RSS
 

29.10.14

 

Premiera serialu „Gottland” na podstawie książki Szczygła

Dorota Oczak, 29.10.2014
Plan filmowy Plan filmowy „Gottlandu” (Fot. Tomasz Szambelan / Agencja Gazeta)
Młodzi Czesi, Polacy i Słowacy wzięli na warsztat bestsellerowy reportaż Mariusza Szczygła. Powstał film i serial, który będzie można zobaczyć we Wrocławiu
Efektem współpracy młodych filmowców jest pełnometrażowy dokument „Gottland”, którego premiera odbędzie się w następnym tygodniu. Natomiast już teraz będzie można zobaczyć inny owoc ich artystycznych i formalnych poszukiwań – sześcioodcinkowy serial o tym samym tytule. Znalazł się w nim epizod fabularny „Kochaneczek ludu” o Janie Prochazce, który był kręcony we Wrocławiu i nie wszedł do filmu.Nie jest to adaptacja książki, posłużyła ona tylko filmowcom za inspirację. Każdy odcinek powstał na kanwie jednego z reportaży i został zrealizowany przy użyciu innych technik dokumentalnych. Młodzi czescy reżyserzy, absolwenci słynnej FAMU, opowiadają o współczesnej czeskiej rzeczywistości, bazując na historiach autentycznych postaci i zdarzeń. To nowatorski głos w świecie dokumentu, który zdobył też przychylność Mariusza Szczygła.

„Gottland” został w całości zrealizowany przez młodych twórców – nie tylko reżyserów, ale i producentów, w tym przede wszystkim firmę Centrala i Wrocławską Fundację Filmową (jest dla niej debiut dystrybucyjny). Film wejdzie na ekrany polskich kin 7 listopada. Twórcy chcą także wydać kolekcjonerskie DVD z filmem i materiałami specjalnymi. Do wsparcia tej realizacji namawiają widzów na platformie crowfundingowej PolakPotrafi .

DVD ma być gotowe pod choinkę, a jeśli uda się zebrać kwotę większą niż początkowo zakładano, na początku 2015 roku trafi do regularnej sprzedaży. Dla wszystkich wspierających zaplanowano też kilka zamkniętych przedpremierowych pokazów w różnych kinach w Polsce. Można też otrzymać komplet filmowych gadżetów (w tym czeskie słodycze), książkę „Gottland” z autografem oraz indywidualne konsultacje z twórcami filmu lub Mariuszem Szczygłem.

Premiera serialu „Gottland” w czwartek 6 listopada w Dolnośląskim Centrum Filmowym o godz. 19, bilety 12-18 zł. Film wejdzie na ekrany kin w piątek 7 listopada. 

 

wroclaw.gazeta.pl

 

 

 

 

 

Komornik wchodzi do „Wprost”. Przyszedł po 100 tys. dla Giertycha. Dziennikarze się zamknęli

Wojciech Czuchnowski, 29.10.2014
Komornicy przed wejściem do redakcji Komornicy przed wejściem do redakcji „Wprost” (&Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)
Roman Giertych zdobywa punkt w starciu z tygodnikiem, który wydrukował jego podsłuchaną rozmowę. Sąd zdecydował zająć we „Wprost” 100 tysięcy złotych na poczet przyszłej kary za publikację.
Komornik pojawił się w siedzibie „Wprost” po godz. 17. Chciał zająć pieniądze na koncie wydawcy. To efekt decyzji warszawskiego Sądu Okręgowego, który 21 października postanowił zabezpieczyć połowę sumy odszkodowania, jakiego od „Wprost” domaga się Roman Giertych.Według fotoreportera „Wyborczej”, który był na miejscu, komornik pocałował klamkę. Drzwi do redakcji były zamknięte. Sekretariat nie działał. Dziennikarze „Wprost” schowali się w środku. Ok. godz. 18 komornik odjechał. Jednak według Giertycha pieniądze zostały zajęte.

Giertych przestępca. Nisztor uczciwy dziennikarz

Były wicepremier, a od siedmiu lat adwokat, pozwał „Wprost” za publikację, w której wykorzystano nagrania zrobione przez Piotra Nisztora, niedoszłego autora książki o Janie Kulczyku. Latem 2011 r. Nisztor rozmawiał z Giertychem o sprzedaży praw autorskich do materiałów, które zebrał pisząc książkę. Giertych występował w imieniu klienta, który chciał, aby książka się nie ukazała, bo zawierała przykre dla ojca Jana Kulczyka tezy. Nisztor deklarował chęć sprzedaży. Ostatecznie rozmów nie kontynuowano, ale książka się nie ukazała.

Nisztor rozmowę, której uczestnicy pili wódkę i nie przejmowali się poprawnością językową, nagrywał i po trzech latach przekazał jej zapis do „Wprost”. A redakcja uznała, że Giertych chciał kupić książkę, by potem szantażować Kulczyka i innych biznesmenów, na których Nisztor miał zbierać haki. Takie było też przesłanie okładkowej publikacji, w której Giertych przedstawiony był jako przestępca a Nisztor jako uczciwy dziennikarz.

Giertych „uprawdopodobnił swoje roszczenie”

Oburzony adwokat pozwał „Wprost”, twierdząc, że naruszono jego dobra osobiste, zawodowe i prywatność. Tłumaczył, że podczas rozmowy z Nisztorem blefował, by zrealizować zlecenie klienta i dowiedzieć się, co jest w książce. Zarzucał też redakcji upublicznienie nielegalnie zdobytego nagrania rozmowy chronionej tajemnicą adwokacką.

Sąd podejmując decyzję o zabezpieczeniu we „Wprost” 100 tysięcy złotych na poczet przyszłej kary w wysokości 200 tys. stwierdził, że Giertych „uprawdopodobnił swoje roszczenie” i wykazał, że nagranie pozyskano „w sposób bezprawny”. Zajęcie kont uzasadniono trudną sytuacją finansową wydawcy. Wcześniej Giertych zablokował możliwość sprzedaży tytułu.

Napiętnuję praktyki „Wprost”

Oprócz pieniędzy adwokat domaga się przeprosin: – Nie chodzi mi o walkę z dziennikarzami, chcę tylko napiętnować praktyki, których dopuściła się redakcja, przedstawiając sprawę w tendencyjny sposób. Rozpowszechniając rzekomy stenogram z rozmowy chciano mnie po prostu zniszczyć- mówi „Wyborczej” Giertych, deklarując, że będzie „ostatnim, który odpuści Wprost”.

Poprosiliśmy o komentarz „Wprost”: „Wydawca nie może ustosunkować się do tej informacji, bowiem do Spółki nie wpłynęła żadna informacja w tym przedmiocie” – odpisała Anna Pawłowska-Pojawa, PR Manager Platformy Mediowej Point Group S.A.

 

Wyborcza.pl

Ruszył proces herszta kiboli. Za miłość do Hitlera

Jacek Harłukowicz, 29.10.2014
Roman Z. przed sądemRoman Z. przed sądem (Kamila Kubat)
W środę przed wrocławskim sądem ruszył proces Romana Z., autora książki „Jak pokochałem Adolfa Hitlera”. Prokuratura zarzuca mu, że w wydanej publikacji znieważał osoby innej narodowości, rasy i wyznania, a także wzywał do nienawiści na tle rasowym.
Proces mógł się rozpocząć, bo sędzia Michał Kupiec półtora miesiąca temu zmienił zdanie. Najpierw na wrzesień zwołał posiedzenie, na którym postępowanie wobec Romana Z. chciał umorzyć bez procesu, ale ostatecznie zmienił zdanie i skierował go na wokandę.Prokurator zarzuca Romanowi Z., że za pośrednictwem napisanej osiem lat temu książki „Jak pokochałem Adolfa Hitlera” propagował ustrój faszystowski i nawoływał do nienawiści na tle rasowym, kulturowym i wyznaniowym.

Oskarżony się nie przyznaje

Roman Z. do winy się nie przyznaje. Dziś powtórzył to przed sądem i odmówił składania wyjaśnień, zastrzegając sobie prawo do zadawania pytań świadkom. Pierwszym powołanym była zeznająca w środę Joanna Markiewicz, biegła psycholog, która na zlecenie prokuratury badała książkę pod kątem możliwości jej wpływu na czytelników.

Biegła zeznała, że jak każda pozycja książkowa mogła mieć taki wpływ: – Nie można wykluczyć, że mogła wywierać również wpływ na ich zachowanie. Tym większy, że autor jest w środowisku kibiców kimś na kształt autorytetu, osobą postrzeganą jako charyzmatyczna i nadająca ton działaniom pewnej specyficznej grupy, jaką są kibice piłkarscy.

Oskarżająca Romana Z. prokurator próbowała ustalić, czy poprzez straszenie osiedlaniem się w Polsce osób innej narodowości, rasy czy wyznania, autor mógł przyczyniać się do powstania wobec nich uczucia nienawiści u swoich czytelników. W tym kontekście cytowała fragmenty książki, przywoływała także kilka tytułów rozdziałów, m.in. „Jeszcze Polska nie zginęła, póki nie ma w niej Arabów i Murzynów”, „Żyd wrogiem Polaka” czy „Wykopmy Murzynów ze stadionów”.

- Strach jest bardzo silną emocją, a jedną z jego konsekwencji rzeczywiście może być niechęć wobec tego, kto go wzbudza. W niektórych przypadkach może się ona przeradzać w nienawiść – mówiła biegła.

