RSS
 

Kopacz (04.01.15)

 

Lekarze PZ zgłosili policji zaginięcie Ewy Kopacz. „Nie mamy z nią kontaktu od Wigilii. Bardzo się martwimy”

AB, 04.01.2015
Premier Ewa Kopacz 

Premier Ewa Kopacz (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Mariusz Kocuj z Porozumienia Zielonogórskiego złożył w komendzie warszawskiej policji zawiadomienie o zaginięciu Ewy Kopacz – podaje „Gazeta Pomorska”. W zgłoszeniu napisano, że premier ” była ostatni raz widziana 24 grudnia 2014 r. w okolicach Kancelarii Premiera”.
- Nie mamy kontaktu z Ewą Kopacz od Wigilii i bardzo się o nią martwimy –tłumaczył w rozmowie z „Gazetą Pomorską” Mariusz Kocuj. Jak dodał, zgłoszenie zaginięcia premier to próba zwrócenia uwagi na to, że minister zdrowia Bartosz Arłukowicz nie chce rozmawiać z lekarzami. Zdaniem członków Porozumienia Zielonogórskiego, obecnie tylko interwencja szefowej rządu może pomóc pacjentom. 

Kocuj podkreślił, że policjanci „bardzo profesjonalnie podeszli do sprawy” i na komendzie przy ul. Cyryla i Metodego w Warszawie wypełnili odpowiednie dokumenty. – Dokładnie opisaliśmy nasz niepokój związany z zaginięciem, dodając, że tylko zaginiona może doprowadzić do wyjaśnienia naszego sporu z jej podwładnym – zaznaczył lekarz w rozmowie z Agencja Informacyjną Polskapresse.

Czym jest i skąd się wzięło Porozumienie Zielonogórskie? [CZYTAJ] >>>

Funkcjonariusze mieli się zorientować w sytuacji dopiero podczas wypełniana ankiety o wyglądzie i pracy zaginionej – pisze „GP”. – Kiedy podałem, że ostatnio pełnioną funkcją jest funkcja Premiera RP, na komisariacie zapadła konsternacja. Po kwadransie przyszedł wyższy rangą oficer i wyjaśniliśmy sytuację – relacjonował Kocuj. Policjanci po sprawdzeniu podanych informacji zapewnili lekarza, że premier nie zaginęła. Nie podali jednak miejsca jej aktualnego pobytu

Kontraktu z NFZ nie przedłużyło ok. 25 proc. lekarzy rodzinnych

W wyniku fiaska negocjacji Ministerstwa Zdrowia z przedstawicielami Porozumienia Zielonogórskiego ws. funkcjonowania podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) w 2015 roku około 25 proc. lekarzy rodzinnych, głównie zrzeszonych w PZ, nie przedłużyło kontraktu z NFZ.

Według danych z piątku, w woj. śląskim opieki lekarzy POZ pozbawionych jest nawet milion pacjentów. W woj. warmińsko-mazurskim umów z NFZ nie przedłużyło 46 proc. gabinetów, w podkarpackim – 45 proc. Źle jest też w woj. lubuskim, gdzie podpisano jedynie 26 proc. umów z Funduszem.

W tym roku kierownictwo PZ nie chciało się zgodzić m.in. na dodatkowe obowiązki dla lekarzy rodzinnych w związku z wprowadzeniem od 1 stycznia tzw. pakietu onkologicznego.Lekarze domagali się też, by resort określił minimalny czas trwania wizyty na 15 minut oraz zmniejszył biurokrację i liczbę badań lub zwiększył stawkę za jednego pacjenta. Teraz stawka bazowa to 8 zł.

TOK FM

Dorn: PZ to potwór, którego trzeba złamać. Wyhodowała go PO

Ludwik Dorn (fot. WPROST)Ludwik Dorn (fot. WPROST)
Ludwik Dorn mówił na antenie TVN24, że postawa ministra Arłukowicza wobec lekarzy z Porozumienia Zielonogórskiego jest słuszna. – Tego potwora, jakim jest PZ, trzeba złamać – mówił. I dodał: -Inaczej nikt nie będzie bezpieczny. Żaden pacjent.
Nie mam do niego pretensji o to, że usztywnił się w tym ostatnim etapie, bo Porozumienie Zielonogórskie jest potworem, którego wyhodowała sama Platforma Obywatelska – mówił. Podkreślił, że w wyniku zawartego w 2007 r. porozumienia przedwyborczego z PZ wiceministrem zdrowia został wiceszef związku lekarzy.

- Teraz podoba mi się skoordynowane działanie państwa mające na celu złamanie PZ – przyznał polityk.

Taktyka ministra? – Słuszna. Jak rozumiem chodzi o to, żeby ta część lekarzy, która jest pracownikami w Porozumieniu Zielonogórskim, a nie pracodawcami, zawierała umowy. Żeby czołówka Porozumienia Zielonogórskiego pozostała ze swoim szantażem na lodzie – tłumaczył. Zdaniem Dorna, ten plan ma szansę się powieść.

Ministerstwo Zdrowia wyliczyło, że że umowy z NFZ na 2015 r. podpisało około 75 proc. przychodni POZ i 82 proc. lekarzy.

Wprost.pl

Opóźnia się proces byłego nuncjusza abp. Wesołowskiego. Nieoficjalnie wiadomo, że cierpi na depresję

Anna J. Dudek
04.01.2015
Opóźnia się proces karny oskarżonego o pedofilię byłego nuncjusza Józefa Wesołowskiego.

 

Opóźnia się proces karny oskarżonego o pedofilię byłego nuncjusza Józefa Wesołowskiego. • Fot. YouTube.com/ServiciosDePrensa

Nie wiadomo, kiedy rozpocznie się proces oskarżonego o pedofilię byłego nuncjusza abp. Józefa Wesołowskiego. Początkowo rzecznik Watykanu ojciec Federico Lombardi zapowiadał, że proces ruszy na przełomie 2014 i 2015 roku. Przyczyny opóźnienia nie są znane, choć nieoficjalnie wiadomo, że duchowny cierpi na depresję.

To z powodu stanu zdrowia Wesołowski nie został osadzony w celi żandarmerii watykańskiej, lecz w areszcie domowym w Watykanie. Okres aresztu domowego zakończył się pod koniec listopada po 60 przepisowych dniach, wciąż jednak nie wiadomo, kiedy rozpocznie się proces.
Obecnie Wesołowski nie przebywa już w areszcie domowym, wiadomo jednak, że ma pewne ograniczenia wolności. Nie może opuszczać terenu Watykanu, nieoficjalnie wiadomo jednak, że wychodził poza jego teren.

Duchowny oskarżony jest o czyny pedofilii oraz posiadanie materiałów pornografii dziecięcej, za co grozi mu co najmniej sześć lat pozbawienia wolności. Kara może być jednak wyższa.

Proces karny rozpocznie się po uprawomocnieniu się wyroku trybunału kanonicznego, który podjął decyzję o wydaleniu Wesołowskiego ze stanu duchownego. Były nuncjusz odwołał się od wyroku. Wciąż oczekuje na rozpatrzenie apelacji.

Źródło:
tokfm.pl

naTemat.pl

Polska historia: ciekawsza niż „Gra o Tron”. „Ludzie są zawsze tacy sami. Kieruje nami próżność, żądza bogactwa i seks”

Anna J. Dudek
04.01.2015
– I u nas można znaleźć opowieści, które spotykamy w Tudorach, Rodzinie Borgiów czy serialach o starożytnym Rzymie – mówi Robert Foryś.

 

– I u nas można znaleźć opowieści, które spotykamy w Tudorach, Rodzinie Borgiów czy serialach o starożytnym Rzymie – mówi Robert Foryś. • Jan Tricius – Wilanów Palace Museum (2005). Wilanów Collection. Warsaw 2005.

Jan III Sobieski nie był święty, a jego żona Marysieńka całym sercem służyła Królowi Słońce. Oboje lubili francuskie złoto. – Klasa polityczna ówczesnej Rzeczpospolitej była zachłanna, zdemoralizowana i zupełnie nie przystawała do romantycznej wizji wpojonej nam przez pisarzy XIX wieku – mówi Robert Foryś, autor opisującej losy Sobieskiego i Marysieńki książki „Bóg, honor, trucizna”.

Na forach internetowych Pańscy fani porównują najnowszą książkę, „Bóg, honor, trucizna”, której akcja osadzona jest w realiach XVII-wiecznej Polski, do „Gry o Tron”. Wszystko tu mamy – opanowaną do perfekcji przez kobiety i mężczyzn politykę alkowianą, zachłannych duchownych, króla homoseksualistę, zdrady, tajne sojusze, korupcję….To celowy zabieg?

„Gra o Tron” wyznaczyła nowy poziom w literaturze popularnej, porównania zawsze będą i to jest nieuniknione. „Gambit hetmański” jest wyłącznie moją historią, świadomie nie wzorowałem się na znanych mi powieściach, chciałem stworzyć coś nowego na polskim gruncie. Udowodnić, że i u nas można znaleźć opowieści, które spotykamy w Tudorach, Rodzinie Borgiów czy w serialach o starożytnym Rzymie. Dla mnie powieść to taki serial, ten dobry anglosaski oglądany na zagranicznych platformach czy w necie.

Wziął Pan na warsztat królewską parę owianą romantyczną legendą – Jana III Sobieskiego i Marysieńkę, których opisuje jako parę zręcznych, bezwzględnych polityków, gotowych na wszystko, by obalić Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Zaskakuje takie przedstawienie Marysieńki, która nie wahała się używać wszelkich dostępnych środków ku chwale ojczyzny. Czyli Francji? Czy jednak Polski?

Taka jest prawda historyczna, klasa polityczna ówczesnej Rzeczpospolitej była zachłanna, zdemoralizowana i zupełnie nie przystawała do romantycznej wizji wpojonej nam przez pisarzy XIX wieku. Wiele nie ubarwiam, proszę mi wierzyć. Ludzie są zawsze tacy sami, wtedy czy dziś. Kieruje nami próżność, żądza bogactwa i seks, troszczymy się głównie o dobrą przyszłość dzieci i nas samych.

Myślę, że Marysieńka do końca życia została Francuską, przez długie lata namawiała Jana Sobieskiego do wyjazdu z Rzeczpospolitej. Została w Polsce póki żył mąż i mogła być tu królową, gdy zabrakło Jana spakowała majątek i wróciła do siebie. Jan Sobieski nie był święty. Brał złoto od obcych dworów, dla ambicji i z miłości do żony podzielił kraj na dwa nienawidzące się obozy. Nie uznawał legalnie obranego przez naród Michała Korybuta Wiśniowieckiego, gotów był wywołać wojnę domową i dążył do obalenia króla wykorzystując wojsko i subsydia otrzymywane z Francji. Wyobraźcie sobie polityka z dzisiejszych czasów, który tak sobie poczyna?

Historia wybaczyła mu przez wzgląd na Odsiecz Wiedeńską, ale Jan Sobieski to typowy hardy magnat, dziecko i produkt swych czasów.

Opisuje Pan Marię Kazimierę jako francuską agentkę…

W okresie, który opisuje Rzeczpospolitą rozdzierała pełzająca wojna domowa między dwiema partiami. Wzajemna nienawiść niszczyła kraj i totalnie skłóciła ze sobą obywateli. To, z czym mamy do czynienia obecnie w polskiej polityce, to fraszka – igraszka przy tamtym poziomie zacietwierzenia.

Maria Kazimiera całym sercem służyła Ludwikowi XIV. Długo zajęło jej wyzbycie się kompleksu poddanki Króla Słońce. Ostatecznie miała we Francji ojca i braci. Pamiętajmy też za czyje pieniądze Jan Sobieski został wybrany królem na polu elekcyjnym. Zwykle w demokratycznych wyborach wygrywa kandydat dysponujący większym budżetem na reklamę i przekupstwo.

Jan Sobieski oczywiście cieszył się popularnością po zwycięstwie nad Turkami pod Chocimiem, ale to poparcie ambasadora Francji i ciężkie skrzynie ze złotem przysłane z Paryża zdecydowały o wyniku elekcji. Ludwik XIV toczył w tym czasie wojnę z całą Europą, potrzebował kogoś przyjaznego w Rzeczpospolitej, kto będzie trzymał w szachu Austrie i Brandenburgię. Obiecywał Sobieskim w nagrodę Prusy Książęce jako udzielne księstwo i zapewniał olbrzymie fundusze przez wiele lat. Na koniec jednak zostawił Sobieskich samych sobie. Stąd potem Odsiecz Wiedeńska. Ale to już osobna historia.

Z kolei Korybuta Wiśniowieckiego odmalowuje Pan jako tchórzliwego, rozchwianego, panicznie bojącego się matki, kniahini Gryzeldy. I homoseksualistę. Ile w tej postaci historycznej prawdy, ile fikcji?

Prymas Prażmowski, kolejny zadeklarowany stronnik Francji, nie wahał się oczerniać Michała Korybuta za zniewieściałe upodobania. Jan Sobieski wykpiwał go sugerując, że król jegomość nie wie, co mężczyzna winien czynić w alkowie żony. Być może to zwykłe kalumnie. W obecnej polityce również obrzuca się ważnych polityków takimi insynuacjami.

Prawdą jest za to, że Michał Korybut był bardzo chwiejnych człowiekiem. Osobiście widzę w tym winę jego matki. Kniahini Gryzelda Wiśniowiecka młodo owdowiała i po śmierci męża musiała sama wychowywać syna. Straciła też większość majątku po powstaniach kozackich. Takie przeżycia musiały odbić się na jej stosunku do syna. Myślę, że była nadopiekuńcza.
Do tego kniahini była naprawdę twardą kobietą, co udowodniła tocząc regularną wojnę o Zamość po śmierci brata i wygrywając ją. Presja ze strony matki i pamięć o ojcu kniaziu Jaremie, musiały być dla Korybuta wielkim obciążeniem. Bardzo trudno dorównać do wygórowanych ambicji rodziny.

Spośród trzech kobiet, których portrety Pan odmalowuje, najmniej znaną jest Gryzelda Zamoyska nazywana „wilczycą z Zamościa”. Niewiele o niej wiemy, choć była to potężna kobieta, która wywarła duży wpływ na losy Polski.

Kobiety są pomijane w historii, albowiem to mężczyźni spisują dzieje. Gryzelda Wiśniowiecka nie miała łatwego życia. W świecie, w którym kobieta z zasady musiała mieć męskiego opiekuna kniahini, radziła sobie nadspodziewanie dobrze. Była silna, mądra i gdy trzeba – bezwzględna. Idealne cechy, aby zostać premierem.

Kolejną pobudzającą wyobraźnię postacią jest prymas Prażmowski, który w zamian za poparcie Francuzów w wyścigu do polskiej korony ma zostać papieżem. W tamtym czasie było to możliwe?

To wymysł fabularny na potrzeby powieści. Papieżem w tamtych czasach mógł zostać jedynie Włoch. Prażmowski miał swoje ambicje tu w kraju. Myślę, że marzyła się mu rola pierwszego ministra przy nowym królu. Kościół zawsze odgrywał wielką rolę w polityce, a jego książęta nie ustępowali w wyrachowaniu i ambicjach świeckim politykom. Pamiętajmy również, że kariera duchowna często była rezerwowana dla młodszych synów ze szlachetnych rodów. Powołanie w takich przypadkach było mile widziane, ale nie niezbędne. Rzym zna wiele przykładów nastoletnich kardynałów spokrewnionych z papieżami. Koloryt tamtych czasów.

Prymas Prażmowski był dzieckiem swej epoki. Lubił władzę i kochał towarzystwo niewiast, co wytykano mu w rozprawach politycznych. Posiadał też wielki majątek, zamki i prywatne wojsko. To lepsze niż mieć radio, tv i multipleks razem wzięte.

Okazuje się, że w epoce całkowicie zdominowanej przez mężczyzn, to kobiety skupiały dużą część władzy, będąc niezwykle sprawnymi szyjami, które zręcznie kręciły także koronowanymi głowami mężów… Można się w tych postaciach dopatrywać rysów feministycznych?

Feminizm to eksperyment naszych czasów. Czy udany – okaże się, gdy w państwach Europy Zachodniej zaczną wprowadzać prawa Szariatu. Ostatecznie w demokracji decyduje większość, a kobieta w islamie rodzi kilka razy więcej dzieci niż Europejka. Może przyjdzie czas, gdy Polacy znów ruszą na Wiedeń. Ciekawi mnie tylko, po której stronie murów będą wówczas muzułmanie.

W Rzeczpospolitej szlacheckiej kobiety z wyższych klas miały zapewnioną wolność osobistą, posiadały własne majątki, nieraz większe od majętności męża. Wiedziały też, do czego służą wojska nadworne i nie jeden raz mężczyźni musieli ustępować im pola w wojennych szrankach. Nie przysługiwały im rzecz jasna prawa polityczne, te przyznano kobietom w XX wieku, ale Marysieńka Sobieska, Klara Pac, Gryzelda Wiśniowiecka czy Teofila Zasławska sterowały mężami, synami i kochankami za kulis. Miały po temu wszelkie środki, walory intelektualne i potrzebą ambicje.

naTemat.pl

Kobiecy dwór Ewy Kopacz

 04-01-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »kopacz 

 fot. jp

W Platformie rośnie nowa, wpływowa frakcja, która obsadza stanowiska w rządzie i Sejmu. To dziewczynki. Tak o koleżankach pani premier mówi się w męskiej części PO.

Panowie z Platformy zapewniają, że to życzliwe określenie. Żaden seksizm i nic lekceważącego. Kobiety kojarzone z Ewą Kopacz są jednak innego zdania. – Za każdym razem, gdy to słyszę, to coś się we mnie buntuje – mówi Katarzyna Mrzygłocka, posłanka PO. – Czy mężczyzn rozlicza się z ich spotkań? Z tego, z kim i w jakich okolicznościach się spotykają?

Mówi posłanka z Krakowa Katarzyna Matusik-Lipiec: – Jesteśmy wspólnotą kobiet. Spotykamy się w babskim gronie i gadamy. To takie nasze burze mózgów.

Siedzimy przy słodkościach. Do tego kawka, herbatka. Alkoholu nie ma, chyba że któraś z dziewczyn ma imieniny.

Uczestniczka spotkań prosząca o anonimowość: – Siedzimy przy słodkościach. Do tego kawka, herbatka. Alkoholu nie ma, chyba że któraś z dziewczyn ma imieniny. Wtedy symbolicznie wypijamy po lampce.

Inna z posłanek, też anonimowo: – Palikot nazwał nas psiapsiółkami, ale nie słyszałam, by któraś z nas używała tego określenia, co oczywiście nie oznacza, że się nie przyjaźnimy. Dzielimy się przepisami, plotkujemy, że ta się niestosownie ubiera a tamta nie umie się zachować. Są też dziewczyny, które robią razem zakupy. Pani premier teraz nie ma już na to czasu, ale, gdy była Marszałkiem, najczęściej wychodziła do sklepów z Terenią Piotrowską (szefowa MSW – red.) i Krysią Skowrońską (posłanka przymierzana do funkcji pełnomocnika w resorcie skarbu – red.).

Minister spraw wewnętrznych Teresa Piotrowska 

Radek Pietruszka, PAP
Minister spraw wewnętrznych Teresa Piotrowska

Kopacz rozpoczęła budowę kobiecego zaplecza zaraz po tym, jak została Marszałkiem Sejmu. Organizowane przez nią spotkania odbywały się podczas wszystkich posiedzeń: się w każdą środę o dziewiętnastej, w sali lustrzanej Domu Poselskiego.

Dziś te spotkania odbywają się nadal, zmieniło się tylko miejsce. Gdy Ewa Kopacz stanęła na czele gabinetu, umówiła się z posłankami w Czytelniku. I od razy zadeklarowała: – Dziewczyny, w moim rządzie będzie więcej kobiet.

>> Pani premier w ręczniku – wywiad z córką Ewy Kopacz <<

Podczas posiedzeń Sejmu pani premier najczęściej zaprasza posłanki do swojego pokoju w hotelu sejmowym, tego samego, w którym według „Polityki” Kopacz „wieczorami wyjmuje miednicę i pierze, aż do ostatecznego zmęczenia”. Jeśli w recepcji sejmowego hotelu siedzi funkcjonariuszka z osobistej ochrony, a na górę gęsiego udają się posłanki, to znaczy, że w pokoju pani premier zaczyna się spotkanie. Panie się schodzą, parzą kawę i omawiają bieżącą sytuację.

Rzecznik prasowy rządu Iwona Sulik 

Radek Pietruszka, PAP
Rzecznik prasowy rządu Iwona Sulik

Grupa kobiet skupiona wokół Ewy Kopacz liczy dziś grubo ponad 20 osób. Panie unikają tego określenia, ale coraz więcej polityków Platformy widzi w nich nową frakcję – i to niezwykle wpływową, bo mającą bezpośredni dostęp do szefowej partii.

Do niedawna najsilniejszą grupę w PO stanowiła tzw. spółdzielnia, ale w ostatnich miesiącach jej znaczenie osłabło: część baronów zaczęła się orientować bezpośrednio na Kopacz, część – osłabła po osiągnięciu złych wyników w wyborach samorządowych, a część – popadła w osobiste kłopoty.

Kto dziś zajmie miejsce spółdzielni? – Nie zdziwię się, jeśli w sprawie obsady list w najbliższych do Sejmu najwięcej do powiedzenia będą miały właśnie dziewczynki – przyznaje jeden z mężczyzn.

To tylko fragment artykułu o współpracownicach premier Ewy Kopacz. Całość przeczytacie w najnowszym „Newsweeku”

Newsweek.pl

Dodaj komentarz