RSS
 

17.10.14 Smoleńsk

 

Działacze uciekają z wielkopolskiej Platformy. Zakładają własne komitety lub przechodzą do konkurencji

Tomasz Cylka, 17.10.2014
Filip Kaczmarek, szef poznańskiej PO:<br />
- To zwykłe emocje<br />
przedwyborcze.<br />
Ci, którzy mają wysokie<br />
miejsca na listach,<br />
zazwyczaj siedzą cicho.<br />
Buntują się niezadowoleniFilip Kaczmarek, szef poznańskiej PO: – To zwykłe emocje przedwyborcze. Ci, którzy mają wysokie miejsca na listach, zazwyczaj siedzą cicho. Buntują się niezadowoleni (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Kolejni znani działacze opuszczają wielkopolską Platformę. W Poznaniu z partią rozstała się była szefowa NFZ, w Lesznie swój komitet wyborczy założył obecny poseł, a w Gnieźnie – były prezydent miasta.
W Poznaniu, po byłym pośle Dariuszu Lipińskim, PO opuściła Zbigniewa Nowodworska, była szefowa wielkopolskiego Narodowego Funduszu Zdrowia i dyrektorka miejskiego ośrodka zdrowia Posum, w którym leczą się poznaniacy. Kilka lat temu to wsparciu Platformy zawdzięczała fakt, że kierowała regionalnym Funduszem, teraz przeszła do niezależnego komitetu prezydenta Ryszarda Grobelnego i wystartuje do rady miasta.- Nie rozumiem tej decyzji. Otrzymała od nas propozycję startu z piątego miejsca. Rozumiem, że pozycja lidera mogłaby być kusząca, ale w prezydenckim komitecie ma tylko trójkę. Grobelny zachowuje się jak kłusownik, wyłapując członków innych partii. Mówienie o niezależności tego komitetu jest niepoważne – mówi Filip Kaczmarek, szef poznańskiej PO.

Nowodworska na razie tylko zawiesiła swoje członkostwo w Platformie, ale jej wykluczenie z partii jest przesądzone. Statut mówi jasno: każdy, kto startuje w wyborach z innego komitetu, jest z partii usuwany. Była szefowa NFZ przyznaje, że teraz interesuje ją działalność społeczna, a nie partyjna.

Jeszcze goręcej jest w Lesznie. Poseł PO Łukasz Borowiak startuje na prezydenta ze swojego niezależnego komitetu PL 18. – To nie była łatwa decyzja, ale najważniejsze jest dla mnie Leszno, a nie partia – tłumaczy Borowiak. – Nie wnikam w swoją przyszłość polityczną. Jestem politykiem, który zajmuje się rozwiązywaniem lokalnych i regionalnych problemów, a nie człowiekiem z pierwszych stron gazet – tłumaczy poseł.

Parlamentarzysta od kilku miesięcy chciał startować na prezydenta miasta jako kandydat PO, ale partia wskazała byłego komendanta wojewódzkiego policji Tadeusza Pawlaczyka.

Borowiak pociągnął za sobą grupę kilku lokalnych działaczy Platformy, wśród nich jest m.in. popularny w Lesznie były szermierz Sławomir Mocek. – Poseł Borowiak dostał od nas propozycję jedynki na liście do sejmiku, o którą sam zabiegał. Wybrał inną drogę. Jego czas w PO już się skończył, a to oznacza, że sam się wykluczył z przyszłorocznych wyborów parlamentarnych - tłumaczy Leszek Wojtasiak, wiceszef regionalnej PO.

Borowiak w Sejmie należy do grupy konserwatystów Platformy, sprzeciwia się związkom partnerskim i zabiegom in vitro.

W Gnieźnie ze swojego komitetu startuje były prezydent tego miasta Jaromir Dziel. Rezygnuje z szyldu PO, bo – jak stwierdził – nie jest to już jego Platforma. Jako bezpośredni powód rozstania podaje nierozwiązaną aferę taśmową. Na razie jednak formalnej rezygnacji z PO nie złożył. Czy zarząd wojewódzki Platformy potraktuje go jak Borowiaka i wykluczy z partii?

- W kilkunastu przypadkach wyrażaliśmy zgodę na start naszych działaczy z innej listy. Czy tak było w tym przypadku, nie potrafię na dziś powiedzieć – przyznaje Wojtasiak.

Co się dzieje z wielkopolską Platformą, że na miesiąc przed wyborami samorządowymi odchodzą z niej znani politycy? – To zwykłe emocje przedwyborcze. Ci, którzy mają wysokie miejsca na listach, zazwyczaj siedzą cicho. Buntują się niezadowoleni – tłumaczy Kaczmarek. Wojtasiak nie ma wątpliwości: – To niespełnione ambicje kilku polityków, którzy nie rozumieją, że nazwiska same nie grają – twierdzi.

 

Wyborcza.pl

Niewolnica Laura ucieka

Bartosz T. Wieliński, 17.10.2014
 W podobnej sytuacji znajduje się tysiące FilipinekW podobnej sytuacji znajduje się tysiące Filipinek (Fot. SOPHIE ELBAZ)
Kolejny kuwejcki dyplomata więził filipińską służącą. Gdy zaczęła domagać się wolności, próbował ją wywieźć z Polski. Udaremniła to fundacja La Strada i Straż Graniczna
25 sierpnia Khaled al-Saqabi, attaché warszawskiej ambasady Kuwejtu, pędził na Okęcie. Na tylnym siedzeniu wiózł niespełna 40-letnią Laurę, filipińską służącą, która w jego domu pracowała od dwóch lat. Kobiecie powiedział, że musi ją wysłać na kilka tygodni do Kuwejtu. Jednak na bilecie widniała Manila. Kuwejtczyk zamierzał odesłać ją na Filipiny i w ten sposób pozbyć się problemu. O tym, dokąd leci, dziewczyna miała się dowiedzieć dopiero po przejściu przez bramki kontroli.Laura w rezydencji Kuwejtu prała, sprzątała, gotowała, opiekowała się dziećmi. Pracowała po 16 godzin na dobę. Także w soboty i niedziele. Za pracę dostawała miesięcznie ok. 800 zł. Nie wolno jej było wychodzić za płot. Wyjątkiem były zakupy z żoną dyplomaty. Wówczas Laura dostawała paszport, ale po powrocie do rezydencji musiała go oddać. – Opowiadała nam, że czuła się jak niewolnica. I tak faktycznie było – mówi Irena Dawid-Olczyk, szefowa La Strady, pozarządowej organizacji zajmującej się m.in. walką z handlem ludźmi.

Filipinka, zanim zaczęła służbę w Warszawie, pracowała w Kuwejcie. Gdy przestała być potrzebna tamtejszemu pracodawcy, oddał ją do agencji pracy, która wcześniej ściągnęła dziewczynę z Filipin. Wtedy pojawiał się Al-Saqabi. Laura nie chciała jechać do Polski, ale nie miała wyboru. Na Filipinach zostawiła pięcioro dzieci.

Dzień przed nagłym wyjazdem na lotnisko kobiecie udało się wyjść z domu i dotrzeć na organizowane przez La Stradę i ambasadę Filipin spotkanie dla jej rodaczek pracujących w Polsce. Dowiedziała się wówczas, że Kuwejtczyk ją oszukuje, bo płaci połowę polskiej płacy minimalnej. Gdy wróciła do domu i zażądała podwyżki, Al-Saqabi kazał jej się spakować. O 7 rano ruszyli na lotnisko.

Na szczęście Kuwejtczyk nie zabrał Laurze telefonu komórkowego. Dziewczyna jeszcze przed wyjazdem zaalarmowała La Stradę, a fundacja postawiła na nogi Straż Graniczną. Laura miała przy sobie kartkę, której treść SMS–em przesłała jej La Strada: „Jestem ofiarą handlu ludźmi”. Miała ją pokazać funkcjonariuszom. Nie było to jednak konieczne. Straż Graniczna rozpoznała ją od razu. – Nie bój się, wszystko jest w porządku – powiedziała funkcjonariuszka. Straż pomogła jej niepostrzeżenie opuścić lotnisko. Kuwejtczyk nie miał pojęcia, że jego plan się nie powiódł.

Teraz on i ambasador muszą się tłumaczyć w MSZ. – Nie tolerujemy niewolnictwa w naszym kraju – mówią polscy dyplomaci. Kuwejtczycy zapewniają, że kobietę traktowano dobrze. Al-Saqabiemu nie spadnie włos z głowy, bo chroni go immunitet.

To już drugi pracujący w Polsce kuwejcki dyplomata, który przetrzymywał w domu filipińską niewolnicę. W maju „Wyborcza” opisywała dramat May i Lisy pracujących u Nasera al-Eneziego, który traktował je w podobny sposób jak Al-Saqabi Laurę. Upokarzana przez jego żonę May nie wytrzymała i uciekła z rezydencji. Schronienie znalazła w La Stradzie. Wówczas dyplomata zawiózł jej koleżankę Lisę na lotnisko i odesłał na Filipiny. Prawnik polskiego MSZ wyliczył, że za nadgodziny, pracę nocami i w święta, a także z tytułu płacenia mniej, niż wynosi płaca minimalna, Kuwejtczyk musi zapłacić zbiegłej May prawie 100 tys. złotych. Ambasador Kuwejtu zapewniał, że chce się dogadać, ale Filipinka pieniędzy nigdy nie zobaczyła. Dyplomata, który ją więził, po cichu wyjechał z Polski. May próbuje sobie teraz ułożyć życie w Polsce. Laura z pomocą fundacji już znalazła nową pracę.

Do Ambasady Kuwejtu mimo prób nie udało nam się dodzwonić. Imiona Filipinek zostały zmienione.

 

Wyborcza.pl

Finlandia w zasięgu łap rosyjskiego niedźwiedzia

Maciej Czarnecki, 17.10.2014
Prezydenci Finlandii i Rosji - Sauli Niinistoe i Władimir PutinPrezydenci Finlandii i Rosji – Sauli Niinistoe i Władimir Putin (IVAN SEKRETAREV / AFP/EAST NEWS)
Naruszenia przestrzeni powietrznej Finlandii przez rosyjskie samoloty wojskowe, udział Rosjan w budowie elektrowni atomowej, działka prezydenta Rosji na fińskiej wyspie – wszystko to budzi niepokój Finów i podsyca dyskusje o zagrożeniach ze strony sąsiada.
W tym tygodniu gazeta „Keskisuomalainen” poinformowała, że urząd prezydenta Rosji jest właścicielem działki z dostępem do morza na fińskich Wyspach Alandzkich na Bałtyku między Szwecją a Finlandią. Działka należała niegdyś do bogatego Niemca. Po drugiej wojnie światowej została jednak skonfiskowana i przyznana ZSRR. W 2009 r. rosyjski MSZ przekazał ją prezydentowi.Nie wiadomo, czy Putin kiedykolwiek odwiedził Alandy, ale wiadomość i tak odbiła się w Finlandii głośnym echem. W zasadzie jest tylko ciekawostką, która jednak przypomina o rosyjskich wpływach w pięciomilionowym kraju, który ma z Rosją ponad 1,3 tys. km granicy (więcej niż pozostałe państwa Unii razem wzięte).

Większy niepokój wywołały doniesienia o powtarzających się co jakiś czas naruszeniach fińskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie samoloty wojskowe. Według Helsinek pod koniec sierpnia doszło do takich incydentów aż trzykrotnie. Finlandia i Szwecja podpisywały wówczas akurat porozumienie o zacieśnieniu współpracy z NATO.

W sobotę fiński Instytut Ochrony Środowiska poinformował o dwóch incydentach na Bałtyku. Jego statek badawczy „Aranda” prowadził w sierpniu badania na wodach międzynarodowych w pobliżu szwedzkiej Gotlandii. Rosyjski okręt wojenny nakazał mu wówczas zmienić kurs. Finowie posłuchali, ale wkrótce nadeszło kolejne żądanie. Gdy odmówili, w pobliżu pojawił się rosyjski okręt podwodny. We wrześniu nad „Arandę” dwukrotnie nadlatywał rosyjski helikopter szturmowy, obok zaś przepływał rosyjski okręt wojenny.

„Rosja zachowuje się dziś w sposób kłopotliwy. W polityce zagranicznej pojawia się poczucie zastraszania, destabilizowania granic i sąsiadów na różnych poziomach – mówi w wywiadzie dla Bloomberga premier Finlandii Alexander Stubb. – Powinniśmy na jakiś czas porzucić nadzieję, że Rosja będzie zwykłym zachodnim państwem. Otóż nie będzie. Jej zachowanie jest obecnie bardzo nieprzewidywalne” – dodaje.

Włączanie Moskwy w europejski nurt było ambicją Mattiego Vanhanena, premiera z lat 2003-10. Stubb patrzy na sąsiada bardziej sceptycznie. Jest zwolennikiem wejścia Finlandii do NATO; w niedawnym wywiadzie dla „Der Spiegel” powiedział, że trzeba było zrobić to już w 1995 r., przy okazji przystąpienia do UE.

Finlandia przez cały okres zimnej wojny zachowywała neutralność. Nieprzystąpienie do Sojuszu i współpraca z Moskwą były ceną za utrzymanie niepodległości (stąd termin „finlandyzacja”). Po upadku ZSRR Finlandia zacieśniła więzy z Zachodem, ale do NATO nie weszła. Agresywna polityka Putina sprawiła jednak, że zaczęła to rozważać.

Rządząca koalicja jest w tej sprawie podzielona.

Z jednej strony rozlokowane w pobliżu Petersburga rakiety balistyczne Iskander-M, zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, mogą dolecieć do większości fińskich miast. Rosja i Białoruś już w 2009 r. przeprowadziły ćwiczenia „Ładoga”, które zakładały atak na Finlandię. Kto w takiej sytuacji nie marzyłby o potężnych sojusznikach?

Z drugiej strony w czerwcu doradca Putina Siergiej Markow ostrzegł, że przystąpienie Finlandii do NATO „mogłoby rozpętać trzecią wojnę światową”.

Przeszkodą jest też to, że choć wielu Finów dostrzega zagrożenie ze strony Rosji, to zaledwie 26 proc. chciałoby wejścia do NATO. Wynika to z przywiązania do tradycyjnej neutralności i z obaw, że Amerykanie będą wciągać Finów w niepotrzebne wojny. A niektórzy uważają po prostu, że lepiej nie drażnić rosyjskiego niedźwiedzia.

Ville Niinistö, lider Partii Zielonych, we wrześniu zarzucił nawet rządowi powrót do ducha finlandyzacji. Poszło akurat nie o NATO, lecz o to, że gabinet Stubba zapalił zielone światło dla budowy elektrowni atomowej wspólnie z rosyjskim państwowym koncernem Rosatom, w czasach gdy Europa dąży do ograniczenia zależności energetycznej od Rosji. Na znak protestu Zieloni wyszli wówczas z koalicji.

Premiera oburzył ten zarzut, ale komentatorzy wypominają mu, że Helsinki na początku września odwlekały zaostrzenie unijnych sankcji wobec Rosji. W stwierdzeniu Niinistö może więc być ziarno prawdy.

Wygląda na to, że Helsinki na razie nie wejdą do Sojuszu, choć będą ściślej z nim współpracować. Zacieśniają też współpracę ze Szwecją oraz nordyckimi członkami NATO – Danią, Islandią i Norwegią. Jednocześnie nie chcą zanadto drażnić Moskwy. W sierpniu prezydent Finlandii Sauli Niinistö jako pierwszy zachodni przywódca od dawna odwiedził Rosję i spotkał się z Putinem.

Z Rosji pochodzi 90 proc. fińskiego gazu i 70 proc. ropy. Więcej niż do swego wschodniego sąsiada Finlandia eksportuje tylko do Szwecji i Niemiec.

 

Wyborcza.pl

Kościół: poprawki do rewolucji

Tomasz Bielecki, 16.10.2014
Papież Franciszek i kardynał Peter ErdoePapież Franciszek i kardynał Peter Erdoe (MAX ROSSI / REUTERS / REUTERS)
Synod spiera się o rozwodników, konkubinaty i gejów. Zgłoszono setki poprawek do propozycji „ekumenicznego otwarcia” na pary żyjące bez ślubu, ale opór przeciw komunii dla nich jest mniejszy, niż można się było spodziewać.
Półmetkowe podsumowanie synodu, które węgierski kardynał Peter Erdo ogłosił w ostatni poniedziałek, wywołało ostre sprzeciwy ze strony niemałej części uczestników synodu. Arcybiskup Stanisław Gądecki, szef polskiego Episkopatu, oświadczył, że tekst odbiega od nauczania Jana Pawła II. Dokument Erdo (zredagowany przez grupę sześciu hierarchów) proponuje, by dostrzec pozytywne wartości w trwałych związkach, które jednak nie są małżeństwem kościelnym – od konkubinatów przez związki cywilne, partnerskie, powtórne małżeństwa rozwodników aż po pary homoseksualne. Erdo nie ukrywa różnic zdań co do pomysłu, by rozwodników w powtórnych związkach dopuszczać do komunii.”To tekst niegodziwy, haniebny i błędny” – taką opinię szefa Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerharda Müllera cytował wczoraj dziennik ”La Repubblica”. Müller prostował, że takie „sformułowania nie należą do jego słownika”, ale nie krył dużych zastrzeżeń co do tekstu Erdo. Jednak inni biskupi zapewniali, że Węgier dobrze wywiązał się z powierzonej mu roboty.Choć podstawowa wersja włoskiego dokumentu Erdo pozostała do wczoraj niezmieniona, to biuro prasowe Watykanu opublikowało jej nowe tłumaczenie na angielski. Nieco osłabia ono efekt ocieplenia sformułowań wobec gejów. – Ten przekład jest błędny! – protestowali Amerykanie i Brytyjczycy podczas konferencji prasowej w Watykanie.Dokument Erdo był od poniedziałku tematem obrad w dziesięciu grupach, na które podzielono uczestników synodu wedle języka (po trzy grupy angielsko- i włoskojęzyczne oraz po dwie grupy francusko- i hiszpańskojęzyczne). Synod, wbrew pierwotnym planom i pod naciskiem m.in. Erdo, zdecydował wczoraj, by opublikować krótkie podsumowania tych debat. Tym razem nie ma mowy o manipulacjach z tłumaczeniami, bo Watykan postanowił nie przekładać tych raportów z języków oryginalnych.

Słaby sprzeciw wobec komunii dla rozwodników

Tylko sprawozdania dwóch grup zawierają jednoznaczny sprzeciw wobec uchylenia zakazu komunii dla rozwodników w ponownych związkach. Reszta uchyla się od stanowczej polemiki albo zaleca dalszy namysł nad tą reformą, która byłaby adresowana do ludzi zaangażowanych w życie Kościoła, po pokucie za rozpad pierwszego małżeństwa oraz bez szans na jego ożywienie. Natomiast dwie grupy już teraz wyraźnie zasugerowały „tak” dla takiej zmiany. Co ciekawe, duże otwarcie w tej sprawie można wyczytać z raportu Circulus Anglicus B, czyli grupy prowadzonej przez południowoafrykańskiego kardynała Wilfrida Napiera, choć ten wcześniej głośno krytykował tekst Erdo.

Erdo stwierdza, że istnieją przypadki, w których wzajemna pomoc, a nawet poświęcenie się żyjących wspólnie gejów stanowi „cenne wsparcie” w życiu partnerów. To ogromna nowość w Kościele, który wcześniej piętnował zło i nieuporządkowanie nieodzownie wpisane w związki gejowskie.

Duża część raportów przestrzega jednak, by duszpasterskie otwarcie na homoseksualistów nie oznaczało rozmycia nauczania czy nawet pośredniej afirmacji tych związków. Hiszpańska grupa Circulus Hibericus A wyraźnie boi się, by homoseksualizmu nie uznano za jedną z równorzędnych orientacji.

Małżeństwo wzorcem, ale są też inne związki

Cały dokument kardynała Erdo posługuje się „metodą stopniowości”, którą zapożyczył od Soboru Watykańskiego II (1962-65). Sobór podtrzymywał naukę, że Kościół katolicki jest najwłaściwszą wspólnotą chrześcijańską, ale – tu objawia się stopniowość – „pierwiastki uświęcenia i prawdy” trwają także w innych grupach chrześcijańskich.

Tekst Erdo, przez analogię do ekumenizmu, uznaje nierozwiązywalne i otwarte na rodzenie dzieci małżeństwo mężczyzny i kobiety za wzorzec, ale chce widzieć dobro także w związkach uznawanych za mniej doskonałe.

Paradoksem jest, że choć promotorem tej metody był wiedeński kardynał Christoph Schönborn, to wywołała ona wielkie spory w prowadzonym właśnie przez niego Circulus Gallicus B. Kilka innych grup chce odrzucenia „stopniowości” bądź jej poważnego doprecyzowania.

Kościół ma towarzyszyć, a nie osądzać

Sam Schönborn nie jest tym zrażony. – Młoda para gejów, którą znam, to cudowni ludzie. Gdy jeden poważnie zachorował, drugi troszczył się o niego w sposób wzorcowy. I kropka! – powiedział wczoraj na konferencji prasowej w Watykanie.

Schönborn pracował przy Katechizmie Kościoła Katolickiego, który w latach 90. zastąpił katechizm opracowany po soborze trydenckim z XVI w. – Nie widzę potrzeby zmian w obecnym katechizmie, ale nie wiem, czy będzie trwał tak długo jak ten trydencki – mówił.

Jego zdaniem Kościół musi się twórczo zmierzyć m.in. z fenomenem dużej liczby par żyjących bez ślubu, co „50-60 lat temu było niewyobrażalne”. – Musimy ludziom przede wszystkim towarzyszyć, a nie ich osądzać. I to na pewno nie jest relatywizm – odpowiada Schönborn, syn rozwodników.

W sobotę głosowanie

Synod powinien w tę sobotę ogłosić – raczej niekontrowersyjne – przesłanie dla Kościoła, ale już tego samego dnia wieczorem będzie głosować nad setkami poprawek do tekstu Erdo, które przedłożyły grupy językowe. Po ich uwzględnieniu dokument zostanie przeredagowany w „Relatio Synodi”, czyli oficjalne sprawozdanie z synodu kończącego się w tę niedzielę beatyfikacją Pawła VI.

„Relatio” będzie – wedle wczorajszych informacji – opublikowane chyba dopiero w przyszłym tygodniu. Ale niezależnie od jego ostatecznej formy debata na synodzie ujawniła takie różnice zdań na wyżynach Kościoła, że zapewne już nie ustaną spory świeckich i duchownych na temat obecnej linii Kościoła w sprawie rodziny, konkubinatów, gejów. „Relatio” ma być podstawą do debat przed drugim, większym synodem w październiku 2015 r. Dopiero wtedy papież Franciszek podejmie decyzję o ewentualnych reformach.

 

Wyborcza.pl

Zarzuty dla kontrolerów ze Smoleńska? Lotnisko powinno zostać zamknięte

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski, 16.10.2014
Lotnisko w Smoleńsku. Wrak Tu-154m (po prawej)Lotnisko w Smoleńsku. Wrak Tu-154m (po prawej) (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)
Prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej przesłuchali rosyjskich kontrolerów lotu, którzy sprowadzali prezydencki samolot. Śledczy chcą im postawić zarzut bezpośredniego spowodowania katastrofy poprzez niezamknięcie lotniska.
Prokurator generalny Andrzej Seremet powiedział wczoraj w TVP, że „polskim prokuratorom udało się częściowo przesłuchać rosyjskich kontrolerów”. – Te przesłuchania były potrzebne, by postawić kropkę nad i – mówi nam jeden z pełnomocników rodzin ofiar katastrofy. Jego zdaniem polska prokuratura wyda postanowienie o postawieniu kontrolerom zarzutów, od tego momentu będą mieli u nas status podejrzanych. – Ale jak zaznacza prawnik: „Rosja ich na pewno nie wyda”.- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Decyzja jeszcze nie jest podjęta – mówi „Wyborczej” ppłk Janusz Wójcik z prokuratury wojskowej, która bada sprawę.Zarzuty dla Rosjan będą nie wcześniej niż przed samym końcem śledztwa. A to właśnie zostało przedłużone do 10 kwietnia 2015 r. Najpewniej całe śledztwo zostanie umorzone z powodu śmierci domniemanych odpowiedzialnych za katastrofę (m.in. piloci), a wcześniej wątek dwóch rosyjskich kontrolerów zostanie z niego wyodrębniony.Polscy śledczy twierdzą, że przy tak gęstej mgle, jaka wisiała nad smoleńskim lotniskiem rankiem 10 kwietnia 2010 r., lotnisko powinno zostać zamknięte. Ze stenogramów rozmów na wieży wiemy, że Rosjanie uważali, że tupolew w ogóle nie wystartuje z powodu fatalnych warunków atmosferycznych, a gdy był już w powietrzu, rozważali zapasowe lotniska.

Przy pierwszym połączeniu radiowym z tupolewem kontrolerzy o 8.24 mówią wprost: „Warunków do przyjęcia nie ma”.

Lotniska nie zamknęli, nie byli samodzielni. Był tam płk Nikołaj Krasnokutski, to on anulował decyzję kierownika lotów ppłk. Pawła Plusnina, który chciał odesłać nasz samolot na lotnisko zapasowe. Przez telefon komórkowy konsultował ze swoimi przełożonymi w Twerze i dowództwem sił powietrznych w Moskwie. W rezultacie pogrążone w niezwykle gęstej mgle lotnisko nie zostało zamknięte.

Ale nie ma takiej możliwości, aby Rosjanie wydali nam swojego obywatela – do ekstradycji nie dojdzie. Istnieje też uproszczona forma ekstradycji, czyli europejski nakaz aresztowania, ale dotyczy państw Unii Europejskiej.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz