RSS
 

Beylin

Marek Beylin

Rewolta Polski nieruchomej

Zwyciężymy! – powtarza od lat Jarosław Kaczyński. Ale spod tych zawołań przeziera prawdziwsza wiadomość: przegrywamy.

Na ostatnie obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej miało ściągnąć, jak zapowiadali organizatorzy, nawet 100 tys. osób. Przybyło ledwie kilka tysięcy, co pokazuje słabość Kaczyńskiego. Więcej uczestników zgromadził niedawny marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, nie mówiąc o manifestacjach zwoływanych przez o. Rydzyka.

Szef PiS i obóz smoleński tracą zdolność mobilizacji ludzi. Na nic propagandowe wzmożenie, teza o zamachu i oskarżenia o zbrodniczy w nim udział premiera i prezydenta. Na nic też usilne fabrykowanie mitu Lecha Kaczyńskiego jako wielkiego męża stanu i największego patrioty. I dowodzenie, że jedynym spadkobiercą wielkości i patriotyzmu zmarłego prezydenta jest brat Jarosław.

Gdyby pod wpływem tej ofensywy Polacy naprawdę uwierzyli, że Lech Kaczyński zginął w zamachu, nie w katastrofie, a Donald Tusk i Bronisław Komorowski maczali palce w tej zbrodni albo choćby zacierali jej ślady, to już dawno lud wyległby na ulice, by obalić nieprawe rządy. Na taką rewoltę wciąż liczy obóz Kaczyńskiego. Daremnie. A gdyby utrwaliło się w Polsce przekonanie o wielkości braci Kaczyńskich, PiS wygrywałby wybory. Ale nie wygrywa.

Mit zamachu i zdrady ma wystarczającą siłę, by utrzymywać politykę w stanie gorączki, ale jest zbyt słaby, żeby wynieść do władzy jego fabrykantów. Bo zamiast obietnicy lepszej przyszłości oferuje odwet na rządzących, co może skusić tylko niektórych. Co ważniejsze, rozpowszechnione przekonanie, że nie wiadomo do końca, czy to była katastrofa, bierze się w dużej mierze z niewiary w państwo, a nie z wiary w Kaczyńskiego.

Państwo zawodzi, jest słabe i nieudolne – mówią lewicowcy, liberałowie, konserwatyści, przedsiębiorcy, pracownicy i bezrobotni. Pogląd ten nie wziął się z katastrofy, tylko z doświadczeń obywateli z władzą, z urzędami – od lokalnego po centralny. Część tych ludzi wściekłych na państwo przenosi gniew i nieufność na oficjalne wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Nie dowierzają, nawet jeśli uważają Kaczyńskiego czy Macierewicza za szalbierców. Należy zwalczać kłamstwa smoleńskie PiS, ale wiedzmy, że zachowają one popularność, dopóki w odczuciu wielu ludzi państwo pozostanie niesprawne i niesprawiedliwe.

Także w obozie smoleńskim katastrofa i pamięć o Lechu Kaczyńskim stanowią coraz słabszy napęd działań. Teza o zamachu wcale nie była tam świętym dogmatem, a teraz zaczyna przeszkadzać. Uwaga skupia się na III RP, wrogim państwie, które trzy lata temu może uśmierciło prezydenta, ale teraz, co ważniejsze, uśmierca Polskę, jej tradycje i obyczaje.

Gdy czyta się okołopisowskie gazety wyrosłe na smoleńskim poruszeniu, gdy słucha się polityków tego obozu i niektórych biskupów, mózg piszczy z przerażenia. Polska rozpuszcza się w Europie i służy Rosji, geje atakują, kobiety żądają, mniejszości podskakują, a tu jeszcze na tapecie in vitro, związki partnerskie i, o zgrozo, żądania, by było mniej Kościoła w polityce. Siły liberalno-lewackie pod patronatem Brukseli i PO dokonują piątego rozbioru Polski.

To najbardziej zatrważa: demokratyczne zmiany i emancypacja oraz naturalne, choć bolesne obrachunki z tradycją i zastałymi wzorami. Część okołopisowskich elit przekształca bunt wyrosły wokół katastrofy w rewoltę przeciw społecznym skutkom demokracji. Ale to rewolta umysłowo bezradnych. Chcą oni, by słuchać Kościoła, zjednoczyć naród, zbudować silne państwo, które trzyma mniejszości w kącie i chroni nas przed wolnościowymi miazmatami Europy. Nader marna kontra na wielkie przygody Polaków z demokracją.

Ta Polska nieruchoma, wroga mniejszościom, wielbiąca jedynie słuszne hierarchie i wzory jest spoza realnego świata. To ją łączy z mitem zamachu. Wokół tego mitu Kaczyński buduje alternatywne państwo, ze swoją symboliką, mediami, Kościołem. Nie chce wpływać na Tuska i Komorowskiego, woli marzyć, że ich nie będzie.

Nie lekceważmy jednak znaczenia tych mitów o zamachu i koszmarze demokracji. Nie tylko pogłębiają one wrogość wobec państwa, przekonując, że to, które jest, należy wyrzucić na śmietnik i założyć nowe. Zaprowadzają też podział na bogobojny naród miłujący tradycyjną Polskę i na zdradzieckie, antypolskie, lewackie i liberalne elity. Głupota tego podziału może śmieszyć, zwłaszcza w obliczu demokratyzacji; nie rozpoznaje się w nim większość społeczeństwa, jak zresztą w żadnym innym, równie manichejskim.

Wymysły te hulają jednak w życiu publicznym, wpływają na wyobraźnię nawet ich przeciwników. A to dogodna sytuacja dla politycznych kuglarzy. Nie mam na myśli Kaczyńskiego. Oba te mity skupione w obozie smoleńskim budują przedpole już dla innej wykuwającej się z wolna siły łączącej sprzeciw wobec demokratyzacji z odwoływaniem się do nacjonalistycznych nostalgii. Zapewne więc idzie nowe, niekoniecznie lepsze.

Pod Pałacem Prezydenckim było „w szczytowym momencie” nie więcej niż 12 tys. – mówi nam oficer Komendy Stołecznej. Ten „szczyt” to wieczorne przemówienie Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS występował też na Krakowskim Przedmieściu po południu. Słuchało go do 10 tys. (Marsz Niepodległości przyciągnął ok. 50 tys. osób).

Nie było poważnych incydentów. Nikt nie został zatrzymany. Policja była ledwie widoczna. Między demonstrantami kręciły się tylko pojedyncze patrole. Kilkudziesięciu policjantów czekało pod kancelarią premiera, dokąd na godz. 23 przymaszerowało w rytm bębnów ok. 3 tys. ludzi z Klubów „Gazety Polskiej”.

Organizatorzy oczekiwali pod Pałacem nawet 40 tys. ludzi; tak napisali w zgłoszeniu do stołecznego ratusza. Do tego spodziewano się 30 tys. ludzi na marszu z archikatedry pod Pałac Prezydencki i 10 tys. na marszu „Gazety Polskiej” pod siedzibę rządu. Szef służby porządkowej PiS Maciej Wąsik zapowiadał udział nawet 100 tys. ludzi.

PIOT

Źródło: Wyborcza.pl

Dodaj komentarz