RSS
 

Booker

 

Literatura jak serial? „Wszystko, co lśni” – najważniejsza powieść ostatnich lat

Wojciech Engelking
16.10.2014
Z okładki "Wszystkiego, co lśni"
Z okładki „Wszystkiego, co lśni” • Wydawnictwo Literackie

Sarkastycznie można powiedzieć, że w promocji „Wszystkiego, co lśni” Eleanor Catton wszystko jest „naj-”: najmłodsza laureatka prestiżowego Bookera w historii nagrody (Catton miała dwadzieścia osiem lat; takie tuzy literatury, jak Julian Barnes, często pierwszego Bookera dostawali po sześćdziesiątce), najdłuższa w historii nagrody powieść – w polskim wydaniu trochę ponad tysiąc stron. Można, bo machina promocyjna rządzi się swoimi prawami. Ale prawa czysto literackie, którymi rządzi się „Wszystko co lśni”, sprawiają, że zapał krzyczenia „naj” blednie. To jedna z najlepszych anglojęzycznych powieści ostatnich lat.

O obrotach ciał niebieskich
Hokitika, Nowa Zelandia, wietrzny, burzliwy wieczór w 1866 roku. Do miasteczka na frachtowcu „Z Bogiem” przybywa Walter Moody, młody prawnik, który – nie on pierwszy i nie on ostatni z tych, którzy zjawili się w miasteczku słynącym z tego, że w jego okolicach sporo jest obfitych złóż złota – pragnie rozpocząć nowe życie. Przerażony, z bagażem cały czas pozostawionym na statku, trafia do hotelu Korona, gdzie spotka dwunastu mężczyzn, którzy opowiedzą mu o wypadkach, które nie tak dawno wstrząsnęły Hokitiką – a sam Moody pomoże im rozwikłać zagadkę, nad którą głowią się od dłuższego czasu, a która może zaważyć na reputacji miasteczka.

Eleanor Catton in conversation with Robert Macfarlane - April 2014
Eleanor Catton in conversation with Robert Macfarlane – April 2014 •YouTube

Brzmi jak kryminał, powieść wiktoriańska, literatura postkolonialna i thriller w jednym? „Wszystko, co lśni”, to coś o wiele większego. „Interesuje mnie bardziej to, co czyni prozę zajmującą, ciekawą, niż jej cechy formalne, wyszukany styl” – mówi prowokacyjnie Eleanor Catton w jednym z wywiadów. Prowokacyjnie – bo w przypadku „Wszystkiego, co lśni” to nie do końca prawda. Swoją powieść Nowozelandka zbudowała bowiem na fascynującym pomyśle formalnym: napisania wielkiej, odwołującej się do dziewiętnastowiecznych klasyków gatunku powieści używając jako formalnej bazy faz księżyca.

Każda z dwunastu części „Wszystkiego, co lśni” to inna faza i inny gwiazdozbiór; zapewne gdybyśmy potrafili sprawnie posługiwać się horoskopem, łatwo moglibyśmy z tytułów kolejnych rozdziałów wydedukować, co przydarzy się głównym bohaterom, a także – kto jest sprawcą zamieszania w nowozelandzkim miasteczku. Użycie faz księżyca jako formalnej bazy Catton potraktowała na poważnie, nie tylko jako olśniewający, a niewiele mający wspólnego z narracją eksperyment: jej powieść wpierw jest rozwlekła – jak pierwsza, najdłuższa faza, z rozdziałem ciągnącym się przez trzysta stron – by później przyspieszyć i być coraz krótszą. Ostatni rozdział „Wszystkiego, co lśni”, ma stron ledwie trzy.

Catton finds harmony in novel's mix of mystery and astrology
Catton finds harmony in novel’s mix of mystery and astrology •YouTube

Prawda istnieje tylko w kontekście
Swoją pierwszą, debiutancką powieść „The Rehearsal” Catton poświęciła tematowi roztrząsanemu przez literaturę już wielokrotnie – romansowi starszego mężczyzny z młodą dziewczyną, w tym wypadku – małomiasteczkowego nauczyciela muzyki z jego uczennicą. Brak jednak było w „The Rehearsal” płomiennych opisów miłosnych i seksualnych uniesień: Catton skoncentrowała się raczej na tym, jakie pokłosie miał romans ten wśród innych uczniów szkoły, rodziny uczennicy, mieszkańców miasteczka: powieść utkała z monologów poszczególnych postaci, bardziej niż na samym skandalu skupiających się na sobie. We „Wszystkim, co lśni” stosuje podobny zabieg.

„Prawda istnieje tylko w kontekście” – mówi z chytrym, prawniczym instynktem Walter Moody jednemu z bohaterów powieści. To fundamentalne założenie, które przenika całą powieść Eleanor Catton: nie jest bowiem istotne, kto tak naprawdę zabił miejscowego pustelnika i alkoholika Crosbiego Wellsa, dlaczego w jego domu odnaleziono gigantyczną fortunę (pieniądze, mówi jeden z bohaterów, za które by kilku ludzi mogło żyć w luksusie do końca swoich dni), dlaczego którejś nocy znaleziona na ulicy nieprzytomna prostytutka Anna Wetherell została oskarżona o próbę samobójstwa, dlaczego z Hokitika nagle zniknął miejscowy złoty chłopiec – młody bogacz, Emery Staines.

Man Booker Prize 2013 The Luminaries by Eleanor Catton
Man Booker Prize 2013 The Luminaries by Eleanor Catton •YouTube

Istotna jest dyskusja, jaką prowadzą zebrani w bocznej, klubowej sali hotelu Korona mieszkańcy – dwunastka reprezentująca cały przekrój społeczny miasteczka, którzy opowiadają, jaki swój udział mieli we wszystkich tych zdarzeniach. Ich opowieści roją się od zamierzonych przez Catton luk i nieścisłości, które każdy z opowiadających próbuje zakryć niemówieniem o tym, jaka była jego faktyczna rola w skandalu w Hokitika. Bo, jak stwierdza szczerze jeden z bohaterów: „Nie powinno się nigdy brać prawdy opowiedzianej przez jednego człowieka jako własnej”.

Literatura i serial
W jednym z wywiadów zapytana o źródła inspiracji Catton wprost przyznaje się do tego, że najwięcej czerpie z nowych, jakościowych telewizyjnych seriali: „Breaking Bad”, „The Wire” czy „True Detective”. I to we „Wszystko, co lśni” widać – co uderza w powieści Nowozelandki, to drobiazgowo przeprowadzona dokumentacja, znakomite wyczucie tempa, ta serialowość, która zasadza się na mocnej, wciągającej historii – i – poniekąd bezwiednie – opowiada de facto o wszystkim, co dzieje się obok.

 Eleanor Catton e seu premiado livro "Os Luminares" TV FOLHA TV FOLHA
Eleanor Catton e seu premiado livro „Os Luminares” TV FOLHA TV FOLHA•YouTube

„Wszystko, co lśni” to wielka – naprawdę wielka – powieść o tym, jak nie daje się rozpocząć nowego życia: nawet w złotodajnym świecie, w którym o przewagach prowadzonych na starych kontynentach niewiele nowym towarzyszom podróży wiadomo, nad poszukiwaczami fortuny ciąży zapisane w gwiazdach fatum. Które, kiedy się ziszcza, to nie dość, że jest znakomicie przez Catton opisane, ile – dzięki w dużej mierze otwartemu zakończeniu – pozostaje równie niesprawiedliwe i zagadkowe, jak na samym początku, jak zapisane w gwiazdach przeznaczenie i łut szczęścia, za sprawą którego jeden znajduje w ukrytym w nowozelandzkiej ziemi złocie fortunę, a drugi – nie.

natemat.pl

 

 

 

 

 

 

„Upokarzająca droga” po pigułkę antykoncepcyjną. „Po stosunku? U nas się takich rzeczy nie przepisuje!”

klep, 16.10.2014
Fotel ginekologicznyFotel ginekologiczny (Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta)
„Jaką tabletkę?! Głośniej proszę! Po stosunku? U nas się takich rzeczy nie przepisuje!” – usłyszała Agata Diduszko-Zyglewska w warszawskim szpitalu. To samo wcześniej w przychodni i innym szpitalu. Nikt nie chciał wypisać legalnej tabletki „po”. Diduszko-Zyglewska opisała swoją historię w „Dzienniku Opinii”.
„Wydawałoby się, że w kraju, w którym niedozwolona jest aborcja z powodów społecznych, ekonomicznych i psychologicznych – co, przypomnijmy, jest jednym z najbardziej restrykcyjnych rozwiązań w Europie – lekarze powinni robić wszystko, żeby pomóc kobietom uniknąć dramatu niechcianej ciąży. Jest inaczej” - pisze w „Dzienniku Opinii” Agata Diduszko-Zyglewska.Upokarzająca drogaPublicystka podkreśla, że lekarze wolą „złamać prawo i zasady etyki zawodowej, niż wypisać legalną postkoitalną tabletkę antykoncepcyjną”. Przyznaje, że sama przebyła „upokarzającą drogę”, by zdobyć pigułkę, i decyduje się opowiedzieć swoją historię. Jej zdaniem tylko „osiągnięcie masy krytycznej tego rodzaju świadectw” skłoni ministra zdrowia do interwencji.

Opowieść Diduszko-Zyglewskiej zaczyna się od zakładu nocnej i świątecznej opieki medycznej przy ul. Sapieżyńskiej w Warszawie, gdzie jej mąż dowiaduje się, że „takie sprawy” załatwia się w szpitalu położniczym przy ul. Karowej. Tam pielęgniarki nie pozostawiają złudzeń: priorytetem na oddziale są ciężarne, lekarz będzie dostępny za kilka godzin. Jeśli w ogóle zdecyduje się wypisać receptę. Diduszko-Zyglewska jest więc odesłana do placówki na Solcu.

Poniżej publikujemy fragment jej historii.

Diduszko opisuje: Wizyta w szpitalu na Solcu

„Jaką tabletkę?! Głośniej proszę! Po stosunku? U nas się takich rzeczy nie przepisuje!”

To pielęgniarka w izbie przyjęć. Pytam, czy ten szpital ma podpisany kontrakt z NFZ. Ma. Twierdzę, że w takim razie się przepisuje. Zaraz się przekonam, jak bardzo się mylę – nie będę im tu jakimiś kontraktami wymachiwała przed nosem. Upieram się, że pielęgniarka nie może odmówić mi udzielenia pomocy w imieniu szpitala, i proszę, żeby zapytała lekarza, który przyjmuje na izbie przyjęć, czy jednak wypisze mi receptę. Idzie do gabinetu, zza drzwi słychać podniesione głosy. Nie ma mowy, proszę pani. To – z charakterystycznym uniesieniem brwi – może wypisać tylko ginekolog. Nieprawda! Prawda – u nas tylko ginekolog, ale nasi ginekolodzy tego nie robią. Proszę o wezwanie ginekologa. Pielęgniarka dzwoni. Niestety, okazuje się, że wszyscy ginekolodzy robią właśnie cesarskie cięcie i że to potrwa 2-3 godziny (?!). A tak w ogóle takie sprawy załatwia się w przychodni nocnej opieki zdrowotnej, zamiast zawracać głowę ludziom, którzy zajmują się poważniejszymi sprawami. W sumie zgadzam się, ale przecież odesłano mnie tutaj ze szpitala, do którego odesłano mnie właśnie z przychodni. Co mam zrobić? No przecież słyszałam – jechać do przychodni! Jadę.

 

Druga wizyta w zakładzie nocnej i świątecznej opieki medycznej przy ul. Sapieżyńskiej

Lekarka, z którą wcześniej rozmawiał mój mąż i której na wstępie opowiadam o próbach zdobycia recepty w szpitalach, nie pozostawia mi żadnych złudzeń.

Ona takich rzeczy nie-wy-pi-su-je.

Nawet nie wie, jak to się nazywa, a poza tym napatrzyła się już na skutki działania takich tabletek w szpitalach i ona tego na swoje sumienie nie weźmie. Pytam, czy weźmie na swoje sumienie moją przypadkową i niechcianą ciążę i w jej efekcie psychiczne i finansowe bankructwo mojej rodziny (mam dwójkę dzieci i kredyt – i nie stać mnie na powiększanie rodziny pod żadnym względem). To nie jej sprawa – mogłam się lepiej zabezpieczyć.

Pytam dalej: czy wie, że w wielu krajach na zachód i południe od Polski te tabletki są sprzedawane w aptekach bez recepty, więc nie mogą chyba być aż tak niebezpieczne? Nie wie i jej to nie obchodzi. Pytam, czy nie ma poczucia, że skoro jest lekarką w przychodni, która podpisała kontrakt z NFZ, to ma obowiązek udzielania pacjentom pomocy w ramach określonych przez polskie prawo, a nie swoje osobiste poglądy. Nie ma takiego poczucia. Zdradzam, że jestem dziennikarką, proszę ją o podanie imienia i nazwiska i upieram się, że nie wyjdę z gabinetu, dopóki nie dostanę odmowy wypisania recepty z uzasadnieniem na piśmie. Dopiero w tym momencie pani doktor na chwilę traci kamienny wyraz twarzy i proponuje mi, żebym poszła zapytać jej kolegę za ścianą, czy on nie zechce wypisać mi tej recepty. Mówię, że zrobię to, ale dopiero po otrzymaniu od niej odmowy na piśmie. W takim razie lekarka sama idzie do kolegi, ale – jak słyszę przez drzwi – tylko po to, żeby uzgodnić, co najlepiej napisać w odmowie. Wraca uspokojona solidarnością kolegi i wypisuje mi odmowę o następującej treści:

„P. Agata Diduszko-Zyglewska zgłosiła się w dn. 02.09.2014 do gab. NFZ z żądaniem wystawienia Rp. na lek o nazwie Postinor. W/w lek powinien być przepisany po wykonaniu badania ginekologicznego. Pacjentka została przekierowana do p. ginekologicznej (najbliższy szpital o tym profilu ul. Karowa)”.

Kiedy zwracam jej uwagę, że w odmowie brakuje uzasadnienia, a twierdzenie, że skierowała mnie do miejsca, w którym otrzymam pomoc, jest kłamstwem, bo właśnie stamtąd do niej trafiłam, nie otrzymawszy jej, wychodzi bez słowa z gabinetu. Kiedy idę za nią i proszę, żeby podstemplowała ten kwitek swoją lekarską pieczątką – nie widzi powodu, żeby to robić. Zatrzaskuje mi drzwi gabinetu przed nosem. Koniec wizyty.

Etyka tylko za sowitą opłatą

Diduszko-Zyglewska ostatecznie zdobyła tabletkę od przyjaciół z Krakowa. Mieli zapas, który zrobili najpewniej podczas wakacji gdzieś w Europie, gdzie takie leki dostaje się bez recepty.

„Jednak cały czas zastanawiam się nad losem kobiet, które nie mają dobrze zaopatrzonych przyjaciół albo dosyć pieniędzy, żeby skorzystać z usług prywatnych poradni, gdzie lekarze, za sowitą opłatą, zachowują się etycznie. Bezwzględność, arogancja i brak chęci niesienia pomocy, z którymi zetknęłam się tej nocy, były niesłychane, a przecież prosiłam o pomoc przysługującą mi – również dlatego, że przez całe życie płacę podatki i składkę na ubezpieczenie zdrowotne – i w pełni legalną” – kwituje.

Cały tekst na stronach „Dziennika Opinii” >>>

gazeta.pl

Dodaj komentarz