RSS
 

Palikot

 

Palikot: Nie będziemy walczyć z wiarą i religią

Agata Nowakowska, 20.10.2014
26 września 2014 r. Janusz Palikot i posłowie Twojego Ruchu podczas konferencji prasowej po odejściu 14 posłów26 września 2014 r. Janusz Palikot i posłowie Twojego Ruchu podczas konferencji prasowej po odejściu 14 posłów (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)
- Ewa Kopacz ma charakter, jest ambitna. Nie ma katastrofy, ale też nie ma objawienia. Na razie nie słyszę narzekania na Kopacz na bazarach, mówi Janusz Palikot lider Twojego Ruchu w rozmowie z Agatą Nowakowską
Agata Nowakowska: Startuje pan w wyborach prezydenckich?Janusz Palikot: To teraz najważniejsza decyzja, ale podejmę ją na początku grudnia. Teraz mam wybory samorządowe i ofertę Ewy Kopacz współpracy z opozycją.

1-2 proc. głosów i porażka nawet z Januszem Korwin-Mikkem. To będzie blamaż.

- Jeśli wystartuję, będę miał lepszy wynik.

Działacze mogliby uznać, że jest już pan tylko obciążeniem?

- Zrobiliśmy badania, ciągle jestem dobrze postrzegany. Ludzie widzą we mnie przywódcę stada. Kojarzę się z królem lwem, panterą, tygrysem i dojrzałym orangutanem.

A Leszek Miller?

- To krzyżówka: lisa, hieny i yeti.

Yeti jest interesujący.

- Miller jest odbierany jako PZPR-owski beton i wielki cynik. Próbuje zbić kapitał na śmierci lidera Samoobrony, właśnie sięgnął po syna Leppera. Buduje pomost między SLD a PiS. Nie brzydzi się Samoobroną, niegdysiejszym koalicjantem Jarosława Kaczyńskiego, dlaczego miałby się brzydzić PiS?

Bronisław Komorowski?

- Ludzie wskazywali na starego goryla, lwa, konia – ale nie rączego, tylko takiego podstarzałego. Przypisywali mu też cechy kobiece, pojawiła się przy nim sowa.

Jarosław Kaczyński?

- Nie pamiętam.

Wydaje pan pieniądze na głupstwa, których wyników nawet nie pamięta. To znaczy, że pan startuje.

- Jeśli nie wystartuję, pewien typ myślenia – przyjazne, świeckie i nowoczesne państwo, związki partnerskie, firma przez trzy miesiące na próbę – nie będzie obecny w debacie. Na to nie może sobie pozwolić już nie Janusz Palikot lider, tylko Janusz Palikot obywatel. Dlatego będę kandydował, ale ostateczną decyzję podejmę do 10 grudnia.

Staje się pan trędowaty. Miller pana nie chce, PO też nie.

- Miller jest człowiekiem głęboko zepsutym, zdemoralizowanym. Do PO się nie wybieram. Ewa Kopacz złożyła ofertę opozycji, by poprzeć część rozwiązań rządu. Dlaczego miałbym nie poprzeć dobrych dla Polski rzeczy, jak: dzienne domy spokojnej starości, powołanie Instytutu Geriatrycznego czy rozciągnięcie urlopu rodzicielskiego na studentów czy bezrobotnych.

Lider partii opozycyjnej mówi, że gdyby Platforma miała takiego premiera wcześniej, to nigdy by z niej nie odszedł – te umizgi do PO wypadły żałośnie.

- Żadnych umizgów nie było! Wysłałem sygnał do PO, że w sprawach światopoglądowych poprę liberalne skrzydło Platformy. To będzie też mój sukces. Taka jest moja taktyka.

 

Ewa Kopacz jako premier daje sobie radę?- Przez sto dni nie zamierzam jej krytykować. Nie jest na pewno błyskotliwa w wystąpieniach ani charyzmatyczna jak Tusk. Ale ma charakter, jest ambitna. Nie ma katastrofy, ale też nie ma objawienia. Na razie nie słyszę narzekania na Kopacz na bazarach. Zawsze tam zaglądam, by kupić coś lokalnego i posłuchać ludzi – i na razie na bazarach nikt na Kopacz nie narzeka. Ludzie sobie nie wyrobili opinii, przyglądają się.

Nie wiem jednak, czy Kopacz podoła wyzwaniu: efekt sondażowy po odejściu Tuska już nie będzie rósł, tylko słabł. Po wyborach samorządowych PO straci władzę w pięciu-sześciu sejmikach wojewódzkich: w Małopolsce, na Lubelszczyźnie, Podlasiu, w Łódzkiem i Świętokrzyskiem.

Dla 30 proc. samorządowców Platformy oznacza to utratę pracy. Może pojawić się pokusa sięgnięcia po Grzegorza Schetynę, który do tego czasu jako szef MSZ odbuduje swoje wpływy. Ale nikt nie sczyści Kopacz wyborami prezydenckimi, bo przed wyborami Komorowski nie będzie chciał mieć wojny w PO.

Zarejestrował pan listy tylko w 80 proc. okręgów do sejmików wojewódzkich.

- Od 25 lat radnymi są ci sami ludzie. Występują pod różnymi partyjnymi szyldami, ale to ci sami ludzie. My wystawiamy ludzi, z których 95 proc. nigdy nie było radnymi. Może oni nie zrobią rewelacyjnego wyniku, bo nie mają doświadczenia, ale nie da się budować partii bez nowych działaczy, wybory będą dla nich chrztem bojowym. Dzisiaj mam dziesięciu radnych, którzy przeszli do nas z PO czy SLD, bo myśmy w poprzednich wyborach nie startowali. Jak teraz będę miał stu radnych, to nawet przy słabym procentowo wyniku będzie sukces.

Posypał się panu klub – ludzie nie wytrzymali ciśnienia niskich notowań?

- Na pewno był lęk, panika, że ktoś już nie będzie posłem. I konflikty: postawiłem na Andrzeja Rozenka czy Macieja Mroczka, bo oni zrobią więcej dla partii niż Artur Dębski czy Wojciech Penkalski. Mam jednak wrażenie, że PO zależało na rozbiciu TR właśnie w tym momencie, by różne frakcje w samej PO, np. Cezarego Grabarczyka, nie mogły się z nami dogadywać ponad głową Schetyny.

Renegaci narzekają, że wydał pan 2 mln zł partyjnych pieniędzy na projekt e-partii.

- Ten projekt jest wart 12 mln zł. Pozwala podejmować online uchwały w skali całej 7,5-tys. partii. Możemy podjąć wiążące prawnie uchwały, odbyć zjazd w internecie.

Projekt realizowała firma syna waszej głównej księgowej. Nie widzi pan w tym nic niezręcznego?

- Brzmi to niedobrze, ale trzeba popatrzeć na to z innej strony. Rodzina Wójcików przyszła do nas w 2010 r., przez półtora roku pracowała dla nas za darmo. Gdy nasze stowarzyszenie przekształciło się w partię, trudno było kogoś karać, nie dawać mu zleceń, za to, że jest czyimś synem.

Nie było przetargu, kwota jest ogromna. Wygląda to na wyprowadzanie partyjnych – ale otrzymanych z budżetu państwa – pieniędzy.

- PKW tego nie zakwestionowała. A teraz sprawą zajęła się prokuratura – nie wiem, czy z urzędu czy na czyjś wniosek – ale niczego się nie boimy.

Co miał na myśli poseł Dębski, mówiąc, że na stare lata nikt go nie zrobi złodziejem?

- W 2012 r. wszyscy włącznie z Dębskim zgodziliśmy się, że taki system trzeba robić. Myśmy mieli taką ideę, że będziemy partią lekką, bez rozbudowanej biurokracji, której życie będzie się odbywało w necie. To się okazało niemożliwe, bo ludzie chcą się po prostu fizycznie spotkać, pogadać. Trzeba było zbudować normalne biura, co podwoiło nasze koszty. Ale jak chcemy mieć nowoczesne państwo, to dlaczego nasza partia nie ma być przykładem takich nowoczesnych rozwiązań?

Zapowiedział pan nowe otwarcie. To figura retoryczna, by zamaskować sypanie się klubu i partii?

- Partia się nie sypie. Wstępują do nas nowi ludzie i jest ich więcej niż tych, którzy odchodzą. A uciekają dawni działacze SLD, którzy przyszli do nas z powodów koniunkturalnych, bo niegdyś uznali, że to my przetrwamy.

Nowe otwarcie to przejście z radykalnej opozycji – dziś to PiS i SLD – do opozycji konstruktywnej. Odcięcie się od skrajności – jak Armand Ryfiński przebierający się za biskupa czy Anka Grodzka ciągle wprowadzająca postulat adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Ja, Palikot, prywatnie jestem za tym, ale w programie TR tego nie ma.

Myśmy się wikłali w temat adopcji, byliśmy ludźmi jednego tematu. Tymczasem ja – w przeciwieństwie do Kaczyńskiego czy Millera – potrafiłem zrobić biznes, dać pracę ludziom. Wszystko to diabli wzięli, bo ciągle byłem nagabywany o Ryfińskiego.

 

Dlatego wyrzucił pan z partii prof. Jana Hartmana za jego wpis na blogu o kazirodztwie?- To przykład warcholstwa. Ważny działacz Hartman był szefem rady politycznej – nagle wprowadza do debaty publicznej kwestię kompletnie nieuzgodnioną z partią. Z partią, która i tak ma kłopot, bo właśnie odeszli posłowie.

I nie był to pierwszy dziwny wyskok Hartmana. Pięć dni wcześniej na idiotyczny wpis Rafała Ziemkiewicza, że kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej kobiety, niech pierwszy rzuci kamieniem, Hartman pół żartem, pół serio napisał, że on uwielbia wykorzystywać nietrzeźwe gojki.

Panu się wyrwało, że wicemarszałkini Wanda Nowicka chce być zgwałcona.

- Przeprosiłem i się pilnuję. Poprosiłem Hartmana, by wycofał ten wpis, a on mi na to, że jest profesorem uniwersytetu i nie będę go pouczał. Dlaczego mam kolejny raz płacić za jego błędy? Postąpiłem słusznie, wyrzucając go z partii, ale będę go bronił jako pracownika UJ, bo profesor etyki ma prawo poruszać na uniwersytecie nawet najbardziej trudne sprawy.

Ostatnio wprowadził pan wszystkich w konfuzję, mówiąc, że teraz nie będzie pan już walczył o ściąganie krzyża w Sejmie. Bo jeszcze kilka tygodni temu był pan w tej sprawie bojowy.

- Nadal jesteśmy za rozdziałem państwa od Kościoła, nie powinno być krzyży w instytucjach publicznych, także w Sejmie, nie powinno być religii w szkołach.

Nie przeszkadzały panu przebieranki posła Ryfińskiego za biskupa.

- Te harce były przegięciem. Ryfiński, Kotliński szkodzili idei państwa świeckiego, bo kierowali uwagę opinii publicznej na te wygłupy.

Nie będziemy walczyć z wiarą i religią, tylko rozpychającym się, chcącym władzy i przywilejów Kościołem katolickim. Ponownie złożymy projekty o związkach partnerskich, in vitro.

Uznał pan, że w tak katolickim społeczeństwie nie da się wojować z wiarą? Do takich wniosków doszedł kiedyś SLD i Miller.

- Ludzie na pewno chcą, by Kościół płacił podatki, by ksiądz nie wyciągał za pogrzeb 1 tys. zł, ale są przyzwyczajeni kulturowo do pewnych obrzędów – chcą chrzcić dzieci i brać śluby w kościele. Państwo nie wypracowało tak ładnych ceremonii jak Kościół.

Nie ma jasności co do programu gospodarczego TR. Powszechna opinia jest taka: Palikot w poniedziałek jest socjałem, a we wtorek – liberałem.

- Jestem socliberałem. Liberalizm wiązał się niegdyś z równością i wolnością, był wrażliwy społecznie, nie wolno go utożsamiać z dzisiejszym neoliberalizmem. Wolny rynek – tak, pod warunkiem że nie ma zbyt dużych różnic społecznych.

Chce pan jak SLD opodatkować najbogatszych 50-proc. podatkiem?

- To czysty populizm, bo oni uciekną do rajów podatkowych. Trzeba zwiększyć kwotę wolną od podatku, bo tylko tak można pomóc tym najbiedniejszym.

Jeżdżę po Polsce z programem „Przyjazne państwo”, przedstawiam nasze pomysły gospodarcze, np. firma na próbę – przez trzy miesiące, dopóki nie ma kontrahentów, przedsiębiorca nie płaciłby podatków i składek – czy działania sprzyjające powstawaniu lokalnych browarów, gorzelni czy tłoczni.

Muszę odzyskać fundament, w którym byłem najbardziej wiarygodny ze względu na mój życiorys biznesmena. Muszę zbudować drugą nogę: pierwsza, światopoglądowa, daje poparcie 2-4 proc. wyborców, druga, socliberalna, da kosztem PO kolejne 2-4 proc. Jeśli za rok moja formacja wejdzie do Sejmu z tymi 6-7 proc. – okrzepnie, zadomowi się w polskiej polityce na stałe.

 

Wyborcza.pl

W niektórych okręgach wyborów nie będzie, bo nikt nie chce kandydować

Michał Karbowiak, 20.10.2014
Jeśli nie ma wyrazistego lokalnego lidera, to mieszkańcy boją się startować w wyborach. Nie czują też potrzeby zmian - ocenia dr Marzena Cichosz  Jeśli nie ma wyrazistego lokalnego lidera, to mieszkańcy boją się startować w wyborach. Nie czują też potrzeby zmian – ocenia dr Marzena Cichosz (Fot. Maciej Świerczyński/Agencja Gazeta)
W niemal 1,7 tys. okręgów w wyborach samorządowych nie dojdzie do głosowania na radnych, bo na jedno miejsce zgłosił się tylko jeden kandydat.- Ludzie boją się angażować w sprawy swojej miejscowości, a edukacja obywatelska u nas leży – alarmują eksperci.
W listopadowych wyborach samorządowych mieszkańcy większości gmin po raz pierwszy wybierać będą radnych w okręgach jednomandatowych. Jest ich w kraju 37 842. Zasada ta nie dotyczy miast na prawach powiatu – tu okręgi nadal będą wielomandatowe. Zmiany w kodeksie wyborczym wprowadzono w 2011 r. Okręgi jednomandatowe miały wzmocnić demokrację na najniższym szczeblu: zachęcić mieszkańców do głosowania, wypromować lokalnych liderów.Problem w tym, że w wielu okręgach wybory są już rozstrzygnięte. Według danych Państwowej Komisji Wyborczej w 1693 z nich zgłosił się tylko jeden kandydat. A to oznacza, że stołek przypadnie mu bez walki. W kolejnych 80 okręgach nie startuje nikt. Te liczby mogą się jeszcze nieznacznie zmienić, bo procedury trwają, ale jedno jest pewne – z aktywnością obywatelską jest u nas najgorzej od lat. W 2010 r. głosowania nie przeprowadzono w 1001 okręgach, bo liczba kandydatów była tam równa lub mniejsza od liczby mandatów. W 2006 r. takich okręgów było 1020.

Teraz w niektórych miejscach dochodzi do sytuacji kuriozalnej. W gminie Rutka-Tartak przy granicy z Litwą, na niespełna miesiąc przed wyborami samorządowymi skład rady jest już znany. 15 kandydatów zgłosiło się na 15 miejsc. Wszyscy związani są z wójtem Janem Racisem, który rządzi w gminie od 1990 r. W najbliższych wyborach on również nie będzie miał rywala. Mieszkańcy przy jego nazwisku zaznaczą tylko „tak” albo „nie”. Wygra, jeśli zdobędzie ponad 50 procent głosów.

Już przed wyborami wójt zapowiadał, że może być problem z kandydatami. Bo jak ludzie mają duże gospodarstwa, to nie chcą ujawniać w oświadczeniach swojego majątku. A te radny musi wypełnić.

- U nas jest podobnie – mówi Artur Jurkowski, wójt gminy Pęcław na Dolnym Śląsku. U niego głosowania nie będzie w 13 na 15 okręgów. – Ludzi te oświadczenia odstraszają. Nawet gdyby mogli coś do rady wnieść. Poza tym nasza gmina jest biedna, ciężko się nią zarządza, a fortuny z tego nie ma – podkreśla wójt.

Jurkowski opowiada, że dwa lata temu sam obciął sobie miesięczne wynagrodzenie z 8 do 5 tys. zł, radnym również obniżono diety. Zamiast 200 zł dostają 100 zł za posiedzenie. Sesja odbywa się – w zależności od potrzeb – czasem i raz na kwartał.

- Biorąc pod uwagę, ile czasu i energii trzeba poświęcić na bycie radnym, to językiem piłkarskim można powiedzieć, że pracują oni za frytki – potwierdza Łukasz Horbatowski, wójt sąsiedniej Kotli. W jego gminie radni dostają miesięcznie 250 zł. On sam zarabia na rękę 5,8 tys. zł.

Przed wyborami pewne miejsce w radzie gminy w Kotli ma 11 osób na 15 okręgów. Wszyscy są związani z wójtem Horbatowskim. W czterech okręgach kandydatów wystawił komitet Przyszłość Dolnoślązaków. Założyła go Magdalena Agaciak, 29-letnia wrocławianka, która zamieszkała w okolicy. – Wcześniej nie miałam nic wspólnego z polityką, sama nie kandyduję. Założyłam komitet, żeby zachęcić mieszkańców do zaangażowania się w sprawy lokalne. I teraz widzę, jakie to trudne. W mniejszych miejscowościach ludzie boją się stanąć do wyborów, uważają, że może im to zaszkodzić. Szczególnie, gdy mają konkurować z obecną władzą. Poza tym edukacja obywatelska u nas po prostu leży. Mieszkańcy kojarzą jeszcze wójta, ale czym zajmuje się radny gminy czy sejmiku wojewódzkiego, nie wiedzą już zupełnie – podkreśla.

Podobnego zdania jest dr Marzena Cichosz, politolog z Uniwersytetu Wrocławskiego. – W niektórych gminach scementowały się już pewne układy. Urzędujący wójt, burmistrz czy prezydent zorganizował sobie już sieć wpływu, która go umacnia na urzędzie. Elementem tej sieci są również jego radni. Jeśli nie ma wyrazistego lokalnego lidera, to mieszkańcy boją się startować w wyborach. Nie czują też potrzeby zmian – ocenia.

Dodaje, że Polacy mają coraz większą chęć do działania, ale raczej na poziomie inwestycji w siebie, pomocy rodzinie czy sąsiadom. – Wolimy działać nieformalnie. Należy mieć nadzieję, że z czasem to przełoży się na poziom samorządowy, że energia obywateli rozbije to, co ją dziś ewidentnie hamuje – kwituje dr Cichosz.

 

Wyborcza.pl

Zielona Góra nie wybierze prezydenta

Kalina Stawiarz, 20.10.2014
Janusz Kubicki będzie rządził Zieloną Górą do 1 stycznia 2015 r.Janusz Kubicki będzie rządził Zieloną Górą do 1 stycznia 2015 r. (Fot. Anna Krako / Agencja Gazeta)
W Zielonej Górze 16 listopada nie będzie wyborów prezydenta i radnych miejskich. Odbędą się wiosną. To efekt połączenia 120–tysięcznego miasta z obwarzankową gminą wiejską.
Połączenie miasta i liczącej 17 wsi gminy nastąpi 1 stycznia 2015 r. Zdecydował tak rząd. Do tego czasu powiększoną Zieloną Górą rządzić będzie obecny prezydent Janusz Kubicki, a zadania rady miasta przejmie osoba wyznaczona przez premiera na wniosek wojewody lubuskiego.Wybory władz miasta nie odbędą się tu 16 listopada, bo połączenie miasta i gminy oznacza powstanie nowego samorządu. Termin elekcji wskaże premier w porozumieniu z Państwową Komisją Wyborczą, prawdopodobnie wczesną wiosną. W listopadzie mieszkańcy Zielonej Góry wybiorą jedynie radnych sejmiku wojewódzkiego, a w gminie – sejmiku i powiatu.

O fuzji samorządów zadecydowało majowe referendum w gminie i konsultacje społeczne w mieście. Przed plebiscytem prezydent Zielonej Góry Janusz Kubicki, dziś niezależny, dawniej SLD, obiecywał wsiom m.in. niższe podatki, tańsze bilety autobusowe i co najmniej 100 mln zł inwestycji. Efekt: na wsiach zwolennicy połączenia wygrali w stosunku 53,5 do 46,5 proc., w referendum wzięło udział 55,2 proc. uprawnionych.

Zielona Góra odtrąbiła sukces. Jako pierwsze miasto w Polsce skorzystała z prawa do połączenia i dlatego zarobi 100 mln zł od ministra finansów. Premia to rezultat tzw. zgodnego połączenia. Gwarantuje ją ustawa o dochodach jednostek samorządu terytorialnego.

Po połączeniu liczba mieszkańców Zielonej Góry wzrośnie z ok. 118 do ok. 136 tys., natomiast powierzchnia powiększy się z 58 do 278 km kw. Dzięki temu Zielona Góra stanie się obszarowo większa od Poznania.

Pomysł łączenia miast i okalających je gmin forsuje Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Ma to przynieść oszczędności budżetowe.

 

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz