RSS
 

A Ewa…

 

Zygmunt Miłoszewski nie chce już pisać kryminałów. „Wyścig na najokrutniejsze zbrodnie trwa”

18.10.2014
”Sięganie po coraz bardziej szokujące tematy spowodowało, że teraz dzieci są gwałcone w co drugiej książce, bo wiadomo, pedofilia, trauma z przeszłości – to się poniesie”
Katarzyna Nowakowska

Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)

- Kryminałów jest zatrzęsienie, więc nic dziwnego, że autorzy próbują się z tej masy wyróżnić i podejmują z czytelnikiem pewną grę. Bo on z jednej strony oczekuje od kryminału znanej, ustalonej konwencji: zaczyna się od tego, że jest trup, potem ktoś się tym trupem interesuje i próbuje dojść, skąd ten trup się wziął, na końcu zaś poznajemy rozwiązanie zagadki. Ale jednocześnie w tych ramach czytelnik chce mieć coś nowego – mówi Zygmunt Miłoszewski. Rozmawiamy z nim tuż po premierze jego najnowszej książki „Gniew” – ostatniej z serii o superprokuratorze Teodorze Szackim.

Moja ostatnia randka z prokuratorem Szackim trwała nieprzerwanie do 4.20 rano – bardzo dziękuję. I rozumiem już, czemu zatytułowałeś tę książkę „Gniew”…

- Starałem się, żeby tytuł był adekwatny.

Ja czuję, że będzie to właśnie reakcja fanów Szackiego. Co to za zakończenie jest?!

- Zakończenie jak zakończenie. Tak zwane otwarte. Historia literatury zna takie przypadki. Nie zdradzając, co jest w tej książce, ale skoro czytałaś, to wiesz, że niezależnie od zakończenia, niezależnie od ostatniej strony, po tym, co się wydarzyło w tej powieści, nie ma mowy, żeby pojawiła się jakakolwiek inna powieść z prokuratorem Szackim.

Czyli tak jak zapowiadałeś: trylogia i na tym koniec?

- Tak. I w ogóle nie rozumiem, czemu to budzi tyle emocji.

Bo stworzyłeś dobrą postać. Czytelnicy się przywiązali.

- Ale to miejcie trochę zaufania, że jak udało mi się z jednym, to może uda się też z kolejnymi? Czy pisarz ma jakoś przypisaną odgórnie jedną określoną postać? Że jak raz trafił w bohatera, to już koniec? Potem może się tylko przebranżowić i produkować meble artystyczne?

Miejmy nadzieję, że nie przerzucisz się na meble. Ale, o ile wiem, wątków prokuratorskich nie porzuciłeś całkowicie – jesteś współautorem scenariusza serialu o prokuratorze, choć nie Szackim.

- Serial jest przede wszystkim autorstwa mojego brata Wojtka. Zaczęliśmy pracować nad tym scenariuszem wspólnie, początkowo nawet miało być o Szackim, ale potem uznaliśmy, że to, co powstało, różni się na tyle od mojej postaci, że nazwaliśmy go inaczej. Serial wszedł już w fazę realizacji, właśnie ruszają zdjęcia. W roli prokuratora Procha wystąpi Jacek Koman, co mnie bardzo cieszy, bo uwielbiam tego aktora, a brat donosi z planu, że jest mistrzowski w tej roli. Jego partnera policjanta gra z kolei Wojciech Zieliński; podobno jest chemia!

Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)

Czemu ty tych prokuratorów tak lubisz? W książkach pojawiają się takie określenia jak szeryf, superbohater – tak widzisz tę rolę? Prokurator lepszy niż policjant?

- Prokurator może chodzić w garniturze, a policjant musi w skórzanej kurtce trzy czwarte. Nienawidzę skórzanych kurtek.

Skąd ten wątek elegancji? Sam reprezentujesz raczej elegancję sportową – interesujesz się jakoś bliżej modą męską? Czytasz porady dla szarmantów?

- Nie, ja jestem taki dość wymięty – dziękuję za tę sportowa elegancję – i właściwie nie znam się na tym wcale. Jestem z tego rodzaju mężczyzn, którzy wchodzą do sklepu kupić buty, bo poprzednie już całkowicie schodzili, i płaczą, gdy okazuje się, że w sklepie nie ma już takiego samego modelu albo przynajmniej podobnego do tego, który mieli.

Ale Szacki jest taki przekonujący, gdy sarka na krój poszetki czy dobiera garnitur…

- Tutaj akurat pomogła mi żona. Przeczytała i zapytała: „A to ty nie wiesz, jak nazywa się taka chusteczka wystająca z kieszeni marynarki?”. A skąd mam wiedzieć? Chusteczka to chusteczka. Dopiero żona mi uświadomiła, że to właśnie poszetka, że to bardzo ważny element męskiego ubioru, bo w takim bardzo formalnym stroju to jedyna rzecz, która pozwala zaznaczyć swoją osobowość czy styl. Więc to nie jest tak, że się znam, ale tak jest z wieloma rzeczami, o których piszę – nie interesuję się nimi, ale staram się je poznać jak najlepiej, kiedy o nich piszę. Jest takie powiedzenie, że należy pisać o tym, co się wie, natomiast kiedyś jeden amerykański autor mi powiedział, że trzeba pisać nie o tym, co się wie, tylko o tym, czego się dowie. Trzeba po prostu dużo pracować, by poznać jak najlepiej rzeczywistość, o której się pisze. I to potem procentuje. Nigdy nie pracowałem w prokuraturze, nigdy nie miałem do czynienia z wymiarem sprawiedliwości, ale rozmawiałem dziś rano z prokuratorem, który mówił, że udało mi się oddać specyficzny sposób myślenia prokuratora. W ogóle jestem pupilkiem prokuratury, bo jako jedyny przedstawiam ich w korzystnym świetle.

Wracając zaś do kwestii odzieżowej pedanterii Szackiego – u niego strój pełni bardzo określoną funkcję. On się wpisuje w konwencję opowieści o superbohaterze, a superbohater musi mieć kostium. Nie ma superbohatera bez kostiumu: peleryny, rajstopek, maski. Szacki ma zaś swój garnitur. Zawsze zapięty pod szyję, górny guzik marynarki zapięty, mankiety wystające ile trzeba. Bo to jest jego forma: nie jest jakimś urzędasem po prawie, tylko przedstawicielem sprawiedliwości Rzeczpospolitej.

Konwencja superbohaterska to jedno, ale Szacki wpisuje się też w inny trend we współczesnym kryminale, czyli poszukiwanie innego bohatera niż prywatny detektyw, policjant czy adwokat. Mamy więc patologów, profilerów, koronerów i prokuratora. To jest wyraz znużenia twórców gatunku?

- Kryminałów jest zatrzęsienie, więc nic dziwnego, że autorzy próbują się z tej masy wyróżnić i podejmują z czytelnikiem pewną grę. Bo on z jednej strony oczekuje od kryminału znanej, ustalonej konwencji: zaczyna się od tego, że jest trup, potem ktoś się tym trupem interesuje i próbuje dojść, skąd ten trup się wziął, na końcu zaś poznajemy rozwiązanie zagadki. Ale jednocześnie w tych ramach czytelnik chce mieć coś nowego: jakąś nieoczywistą fabułę, tło społeczne, opis profesji, o których nie miał pojęcia, zaskakującego bohatera. I my się staramy sprostać tym oczekiwaniom: utrzymać formę, ale włożyć do niej wystarczająco dużo nowych elementów, żeby czytelnik nie wywracał oczami, że to już wszystko było.

Nie wiem, czy nie jest to jednak nieco ślepa uliczka. Popatrz, ilu się namnożyło „dziwnych” detektywów – a to z zespołem Aspergera albo nerwicą natręctw czy jakimś innym odstępstwem od normy. Nie za dużo tych udziwnień?

- Tak, to są zdecydowanie dowody na degenerację gatunku. Ściganie się na najdziwaczniejszych śledczych, najokrutniejsze zbrodnie, najstraszniejszych morderców doprowadziło do tego, że ja już tego nie mogę czytać, bo to się dla mnie ociera o pornografię. Sięganie po coraz bardziej szokujące tematy spowodowało, że teraz dzieci są gwałcone w co drugiej książce, bo wiadomo, pedofilia, trauma z przeszłości – to się poniesie. Ale zjawisko eskaluje – już nie wystarczy sam gwałt, trzeba gwałcić przez pięć lat, najlepiej w specjalnym ośrodku, wybudowanym tylko po to, by gwałcić dzieci, bo trwa taki niejawny wyścig, żeby przebić poprzedników. To jest jeden z powodów, dla których się z tego gatunku wycofuję.

Ale w „Gniewie” przedstawiasz zbrodnię, co by nie mówić, bardzo wymyślną. Czyli jednak bierzesz udział w tym wyścigu?

- Dopóki się tym gatunkiem zajmowałem, to brałem i chciałem, żeby czytelnik jednak tę intrygę zapamiętał. Historie o tym, że konkubent konkubinę po pijaku zabił tym, co miał pod ręką, może i są wzięte z życia, ale od kryminału oczekujemy więcej. I ja to „więcej” starałem się czytelnikowi dostarczyć.

Wymyślność zbrodni dała ci też okazję, by wprowadzić ciekawą postać drugiego planu: ekscentrycznego patologa, który idealnie wpisuje się w konwencję szalonego naukowca. Bawiło cię to?

- Bardzo cenię sobie bohaterów drugiego planu i nie wiem dlaczego często zostawia się ich odłogiem. U mistrza Dickensa podpatrzyłem taki trik, że główny bohater powinien być w miarę normalny, ale przy postaciach drugoplanowych można sobie poszaleć, żeby czytelnik miał kogo zapamiętać.

Skoro porzucasz kryminały, to co teraz? Wrócisz do konwencji „Bezcennego”? Myślisz o czymś zupełnie nowym?

- Jeszcze nie wiem, muszę teraz po zakończeniu powieści ogarnąć się z myślami. Mam jedną rzecz rozgrzebaną, którą może skończę – piszemy to razem z bratem. Gatunkowo ociera się o powieść grozy, trochę o fantasy, inspirowane naszą mitologią słowiańską, która moim zdaniem jest mało wykorzystywana przez współczesną popkulturę. Dlatego chcieliśmy te rusałki, utopce, dzikie gony wprowadzić do współczesności, by zobaczyć, co z tego wyjdzie. Jak dobrze pójdzie, to w przyszłym roku to się ukaże. Co do „Bezcennego” – kiedy skończyłem go pisać, to mi się nie podobał, ale teraz budzi moją sympatię, to jest literatura, która bardziej mnie pociąga niż kryminał. Ten musi być ciężki, mroczny, ból, strata – nuda. A tu więcej się dzieje, bardziej otwarta konwencja, więcej radości, przygody. To mnie ciągnie.

A zazwyczaj jest tak, że masz wszystko starannie wymyślone wcześniej? Kiedy siadasz do pisania, to każdy element jest przemyślany czy coś improwizujesz?

- Pisząc „Gniew”, nie wiedziałem do końca, o czym to będzie. Dopiero przeglądając olsztyńskie gazety, zwróciłem uwagę na liczne doniesienia o przemocy domowej i wtedy uznałem, że to jest temat, o którym chcę opowiedzieć. A im więcej się dowiadywałem, tym bardziej chciałem, bo upadło kilka moich fałszywych przekonań czy wyobrażeń na temat tej przemocy, i pomyślałem, że skoro ja je miałem, to pewnie są one dość powszechne. A warto je rozwiać.

Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)

Jakie na przykład?

- Że przemoc domowa to jest coś, co nas nie dotyczy, to się dzieje gdzieś na wsi popegeerowskiej, gdzie pijany chłop żonę leje po pijaku. Okazało się, że to zupełnie nie tak, że inne są źródła przemocy, że ona wynika z pogardy wobec kobiet, a ta pogarda wynika z patriarchalnego systemu społecznego i nie jest przynależna tylko do świata patologii. Przekrój rodzin, w których pojawia się przemoc, jest pełny pod względem pochodzenia, wykształcenia, statusu materialnego. Wręcz trudniej jest ukryć przemoc w tzw. rodzinach patologicznych, bo one są z definicji podejrzane, więc ktoś tam zawsze zajrzy – a to kurator sądowy, a to opieka społeczna, i jest szansa, że wychwyci, że coś się dzieje. Z kolei w tzw. dobrych domach szanse na taką interwencję z zewnątrz są niewielkie.

„Gniew” ma szansę wpisać się więc w bardzo aktualną debatę w związku z przyjęciem – a raczej nieprzyjęciem – Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

- Sam fakt, że ta debata się toczy, jest dla mnie powodem, by wziąć paszport i wyjechać jak najszybciej z Polski. Fakt, że tego nie przyjęli od razu, pierwszego dnia, kiedy mieli taką możliwość, jest dyskwalifikujący dla tej ekipy. W trakcie pracy nad powieścią przeczytałem zresztą tę konwencję i tam nie ma absolutnie nic kontrowersyjnego. I nie mówię tego dlatego, że jestem szalony, lewakiem, zresztą niektórzy mają mnie za PiS-owca. To jest dokument na jeden temat, że istnieje coś takiego jak przemoc wobec kobiet i należy wprowadzić różne rozwiązania prawne, które pomogą jej zapobiegać. Jak w ogóle może się toczyć debata na ten temat? Jak to możliwe, że ktoś, kto ma większość parlamentarną, nie klepnął tego z automatu? Jest to dla mnie niewytłumaczalne. Zapamiętajmy tych ludzi, którzy tego nie uchwalili, i tych, którzy są przeciw, bo wydawałoby się, że pewne granice cynizmu są nieprzekraczalne, a jednak okazało się, że można posunąć się poza nie.

Niektórzy uważają, że to „wymyślony” problem.

- Jak wymyślony? Że w Polsce kobiety to nawet kwiatkiem się nie ruszy? Litości, są jakieś granice zakłamania. Problem istnieje i jest wyjątkowo poważny, przede wszystkim dlatego, że to problem systemowy. To znaczy wynika z pewnych reguł, którymi rządzi się społeczeństwo. Trzeba sobie z tego zdać sprawę i temu zapobiegać. Jak można z tego robić wojnę światopoglądową? Ofiarą tej wojny jest jakaś osoba, której teraz, w tym momencie realnie dzieje się krzywda i ona nie otrzyma na czas pomocy. Jak tak można?

Nie sądziłam, że wierzysz w posłannictwo pisarstwa – w wywiadach zazwyczaj podkreślasz transakcyjny wymiar literatury popularnej: czytelnik płaci za książkę, ty dostarczasz jak najlepszy produkt. Nie boisz się łatki „sprawnego rzemieślnika”?

- Każdy pisarz musi być najpierw sprawnym rzemieślnikiem, a dopiero potem może być czymś więcej. Jak idziemy do knajpy, to chcemy dostać mięso dobrze przyrządzone, a nie spotkać kucharza z posłannictwem, który nie opanował sztuki smażenia mięsa, bo go zajęło jego posłannictwo. Literatura niczym się nie różni od innych usług czy towarów. Jak się wprowadzamy do chałupy, to owszem, chcemy, żeby była ładna, ale przede wszystkim, żeby nam się nie zawaliła na głowę, jak będziemy spać. Chcemy więc, żeby architekt, kucharz czy pisarz opanowali najpierw podstawy swojego rzemiosła, a dopiero potem zajęli się upiększaniem czy uwznioślaniem.

Mam wrażenie, że jednak nie jest w dobrym tonie mówić o literaturze jako towarze. Romantyczne mity trzymają się mocno? Nie wypada pisać „ku pokrzepieniu” czy dla rozrywki? To jest gorsze?

- Wkładam w moje książki bardzo dużo pracy i bardzo mi zależy, żeby czytelnik był po prostu ciekaw, co się jeszcze wydarzy, żeby niecierpliwie czekał na kolejną stronę. Uważam, że pierwszym obowiązkiem każdego pisarza jest nie przynudzać. Ale też staram się, żeby w moich książkach był jakiś obraz społeczeństwa, żeby coś powiedzieć. Nie akceptuję i nigdy nie zaakceptuję literatury, która ma „coś do powiedzenia”, ale jest słaba warsztatowo. Jednak w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów nie będę bronił tezy, że najprostsze kryminały są tak samo dobre, a nawet lepsze. Nie są, choć to już Chandler mówił, że nie zna żadnego autora kryminałów, któremu by chodziło tylko o kryminał, ani żadnego czytelnika, któremu by chodziło tylko o kryminał. To są powieści, to jest literatura. Ale mam też bardzo wiele szacunku dla kolegów, którzy chcą wymyślać polszczyznę od nowa, grać w ekstraklasie dla czytelników bardzo wyrobionych. Literatura jest ogromna, jest w niej miejsce na różne smaki. Jako czytelnicy jesteśmy różni – jednego dnia chcemy przeczytać kryminał, drugiego SF, a trzeciego erudycyjną prozę tylko dla wtajemniczonych – i dobrze byłoby, gdybyśmy w zależności od tego, na co mamy chęć, mogli z każdej półki ściągnąć coś, co jest po prostu bardzo dobre.

Wróćmy jednak do tego wątku finansowego, bo po wypowiedziach Kai Malanowskiej czy przy niesławnej aferze Dunin – Karpowicz nagle okazuje się, że pisarzom jednak potrzebne są też pieniądze. Żyjesz z pisania?

- Tak, aczkolwiek zabrało mi to 10 lat, by znaleźć się w takim miejscu. Dopiero teraz, po sukcesie „Bezcennego” i po tym, jak ruszyły dość lawinowo zagraniczne wydania moich książek, to żyję z nich. Oczywiście jest to poziom, który rozśmieszyłby przeciętnego podprezesa przeciętnej korporacji, ale dla mnie jest to nowość, żeby nie żyć z wiecznie ściśniętym gardłem i pytaniem, co będzie z rachunkami za miesiąc. Osoby, które nie pracowały na własny rachunek, nie wiedzą, jak to jest, kiedy nie wiadomo, kiedy dostaniesz pieniądze, ile się spóźni ktoś, kto ma zapłacić. Pisze się książkę, która ukaże się za kilka miesięcy, czyli pieniądze z tego dostanę za rok, ale czy dostanę, czy to się komuś spodoba, czy się sprzeda? Bardzo się cieszę z tych książek, które napisałem, ale to nie było łatwych 10 lat.

No to teraz dobiłeś na szczyt, do wąskiego grona gwiazd polskiej literatury. Miłe miejsce? Ładny widok stamtąd?

- Widok jest ładny. Mam taki spokój, że przynajmniej w gatunku kryminalnym stałem się jakimś punktem odniesienia. Cieszę się też ze skromnej, bo skromnej, ale kariery międzynarodowej, która pozwala trochę pojeździć i zobaczyć, jak to, co piszę, jest odbierane w innych krajach.

A jak jest odbierane?

- Ostatnio dużo jeżdżę do Francji, gdzie „Uwikłanie” zostało superdobrze przyjęte – jest sukcesem sprzedażowym, miało doskonałe recenzje, było nominowane do kilku nagród literackich. I o ile w Polsce ta książka jest przede wszystkim kryminałem, to tam dla czytelników najciekawsze jest tło społeczne. Nam ono umyka, bo je znamy, żyjemy w nim. Dla Francuzów zaś ciekawsze jest zobaczenie kraju, o którym nic nie wiedzą – bo umówmy się, nic o sobie nie wiemy, my też przecież nie znamy francuskiej codzienności – niż jakaś tam intryga kryminalna. Ja znam to uczucie z własnych lektur, bo kiedy czytam Pierre’a Lemaitre’a, którego bardzo sobie cenię, czy Bernarda Miniera, u którego te intrygi kryminalne są nota bene zupełnie sztampowe, to interesuje mnie najbardziej warstwa obyczajowa – funkcjonowanie francuskiego społeczeństwa.

A jak zostały odczytane te wątki agenturalno-mafijne z „Uwikłania”? Czytelnicy zwracają na to uwagę?

- Co ciekawe, w Polsce ten wątek z różnych względów politycznych był w śmieszny sposób pomijany w recenzjach. W świetle krytyki to była powieść o psychoterapii. Natomiast we Francji to właśnie jest wątek numer jeden, bo to ich ciekawi. Oni wiedzą, że były jakieś kraje komunistyczne za żelazną kurtyną, a teraz są częścią Unii Europejskiej. Koniec wiedzy. „Uwikłanie” pokazuje im jakiś moment przejścia oraz to, że z tamtego systemu zostały niezałatwione sprawy, jakieś cienie. Czytelników jednak niezwykle bulwersuje coś innego. Już kilkukrotnie byłem pytany o to, że jak to możliwe, aby urzędnik państwowy wysokiego szczebla, jakim jest Szacki, zastanawiał się, czy stać go na obiad w knajpie. Przecież taki urzędnik zarabia mnóstwo kasy, a w knajpie jada codziennie, bo jak każdy wychodzi na dwugodzinny lunch. Więc tłumaczę, że w Polsce to tak nie wygląda. „Ale co? Macie krótszą przerwę na lunch?”.

Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)Zygmunt Miłoszewski (fot. Agata Połajewska)

Tak, to pewne zderzenie kultur jest.

- To też, ale zauważyłem, że wiele zależy również od osobowości tłumacza i tego, co wyciągnie na pierwszy plan. W angielskich recenzjach na przykład podkreślana jest ironia i czarny humor, dlatego że moja tłumaczka jest Brytyjką, obdarzoną takim typem poczucia humoru, i fajnie przekłada chociażby gry słowne. Natomiast we Francji wszyscy podkreślają, jaka to jest duszna i mroczna literatura. Jest to szalenie ciekawe.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że wrócisz do świata „Bezcennego”, o ile dogadasz się z amerykańskim wydawcą. Możesz wyjaśnić, o co chodzi?

- Poza tym, że jestem pisarzem i podejmuję swoje artystyczne wybory, to prowadzę też firmę, która się nazywa „działalność literacka”, i ta firma musi mnie utrzymać. To, że napisałem trylogię Szackiego, to zasługa brytyjskiego wydawcy, który powiedział, że kupi „Uwikłanie”, o ile będzie to seria, bo oni wydają tylko serie. A teraz mój agent usiłuje się dogadać z amerykańskim wydawcą na „Bezcennego” i jeśli ktoś mu powie: OK, tylko lepiej, żeby to miało kontynuację, to napiszę ją.

Niedługo do kin wejdzie ekranizacja „Ziarna prawdy” – pracowałeś nad scenariuszem razem z reżyserem Borysem Lankoszem. Masz do tego inny stosunek niż do „Uwikłania”, które zrobił Jacek Bromski?

- Z „Uwikłaniem” to była prosta sytuacja – nie miałem z tym nic wspólnego. Nie podobało mi się to, co zrobili, poza małymi wyjątkami, na przykład uważam, że Jacek słusznie wyciągnął na pierwszy plan wątek esbecki. Dzięki temu to się zrobiła filmowa wypowiedź o czymś – dość kontrowersyjna zresztą, jak się okazało. Uwikłanie trochę mnie pozbawiło złudzeń i przy „Ziarnie” nie miałem żadnych oczekiwać. Myślałem: niech ktoś kupi prawa, na narty sobie pojadę. A potem pojawił się Borys i się zaprzyjaźniliśmy, razem pracowaliśmy nad scenariuszem i przez to mam zupełnie inny stosunek do „Ziarna prawdy”. Na przykład nie umiem ocenić tego filmu, który już widziałem, tak jak nie umiem ocenić swoich książek. Żadnej nigdy nie przeczytałem po wydrukowaniu. Tutaj też mam taki emocjonalny stosunek, kilka rzeczy mi się bardzo podoba, inne nie, ale nie wiem, czy dlatego że są złe, czy jestem nadmiernie krytyczny, jak wobec wszystkiego, co robię. Mam też tremę, jak przed premierą powieści. Trochę się boję, że będzie znowu, że zrobiliśmy antypolski film. Ach, ta Polska…

Ale Robert Więckiewicz w roli Szackiego! To się musi udać!

- Bardzo się cieszę, że Robert to zagra, ale też nie tylko aktor świadczy o filmie. Jeśli się okaże, że to dobry film, to będzie moim zdaniem dowód na to, że ci niewydarzeni polscy filmowcy powinni jednak współpracować z pisarzami. Większość w swojej nieskończonej arogancji uznaje, że skoro Bóg dał im talent filmowania, to dał im też wszystkie inne. Więc sami sobie piszą scenariusze, nie uznając, że są ludzie, którzy mają taki zawód i lepiej potrafią konstruować fabułę. A ja potem siedzę w kinie, widzę błędy fabularne, widzę dziury i bezsensy i mnie to wyłącza.

Co widziałeś ostatnio?

- „Miasto 44” Komasy – poszedłem, żeby zobaczyć, jako warszawiak. Uważam, że Janek świetnie oddał tę rzeź, w której o nic nie chodziło, i bardzo się dziwię, że prawica sobie ten film przygarnęła, bo on jest w gruncie rzeczy w całkowitej opozycji do powstańczej mitologii. To są jacyś młodzi ludzie, którzy kręcą się po Warszawie, słyszą, że będzie jakaś afera i będzie fajnie, a potem wszyscy umierają. W swojej wymowie ten film, to, że unika pokazywania procesu decyzyjnego, dowódców, tła, jest bardzo mocny. Cała końcówka mnie chwyta za gardło. Ale z drugiej strony są dni, że mam ochotę pojechać do Komasy i go udusić, że nie zatrudnił jakiegoś pisarza, że nie poprosił kilku naprawdę wielkich literatów, jak chociażby Józef Hen, którzy pisali wspaniałe rzeczy o wojnie, żeby popełnili jakąś nowelkę, która byłaby o czymś więcej niż to, że młodzi ludzie chcieli się całować, a zamiast tego umarli. Czasami mi żal, że tam nie ma fabuły, że to jest afabularne kompletnie. A czasami myślę, że może to dobrze? Bo nie odwraca uwagi od tej wymowy? Myślę, że to film ważny i każdy powinien go zobaczyć i sobie na to pytanie odpowiedzieć.

Na „Służby specjalne” się wybierasz?

- Nie, bo mnie nudzą te thrillery, kryminały. Jak uda mi się dziś skombinować nianię na wieczór, to pójdziemy na „Bogów”, bo tego jestem ciekaw. Ale zauważ: Łukasz Palkowski nie pisał scenariusza – powierzył to zadanie scenarzyście. Naprawdę apeluję do polskich filmowców – są ludzie, którzy wymyślać historie. Nazywamy ich pisarzami. Największe sukcesy polskie kino odnosiło, kiedy współpracowało z dobrymi autorami: Hen, Konwicki, Hłasko, Iwaszkiewicz. To działa.

Borys Lankosz akurat jest jednym z tych polskich filmowców, który oprócz tego, że ma ogromne zaplecze jako dokumentalista, to świadomie i z wyboru pracuje z pisarzami – z tobą, a wcześniej z Andrzejem Bartem przy „Rewersie”.

- I chwała mu za to. Mam nadzieję, że „Ziarno prawdy” pokaże, że to ma sens. Borys poza tym, że pracuje z pisarzami, to rozumie też, że sztuka fikcji to coś innego, niż sztuka mówienia po polsku. W większości ludzie kina i telewizji wierzą, że są pisarzami, bo przecież cały czas mówią dialogiem. Cóż prostszego? Zrobiłem teraz z bratem ten serial i nie zamierzam już robić kolejnego. A jak mnie jeszcze bardziej wkurwią – i nie zmieniaj tego, proszę, na „zirytują” czy rozgniewają”, bo to jest białe, syczące wkurwienie, a nie żadna irytacja – to udzielę wywiadu o tym, jak wygląda produkcja seriali telewizyjnych w Polsce i dlaczego nigdy nie zobaczymy nic dobrego.

Cieszę się, że to słowo padło, bo „wkurw polski” pojawia się w „Gniewie”. To nasza cecha narodowa? To twoja cecha?

- Mój ojciec jest z Pułtuska, moja matka jest z Żyrardowa – nic we mnie nie ma oprócz strasznych mazowieckich genów z Kongresówki. Nie mogę więc udawać szlachcica, nawet na mieszczanina się z trudem stylizuję. I jest coś takiego jak „wkurw polski”, jest to cecha, która nas identyfikuje jako naród. Ona jest oczywiście na dłuższą metę mecząca, ale ja ją cenię, bo jest w niej autentyczność i taka przekora. Przez co w Polsce nie zdarzy się nam ani nic wspaniałego, ani bardzo strasznego. Bo powiedzmy, że ktoś rzuci: „Zbudujmy największą gospodarkę świata”, to reakcja będzie: „Pomysł może niegłupi, ale nie, coś pierdolisz”. Ale jak ktoś krzyknie: „Hej, słuchajcie – mam taki pomysł: zabijmy wszystkich Żydów”, to reakcja też będzie: „Pomysł może niegłupi, ale nie, coś pierdolisz”. Uważam, że fajne rzeczy wykuwają się z buntu, przekory, niezgody. Wkurw jest do pewnego stopnia twórczy, choć utrudnia życie codzienne, ale w sumie wolę go od tej atmosfery wiecznego zadowolenia zachodnich społeczeństw. Jeśli Polak natknie się na przeszkodę, to znajdzie 10 sposobów, jak ją obejść, Francuz się na tej samej przeszkodzie zatrzyma.

 

''Gniew''

 

Książki Zygmunta Miłoszewskiego w promocyjnych cenach do kupienia w Publio.pl

 

Zygmunt Miłoszewski. Rocznik 1976. Pisarz, dziennikarz, współautor scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Po studiach na polonistyce pracował jako dziennikarz, specjalizujący się w relacjach z rozpraw sadowych. Sławę przyniósł mu cykl powieści kryminalnych o prokuratorze Teodorze Szackim. Mieszka w Warszawie z żoną i dwójką dzieci.

Katarzyna Nowakowska. Redaktor naczelna serwisu Foch.pl. Jest założycielką (nie)oficjalnego kultu Davida Bowie i współtwórczynią „Bachora”. Dla niepoznaki za dnia pisze kulturalne teksty („Dziennik Gazeta Prawna”), a nocą wyżywa się w internetach.

weekend.gazeta.pl

 

Ewa Minge: Nikt mi nigdy niczego nie zafundował. Na wszystko zapracowałam sama

”Jesteśmy zawistnym narodem. Jak ktoś odniesie sukces, szukamy, czy przypadkiem może nie ma nogi albo ręki”
Angelika Swoboda

Ewa Minge (fot. Patryk Ogorzałek/Agencja Gazeta)

Prezes Alta Roma powiedział mi kiedyś: „Twoja siła polega na tym, że jesteś inna. Że masz swoje DNA, jak Dolce&Gabbana czy Versace. Drugiego Valentino nie potrzebujemy”. Dlatego kiedyś moja moda była niezrozumiała dla polskich dziennikarzy. Nie mogli mnie połączyć z inną światową marką – wspomina Ewa Minge. A potem dodaje: – Ale moja pozycja jest dziś poparta ekonomią. Modę trzeba przede wszystkim umieć sprzedać.

Jesteś polską projektantką, która odniosła sukces, również na świecie. Jak to się robi?

- Urodziłam się z pomysłem na całe swoje życie.

Czyli?

- Chciałam zmieniać świat wokół siebie i dopasowywać go do swoich wizji. Nie ludzi, nie na siłę, ale przedmioty. Jak się urodziłam, to pamiętałam rzeczy, których nie powinnam pamiętać. Na przykład, że kołderka w moim dziecięcym łóżeczku była w turkusowe romby. Jak rodzice na chwilę odchodzili, skopywałam ją i darłam się tak, że nie można mnie było uspokoić. Bo ja wolałam tę w żółte motylki.

Nie wierzę.

- Naprawdę. Moja mama, choć nie mogła w to uwierzyć, potwierdziła mi po latach tę kołderkę. Wiesz, ja się urodziłam, chcąc stworzyć taki świat, jaki jest w mojej wyobraźni. Idealistyczny świat jak z bajki. Na samym początku jest marzenie. Żeby je spełnić, musisz przejść przez siedem gór i siedem rzek. Możesz zabić smoka, ale możesz się też z nim zaprzyjaźnić. Możesz obejść trolla, ale czasami musisz z nim stoczyć bój. Zdarza się też, że troll zmieni się w kogoś wartościowego. Mówisz mu: spójrz w lustro. Nie musisz psuć cudzego życia.

Wróćmy z bajki do realnego świata. Powiedz mi, jak osiągnąć sukces.

- Przecież przed chwilą właśnie ci to powiedziałam (śmiech). Na początku miałam marzenie. Ale to nie jest tak, że już na samym początku wiedziałam, jak to będzie wyglądało. Ja po prostu wiedziałam, gdzie chcę dojść. I przez cały czas się uczyłam. Jeśli naprawdę masz marzenie, które chcesz zrealizować, zrobisz wszystko, żeby tak było. Nawet jak masz do zdobycia lampę Aladyna.

Udało mi się wejść dopiero na pierwszy schodek spełnienia moich marzeń. 120 najlepszych multibrandowych salonów na świecie ma moją kolekcję. Pełną. Nie wstawiłam jej w komis, oni po prostu ją kupili. Kontrahenci sami się do nas zgłaszają. To pierwszy etap, który chciałam osiągnąć. Nie muszę chodzić, nie muszę prosić. Jak to zrobiłam? Wszystko, co zarabiałam, inwestowałam w swoją markę. Zamiast kupić sobie superwypasioną furę, helikopter i dom z basenem, wkładałam w firmę.

Początkowo nikt nie wierzył, że uda mi się pokazać za granicą. Trudno mi było znaleźć sponsorów na samodzielne pokazy. Zresztą uważałam, że muszę sama wypracować na to środki. Żeby ryzykować nie cudzymi, a własnymi pieniędzmi. Nie wiedziałam przecież, czy ktoś kupi moje projekty. Myślałam: A co, jeśli mnie wygwiżdżą? Jeśli sponsor będzie rozczarowany? A ja nie lubię ludzi rozczarowywać.

Żeby się pokazać na zagranicznym Fashion Weeku, bez znaczenia, czy to Dior czy Chanel, trzeba zapłacić. Za modelki, za oświetlenie, za wybieg, za miejsce, w którym będzie pokaz. Ludzie przychodzili oglądać moje kolekcje, a prasa międzynarodowa chwaliła. Nabrałam przekonana, że dobrze inwestuję swoje pieniądze. Mój sukces to ciężka praca i często odjęcie sobie od ust. Wypoczynku, butów od Louboutina za 6 tysięcy złotych. Nie kupuję ich, bo od razu szybko przeliczam, jak mogę takie pieniądze zainwestować w firmę.

Ewa Minge (fot. Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta)Ewa Minge (fot. Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta)

Zagraniczne media cię chwaliły, a polskie?

- Miałam tę świadomość, że nie powinnam czytać, co o mnie w Polsce piszą. Zachód mnie chwalił, a polskie media były mi nieprzychylne. Nie do końca wiedziały, co chcę osiągnąć, pisały, że znowu coś wymyślam…

Jest ci z tego powodu przykro?

- Tak, bo daję zatrudnienie setce ludzi. Płacę składki do ZUS, podatki, rozwijam polską markę. Tymczasem w kuluarach plotkowano, że mam bogatego sponsora, który mi zafundował to czy tamto. A mi nikt nigdy niczego nie zafundował. Dlatego musiałam tak ciężko pracować. Oczywiście zdarzali się w moim życiu panowie, którzy chcieli się ze mną podzielić swoim majątkiem i doświadczeniem. Ale ja, nauczona moim pierwszym małżeństwem – po rozwodzie zostawiłam mężowi wszystko, co miałam – wiedziałam, że nic od nikogo nie chcę. Zapłaciłam wysoką cenę za wolność. Nie chcę być nikomu w życiu wdzięczna. Chcę sama ponosić konsekwencje upadku czy ewentualnej porażki. Wolę się dzielić tym sukcesem z ludźmi, którzy ze mną przy nim pracują. Od szwaczki, przez technologa, po szefową produkcji i sekretarkę. Ja bez tych ludzi nie stanowię niczego. Wiedziałam, że muszę mieć przy sobie sprawdzonych ludzi, którzy będą częścią mojego projektu…

…i potężnego modowego imperium?

- Mój główny showroom i siedziba mojej marki znajduje się dziś w Mediolanie. W pierwszym showroomie Armaniego. To bardzo ciekawe, nie uważasz? Stamtąd sprzedajemy kolekcje na cały świat. Co innego zamawiają Włochy, a co innego Rosja… Po każdym pokazie wymyślałam sobie kolejny kraj. W Paryżu na moim pokazie pojawiła się dziennikarka z Nowego Jorku, która zapytała, czy ja się tam nie chcę pokazać na Fashion Weeku. Pomyślałam: zaakceptowały mnie Francja i Włochy, ciekawe, jak zareaguje Ameryka. Bardzo wierzę w trójkąt pełnowymiarowy. I dałam w Nowym Jorku trzy pokazy.

Kolekcja Ewy Minge na zimę 2013 (fot. Patryk Ogorzałek/Agencja Gazeta)Kolekcja Ewy Minge na zimę 2013 (fot. Patryk Ogorzałek/Agencja Gazeta)

W Mediolanie jest inaczej niż u nas?

- Ja Mediolanu osobiście nie lubię, więc wpadłam właśnie na pomysł, żeby mój drugi dom był na Sycylii. Tam jest ciepło, a w Mediolanie nie. Poza tym moja kreatywność lepiej się rozwija w wolniejszym tempie, właśnie na takiej sycylijskiej albo polskiej prowincji. Chciałabym więc dzielić czas między sycylijską a polską prowincję. Jak będzie mi na Sycylii za gorąco, wyjadę do Rzymu (śmiech).

Cały świat jest zawodowo inny od Polski. Na świecie, jeżeli ktoś zrobi słabą kolekcję, to się jej nie opluwa. Nie robi się wokół tego sensacji. Oddźwiękiem tego, że kolekcja się nie podobała, jest brak miejsca w mediach. Włosi się wzajemnie wspierają, a u nas dopiero to się zaczyna. Ale powoli. Wiesz, trudno mi się odnieść dziś do polskich projektantów, bo ja jestem domem mody. Trudno mi się zatem do kogoś w Polsce porównać. I broń Boże nie chodzi mi o to, że jestem od kogoś gorsza czy lepsza. Przepraszam za nieskromność, ale nie znajduję odpowiednika.

Za granicą jest ci łatwiej?

- Na świecie nikogo nie interesuje, czy mam rude, niebieskie czy zielone włosy, oraz to, jak wyglądam. Wszyscy projektanci na świecie są w jakimś sensie przerysowani. Każdy sobie wygląda, jak chce. Liczy się to, co stworzysz i pokażesz na wybiegu. We Włoszech mój pierwszy pokaz był szeroko komentowany. Zarówno w dziennikach, jak i w kolorowych pismach. Od razu znalazłam klientki, które w tym chodziły. Dostałam propozycję pracy jako drugi projektant w jednym z największych włoskich domów mody, ale nie mogłam jej przyjąć.

Mój starszy syn dojrzewał, i to bardzo szumnie. Rodzice proponowali mi pomoc, wiedziałam jednak, że dziadkowie nie zauważą tego, co widzi matka. Nie żałuję. We Włoszech, jak się pojawia ktoś, na kim można zarobić, od razu pojawiają się ludzie, którzy chcą zarobić przy nim i na nim. Nie niszcząc go. W Polsce, jak ktoś wyrasta, to trzeba go zniszczyć, zamiast się do niego przykleić. Włochy są moim oknem na świat. Tam nauczyli mnie myśleć międzynarodowo.

Dwoje polskich projektantów pisało podobno na ciebie donosy do włoskich domów mody. Czujesz się izolowana przez rodzimy świat mody?

- Ja sama się chyba trochę wyizolowałam… Nie chciałam, tak jak większość z nich, przenosić się do Warszawy. Donosy… tak, były, ale to już przeszłość. Tylu jest u nas młodych utalentowanych projektantów, a ja jestem już przecież poza tym peletonem. Działam za granicą.

Niektórzy mówili, że mnie nie ma w Warszawie, bo jestem zadufana. Nie. Mnie nie było w Warszawie, bo ja w tym czasie zajmowałam się domem w Zielonej Górze. Dzieci, wywiadówka, katar, zupa… A do tego zaprojektowanie kolekcji, utrzymanie firmy… Jak mój starszy syn Oskar dorósł, stał się moim partnerem, dałam się trochę Warszawie poznać i przestałam pełnić funkcję tej Baby-Jagi. Wtedy z kolei pojawiły się inne historie, takie jak np. kobieta-kot. Myślę jednak, że to nie jest zazdrość innych projektantów, ale chęć zarobkowania mediów plotkarskich. Jesteśmy zawistnym narodem. Jak ktoś odniesie sukces w jakiejś dziedzinie, szukamy, czy przypadkiem może nie ma nogi albo ręki. Żeby mu wsadzić szpilkę.

Ewa Minge(fot. WBF/Eryk Schmitt)Ewa Minge(fot. WBF/Eryk Schmitt)

Radzisz sobie z tym. Sama wychowałaś dwóch synów, wcześnie straciłaś mamę…

- Moi synowie dorośli, są dziś samodzielni, studiują. Ale kiedy byli młodsi, w pewnym momencie powiedziałam sobie: kariera stop. Przez trzy lata tliła się na najniższym biegu. To był moment, kiedy synowie najbardziej potrzebowali mojego szlifowania ich charakterów. Na to nałożyła się choroba mojej mamy… Ale to wszystko mnie wzmocniło. Intuicyjnie uprawiałam tę grządkę, która w danej chwili potrzebowała mojej opieki. Przechodziłam z jednej do drugiej. Jedyną grządką, która od zawsze jest nieuprawiana, jest moje życie prywatne.

Kiedy zaczniesz ją uprawiać?

- Zawsze tworzyłam jedynie związki weekendowe. Nie z lenistwa, tylko dlatego że nie chciałam nikogo obarczać dorastającymi synami i moją skomplikowaną sytuacją zawodową. Wracałam do domu zmęczona i nie miałam siły na budowanie relacji z mężczyzną. Musiałam się zająć dziećmi, dla faceta nie było miejsca. Postanowiłam sobie, że moja druga młodość zacznie się teraz. Wierzę, że jak jesteś w życiu fair, to los we właściwym momencie podsuwa ci dobre dla ciebie rzeczy. Jak czegoś nie możesz dostać i się wkurzasz, to nie jest przypadek. Jeżeli ja przez lata nie czułam wielkich emocji, to prawdopodobnie dlatego, że to nie był czas na tę miłość. Związek dwojga ludzi jest tworem, który wymaga poświęcenia, w dobrym znaczeniu tego słowa. Wymaga uwagi. A moja uwaga była przez te wszystkie lata podzielona między pracę i moich synów. Teraz nadszedł czas mojej drugiej młodości.

Masz wielu przyjaciół?

- Mam mały kawałek wszechświata, w którym są moi przyjaciele i rodzina. Tłumaczę im, że życie jest bajką, dlatego po drodze są wróżki, ale też i trolle. Od nas zależy, czy przedzierając się przez siedem gór i siedem rzek, gdy wpadniemy do jakiegoś rowu, będzie nas miał kto wyciągnąć. W moim świecie nie ma czasu na codziennie celebrowanie przyjaźni. Mogę się z kimś nie widzieć przez dwa lata. Ale jak ta osoba zadzwoni do mnie z problemem, rzucę wszystko, żeby pomóc. Przez lata różne relacje się rozluźniają, jednak emocje, te w środku, pozostają takie same. Codzienne dzwonienie, wysyłanie serduszek to nie dla mnie. W dzisiejszych czasach tego pędu to nie ma sensu. Ważniejsza jest dla mnie świadomość, że mam kilku sprawdzonych przyjaciół, na których pomoc mogę liczyć. Tak samo jak oni na moją.

Nigdy nikt nie chciał cię wykorzystać?

- Jak ktoś do nas przychodzi i potrzebuje pomocy, to uważam, że on jest przysłany z góry. Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy chcą mnie wykorzystać albo zwyczajne pasożyty. Ja przez lata nauczyłam się oddzielać ziarno od plew. Ale też czuję misję poprawiania ludziom ich bytu. Później tych „naprawionych” przyjmuję do swojego świata i często stają się moimi najbliższymi przyjaciółmi. Ostatnio pani dyrektor w mojej firmie żartowała po zatrudnieniu kolejnej osoby, że to znowu ktoś z „mojej grupy”. To znaczy po przejściach: po rozwodzie, chorobie czy stracie najbliższych. Na przykład mój kierowca jest również moim wielkim przyjacielem. Wiem, że gdy zadzwonię do niego o północy, przyjedzie, żeby mi pomóc. Dla mnie. Nie za pieniądze.

Ubierasz bogate Polki i gwiazdy.

- Nigdy nie walczyłam o gwiazdy. Nie wysyłałam im swoich sukienek, nie dzwoniłam. Cheryl Cole na przykład sama się do nas zgłosiła, bo jej się spodobały moje sukienki. Kelly Rowland przyszła do nas ze stylistami i wybrała dla siebie 10 rzeczy. Ivana i Ivanka Tramp, La Toya Jackson, Paris Hilton Odezwali się do nas też ludzie Rihanny.

Eva Minge jest drogą marką – na świecie jesteśmy sprzedawani w multibrandach z piątką największych włoskich domów mody, więc nie możemy obniżać cen. Musimy mieć jednolite ceny na całym świecie. Ubiera się u mnie ten, kogo na to stać, czyli osoby zamożne. Bywa, że brakuje kolekcji i nagle musimy coś ściągać z Włoch. Zdarza się tak w Moskwie, na Cyprze, na Tajwanie…

Zresztą od nowego roku marka Eva Minge znika z Polski. Wchodzimy w nowy projekt, wrócimy prawdopodobnie za 2-3 lata. Nie mogę więcej zdradzić. Ale powiem, że właśnie skończyłam kolekcję na przyszłą zimę.

Skąd wiesz, jakie będą wtedy trendy?

- Jeden jest świetnym kiperem od wina, ktoś inny czuje zapach perfum, a ja mam czuja do ciuchów. Jak kobieta. Marzę na przykład, żeby założyć to czy tamto. Jeśli postawię dzisiaj na jakiś kolor, to on za rok będzie chodził. Mam już gotową kolekcję, którą pokażę w Mediolanie i drugą na Fashion Week w Nowym Jorku. Nie zobaczę, co mają inni. Od 20 lat trafiam w dziesiątkę, zdarza mi się nawet wyprzedzić trendy. To ja pokazałam przed laty w Paryżu sukienki łączone z przezroczystościami. Po mnie były wszystkie duże domy mody. Ja nawet widziałam swoje kopie, co mnie bawiło. Na początku mnie to denerwowało, dziś wiem, że kopiuje się najlepszych.

Ewa Minge (fot. WBF/Eryk Schmitt)Ewa Minge (fot. WBF/Eryk Schmitt)

Kto cię inspiruje?

- Jestem wyznawczynią Coco Chanel. Nie tyle stylu, co życiowej filozofii. Natomiast nie oglądam kolekcji innych domów mody, chyba że po wypuszczeniu swojej kolekcji. Prezes Alta Roma powiedział mi kiedyś: „Twoja siła polega na tym, że jesteś inna. Że masz swoje DNA jak Dolce&Gabbana czy Versace. Drugiego Valentino nie potrzebujemy”. Dlatego kiedyś moja moda była niezrozumiała dla polskich dziennikarzy. Nie mogli mnie połączyć z inną światową marką. Pierwsza moja kolekcja pokazana w Paryżu, skrytykowana w Polsce, została okrzyknięta jedyną godną zauważenia. Ale moja pozycja jest dziś poparta ekonomią, więc nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości. Można zrobić pięć pokazów, ale modę trzeba przede wszystkim umieć sprzedać. Ten jest uznanym malarzem, kto na wernisażach sprzedaje swoje obrazy. Tak samo jest z projektantami. Ale o tym, czy ja odniosłam sukces, powie moja praprawnuczka, która będzie miała jedno pudełko z moim proszkiem, bo kazałam się po śmierci spalić i podzielić na pudełka. Jak przetrwa mój dom mody. Chanel czy Diora już nie ma, a ich domy istnieją. Kult istnieje. Chciałabym stworzyć wielopokoleniowy dom mody. Nie ocenię jednak, czy mi się udało.

Krytyka cię stymuluje? Chciałaś udowodnić, że jesteś najlepsza?

- Nie, nie, nie. Ja sama nigdy nie pukałam do czyichś drzwi. Może to dziwne, ale zawsze było tak, że ktoś przychodził do mnie i mówił: „To jest dla ciebie”. Pierwszy zagraniczny pokaz zrobiłam na Schodach Hiszpańskich, no po prostu szeroko i grubo. Nigdy jednak nie ukrywałam, że mnie krytyka zawsze bardzo wzmacniała. Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Jeśli ja się wywrócę, to psy mnie pogryzą. Jak pojadę dalej, one zostaną. Nie mogłam się wywrócić, musiałam przeć dalej. Uciekałam w pracę, ale nie po to, by komuś coś udowodnić. Moja praca jest moim marzeniem, moim hobby. Właściwie nie uciekałam więc do pracy, ale do swojej pasji.

Nie chciałam niczego udowadniać. Nie chciałam być najbardziej znana na świecie, ba, ja w ogóle nie chciałam być znana, bo to uprzykrza życia. Moim celem było zobaczyć moje produkty w wielu miejscach na świecie. Żeby były pięknie wyeksponowane, żeby kobiety je kochały i chodziły w nich. Postanowiłam stworzyć luksusowy produkt. I pokazać, że nieważne jest, skąd pochodzimy. Ważne jest to, co mamy w środku i na ile potrafimy to szlifować.

Mam mnóstwo rzeczy, które dzisiaj oglądam i mówię: „Chryste panie, kto to wymyślił?!”. Miałam skłonność do przesady, do przedobrzenia. Ale się uczyłam, bo przecież nie urodziłam się genialna. Od początku czułam nosem właściwy wiatr.

I on przywiał potrzebę przefarbowania charakterystycznych rudych loków?

- W tym roku po raz pierwszy od wielu lat nie miałam urlopu w ogóle. Ani jednego dnia. Byłam bardzo, bardzo zmęczona. A tak się złożyło, że miałam dwa wolne weekendy… Na moment odłożyłam pracę, mój młodszy syn wyjechał z domu, a ja odkryłam, że mam wolny czas. Że istnieje ktoś taki jak manicurzystka czy kosmetyczka. Wcześniej, choć to może dziwnie zabrzmi, do niej nie chodziłam, choć wyglądałam pewnie na najbardziej zrobioną osobę na salonach. Jak miałam 17 lat, przemalowałam się z rudej na czarno. Tym razem tak głęboko nie poszłam, postanowiłam na ciepły czekoladowy brąz. Zachciało mi się nowego. Zachciało mi się stać znowu kobietą. To przecież typowo kobiece. Zmienić fryzurę, zrzucić parę kilo. Ja zresztą też zrzuciłam.

Poza tym na tyle mocno poczułam się produktowo na rynku, że mój wizerunek, który był niezbędny przez wiele lat i nie pozwalano mi rezygnować z tych rudych loków, stał się nie tak konieczny. Różnie może być, jak wrócę do Włoch, ale ja już będę tupać nóżką i mówić, że nie! Miałam już dość tego wizerunku… Wyobraź sobie, że musisz być ciągle taka sama…

Odkrywam w sobie kobietę, która zawsze gdzieś we mnie była, ale nie miałam czasu jej pielęgnować. Chodzę na szpilkach, chodzę do kosmetyczki – już mam zaznaczone w kalendarzu wizyty co tydzień. Soboty, kiedy moi chłopcy nie przyjeżdżają ze swoich uczelni, mam dla siebie.

To jest właśnie ta druga młodość, o której wspomniałaś?

- Tak. Mam w sobie dużo męskich cech, a przecież mężczyźni po 45. roku życia zaczynają szaleć. Mam taką andropauzę (śmiech).

A nie szkoda ci czasu na procesowanie się z doktorem Andrzejem Sankowskim, który w programie telewizyjnym powiedział, że jesteś ofiarą nieudanych zabiegów plastycznych?

- Dopóki proces był jawny, w sądzie została odczytana opinia biegłego lekarza sądowego, który po zbadaniu mnie wykluczył zarzucane mi liftingi i temu podobne operacje twarzy. Wydawało mi się, że na tym temat się zakończy. Jednak strona przeciwna, zamiast zwyczajnie przeprosić i zamknąć tym samym temat, próbuje udowodnić, że czarne jest białe, a to zabiera nam wszystkim, włącznie z sądem, niepotrzebnie czas…

Jeżelibym nie powiedziała „stop”, to to by się nie skończyło. Odbieram na przykład, obok Louis Vuitton, nagrodę jako najbardziej luksusowa marka na świecie, dostaję pięć gwiazdek od Akademii Stars Diamond… i nie mówi się, że ja ich ściągam do Polski. Że organizuję konferencję z młodymi kreatywnymi ludźmi. Polskie media zajmują się tylko moją opuchlizną na twarzy. Dzisiaj z rozbawieniem mogę powiedzieć, że byłam po długim locie, dzień po wzięciu sterydów. Bywa. Ale czy ja muszę spowiadać się mediom, że na coś choruję? Co kogo obchodzi, jak ja wyglądam? Ludzi powinno obchodzić to, co ja robię! Bo ja nie startuję w konkursie na miss. To, co się dzieje z moją twarzą, to moja prywatna sprawa.

 

Ewa Minge. Projektantka mody. Od 20 lat prowadzi dom mody Eva Minge, zajmuje się też tworzeniem akcesoriów takich jak okulary, obuwie, biżuteria. W 2003 roku jako pierwsza Polka została zaproszona na pokaz na Schodach Hiszpańskich w Rzymie, podczas prestiżowej imprezy Donna sotto le Stelle. Jej kolekcje były także prezentowane na pokazach i tygodniach mody Rome Fashion Week Alta Roma, a także w Mediolanie, Kijowie, Paryżu, Montrealu, Moskwie, Barcelonie, Berlinie, Wiedniu czy Dubaju. Otrzymała międzynarodowy tytuł Next Couture. Ma dwóch synów – 23-letniego Oskara i 20-letniego Gasparda.

Angelika Swoboda. Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

weekend.gazeta.pl

 

http://instagram.com/frotograf

FENOMEN

Ludzie zakochani w kwadracie, czyli subiektywny przegląd polskiego Instagrama

Polacy pokochali fotografowanie i możliwość dzielenia się utrwalonymi chwilami
Joanna frota Kurkowska

http://instagram.com/frotograf (fot. Joanna frota Kurkowska)

Jak nie zagubić się w gąszczu dobrych i złych zdjęć, które co sekundę wpadają na Instagram? Kogo wśród polskich instagramerów warto śledzić? Kto prowadzi najbardziej szczery fotopamiętnik i kim jest królowa minimalizmu? Skorzystajcie z naszego Insta-przewodnika.

W fotografii trendy przychodzą i odchodzą, ale jedno jest pewne – w ciągu ostatnich 10 lat nic tak bardzo nie przyczyniło się do jej popularyzacji, jak spadek cen lustrzanek cyfrowych oraz aplikacja Instagram. Polacy fotografują teraz masowo, a tanie lustrzanki i cyfrowe małpki zaczęły powoli ustępować miejsca smartfonom. Nie ma się czemu dziwić – odpada mozolny proces zgrywania zdjęć na dysk komputera, potem syzyfowa edycja i rozbudowane katalogowanie. Smartfony przyspieszyły proces „produkcji” zdjęć, a na sam Instagram trafia około 60 mln fotografii dziennie. Robi wrażenie? Na pewno, ale jeżeli przyjrzymy się, ile klatek wychodzi z naszych smartfonów i jaki procent z nich ląduje na serwisach społecznościowych, ta liczba wcale nie wydaje się wygórowana.

Jaki procent zamieszczanych na Instagramie zdjęć pochodzi z Polski? Dokładnych danych jeszcze nie ma, ale po zapoznaniu się z polecanymi na Insta profilami czy liczbą zdjęć znajdujących się pod takimi hashtagami jak #polska czy #gdansk, jedno jest pewne – Polacy pokochali fotografowanie i możliwość dzielenia się utrwalonymi chwilami. Dzięki takiemu opiniotwórczemu narzędziu jak Hash.fm nie jest także problemem sprawdzenie, kto należy do grupy najpopularniejszych (lub jak to się zwykło mówić: „najbardziej wpływowych”) polskich instagramerów. Prym wiodą osoby zajmujące się modą, takie jak Maffashion (ponad 200 tys. obserwujących), Jessica Mercedes (ponad 170 tys. obserwujących) czy przesympatyczna modelka Zuzanna Kołodziejczyk, którą do obserwowanych dodało ponad 130 tys. osób.

Trochę mniejszą popularnością cieszą się znani youtuberzy, tacy jak Abstrachuje(ponad 150 tys. obserwujących, jednak są zdecydowanym wyjątkiem w tej grupie), SA Wardęga (54 tys.) czy ProgramZDupy (35 tys.), ale patrząc na rosnące zainteresowanie twórczością youtuberów w naszym kraju (wystarczy sprawdzić liczbę subskrypcji poszczególnych kanałów na YouTube czy frekwencję festiwali związanych z tym rodzajem twórczości, takich jak Likes Festival), niedługo wielu z nich przebije magiczną liczbę 100 tys. obserwujących. Jednak Instagramy youtuberów czy blogerek modowych to w większości zdjęcia zza kulis lub zajawki nadchodzących materiałów mające za zadanie elektryzować internetową społeczność. Obok tej grupy na Instagramie są jednak inni, którzy bardziej twórczo podchodzą do tego medium, stawiając „tylko” i „aż” na fotografię.

Fotografia, w dawnych czasach wykorzystywana do rejestracji najważniejszych zdarzeń i będąca w użyciu od święta do święta, służy obecnie do uwieczniania praktycznie każdej czynności. Zarówno tych zdarzeń, które są bardzo fotogeniczne i warte zapamiętania, jak i tych, które, delikatnie mówiąc, fotografowane (a tym bardziej wysyłane w świat) być nie powinny. Oczywiście, ilość nie znaczy jakość, a codzienna zdjęciowa powódź bardziej utrudnia, niż ułatwia dotarcie do wartościowych treści. Z tej masy możemy wyłuskać jednak paręnaście diamentów, których autorzy wyróżniają się wśród innych twórców podejściem i dbałością o estetykę. W instagramowych odmętach znajdziemy nie tylko profile, które już od progu przyciągają arcyciekawą i niebanalną zawartością, ale też takie, które udowadniają, że fotografia mobilna ma sens i nie jest, wbrew powszechnej panice wśród fotoreporterów, zagrożeniem dla fotografii wykonywanej „prawdziwymi” aparatami, ale jej uzupełnieniem. Jest po prostu kolejnym nurtem, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do niszowych zjawisk, takich jak piktorializm, pociągnęła za sobą miliony, a fanów przybywa jej każdego dnia.

OBSERWATORZY

EIGHT8S


http://instagram.com/eight8s

http://instagram.com/eight8s
http://instagram.com/eight8s

Można być zawodowym fotografem i do perfekcji mieć opanowaną obsługę pełnoklatkowego aparatu, ale totalnie nie móc się odnaleźć w najnowocześniejszej rzeczywistości i polec w walce ze smartfonowym aparatem. Paweł wydaje się wyjątkiem, który nie tylko nie obraził się na nową technologię, ale potrafił ją wykorzystać w najfajniejszy możliwy sposób – do rejestracji życia codziennego. I właśnie takie życiowe ujęcia dominują na jego profilu. Gdzieś tu zamruga przypadkowo znaleziony neon, potem trafiamy na migawkę ze wspólnego plażowania z przyjaciółmi czy kadr z nocnych powrotów trójmiejska SKM-ką. Po prostu zwykłe życie.

PABLOZJA


http://instagram.com/pablozja

http://instagram.com/pablozja
http://instagram.com/pablozja

Podobnie jak prowadzący to konto Paweł, jestem z Trójmiasta, ale jego zdjęcia wydają się pochodzić z innego, odległego świata. Pablozja zupełnie inaczej niż ja patrzy na pewne miejsca, odkrywa ich historię i nadaje im nowy kształt. To właśnie jest siła Instagrama – w jednym miejscu skupia tysiące ludzi z tych samych miast czy wsi, ale prawie każda z tych osób inaczej je prezentuje. Mnie gdańska Zaspa kojarzy się z betonowym komunistycznym blokowiskiem. Zaspiańskie fotografie Pawła wyglądają jak klatki z amerykańskiego filmu.

TAKPOMIDOR


http://instagram.com/takpomidor

http://instagram.com/takpomidor
http://instagram.com/takpomidor

Fascynujące jest, ile ciekawych ujęć można wyciągnąć z pozornie banalnych spraw. Magda spotkanie pod blokiem, wyjście na zakupy czy spontaniczny spacer z psem rejestruje z prawdziwym namaszczeniem, dodając aurę tajemniczości. W osobliwy sposób portretuje zwierzęta, znajomych lub zakamarki swojego miasta. Choć zamieszczane pod fotografiami tagi wskazują na Gdańsk, mam wrażenie, że ta czarno-biała historia z elementami koloru może się wydarzyć w każdym innym mieście, w którym królują bloki, ludzie jeżdżą na rowerach, a psy wyprowadzane są na smyczy. Uniwersalność tej opowieści jest bezdyskusyjna. Podobnie jak piękno tych fotografii.

ESTETKA

ZNIKAD


http://instagram.com/znikad

http://instagram.com/znikad
http://instagram.com/znikad

Czy życie codzienne może wyglądać jak z obrazka? Na zdjęciach Magdy jak najbardziej. Wrażenie robią schludne wnętrza, uporządkowane elementy i ogólna sterylność. Nawet niedbale rzucone na kołdrę rzeczy takie jak okulary czy notes zdają się dopasowywać do reguł gry panujących w domostwie. Jeżeli szukacie inspiracji do czynności takich jak urządzanie mieszkania czy gotowanie, to konto i jego niezwykle sympatyczna właścicielka przyjdą wam z pomocą. Dodatkowo galeria podbije serca miłośników psów, bowiem oprócz pięknie urządzonego wnętrza głównym bohaterem zdjęć jest pies Brutus, który niezwykle stylowo wygląda zarówno w psiej obroży, jak i w muszce czy kapeluszu.

DZIEWCZYNY Z SĄSIEDZTWA

EWE_PEA


http://instagram.com/ewe_pea

http://instagram.com/ewe_pea
http://instagram.com/ewe_pea

Podglądactwo zwykłego życia to jedna z przyczyn, dla których tak bardzo lubimy korzystać z Instagrama. Owszem, znajdziemy tam wcześniej wspomniane zdjęcia celebrytów, ale są też takie prowadzone przez zwykłych ludzi, udowadniających, że ta szara codzienność wcale nie musi być w różnych odcieniach szarości, ale we wszystkich kolorach tęczy. Jedną z takich osób jest Ewa, która zdaje się mieć zawsze powód do tego, aby wyciągnąć aparat.

E_CLAT


http://instagram.com/e_clat

http://instagram.com/e_clat
http://instagram.com/e_clat

Na profilu Ewy dominuje chaos. Zdjęcia warszawskich wieżowców przeplatają się z klatkami ilustrującymi, co właśnie jadła na śniadanie. Obok szybkich strzałów, których głównym bohaterem jest rower, mamy minimalistyczne zdjęcia piwa czy warszawskiej topografii. Choć Ewa nie publikuje zdjęć według określonego klucza, przeglądając całość jestem niemal pewna, że jest to dziewczyna wyciskająca z życia to, co najlepsze, i ciesząca się nim na maksa. Świetnie się ogląda, szczególnie rowerowe klatki.

PODRÓŻNICZKI

ZOOKARMNIK


http://instagram.com/zookarmnik

http://instagram.com/zookarmnik
http://instagram.com/zookarmnik

Zosia często podróżuje między ukochanymi Katowicami a fotogeniczną Warszawą. Zdarzają się jej również zagraniczne wypady, kawa z przyjaciółmi i dobra (koniecznie czarna!) płyta w odtwarzaczu. Przesłuchane krążki zdają się być dla Zosi równie ważne, jak jej częste wypady w Polskę i poza jej granice. Wszystko to skrzętnie dokumentuje i rejestruje na swoim Instagramie, ograniczając się jedynie do tagowania zdjęć i rzadkiego komentowania. W ten sposób powstał jeden z najciekawszych i najbardziej szczerych fotopamiętników, na jaki natrafiłam w serwisach społecznościowych.

FOTOAKTYWNA


http://instagram.com/fotoaktywna

http://instagram.com/fotoaktywna
http://instagram.com/fotoaktywna

Beata dużo podróżuje, a jej Instagram to właśnie taki pamiętnik podróżnika, w którym zamiast polaroidów w książkę wbija się nowe fotografie w serwis społecznościowy, angażując tym samym innych. Pokazuje nam te najbardziej znane widoki, takie jak wrocławski Rynek, ale skupia się także na znaleziskach o wiele mniejszych, takich jak dzieła streetartowców czy neonowa typografia wbita w miasto. Potrafi też wydobyć prawdziwy modelingowy potencjał z nadgryzionej bułki, butelki cydru czy prostego wiejskiego krajobrazu.

FOTOGRAFOWIE

MRSOSTROVIA


http://instagram.com/mrsostrovia

http://instagram.com/mrsostrovia
http://instagram.com/mrsostrovia

Paulina żyje w bajce. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie, patrząc na zamieszczane na jej profilu zdjęcia. To, co przyciąga mnie do tej galerii, to nie tylko wspaniałe portrety czy fotografie miejsc, ale fantastyczne zdjęcia przedmiotów, takich jak rozrzucone w uporządkowanym bałaganie polaroidowe klatki, zapisany szkicownik czy przygotowane do skanowania negatywy. Każde z tych zdjęć przyciąga uwagę na dłużej i zachęca, niczym zmyślnie skonstruowane filmowe kadry, do zabawy w odnajdywanie kolejnych ukrytych detali. Tu odnajdziemy model starego aparatu, gdzie indziej zawadiacko zerka na nas okładka popularnego magazynu lifestyle’owego. Wszystko podane w przepięknych tonacjach i z niezwykłym smakiem.

PAWELFRENCZAK


http://instagram.com/pawelfrenczak

http://instagram.com/pawelfrenczak
http://instagram.com/pawelfrenczak

Paweł jest jednym z niewielu instagramerów, którzy niedoskonałości smartfonowego aparatu przekuli w jego zalety. Na jego fotografiach pozornie szpecące je szumy nagle stają się kluczowym elementem zdjęcia, a sztuczna głębia ostrości nie razi, ale pozwala się skupić na jednym elemencie. Niesamowite są też czarno-białe portrety, którym daleko do rozjechanych Photoshopem zdjęć znanych z najpopularniejszych tytułów prasowych. Nieważne, czy Frenczak fotografuje psa, kolegów z zespołu czy ładne dziewczyny – dla młodego wrocławianina nie ma różnicy, kto stoi przed obiektywem. Ważne, jak jest fotografowany.

ARTYSTKI

_NULKA I JASZMURKA


http://instagram.com/_nulka


http://instagram.com/jaszmurka

http://instagram.com/_nulka i http://instagram.com/jaszmurka
http://instagram.com/_nulka
 i 
http://instagram.com/jaszmurka

Te dwie dziewczyny trudno od siebie oddzielić. Razem prowadzą wysyłkowy sklep zajmujący się scrapbookingiem. Wspólnie prowadzą warsztaty, tworzą prace i odpowiadają na najbardziej podstawowe pytania dotyczące tego specyficznego rodzaju artystycznego rękodzieła. Choć wykonują zdjęcia w podobnym stylu, autorki można bez problemu odróżnić. Z każdego, nawet najmniejszego wydarzenia robią kompozycyjną i kolorystyczną celebrację. Zdjęcia z przyjacielskich spotkań, wyprowadzania psa czy przygotowania do kolejnych wyklejanek jeszcze nigdy nie były tak inspirujące! Podczas przeglądania polecam patrzeć na zegarek – zdjęć masa, a czas płynie bardzo, bardzo szybko.

MINIMALIŚCI

KATARZYNAMACH


http://instagram.com/katarzynamach

http://instagram.com/katarzynamach
http://instagram.com/katarzynamach

Obok minimalistycznych zdjęć Kaśki trudno przejść obojętnie. Do wspólnego wizualnego mianownika sprowadza Katowice, Warszawę czy Tel Awiw. Jej Nowy Jork z miasta napakowanego ludźmi zmienia się w krajobraz, w którym najważniejsza jest jednostka, a każda fotografia zdaje się opowiadać konkretną historię. Kasia, choć fotografuje najczęściej w kolorze, nie boi się korzystać z przygaszonych barw czy szarości. To zdecydowanie jedna z tych galerii, które mam ogromną nadzieję zobaczyć kiedyś w formie książki lub gustownie wydanego albumu.

MAGNUS__P


http://instagram.com/magnus__p

http://instagram.com/magnus___p
http://instagram.com/magnus___p

Czym przyciągnęło mnie konto Pawła? Nie tylko fenomenalnymi zdjęciami, ale również możliwością obserwacji jak rozwija się jako fotograf. Jego pierwsze zdjęcia nie zaintrygowały mnie na tyle, abym z zaufaniem kliknęła przycisk „ obserwuj”. Ale z biegiem czasu autor znalazł nową drogę, inne pomysły i skierował swoją twórczość na bardzo ciekawą (i chciałoby się napisać, minimalistyczną) ścieżkę. Dostrzegłam to nie tylko ja, ale również ponad 13 tys. osób z całego świata oraz ekipa prowadząca Instagrama, umieszczając Magnusa__p na liście polecanych użytkowników aplikacji.

 

Joanna frota Kurkowska. F(r)otograf, fotoreporterka. Ekspertka od prowadzenia kont na Instagramie (HouseSinsay). Zajmuje się wizualną stroną social media Likes Festival. Notorycznie zgłębia popkulturę, zatapia się w muzyce czy fotografii i rysunku. Na portalu Fotoblogia pisze o różnych aspektach fotografii mobilnej. Obecnie można ją znaleźć w różnych miejscach w internecie. Od Instagrama i Facebooka, po blog ifotoblog.

weekend.gazeta.pl

Dodaj komentarz