Powołał się na telewizję

Jej opinię próbował postponować sam oskarżony. Roman Z. dopytywał więc, czy takiego samego uczucia strachu nie budzi w widzach „Wiadomości” widok obcinanych głów. Albo czy jako psycholog jest w stanie zrozumieć strach ludzi przed otwieranymi kolejnymi ośrodkami MONAR-u lub powstających romskich koczowisk. Wreszcie dziwił się, że nie jest w stanie pojąć tego, że ludzie mają prawo obawiać się tego, że „na ich terenie osiedla się ktoś obcy, kto nie żyje w zgodzie z przyjętymi regułami”.

- Jestem w stanie zrozumieć ten strach. Ale jako psycholog wiem, że wynika on głównie z niewiedzy osób, które się boją – kwitowała część pytań biegła.

Inne sąd uchylał. Jak to, gdy oskarżony próbował dowiedzieć się, jak biegła określiłaby „człowieka, który rzuca hot-dogiem w inną, nieznaną sobie osobę”? Co miał na myśli Roman Z. – tego sądowi nie miał okazji wyjaśnić. Ale chodziło mu prawdopodobnie o zdarzenie, jakie opisał w swojej książce. Przywołał tam tego typu zdarzenie, którego miał być świadkiem. Wraz z opisem, że rzucającym był czarnoskóry.

Na tym pierwszą odsłonę procesu najsłynniejszego obok „Starucha” Z Legii Warszawa polskiego kibola zakończono. Kiedy dojdzie do kolejnej rozprawy – tego na razie nie wiadomo. Sąd bowiem chce teraz przesłuchać drugą biegłą, która badała książkę Romana Z., tym razem pod względem językowym. Pochodzi ona jednak z Olsztyna, więc o terminie rozprawy zadecyduje możliwość zorganizowania w tej sprawie wideokonferencji.

 

wroclaw.gazeta.pl

Prezes BCC Marek Goliszewski nie będzie doktorem

kospa, knysz, 29.10.2014
Marek GoliszewskiMarek Goliszewski ($Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)
Rada Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego nie nadała stopnia doktora prezesowi BCC Markowi Goliszewskiemu. Głosowało 36 osób, z których aż 26 było przeciw. Za nadaniem mu tytułu naukowego opowiedziały się tylko trzy osoby, cztery wstrzymały się od głosu
Marek Goliszewski to prezes BCC. Na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego napisał pracę doktorską „Wpływy sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze”, którą obronił pod koniec czerwca.O tym, czy otrzyma tytuł doktora zdecydować miała Rada Wydziału podczas środowego spotkania. Za przyznaniem prezesowi BCC tytułu naukowego zagłosowały jednak tylko trzy osoby, przeciw była zdecydowana większość – aż 26 osób. Ponadto cztery wstrzymały się, a trzy głosy okazały się nieważne.

Przed kilkoma tygodniami napisaliśmy o wątpliwościach co do rzetelności jego przewodu doktorskiego – istnieje bowiem konflikt interesów między Goliszewskim a jego promotorem prof. Andrzejem Zawiślakiem oraz między Business Centre Club a Wydziałem Zarządzania UW. Prof. Zawiślak jest współtwórcą BCC, a Goliszewski zasiada w radzie biznesu przy wydziale.

Ale to nie wszystko – wątpliwości dotyczyły również poziomu pracy. Studenci zarządzania wytykają Goliszewskiemu, że jego praca ma 189 stron, z czego pierwsze 50 opisuje stan dialogu społecznego ze streszczeniami regulujących go przepisów. Zauważyli, że doktorat zawiera bibliografię, ale ani jednego przypisu, znaleźli też fragmenty tekstu zaznaczone cudzysłowem jako cytaty, ale bez przypisu.

Sam Goliszewski w rozmowie z „Wyborczą” zapewniał, że „nie ma mowy o żadnym kumoterstwie”. – Cieszę się, że o tym się mówi, bo zależało mi, żeby w Polsce toczyła się dyskusja o dialogu społecznym – mówił nam.

I przekonywał: – Doktorat to nie mój pomysł, zwrócił się do mnie w tej sprawie prof. Zawiślak. Pisałem go dwa lata, wykonałem mrówczą pracę, udowodniłem, że brak dialogu społecznego źle wpływa na wyniki gospodarcze, na dług publiczny, deficyt. Będę bronił wysokiej jakości tej pracy, nie wycofam się z przewodu doktorskiego. Promotor i dwaj recenzenci – prof. Henryk Wnorowski z Wydziału Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu w Białymstoku i prof. Jerzy Woźnicki z Politechniki Warszawskiej – ocenili ją bardzo dobrze. Trudno im odmówić braku etyki, oni w tej sprawie zachowali się etycznie, cała sprawa jest etyczna. Można mnie obrzucać błotem, ale nadal będę szedł tą drogą.

Wyborcza.pl

Dodaj komentarz