby nie kwestionuje już właściwie żaden z krajów UE. Bitwa toczy się teraz o podział kosztów między poszczególnych członków Unii.Głównym hamulcowym w sprawie CO2 jest Polska. Po pierwsze, nasza gospodarka jest zapóźniona w stosunku do unijnej średniej i oparta na węglu, a więc szybkie doszlusowanie do zachodnich wzorców coraz czystszej energii byłoby dla nas wyjątkowo trudne i kosztowne. Po drugie, walka z globalnym ociepleniem nie ma wielkiego wzięcia wśród Polaków. Cenę ocieplenia będą płacić dopiero wnuki i prawnuki obecnych wyborców, a idea solidarności między pokoleniami bywa często uznawana w Polsce za ekologiczne dziwactwo. Polska opinia publiczna naciska na kolejne rządy, by broniły się przed narzuceniem im wysiłków na rzecz redukcji CO2, a nie przejmowały się losami Ziemi za parę dekad.- Jeśli obecny projekt postanowień szczytu UE nie zostanie zmieniony, to będę rekomendował pani premier Ewie Kopacz ich odrzucenie – ostrzegał wczoraj minister ds. europejskich Rafał Trzaskowski po ostatniej przedszczytowej naradzie 28 ministrów UE w Luksemburgu. Za zamkniętymi drzwiami deklarował, że Polska chce kompromisu opartego na redukcji o 40 proc. – Problem w tym, że zarazem obwarował porozumienie tyloma nieprzekraczalnymi warunkami, że inne kraje Unii mogą tego nie przełknąć – mówi uczestnik tej narady z Europy Zachodniej.Czy Czesi i Węgrzy porzucą Polaków?

Polacy starają się grać w sprawie CO2 wspólnie z Grupą Wyszehradzką oraz Bułgarią i Rumunią, ale wczoraj pojawiły się rysy na tym „sojuszu eurobiedoty”. – Czesi nie stawiają tak wielkich żądań jak Polacy – przekonują nasi rozmówcy. Nie ma też pewności, czy Polaków na ostatniej prostej nie porzucą Węgrzy. Jednak z drugiej strony Berlin, który zawsze broni ambitnych celów w walce z globalnym ociepleniem, prze teraz do kompromisu i coraz bardziej wyciąga rękę w stronę Polaków. Niemieccy negocjatorzy dyplomaci półżartem przyznają się Polakom, że wolą „gorszy pakiet klimatyczny od upadku rządu w Warszawie i wygranej PiS-u z powodu CO2″.

Walka z emisjami CO2 w Unii opiera się przede wszystkim na systemie sprzedaży uprawnień do emisji dla przedsiębiorstw z wielu bardzo „dymiących” sektorów gospodarki.

Premier Kopacz publicznie obiecywała Polakom, że nie zgodzi się na takie dodatkowe obciążenia Polski w walce z globalnym ociepleniem, które doprowadziłyby do wzrostu cen energii w Polsce. W praktyce oznacza to walkę o przedłużenie obecnego przywileju dla polskich elektrowni, który polega na przyznawaniu im zezwoleń za darmo. Ta ulga, zgodnie z dotychczasowymi umowami między krajami Unii, powinna wygasnąć już w 2019 r., bo Polska – wedle brukselskich ocen – już mocno stanęła na własnych nogach m.in. dzięki unijnym funduszom z polityki spójności. I nawet jeśli chce trwać przy węglu, to – jak przekonują brukselscy eksperci – powinna zacząć na serio inwestować w technologie pozwalające radykalnie ograniczać ilość CO2 nawet w węglowych elektrowniach.

- Rok 2019 to za wcześnie na zakończenie okresu przejściowego dla elektrowni! Trzeba go przedłużyć na kolejną dekadę – uparcie powtarzają Polacy. Co więcej, spierali się wczoraj z ekspertami Komisji Europejskiej nawet co do szacunków, ile polskie elektrownie potrzebują zezwoleń po 2020 r. I jeśli szczyt UE wywróci się w czwartek z powodu CO2, to pójdzie głównie o konflikt wokół darmowych zezwoleń dla polskich elektrowni.

Unijne wsparcie dla eurobiedoty

Najbogatsi unijni gracze z Zachodu próbują ugłaskiwać eurobiedotę za pomocą dwóch rozwiązań. Po pierwsze, pomiędzy wszystkie kraje UE zostanie rozdzielone tylko 90 proc. dostępnych zezwoleń na emisję CO2. Pozostałe 10 proc. otrzymają dodatkowo (choć nie za darmo) tylko najmniej rozwinięte kraje z naszego regionu Europy, ale też np. Portugalia. Po drugie, przychody ze sprzedaży co najmniej 1 proc. zezwoleń na emisję CO2 utworzą fundusz przeznaczony m.in. na inwestycje w modernizację przemysłu energetycznego. Korzystać z niego mogłyby w zasadzie tylko kraje Europy postkomunistycznej.

Polska bije się o zwiększenie tego funduszu do 2 proc. wszystkich unijnych zezwoleń, co dałoby nam dodatkowe 15 mln euro rocznie. Jednak to byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby do tego funduszu zechciały się dorzucić Francja i Niemcy. Wprawdzie Berlin już sygnalizuje gotowość do ofiarności, ale nie na aż tak dużą skalę.

Polacy szacują, że ulgi dla elektrowni, a także fundusze solidarnościowe w walce z CO2 pozwoliłby zaoszczędzić polskiej gospodarce kilkanaście miliardów do 2030 r.

- Ton dzisiejszej dyskusji ministrów przed czwartkowym szczytem był budujący – optymistycznie przekonywał we wtorek Sandro Gozi, przedstawiciel włoskiej prezydencji w UE.

Choć Warszawa do niedawna bardzo mocno pohukiwała o możliwości zgłoszenia weta na szczycie, to z dnia na dzień robi to coraz ciszej. Dlaczego? Rosną szanse na całkiem znośną ugodę. A ponadto weto w UE jest bardzo niedoskonałym instrumentem. – Temat CO2 nie zniknie, będzie wracać na kolejnych szczytach – mówi Trzaskowski.

Ponadto można sobie wyobrazić narzucanie niektórych elementów pakietu klimatycznego tylnymi drzwiami, czyli za pomocą przepisów uchwalanych – bez wyraźnego zielonego światła ze strony szczytu UE – przez europarlament oraz Radę UE (ministrów krajów Unii), gdzie żaden kraj nie ma prawa weta.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz