RSS
 

Hofman 2

 

„Afera samolotowa” rozpętała burzę. Sejm sprawdzi też innych. Pod lupą m.in. wyjazdy do Strasburga

AB, 09.11.2014
Adam HofmanAdam Hofman (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
- Marszałek Sejmu zapowiada dalsze kontrole podróży trzech posłów PiS – podaje Radio ZET. Według informacji stacji sprawdzone zostaną też wyjazdy na sesje Zgromadzenia Parlamentarnego RE w Strasburgu. – Po 23 latach w polityce denerwuje mnie to, że momentami Sejm zamienia się w biuro turystyczne – oceniła w programie „7. dzień tygodnia” Ilona Śledzińska- Katarasińska.
Radio ZET podaje, że kontrole mają dotyczyć już nie tylko zagranicznych wyjazdów Adama Hofmana, Mariusza Antoniego Kamińskiego i Adama Rogackiego do Madrytu, Paryża i Izmiru. Na polecenie marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego sprawdzone zostaną też wyjazdy na sesje Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.Sesje te odbywają się cztery razy w roku i trwają tydzień. Z informacji Radia ZET wynika, że posłowie nie korzystali z noclegów rezerwowanych dla polskiej delegacji. To oczywiście jeszcze nie oznacza, że nie brali udziału w sesjach, ale ich obecność tam będzie sprawdzona – donosi stacja.

„Partnerki polityków nie są szkolone w tym, jak się mają zachowywać”

Temat „afery samolotowej” zdominował też program „7. dzień tygodnia” Moniki Olejnik w Radiu ZET. Zaproszeni goście jednogłośnie ocenili, że zachowanie polityków PiS - najpierw awantura na pokładzie samolotu, którą wywołały ich żony, a potem informacje o niejasnym finansowaniu podróży – było „naganne”.

- Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że lecę z żoną czy partnerką samolotem, kupuję wcześniej flaszkę wódki, przelewam to do pojemnika i potem pijemy ten alkohol. Nie wyobrażam sobie, jak można w ten sposób oszczędzać. I to jakie kwoty? 20, 30 zł. Jak można w ten sposób oszczędzać? – pytał Stanisław Żelichowski.

Poseł PSL był zdania, że politycy partii kupowali bilety z dużym wyprzedzeniem i w chwili składania wniosku o wyjazd wiedzieli już, że do Madrytu polecą samolotem (a nie, jak napisali w dokumencie, pojadą samochodem). Żelichowski dodał też, że posłów się szkoli w kwestii tego, jak powinni się zachowywać; takich szkoleń nie przechodzą jednak ich partnerki.

„Nie powinno być tolerancji dla takich zachowań”

- Chciałbym, żebyśmy powiedzieli pewne rzeczy bardzo poważnie: nie powinno być tolerancji dla zachowań, które każą domniemywać, że doszło do niewłaściwego wykorzystania grosza publicznego na cele prywatne – ocenił w odpowiedzi Jacek Sasin. – To nie powinno być tolerowane i my jako PiS to pokazujemy. Stąd taka ostra reakcja – tłumaczył. – Mam wrażenie, że pan Żelichowski trochę bagatelizuje tę sprawę – zaznaczył.

Poseł PiS dodał, że apeluje, by w innych partiach nie zamiatać takich spraw pod dywan. – Aby nie awansowały takie osoby jak marszałek Sikorski, które wydawały publiczne pieniądze na prywatne kolacje i nawet nie chciały ich potem zwrócić – podkreślił.

 

„Utworem, który najlepiej opisuje PiS, jest „Moralność pani Dulskiej”

Innego zdania był Tomasz Nałęcz. – Rozumiem kłopot pana Sasina, ale to nie jest metoda: mówić, że jesteśmy łotrami, ale wszyscy inni też nimi są. Ja już od dawna podejrzewałem, że utworem, który najlepiej opisuje PiS, jest „Moralność pani Dulskiej”. Przykład Adama Hofmana… Ileż razy on przy tym stole nas pouczał o moralności, tak jak zresztą dzisiaj pan Sasin – kpił.

Doradca prezydenta ds. historii i dziedzictwa narodowego dodał jednak, że chciałby przestrzec Sasina przed „grzebaniem” Hofmana; jak mówił, pamięta, że w przeszłości polityk ten był wielokrotnie zawieszany, a Jarosław Kaczyński zawsze mu wybaczał. – Ja nie tracę nadziei, że on jeszcze do nas przyjdzie – zdradził Nałęcz.

„Czekam, aż wyborcy ukrócą funkcjonowanie klasy pasożytniczej”

- Oni oczywiście mają prawo się bronić, a my nie możemy jeszcze niczego przesądzać. Ale na razie te wyjaśnienia brzmią nieprzekonująco, a cała sprawa jest bardzo smutna: dotyczy trzech młodych, zdolnych posłów. To jest przykład na to, że polityka potrzebuje ludzi, którzy nie oprą się pokusom – był zdania Jarosław Gowin.

- Ja jako były minister mam wrażenie, że cała ta wymiana międzynarodowa jest w dużej mierze turystyką na koszt podatników europejskich. Czekam z utęsknieniem, aż europejscy wyborcy zaczną ukrócać funkcjonowanie klasy pasożytniczej. Ta ilość przywilejów jest powyżej wszelkiej przyzwoitości – zaznaczył.

Przewodniczący klubu parlamentarnego Sprawiedliwa Polska chwalił jednak Kaczyńskiego za zdecydowaną reakcję, odpowiednią chronologię działań i to, że tak szybko zabrał głos w całej sprawie.

„Trudno, żeby podczas jednego wyjazdu zachować się gorzej”

W przeciwieństwie do Gowina, Andrzej Rozenek nie przebierał w słowach. – Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z nieudanym wyłudzeniem pieniędzy z kancelarii Sejmu oraz chamstwem, butą i arogancją na pokładzie samolotu. Do tego należy dodać zignorowanie obowiązków poselskich oraz próbę mataczenia w tej sprawie. Trudno, żeby przy jednym wyjeździe zrobić więcej skandalicznych błędów i zachować się gorzej.

Poseł Twojego Ruchu zaznaczył jednak, że martwi go reakcja Kaczyńskiego, który „zbyt łatwo” odciął się od swoich posłów. Zdaniem Rozenka to może sprawiać wrażenie, że w szeregach ugrupowania były tylko trzy czarne owce – choć w rzeczywistości jest ich więcej. Członek zarządu partii jako przykład wymienił m.in. prof. Pawłowicz oraz mylnie przypisał wpadki zmarłego Lecha Kaczyńskiego – m.in. słynną małpę w czerwonym – jego bratu Jarosławowi.

To wywołało kłótnię pomiędzy nim a Sasinem, który określił jego zachowanie mianem „żenującego”. – Cała ta partia (PiS – przyp. red.) jest zakłamana – bronił Rozenek.

„Niech wszyscy Polacy dowiedzą się, czy inni też łamią prawo”

- SLD złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie – zapowiedział sekretarz generalny ugrupowania Krzysztof Gawkowski. – Można odnieść wrażenie, że żony posłów na pokładzie samolotu świętowały co innego, a mianowicie udany przekręt – tłumaczył.

- Akurat ci posłowie zostali złapani na gorącym uczynku, ale ja nie wykluczam, że inni też tak robili. Marszałek Sikorski słusznie mówi, że teraz będzie żądał przynoszenia kwitów ze stacji benzynowych – wtrąciła prowadząca.

- Ja powiem jeszcze więcej: jeżeli marszałek Sikorski zapowiedział audyt wszystkich wyjazdów, to nie powinno być tak, że on jest dostępny tylko dla szefów klubów parlamentarnych. Niech on będzie jawny, niech wszyscy Polacy dowiedzą się, czy podczas ostatniej kadencji działy się takie rzeczy. A jeżeli dochodziło do łamania prawa, to trzeba wyciągnąć konsekwencje.

„Jeżeli coś ważnego dzieje się w Sejmie, w PO nie ma zgody na wyjazd”

- Nawet ton tej dyskusji uświadamia mi, że powaga parlamentu zależy nie tylko od zachowania poszczególnych posłów, ale i tego, jak ze sobą rozmawiają. Ja w tej chwili nie mam pewności, czy ta kolejność wskazuje rzeczywiście na zaplanowane działania i wyłudzenie publicznych pieniędzy; musimy poczekać co najmniej do środy, wtedy się tego dowiemy – mówiła w odpowiedzi Iwona Śledzińska-Katarasińska. Posłanka PO dodała też, że zabieranie na takie wyjazdy żon już sugeruje, jaki charakter będzie miała podróż.

Dziennikarka podkreśliła też, że jej zdaniem audyt jest bardzo dobrym pomysłem. Jak dodała, nie boi się o kontrole posłów PO, bo sama wyraża zgodę na ich wyjazdy. – Mniej więcej co drugi wyjazd to brak zgody. Jeżeli coś się tu ważnego dzieje, jeżeli jest posiedzenie Sejmu, to nie ma zgody na wyjazd, jeżeli to są tylko komisje. Ta częstotliwość podróży, która momentami zamienia Sejm w biuro turystyczne, mnie po 23 latach w polityce bardzo denerwuje – zaznaczyła. Posłanka zgodziła się też, że reakcja Kaczyńskiego „była jedyną możliwą na tydzień przed wyborami, ale oczywiście reakcją bardzo dobrą”.

Śledzińska-Katarasińska została też zapytana o to, dlaczego w takim razie b. minister transportu Sławomir Nowak nadal jest członkiem PO. – My nie spalimy posła Nowaka na stosie, a zdaje się, że tylko to by państwa satysfakcjonowało. On wystąpił z partii, przestał być szefem regionu i członkiem zarządu krajowego, zrzekł się też błyskawicznie immunitetu. W klubie PO jest dlatego, że nie stało się nic, co by sprawiło, że chcielibyśmy go wyrzucić – mówiła. Tłumaczenia te nie przekonały jednak posłów opozycji, którzy zarzucili Platformie, że to ona z kolei ma „podwójne standardy”.

 

Zobacz także

tokfm.pl

Jak żyć z euroapanaży

Agata Nowakowska, 04.02.2014
Ile dla europosła?Ile dla europosła? (-)
Europosłowie nie płacą w Polsce ani grosza podatku, choć przepisy unijne na to pozwalają. Tymczasem łączne zarobki europosła mogą nawet przekroczyć 70 tys. zł miesięcznie
Przepisy EP (statut posła) mówią tak: państwo członek Unii może na własną rękę opodatkować europoselską pensję do wysokości stawki podatkowej obowiązującej w danym kraju. Polska tego nie robi.Europoseł płaci do budżetu Unii Europejskiej 19 proc. podatku. Jednak w Polsce wszyscy bez wyjątku podpadliby pod najwyższą 32-proc. stawkę. To oznacza, że od części swoich dochodów europosłowie mogliby zapłacić w Polsce dodatkowy podatek.

Europosłów nie dotyczy najwyższa stawka podatkowa, bo ustawa z 2004 r. zwolniła ich z obowiązku dopłacenia podatku.

U nas pensje wolne od podatku

- Wynagrodzenie posłów do parlamentu europejskiego mogłoby być opodatkowane, tak jak wynagrodzenie posłów do parlamentu krajowego – przyznaje rzeczniczka resortu finansów Wiesława Dróżdż.

Zaraz jednak dodaje, że oznaczałoby to nierówne traktowanie europosła, bo polscy urzędnicy pracujący dla unijnych instytucji z takiego opodatkowania są zwolnieni.

Od 2009 r. obowiązuje jeszcze jeden korzystny dla europosłów przepis: minister Jacek Rostowski zwolnił ich z płacenia podatku od 4 tys. euro miesięcznie przysługujących na tzw. wykonywanie mandatu.

„Wyborcza” zapytała byłego już ministra, dlaczego był tak hojny dla europarlamentarzystów. – Nie pamiętam – odparł Jacek Rostowski. I uprzedzając moje kolejne pytanie, dodał: „Jeśli pani myśli, że ja w 2009 r. przewidywałem, że mogę startować do Parlamentu Europejskiego, to się pani grubo myli”.

Na co europoseł wydaje te 4 tys. euro? Nie ma obowiązku posiadania biura „na mieście” (można mieć swoje biuro w Polsce, np. w okręgu, z którego zostało się wybranym, ale musu nie ma). Te 4 tys. euro można przeznaczyć – jak twierdzą moi rozmówcy europosłowie – np. na książki i restauracje. Nie trzeba mieć na to faktur, wystarczą rachunki. A i tak jest to wymóg teoretyczny, nikt europosła nie pyta, na co wydaje te 4 tys. euro.

Przepisy unijne nie pozwalają na opodatkowanie diet (także diety krajowych posłów nie są opodatkowane). Jeżeli europoseł przyjedzie do Brukseli czy Strasburga w poniedziałek, a wyjedzie w piątek, dostanie na rękę 1,5 tys. euro tygodniowo. Żeby dostać dietę, wystarczy tylko podpisać wyłożoną listę obecności.

Organizacja VoteWatchEurope, która analizuje głosowania w PE, sporządziła listę europosłów wyspecjalizowanych w pozorowaniu aktywności, czyli podpisujących listę obecności, ale później niegłosujących. W czołówce znaleźli się europosłowie niegdyś PiS, dziś Solidarnej Polski: Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski.

Poza nimi reporterzy TVN 24 przyłapali na tym także Marka Migalskiego (Polska Razem), Pawła Kowala (PR), Jacka Protasiewicza (PO), Bogusława Sonika (PO) i Marka Siwca (Twój Ruch).

Diety są przeznaczone m.in. na hotel lub wynajem mieszkania. Nie wolno spać w pokojach w parlamencie, sprawdzają to strażnicy, wcześniej zdarzało się to polskim oszczędnisiom. Wielu europosłów wynajmuje lokum 2-, 3-pokojowe razem ze swoim asystentem, by obniżyć wydatki na czynsz.

Zwykle asystent płaci więcej, bo siedzi w Brukseli non stop, a poseł tylko bywa. Powiedzmy, że takie mieszkanie w Brukseli kosztuje miesięcznie 1,5 tys. euro, z czego poseł może zapłacić np. 500. To mniej niż dieta za dwa dni. Resztę pokrywa ze swojej pensji asystent.

Jak zarobić, podróżując

Wysokie zarobki nie zniechęcają europarlamentarzystów do kombinowania. Według moich rozmówców europosłów kwitnie taki proceder – jednak trudny do udowodnienia, bo żaden unijny urzędnik nikogo nie będzie śledził – europosłowie do Brukseli przylatują w poniedziałek późnym wieczorem. Żadnej pracy tego dnia raczej już nie wykonują. Ale zahaczają o siedzibę PE, by podpisać listę obecności. Dieta się należy. Rano we wtorek także podpisują listę, po czym wsiadają w samolot do Warszawy. W środę wieczorem znów do Brukseli, by zdążyć podpisać listę. W czwartek rano – znów podpisują listę i do domu, do Warszawy. W piątek meldują się w polskim Sejmie lub Senacie, bo tak się składa, że posiedzenia komisji europejskich są właśnie w piątki. I znów dieta się należy. Taki proceder oznacza 1,5 tys. diet i tylko dwie noce w Brukseli tygodniowo, czyli spore oszczędności na hotelach.

Są ponoć i tacy magicy, którzy przyjeżdżają do Brukseli samochodem. 12 godzin w jedną stronę, ale gra jest warta świeczki, bo PE daje na to 1,5 tys. euro za podróż w obie strony. Od tego trzeba odjąć jakieś 200 euro na benzynę i opłaty na autostradach. Ale i tak się opłaca, bo 1,3 tys. zostaje w kieszeni.

I uwaga, tzw. break, czyli przerwa w pobycie w Brukseli i powrót w tym samym tygodniu do europarlamentu, działa nie tylko w przypadku samolotu, ale także w przypadku samochodów. O niektórych posłach krążą plotki, że odbywają dwie takie podróże w tygodniu, tam i z powrotem z Polski do Belgii. To oznaczałoby w tygodniu 48 godzin w samochodzie, ale też 2,6 tys. euro „zarobku” tygodniowo na samej podróży.

Za rekordzistów samochodowych uchodzą europosłowie Solidarnej Polski: Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski i Tadeusz Cymański.

Pytam tego ostatniego, jak często jeździ do Brukseli samochodem. Europoseł znany jest ze swojej oszczędności – do Brukseli wozi jedzenie z Polski, nie chadza do restauracji, mieszkanie dzieli z asystentem.

- Przyznaję, że jeździłem często. Teraz wolę jednak robić breaki samolotem, zbieram punkty na darmowe loty – mówi Cymański. Podobnie mówi Kurski.Można też inaczej. Żeby zaoszczędzić sobie spędzania życia w samochodzie, europosłowie robią tak: kupują bilety w tanich liniach lotniczych – wszak plan prac PE jest szczegółowo rozpisany – ze swojego miasta do np. Kolonii. Tam na posła czeka już w samochodzie jego brukselski asystent. Podróż się gwałtownie skraca, a grosz „za jazdę samochodem” wpada do kieszeni.

Jak PE sprawdza, czy posłowie rzeczywiście dotarli do pracy samochodem? Trzeba przedstawić jakiś dowód. np. rachunek za benzynę czy nawet batonik kupiony na stacji – bo tam jest data i godzina zakupu, albo rachunki za przejazd autostradą. Ponieważ jednak Polacy kuglowali, z ich powodu – choć oficjalnie nikt tego w Brukseli nie potwierdzi – wprowadzono pewien trik – rachunek musi być z miejscowości oddalonej co najmniej 60 km od miejsca, w którym rozpoczęło się podróż, i co najmniej 60 km od Brukseli. Rozpoczęcie trasy w Modlinie (wystarczy odjechać kawałek) z lądowaniem w Kolonii akurat spełnia te kryteria.

Wylatane bilety dla rodziny

Nie każdy europoseł, zwłaszcza ten nawykły już do luksusu, będzie się tłukł samochodem. Większość lata samolotami. Ale latanie lataniu nierówne. Chodzi o to, by nabić sobie jak najwięcej punktów, które potem można wymieniać na darmowe bilety na wakacje dla siebie i rodziny. Można np. polecieć z Warszawy bezpośrednio do Brukseli. Za to dostajesz 2,5 tys. mil zapisanych na karcie lojalnościowej Lufthansy/LOT-u. Ale można sprytniej: z Warszawy przez Frankfurt do Brukseli. Za taką trasę masz już 5 tys. mil. W obie strony to już 10 tys. mil, a to już daje… prawo do darmowego biletu na innej trasie.

Żeby zostać szczęśliwym posiadaczem złotej karty Lufthansy/LOT-u, tzw. senatora, trzeba mieć wylatane 100 tys. mil. Europosłowi wystarczy na to pół roku. Prawdziwe luksusy czekają jednak na tych, którzy w dwa lata zrobią 600 tys. mil. Mają prawo – przez dwa lata – do czarnej karty Lufthansy/LOT-u, tzw. HON-a. Mają ją m.in. Michał Kamiński (PJN), Jacek Kurski (Solidarna Polska), Ryszard Czarnecki (PiS), Joanna Senyszyn (SLD) i Filip Kaczmarek (PO).

- Mam status HON, a to wymaga blisko 300 lotów w klasie biznes w ciągu dwóch lat. Robię jeden break w tygodniu – twierdzi europoseł Jacek Kurski.

Po takich posłów na lotniskach w Warszawie, Brukseli czy Monachium podjedzie limuzyna, zawiezie ich do specjalnej strefy, w której jest restauracja mniej więcej pięciogwiazdkowa, a tam darmowe menu, wybór win, rumów czy whisky, salka cygarowa – cygaro również za darmo – a nawet pokój hotelowy, w którym można wziąć prysznic, odpocząć, przespać się.

Kto dużo lata, wie, że największym problemem z uzbieranymi milami jest ich zamiana na darmowy bilet w atrakcyjnym turystycznie okresie. Posiadacz HON-a takiego problemu nie ma – jeśli linia ma dostępny bilet np. w okresie świątecznym, musi go takiej osobie wydać. Do tego są jeszcze karty luksusowych hoteli. Posiadacz takiej karty ma prawo do najdroższego apartamentu, jeśli jest wolny, płacąc za niego cenę najtańszego pokoju w hotelu.

Malta i Wyspy Kanaryjskie

Każdy poseł do PE ma do dyspozycji 5 tys. euro rocznie na kursy językowe. Można też dostać 2 tys. euro na kursy komputerowe. – Byłem trzy razy na Malcie i raz w Londynie na kursie angielskiego – przyznaje europoseł Kurski.

Trzeba się uczyć minimum cztery godziny dziennie, rachunki muszą być z uznanej przez PE szkoły. Na Malcie można się uczyć angielskiego, na Wyspach Kanaryjskich – hiszpańskiego. Musi to być język urzędowy w danym kraju. Maksymalnie 21 dni. Parlament zapłaci europosłowi za przelot w klasie biznes i 150 euro, czyli połowę zwykłej diety, za każdy dzień. Rodzina może do europosła dolecieć za wylatane mile.

Rzadko się zdarza, by czyjeś rachunki zostały zakwestionowane, ale akurat przy kursach jedna sprawa ujrzała światło dzienne: posłanka PO Małgorzata Handzlik pobrała 1,5 tys. euro za kurs językowy, na którym się nie pojawiła.

W ramach sprawowania mandatu europoseł ma prawo do 4,4 tys. euro na podróże. Jak je wykorzystać? Trzeba mieć znajomego ambasadora Polski w jakimś kraju albo zagranicznego posła, europosła czy kongresmena w USA. Ten znajomy wystawia zaproszenie do danego kraju. Dotacja PE starcza na przelot, hotel, a zwykle i na knajpy.

Pieniądze na asystentów i dla frakcji

Europoseł dostaje 18 tys. euro miesięcznie na zatrudnienie potrzebnych mu pracowników. Można zatrudniać takie osoby w Brukseli – z całym tamtejszym socjałem, ale można też zatrudniać w Polsce. Od 2009 r. nie wolno zatrudniać rodziny. Przepytani przeze mnie europosłowie nie słyszeli, by ktoś próbował to obejść tak, że jeden poseł zatrudnia żonę innego, a tamten kogoś z jego rodziny.

Europosłowie należą do różnych frakcji w PE. Każda frakcja otrzymuje z budżetu parlamentu 80 tys. euro rocznie za każdego swojego posła. Większość tych pieniędzy zatrzymuje frakcja, ale część – w każdej frakcji inną – może wykorzystać europoseł. Choć nie dostaje tych pieniędzy do ręki.Konserwatyści z EKR (należy do niej PiS), czyli europosłowie tej frakcji, mają do wykorzystania przez siebie tylko 3 tys. euro rocznie. Ci z EPL (PO i PSL) – 20 tys. euro. Z PSE (należy do niej SLD) – 30 tys. euro.

Te pieniądze można wydać np. na konferencje, zlecone raporty, na podróże (jeśli są na zaproszenie), wystawy, koncerty, sprowadzenie wycieczki z Polski. Nie wolno z pieniędzy europarlamentu finansować partii politycznych, ale i ten zakaz łatwo obejść – wystarczy wydrukować ulotki z logo frakcji i już można promować własnego kandydata, np. w wyborach uzupełniających czy na prezydenta miasta po lokalnym referendum.

Marek Migalski (PR) wykupił właśnie masę billboardów na Śląsku. Oznakował je oczywiście logo frakcji. No i takich wydatków nie trzeba rozliczać w Polsce przed PKW.

Wcześniej takie billboardy wywiesiła Lena Kolarska-Bobińska z PO („Energia dla Lubelszczyzny”), a europoseł Filip Kaczmarek (PO) zamówił spoty w lokalnej telewizji.

Nikt nie może mieć pretensji do posłów, że korzystają z możliwości, jakie daje im PE. To dobrze, że uczą się języków. Jednak ich apanaże przyprawiają o zawrót głowy. Wybierając w maju europosłów, powinniśmy być pewni, że ich praca zasługuje na takie wynagrodzenie. Zwłaszcza że partyjni liderzy często traktują tzw. biorące miejsce na liście jak nagrodę za wierność pozwalającą na dyscyplinowanie własnych szeregów.

infografiki: Wawrzyniec Święcicki

W nowym numerze „Polityki Ekstra” przeczytasz także:

Polski punkt nie-widzenia Ukrainy Polacy uchodzą za specjalistów od Ukrainy. A jak jest naprawdę?

Tylko pod tym krzyżem Osobiście nie czuję prześladowania fizycznego, ale czuję prześladowanie psychiczne przez osoby, które swoim językiem i czynami dyskryminują katolików – mówi poseł Jaworski

Niech Platforma powie, co sądzi o „ustawie o bestiach”. Bez wskazania różnic w kwestiach podstawowych wielu ludziom będzie wszystko jedno, czy wygra PO, czy PiS.

Lustrujmy! Może trzeba wpaść do IPN, zamiast potulnie znosić obsmarowywanie przez Dorotę Kanię.

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz