RSS
 

Ida (23.02.15)

 

KACZYŃSKI: KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE TO JEDYNE WŁAŚCIWE MIEJSCE NA POMNIK SMOLEŃSKI. MA BYĆ „OKAZAŁY”

MT, PAP, wideo: TVN24/x-news, 24.02.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,17477448,series.html?embed=0&autoplay=1
Jedyne właściwe miejsce pomnika smoleńskiego jest na Krakowskim Przedmieściu – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jak dodał, nie wybiera się na spotkanie w tej sprawie u prezydenta Bronisława Komorowskiego, bo nie został zaproszony.
Według Kaczyńskiego pomnik upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu i jest to „jedyne właściwe miejsce”. – Tam gromadzili się po tragedii smoleńskiej Polacy i sądzę, że to właśnie powinno być także poprzez ten pomnik upamiętnione – mówił lider PiS na konferencji prasowej w Warszawie. Według niego „pomnik już dawno powinien być”.
– Gdybym decydował, byłoby to Krakowskie Przedmieście, natomiast decyzje tych, którzy do tej pory pomnika po prostu w ogóle nie chcieli i ogłaszali różnego rodzaju wyniki badań, które wskazywały na to, że nie chcą (pomnika) także mieszkańcy Warszawy, to są decyzje, na które ja nie mam wpływu – uznał prezes PiS.

W jego ocenie pomnik powinien być „okazały”, „wyeksponowany”, ale jednocześnie „wpisujący się w architekturę Krakowskiego Przedmieścia”. – To znaczy nie powinien być jakimś dysonansem z punktu widzenia tego miejsca – tłumaczył.

Pytany o dokładną lokalizację pomnika na Krakowskim Przedmieściu Kaczyński odparł, że pomnik powinien stanąć koło Pałacu Prezydenckiego. – Sądzę, że okolice tzw. kościoła seminaryjnego byłyby tutaj dobre. Ale tutaj już oczywiście można rozmawiać, to jest mój indywidualny pomysł – zaznaczył.

Spotkanie u Komorowskiego? „Nie zostałem zaproszony”

Na dziś zaplanowano spotkanie prezydenta Bronisława Komorowskiego z prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz oraz z sygnatariuszami październikowego listu ws. budowy pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej.

Kaczyński pytany, czy wybiera się na to spotkanie, odpowiedział, że „trudno wybierać się na spotkanie, na które się nie zostało zaproszonym”. – Ja nie zostałem zaproszony i w związku z tym się nie wybieram – podkreślił.

Na początku października do Kancelarii Prezydenta wpłynął list części rodzin w sprawie pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. Bliscy kilkudziesięciu ofiar katastrofy podkreślili w liście, że zależy im na tym, by znaleźć takie miejsce i taką formę upamiętnienia w centrum stolicy, gdzie wszyscy będą mogli spokojnie wspomnieć najbliższych.

W liście – informowała prezydencka kancelaria – rodziny ofiar podkreśliły, że ich bliscy „zasługują na godne upamiętnienie”. Pod listem podpisało się ok. 30 przedstawicieli rodzin ofiar katastrofy, m.in. Karolina Kaczorowska – wdowa po ostatnim prezydencie RP na uchodźstwie Ryszardzie Kaczorowskim, Izabella Sariusz-Skąpska, córka Andrzeja Sariusz-Skąpskiego, prezesa Federacji Rodzin Katyńskich i Jolanta Przewoźnik, wdowa po Andrzeju Przewoźniku, sekretarzu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Ratusz wykluczał Krakowskie Przedmieście

Komorowski spotkał się w październiku z przedstawicielami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Po tym spotkaniu zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Sławomir Rybicki mówił, że prezydent podejmie decyzję ws. zaangażowania się w projekt budowy pomnika po konsultacjach z władzami Warszawy.

W styczniu prezydent stolicy powiedziała, że pomnik smoleński powinien stanąć w centrum miasta, w spokojnym miejscu. Stołeczny ratusz zaproponował trzy lokalizacje dla pomnika: okolice placu Piłsudskiego (na tyłach ogrodu Ministerstwa Kultury), plac Unii Lubelskiej lub skrzyżowanie ul. Marszałkowskiej i Królewskiej (przy Ogrodzie Saskim). Rzecznik stołecznego ratusza Bartosz Milczarczyk mówił wówczas, że lokalizacja przy Krakowskim Przedmieściu jest wykluczona ze względu na negatywną opinię konserwatora zabytków.

Także w październiku o jak najszybszą budowę w Warszawie pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej zwrócił się do prezydent stolicy Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem. Prezes komitetu prof. Włodzimierz Bernacki mówił wówczas, że komitet zwrócił się w liście o wyrażenie opinii ws. ulokowania pomnika na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim.

Rodziny też bez zaproszenia. „Dokładnie jak w czasach komunizmu”

Część rodzin skupiona wokół społecznego komitetu budowy pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej wyraża zdumienie brakiem zaproszenia dla nich ze strony prezydenckiej kancelarii. – Traktujemy to jako działanie czysto kampanijne. Aktywność prezydenta w sprawie pomnika od 2010 r. była znikoma i nagle, w okresie przedwyborczym, podejmuje takie działanie. To oburzające – powiedział dziś prof. Bernacki. – Prezydent Rzeczypospolitej, podobnie jak prezydent Warszawy ignorują pisma, które do nich wysyłamy. To niesamowite, że po 25 latach III RP władza wybiera sobie środowiska, z którymi rozmawia, a te, które są niewygodne, ignoruje. To dokładnie jak w czasach komunizmu – dodał.

Bernacki przypomniał, że komitet zwrócił się w październiku 2014 r. w liście do prezydent stolicy o wyrażenie opinii ws. ulokowania pomnika na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim. Ponowił go w styczniu 2015 r. – Do dzisiaj nie ma odpowiedzi. To naruszenie prawa i procedur właściwych dla administracji. Kodeks postępowania administracyjnego wyraźnie określa termin odpowiedzi lub podjęcia decyzji. Czekamy jeszcze tydzień i wówczas podejmiemy stosowne działania prawne – podkreślił.

10 kwietnia minie pięć lat od katastrofy samolotu pod Smoleńskiem, w której zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński.

gazeta.pl

„Nie chcemy tego Oscara!”, „Tylko świnie siedzą w kinie”. Jak prawica zareagowała na sukces „Idy”

Wiktoria Beczek, 23.02.2015
Kadr z filmu Kadr z filmu „Ida” (Music Box Films)
Statuetkę Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny otrzymała „Ida” – „antypolski”, „polakożerczy’ obraz, który ma „przenieść odpowiedzialność za ofiary II wojny światowej z Niemców na Polaków”, nakręcony „przez Żydów, dla Żydów”. Oni bowiem „żądzą światem”.
Akcja oskarowej „Idy” rozgrywa się w latach 60. ubiegłego wieku w Polsce. Anna – nowicjuszka, sierota wychowywana w zakonie, ma przed złożeniem ślubów odwiedzić swoją ciotkę Wandę, stalinowską prokurator i sędzię. To od niej dowie się, że naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką. Kobiety wyruszają w podróż, która ma im pomóc nie tylko w poznaniu tragicznej historii ich rodziny, ale i prawdy o tym, kim są.Taki obraz ludności żydowskiej w powojennej Polsce i samego Holokaustu nie spodobał się wielu mediom i komentatorom, deklarującym się jako prawicowcy i konserwatyści. Takie opinie nie zaczęły się jednak pojawiać tuż po premierze „Idy”, bo film nie odniósł w Polsce wielkiego sukcesu komercyjnego.Dopiero nominacja do Oscara wywołała pierwszą falę oburzenia, a wręczenie nagrody spowodowało wylanie morza żółci. Tak wśród tych, którzy oglądali film, jak i tych, którzy komentują tylko zapobiegawczo. Poniżej przedstawiamy wybrane opinie.Zepchnięcie odpowiedzialności za Holocaust?

„Choć wizja Oscara dla ‚Idy’ ekscytuje elity postkolonialnej III RP – musimy stanowczo zaprotestować i powiedzieć głośno: nie chcemy tego Oscara! Cena, jaką przyszłoby nam za niego zapłacić byłaby bowiem obłędnie wysoka” – czytamy w portalu Polonia Christiana.

Autor tekstu pisze o „nachalnej promocji filmu na salonach”, która „zbiega się z próbami zepchnięcia przez Niemców odpowiedzialności za ofiary wojny 1939-1945 na bliżej nieokreślonej narodowości nazistów”.

„To są Niemcy”

Przypomnijmy, że podczas uroczystości z okazji obchodów 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Niemiec Joahim Gauck stwierdził, że „nie istnieje niemiecka tożsamość bez Auschwitz”. W tym czasie wszystkie niemieckie czasopisma podkreślały, że współcześni Niemcy nie mogą odcinać się od przeszłości. Zwieńczeniem takiej narracji była okładka dziennika „BZ” - zdjęcie obozu Auschwitz z podpisem „To są Niemcy”.

Dalej autor stwierdzam że „Ida” wpisuje się w ciąg „postępowej propagandy”, wg. której Polacy stają się „czarnym ludem”, „mordercami” i „dzikusami motywowanymi wyłącznie chęcią zysku”, a katolicyzm, to „sekciarskie praktyki”.

„Ida”, wraz z „Pokłosiem” i książkami Jana Tomasza Grossa „pozbawiają Polaków heroicznego pierwiastka obrońców cywilizacji chrześcijańskiej, w zamian sprowadzając ich do roli sprawców hekatomby sprzed kilku dekad”.

Dobre imię Polski

Z kolei Reduta Dobrego Imienia wystosowała petycję, by na początku lub końcu filmu zamieścić informację o kontekście historycznym, w jakim odbywa się jego akcja. „Jeśli film nie będzie opatrzony stosowną informacją kontekstową, widzowie z całego świata po jego obejrzeniu wyciągną całkowicie fałszywe wnioski na temat Polski. Nabiorą przekonania, że to Polacy są sprawcami i wykonawcami Holokaustu” – czytamy.

Informacja o zwycięstwie „Idy” na portalu Frondy okraszone są natomiast takimi słowami jak „kontrowersyjna” i „antypolska”.

Propagandowi polakożercy

Krok dalej idzie niszowy portal Wirtualna Polonia, która nazywa „Idę” „polakożerczym obrazem”. Ponad to film jest przyrównywany do powstałego z 1941 r. „Powrotu do ojczyzny”, stworzonego na potrzeby hitlerowskiej propagandy. W tekście nie brakuje też wątków dotyczących „potęgi Żydów na świecie”.

Kilka miesięcy wcześniej portal ów – w kontekście nominacji do filmu do Oscara – pisał, że „światowe żydostwo przystąpiło już niestety do ostatecznego rozwiązania kwestii Polaków”.

„(Ż)Ida” i „(Gn)Ida”

Inne niepokorne portale opublikowały jedyne informacje o wygranej „Idy”, bez redakcyjnego komentarza. Tam szczujnia zaczyna się w komentarzach. Film – określany jako „Żida” i „(Gn)Ida” – to „gniot” i „paszkwil”, mówi o „pasożydach”, jego sukces to „zagrywka sił antypolonistycznych” , reżyser „pochodzi z klanu Kosher Nostra” i należy go postawić przed „sądem Narodu”.

Ostatecznie „Idy” nie należy oglądać, bo – nawiązując wojennego hasła przeciwko niemieckim filmom propagandowym – „tylko świnie siedzą w kinie”.

Dla Żydów, o Żydach, przez ŻydówGłosy krytyczne pojawiają się również w mediach społecznościowych. Na Twitterze o „Idzie” piszą prawicowi publicyści i osoby niezwiązane z mediami, jednak dość jednoznacznie określające swoje politycznePierwszy taki OscarZwycięstwo „Idy” to pierwszy Oscar dla polskiego filmu pełnometrażowego w historii. Wcześniej w tej kategorii nominowanych było dziewięć filmów z naszego kraju: „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego (1964), „Faraon” Jerzego Kawalerowicza (1967), „Potop” Jerzego Hoffmana  (1975), „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy (1976), „Noce i dnie” Jerzego Antczaka (1977), „Panny z Wilka” Andrzeja Wajdy (1980), „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy (1982), „Katyń” Andrzeja Wajdy (2008) oraz „W ciemności” Agnieszka Holland (2012).

„Ida” zdobyła wcześniej wiele innych wyróżnień na całym świecie, m.in. cztery nagrody Polskiej Akademii Filmowej i dziewięć Złotych Lwów na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a także kilka Europejskich Nagród Filmowych (w tym dla najlepszego filmu), LUX Prize Parlamentu Europejskiego, Nagrodę Specjalną na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto i -ostatnio – BAFTA dla najlepszego filmu nieangielskojęzycznego.

TOK FM

„Wprost” o Durczoku nękającym podwładną. Ten materiał nie przekonuje, wolę poczekać na komisję TVN [CZUCHNOWSKI]

Wojciech Czuchnowski, 23.02.2015
Fragment okładki najnowszego numeru Fragment okładki najnowszego numeru „Wprost”
Tygodnik „Wprost” zapowiadał dowody na molestowanie seksualne dziennikarek przez Kamila Durczoka, szefa „Faktów” TVN. Opisał jeden anonimowy przypadek, z pogranicza molestowania i mobbingu.
W ubiegłym tygodniu „Wprost” zrzucił na Durczoka i jego stację bombę atomową. Szef „Faktów”, flagowej audycji TVN, został oskarżony o ekscesy seksualne, zażywanie narkotyków, molestowanie i mobbing. Erotyczne gadżety i ślady kokainy, które znajdowały się w mieszkaniu jego znajomej, reporterzy zakwalifikowali jako własność Durczoka, a on sam miał „uciekać z mieszkania przed policją”.Wybuchł spór o metody pracy dziennikarskiej i granice ingerencji w prywatność. Tygodnik oparł się bowiem na wątpliwych dowodach, a w sprawie molestowania nie przytoczył żadnych konkretów. Redakcja odpowiadała, że „od tygodni” zbiera relacje wielu pokrzywdzonych, że ma ich oświadczenia na piśmie, że za tydzień wszyscy wątpiący „połkną własne języki” i „opadną im szczęki”.Relacja MagdalenyW poniedziałek ukazał się tekst, w którym na okładce „Wprost” oskarżył Durczoka o molestowanie i mobbing, a innych dziennikarzy o „zmowę milczenia”. Sprawie poświęcono dziesięć stron, z czego dwie są relacją anonimowej dziennikarki „Magdaleny”, ofiary molestowania i mobbingu. Pracowała w „Faktach” ponad trzy lata. Opisuje, jak Durczok wysyłał do niej SMS-y, zapraszając do pokoju hotelowego i do mieszkania. Gdy odmawiała, nie odpuszczał. Raz przeprosił, potem znów pisał. Ale po ostatecznej odmowie dziennikarka uznała, że nie zrobi kariery w stacji, i powiedziała Durczokowi, że chce odejść z pracy. „Wtedy zachował się bardzo w porządku. Powiedział, żebym nie zmieniała pracy. Dostałam podwyżkę i możliwość robienia materiałów producenckich. Wkrótce zostałam producentem i dostałam etat” – opowiada.

Jednak po pewnym czasie („Magdalena” nie podaje, ile to trwało) szef „Faktów” po jednej z imprez miał ją namawiać, by razem wrócili do domów taksówką. Zrobiła mu awanturę. Jak twierdzi, od tego czasu zaczął się wobec niej mobbing. Durczok otwarcie ją lekceważył, krytykował przygotowane przez nią materiały, koledzy i koleżanki patrzyli na to obojętnie lub brali w tym udział. „Magdalena” odeszła z pracy. Nie poskarżyła się szefostwu TVN, nie próbowała walczyć w sądzie.

W materiale „Wprost” bohaterka nie chce występować pod nazwiskiem, chociaż otwarcie oskarża Durczoka. „Wprost” nie pokazuje SMS-ów od szefa „Faktów”, choć twierdzi, że je zachowała. Redakcja „Wprost” nie zapytała TVN, czy „Magdalena” zgłaszała mobbing lub molestowanie.

Relację swoją złożyła reporterom dopiero po publikacji sprzed tygodnia na temat awantury i znalezisk w mieszkaniu znajomej Durczoka. Może to oznaczać, że „Wprost” nie miał wcześniej mocnego dowodu na molestowanie. Pytania w tej sprawie redakcja zadała Durczokowi dzień przed oddaniem numeru do druku. Dziennikarz był wtedy w szpitalu, bo po pierwszym tekście przeżył załamanie, i na pytania nie odpowiedział.

Mobbing czy stres

Pozostałe części materiału opiera „Wprost” również na anonimowych relacjach. Pokazuje rzekomo fatalny klimat w zespole „Faktów”, którym kierował Durczok, gdzie szef często upokarza podwładnych, promuje asystentki i researcherki w „obowiązkowych szpilkach”, minispódniczkach i krzykliwym makijażu. „Wprost” przedstawia to jako „specyficzny dress code” narzucony przez Durczoka i szefostwo stacji.

Tygodnik epatuje minispódniczkami i szpilkami. Czasami bywam w tej stacji. Taki obraz krzywdzi ludzi pracujących w TVN.

Mobbingu w „Faktach” dotyczy część tekstu pt. „System Durczoka”. Autorzy opisują jego wybuchy gniewu, zmienne nastroje, faworyzowanie jednych, a odpychanie innych pracowników. Niektóre opisy są bulwersujące; podobne do zachowań wielu szefów zespołów (nie tylko dziennikarskich), którzy tracą hamulce, jeśli nikt ich w porę nie zastopuje.

Stacje telewizyjne hodują tego typu gwiazdy, dając im przyzwolenie na fochy i awantury. Na dodatek praca przy tworzeniu wiadomości telewizyjnych należy do najbardziej stresujących w dziennikarstwie. O 19 (TVN), 18.50 (Polsat) czy 19.30 (TVP) wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Godziny emisji nie da się przesunąć. Często w ostatnich minutach rozpętuje się piekło. Ludzie się obrażają i krzyczą na siebie. Potem idą na piwo i się przepraszają. Niektórzy nie są w stanie wytrzymać takiej huśtawki. Trudno jednak orzec, czy odpowiada to definicji mobbingu.

Wolę poczekać na komisję

Po przygotowaniu artyleryjskim, jakie „Wprost” zrobił przed tygodniem, spodziewałem się mocnego tekstu z wieloma dramatycznymi i wiarygodnymi relacjami. Molestowanie seksualne jest poważnym problemem, a jego ofiary czują się osaczone i niezrozumiane. Dlatego materiał na ten temat powinien być mocny i wieloźródłowy. Zamiast tego dostaliśmy historię jednego przypadku. I obraz TVN jako firmy tolerującej maniaków seksualnych oraz mobbing.

Tekst w żaden sposób nie usprawiedliwia brutalnego ataku na Kamila Durczoka z ubiegłego poniedziałku.

Za kilka dni w TVN zakończy pracę specjalna komisja, która od czasu pierwszej publikacji „Wprost” bada zarzuty molestowania. W komisji jest niezależny prawnik specjalizujący się w takiej problematyce, a przepytywani pracownicy mają gwarancję pełnej ochrony.

Myślę, że z ocenami należy wstrzymać się do ogłoszenia wyników pracy tej komisji.

wyborcza.pl

 

Przywileje partyjnej elity PRL: mieszkania, jachty, wczasy

Adam Leszczyński, 23.02.2015
W Polsce Ludowej uprzywilejowani nie tylko zarabiali więcej, ale przede wszystkim mieli dostęp do towarów, których brakowało w sklepach. W kryzysowych latach 80. mogło to oznaczać możliwość kupienia tego, co teoretycznie było na kartki. Na zdjęciu komplet towarów żywnościowych sprzedawanych na kartki w latach 80.     W Polsce Ludowej uprzywilejowani nie tylko zarabiali więcej, ale przede wszystkim mieli dostęp do towarów, których brakowało w sklepach. W kryzysowych latach 80. mogło to oznaczać możliwość kupienia tego, co teoretycznie było na kartki. Na zdjęciu komplet towarów… (Fot. Wojtek Laski / East News)
Władza ludowa od swego początku do końca rozdawała przywileje. W zrujnowanej Warszawie mieszkania otrzymywali od ręki nie tylko dygnitarze, ale także intelektualiści i naukowcy. Przydział na mieszkanie stanowił dobro najwyższe, ale było też mnóstwo innych marchewek.
Jesienią 1956 r. do redakcji poczytnego tygodnika „Po Prostu” piszącego śmiało o „wypaczeniach” i „odchyleniach” dopiero co minionej epoki przyszedł list ze Stalinogrodu (jak jeszcze nazywały się Katowice przemianowane tak po śmierci Stalina w 1953 r.). Czytelnik się skarżył, że przedstawiciele władzy w Stalinogrodzie jeżdżą sprowadzonymi za dewizy z Zachodu amerykańskimi chevroletami.Bo powstanie „chevroletariat”Czy polskie warszawy są gorsze? - pytał. - Pracowaliśmy z największą ofiarnością, aby dostarczyć miastu ziemniaków, aby nie zgniły w ziemi. Gdy dołączymy do tego codzienny trud górnika, hutnika i całej klasy robotniczej, nie będzie chyba zbyt wielką ofiarą ze strony pewnych obywateli, gdy dla dobra ogółu przesiądą się z angielskiego pluszu chevrolety [!] na polski plusz samochodu warszawa. Czytelnik dodawał, że jeśli nawet kapitaliści z Zachodu, z którymi Polska musi handlować, żądają, aby w ramach „transakcji łączonych” kupować od nich samochody, to należy wybierać te tańsze, a za pozostałe pieniądze sprowadzać motocykle dla wszystkich, ponieważ inaczej utworzy się zamknięty, urzędniczy „chevroletariat”: W wyniku takiego postępowania np. żona ministra pojechałaby na wczasy ifą [samochód produkowany w NRD], a obok na szosie można by spotkać w znacznie większej ilości na motocyklach nauczycieli, pracowników fizycznych i umysłowych jadących również na wczasy. Jest to wprawdzie obraz wzięty z fantazji, nie widzę jednak powodu, dlaczego nie miałby on być wprowadzany w życie w najbliższej przyszłości .Samochody służbowe, którymi poruszała się władza, stanowiły w latach 50. dobro nieosiągalne dla przeciętnego Polaka i wzbudzały zazdrość. Do „Po Prostu” przychodziło wiele listów na ten temat, których autorzy podnosili koszty utrzymywania dyrektorskich limuzyn i to, że są one wykorzystywane do celów prywatnych, np. do wyjazdów na wczasy.

Czytelnik z Gdańska opisywał, jak kierowca auta służbowego odwozi i przywozi dyrektora z pracy, chociaż tamten mieszka tylko 200 m od stacji kolejki miejskiej. Autor listu przeprowadził drobiazgową kalkulację i obliczył, że w ciągu roku samochód przejeżdżał 17 748 km i spalał 2,4 tys. litrów benzyny, co oznaczało, że wożenie dyrektora kosztowało państwo 48 164 zł i 40 gr rocznie, wliczając w to pensję kierowcy (średnie zarobki w 1956 r. wynosiły ok. 1000-1200 zł). Czy nie należałoby podać przykładu z kraju kapitalistycznego, jak premier rządu Szweckiego [sic!] zmarł na udar serca w tramwaju, udając się do pracy? - pytał na zakończenie listu czytelnik. Jak się rychło przekonał, Polska popaździernikowa wciąż nie miała być pod tym względem Szwecją.

Zrób to sam. O samochodach z lat 80.

Każdemu według jego pracy

Oficjalnie kolejne ekipy rządzące wcielały w życie socjalistyczny ideał równości. W konstytucji z 1952 r. (art. 44, ustęp 3) czytamy, że: Polska Rzeczpospolita Ludowa coraz pełniej wprowadza w życie zasadę: „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego pracy”.

Rzeczywistość rozmijała się jednak z propagandą, a żądanie ograniczenia przywilejów wracało zawsze przy okazji kolejnych protestów społecznych.Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp .”- brzmiał 13. z 21 postulatów strajkujących w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r.

Jak zatem wyglądały przywileje władzy? Ich znaczenie (oraz oburzenie, jakie wzbudzały) nie brało się z tego, że dyrektorzy czy sekretarze zarabiali dużo więcej od przeciętnego pracownika. Zarabiali więcej, ale z dzisiejszego punktu widzenia nie były to różnice ogromne, a pod względem dochodów PRL był krajem o znacznie mniejszych nierównościach społecznych niż II oraz III RP.

Rolka papieru toaletowego: królowa PRL, zawsze jej brakowało

Za miarę nierówności dochodowych ekonomiści i statystycy uznają współczynnik Giniego. Może mieć on wartość od 0 (pełna równość, wszyscy mają taki sam dochód) do 1 (pełna nierówność, jedna osoba ma wszystko, a inni nie zarabiają nic). Społeczeństwa, w których są największe nierówności, takie jak Brazylia czy Republika Południowej Afryki, mają współczynnik Giniego wynoszący ok. 0,60. Z kolei w państwach, w których nierówności są najmniejsze (np. kraje skandynawskie), współczynnik Giniego wynosi dziś pomiędzy 0,20 a 0,25. Pod tym względem PRL wypadał nie najgorzej ze współczynnikiem Giniego w okolicach 0,25. W III RP nierówności w dochodach wzrosły: współczynnik Giniego wahał się od 0,35 do 0,32 (spadając od wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 r.).

To porównanie pomija jednak inną rolę pieniądza w Polsce przed i po 1989 r. W PRL wielu rzeczy – poczynając od mieszkań, a kończąc na wczasach w Bułgarii – nie kupowało się ot tak na wolnym rynku. Gospodarkę trawił permanentnie nawis inflacyjny, co oznaczało, że na rynku było więcej gotówki niż towarów, a władze z obawy przed rewoltą zwlekały z podwyżkami cen. Powodowało to pustki na sklepowych półkach, kolejki, listy społeczne (zwłaszcza w latach 80.), na które zapisywali się ludzie chcący kupić jakiś szczególnie atrakcyjny towar (np. pralkę), oraz powstawanie czarnego rynku.

Historia Polski Ludowej to m.in. dzieje permanentnych kłopotów z zaopatrzeniem w żywność: „Zjeść w PRL”

Dlatego też przywileje władzy nie wyrażały się tylko i nawet nie przede wszystkim w pieniądzu – ale w tym, co można było dostać od państwa albo w łatwiejszym dostępie do dóbr, których nie dawało się kupić. Generałowie, pułkownicy, naczelnicy, dyspozytorzy, sekretarki chodzili niby tak samo jak inni po ulicach Warszawy. Mieli domy i rodziny. Ale jako funkcjonariusze żyli w odmiennym świecie - pisał Lech Wałęsa w „Drodze do wolności”, książce autobiograficznej.

Pensje i dodatki

Jak liczna była elita? W latach 70. w aparacie partii pracowało 13 tys. osób (pod koniec dekady ok. 18 tys.), a do tych liczb należy doliczyć zapewne kilkaset tysięcy osób (z rodzinami) na stanowiskach kierowniczych w wojsku, milicji, bezpiece, administracji oraz w tysiącach przedsiębiorstw państwowych.

Historyk Dariusz Stola opisuje, jak wyglądała struktura płac w aparacie PZPR w latach 70. Zarabiało się tam lepiej niż gdzie indziej, ale bez rewelacji, bo jeśli w 1967 r. przeciętna płaca pracownika politycznego PZPR wynosiła 3370 zł, czyli 166 proc. średniej krajowej (2025 zł), to w 1973 r. urosła ona do 5100 zł, czyli nieco mniej niż dwukrotność średniej krajowej (wówczas 2700 zł).

Płaca zasadnicza sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR i zastępcy kierownika wydziału KC wynosiła 6,5 tys. zł, a dodatek kwartalny od 3,4 do 4 tys. zł. Ale w 1972 r. wprowadzono zwyczaj wypłacania zasiłków urlopowych (od 2 do 4,5 tys. zł) oraz objęto pracowników PZPR leczeniem w ramach resortowej służby zdrowia MSW. Zwiększono także liczbę rozprowadzanych wśród pracowników talonów na kupno bez kolejki samochodu ze 160 do 450 rocznie oraz wprowadzono dodatkowe urlopy wypoczynkowe (jak w MSW): po przepracowaniu dziesięciu lat w aparacie pracownikowi należało się siedem dni rocznie dodatkowo, a po 15 latach – dziesięć dni.

Z funduszu socjalnego partia dopłacała swoim pracownikom do stołówek, wczasów, kolonii oraz imprez okolicznościowych. Udzielała także pożyczek mieszkaniowych, z których od 1973 do 1980 r. skorzystało 4767 aparatczyków. Wiosną 1974 r. zatwierdzono ambitny plan rozbudowy Centralnej Bazy Wypoczynkowej, z ośrodkami w Juracie, Szklarskiej Porębie, Krynicy Morskiej, Zakopanem, Rymanowie i Skubiance nad Zalewem Zegrzyńskim. Partia kupowała także kilkaset samochodów służbowych rocznie, głównie były to fiaty 125p, polonezy oraz radzieckie wołgi.

Przekręt jachtowy

Elity partyjne miały dostęp do specjalnych sklepów, specjalnej puli mieszkań, lepszej służby zdrowia, talonów na samochody i wczasy. Na tym nie koniec. Władza dawała także możliwość zarabiania dzięki zajmowanym stanowiskom, a kreatywność wielu dygnitarzy wydawała się pod tym względem nieograniczona.

Wczasy w cieniu PRL-u

Jesienią 1980 r. pismo „Życie Gospodarcze” opisało „paskudne kanty” w Morskiej Stoczni Jachtowej im. Leonida Teligi w Szczecinie. Na 30 jachtów typu Carina jedna trzecia została sprzedana jako wybrakowane dzięki fikcyjnemu wybrakowywaniu elementów i zaniżaniu w związku z tym kosztów. Potem zresztą dokumentacja znikła. Jachty te sprzedawano wybranym osobom za dziesiątą część ceny nominalnej plus minus. Witold R., naczelnik wydziału z Ministerstwa Maszyn Ciężkich i Rolniczych, nabył np. za 29 tys. zł jacht wartości 282 tys. zł, a za to wicedyrektor stoczni dostał odeń talon na samochód. Naczelnik dwa lata popływał, po czym sprzedał jacht za 100 tys. zł i zamówił nowy, z serii Carter produkowanej wyłącznie na eksport .

W ten sam sposób – pisała gazeta – za darmo albo półdarmo dostawali jachty profesorowie studentki będącej córką dyrektora pewnej warszawskiej instytucji, od której stocznia była zależna. Przekręt polegał na tym, że formalnie nabywca kupował w stoczni tylko części wybrakowane, a stoczniowcy montowali mu – rzekomo prywatnie, ale faktycznie w godzinach pracy – zupełnie dobry jacht. Robotnicy doskonale wiedzieli, co się wyprawia, ale bali się donieść o oszustwach, dopóki nie powstała „Solidarność”. Wtedy poczuli się na tyle pewnie, że złożyli donos do prokuratury, która aresztowała w stoczni kilkanaście osób.

Sprzedam poloneza, fabrycznie nowy

Innym sposobem zarabiania dzięki zajmowanej pozycji było odsprzedawanie na czarnym rynku dóbr, których normalnie nie dawało się kupić. Takim przedmiotem były talony na samochód. Polska Ludowa była krajem, w którym samochód zyskiwał ogromnie na wartości natychmiast po wyjechaniu z fabryki. Na początku lat 70. wprowadzono system przedpłat na samochody (przede wszystkim na fiata 126p), ale i tak na auto czekało się latami. Można też było kupić w Peweksie samochód za dewizy, ale trzeba było je mieć. Natomiast przedstawiciele elity władzy – ci z wierchuszki partyjnej, ministerialnej czy urzędów centralnych – mogli dostać talon uprawniający do kupienia auta od razu i po cenie państwowej, znacznie niższej od giełdowej. Dawało im to możliwość robienia fantastycznych interesów.

W latach 70. i 80. w każdym numerze „Życia Warszawy”, najpopularniejszego dziennika drukującego ogłoszenia drobne, można było przeczytać: „Sprzedam poloneza, fabrycznie nowy” czy też: „Polonez, kolor do wyboru, odbiór natychmiastowy”. W lutym 1980 r. nowy polonez kosztował na giełdzie 510 tys. zł (równowartość ok. 100-150 pensji).

W lutym 1980 r. „Życie Gospodarcze” opisywało, jak działał biznes talonowo-samochodowy: Przedpłat na ten samochód nie było (…). Są to zatem przydziały talonowe. Cena poloneza kupionego na talon wynosi 250 tys. zł. Za uzyskaną tym sposobem nadwyżkę można kupić rocznego fiata 125p, nie wydając ani złotówki. Przydzielenie zatem talonu na wspomniany samochód jest równoznaczne z niezmiernie wysoką nagrodą .

Również w 1980 r. na pytanie w tej gazecie: Kiedy w Polsce będzie można kupić samochód, wejść i kupić?, stosowny minister odpowiedział bezradnie: Obawiam się, że nieprędko. Zapotrzebowanie znacznie przewyższa dostawy, co zresztą z drugiej strony cieszy, że coraz więcej ludzi stać na kupno samochodu .

Czytelniczka „Życia Gospodarczego” pisała do redakcji, że sprzedaż talonowaodbywała się na zasadzie: ja tobie talon – ty mi order i vice versa. Wiadomo, kto był uczestnikiem tego procederu i jakie się na tym robiło pieniądze.

Przedmioty z marzeń Polaka w PRL

Mieszkania dla wybranych

Początki przywilejów sięgają początków Polski Ludowej, kiedy władze tworzyły system nagród i korzyści, by zapewnić sobie lojalność aparatu partyjnego oraz ludzi, których chciały sobie pozyskać. W zrujnowanej Warszawie mieszkania otrzymywali niemal od ręki nie tylko dygnitarze, ale także m.in. intelektualiści i naukowcy.

Kiedy prof. Leopold Infeld, wybitny fizyk, współpracownik Einsteina, wrócił do Polski z Kanady w 1950 r., czekało na niego gotowe i umeblowane mieszkanie w nowo wybudowanym domu przy ul. Mazowieckiej w Warszawie. W pisanych w 1963 r. pamiętnikach Infeld wspominał: Przyjechałem do Warszawy razem z Majewskim w niedzielę. Majewski miał klucz do mieszkania. Było ono na Mazowieckiej 7, na czwartym piętrze. (…) Mieszkanie było duże, czteropokojowe, umeblowane ciężkimi meblami w stylu raczej mieszczańskim. Z przyjemnością zauważyłem rzadkość podówczas w Polsce – telefon – i przygotowaną herbatę i kawę; naczynia, pościel, wszystko było w największym porządku . Ze wspomnień Infelda, który stworzył Instytut Fizyki Teoretycznej, nie wynika, na ile był świadom tego, jak bardzo jego warunki życiowe stawiały go w uprzywilejowanej pozycji wobec większości społeczeństwa.

Do końca PRL mieszkania pozostały dobrem wymarzonym i deficytowym. Na przykład według szacunków z 1971 r. przewidywano, że na 250 tys. rodzin oczekujących na mieszkania komunalne z puli rad narodowych w ciągu pięciu lat dostanie je 60-70 tys. Chociaż w dekadzie Gierka budowało się nawet 300 tys. mieszkań rocznie – dzięki ogromnym nakładom i technologii budowania bloków z wielkiej płyty – deficyt zawsze sięgał setek tysięcy, a czas oczekiwania potrafił sięgać 10-15 lat. Własną pulą mieszkań dysponował Urząd Rady Ministrów czy MSW – i szybsze otrzymanie własnego lokalu było ogromnym przywilejem, a także świadomą zachętą do pracy np. w Służbie Bezpieczeństwa.

„Konsumy” zamknięte, ale otwarte

Jednym z najbardziej widocznych i drażniących symboli przywilejów władzy w latach 50. były „konsumy”, nazywane także „sklepami za żółtymi firankami”. Często były pozbawione szyldów i umieszczone w miejscach, do których zwykły człowiek nie miał wstępu (np. na terenie jednostki wojskowej). Działały przy KC PZPR oraz przy komitetach wojewódzkich partii, a część partyjnych mogła w nich kupować to, czego na rynku nie było (w niektórych okresach nie było prawie niczego).

Za co tak bardzo kochamy bazarki

„Konsumy” przed likwidacją w 1956 r. miały własne gospodarstwa rolne, a nawet tuczarnie świń. Jeden z czytelników „Po prostu” tak opisywał sklep przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie: Nowootwarta [!] placówka jest starannie ukryta za barakiem i świeżo wzniesionym murem z żelazną bramą. Przedstawia ona sobą jednopiętrową kamienicę z biało polakierowanymi kratami w oknach. Przed przedsiębiorstwem tym stoi cały dzień [...] sznur samochodów, którymi panie oficerowe przyjechały na zakupy .

„Po Prostu” rozpoczęło kampanię przeciw „konsumom”, drukując w 1956 r. demaskatorski artykuł i postulując likwidację tych sklepów. I rzeczywiście, w październiku 1956 r. sklepy te zostały zlikwidowane i przekazane zwykłym sieciom handlu detalicznego. Niemniej jednak wewnętrzny obieg handlowy dla uprzywilejowanych dalej istniał: do końca PRL działały sklepy dla wojskowych albo lepiej zaopatrzone stołówki dla aparatczyków przy komitetach partii. Według notatki z października 1956 r. odnalezionej w archiwum partii przez historyka Marcina Zarembę kierownictwo PZPR zdecydowało, aby zlikwidować prawo do korzystania z mebli i urządzeń domowych na koszt państwa i do utrzymywania pracownic domowych na etatach resortów; wprowadzić odpłatność przy wyjazdach na urlopy za granicę; znieść pokrywanie kosztów utrzymania mieszkania; ograniczyć liczbę aut przydzielonych do dyspozycji z dwóch do jednego; zaniechać dotychczasowej praktyki wydawania bezpłatnych biletów na premiery teatralne i kinowe. Przywileje jednak nie znikły – zostały tylko lepiej ukryte przed oczami „zwykłych obywateli”.

Za tydzień: o rządowych lecznicach i rządowych prawach jazdy, o sklepach dla górników, Karcie nauczyciela i przywilejach branżowych

Warto przeczytać: „Życie prywatne elit władzy PRL” >>

”Ale Historia” czytaj też: 

W cieniu atomowych grzybów
„W gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, czy zbudujemy jakieś schrony czy nie” – zauważył ponuro wiceprezydent Richard Nixon. „Jedyne, czego naprawdę będziemy potrzebowali, to spychacze, żeby oczyścić ulice z ciał” – dodał jego szef prezydent Dwight Eisenhower.

Słynne pary: Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre. Życie seksualne egzystencjalistów
Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre należą do najsłynniejszych par XX wieku. Jak przystało na filozofów najbardziej miłujących wolność, ich związek nie był banalny.

Luddyści: prekursorzy związków zawodowych
Na początku XIX wieku na ulice angielskich i szkockich miast zaczęli wychodzić rozjuszeni rzemieślnicy, by protestować przeciw nowoczesności. Wdzierali się do fabryk i niszczyli maszyny pozbawiające ich pracy.

Termos: iPhone końca XIX wieku
To olśniewający wynalazek. Napełniamy go każdego ranka wrzącą czekoladą i wypijamy wściekle gorącą w południe. Nie jest tak źle – słowa te Roald Amundsen zapisał w dzienniku wyprawy na biegun południowy pod datą 13 lutego 1911 r.

Klimek Bachleda. Pierwszy ratownik, który zginął za innych
Na skromniutkim nagrobku Klimka Bachledy jest taki napis: „Poświęcił się i zginął”. Był pierwszym ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, który poniósł śmierć, ratując innych.

wyborcza.pl

 

Sondaż: Aż co szósty młody Polak uważa się za niewierzącego

Pap, wah, 23.02.2015
Marsz AteistówMarsz Ateistów (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)
O spadku religijności w ostatnim 25-leciu przekonanych jest aż dwie trzecie dorosłych Polaków (67 proc.). Jej wzrost dostrzega jedynie co dziesiąty respondent (10 proc.) i praktycznie tyle samo (11 proc.) nie zauważa zmian w tym zakresie – podaje lutowy sondaż CBOS.
Opierając się na autodeklaracjach Polaków określających swój stosunek do wiary i praktyk religijnych, można stwierdzić – jak podkreśla CBOS – że powszechnie deklarowana wiara w Boga jest dość trwałą cechą polskiego społeczeństwa. Utrzymuje się ona przez ostatnie niemal 20 lat na dość stabilnym, wysokim poziomie.Z systematycznie prowadzonych przez CBOS badań wynika, że od końca lat 90. niezmiennie ponad 90 proc. (92-97 proc.) uważa się za wierzących, w tym mniej więcej co 10. (ostatnio co 11.-12.) ocenia swoją wiarę jako głęboką.Odsetek osób zaliczających się do raczej lub całkowicie niewierzących pozostaje od lat stosunkowo niski (od 3 do 8 proc.), przy czym – co istotne – od 2005 roku ich liczba się podwoiła (z 4 do 8 proc.). W tym samym czasie z 12 do 8 proc. ubyło badanych, którzy określają się mianem głęboko wierzących.Od 2005 roku w grupie najmłodszych respondentów (18-25 lat) ponaddwukrotnie wzrosła liczba tych, którzy określają się jako niewierzący (z 6 do 15 proc.), ubyło zaś wierzących (spadek z 86 do 77 proc.).Jeszcze mniej stabilnie kształtuje się uczestnictwo młodych Polaków w praktykach religijnych. Do cotygodniowego lub częstszego udziału w mszach, nabożeństwach lub spotkaniach religijnych przyznaje się nieco ponad dwie piąte ankietowanych mających od 18 do 24 lat (44 proc.), podczas gdy w 2005 roku była to nieco ponad połowa tej grupy (51 proc.). Od tego czasu w miarę stabilna pozostaje liczba młodych osób praktykujących nieregularnie (kilka lub kilkanaście razy w roku) ok. 40 proc., wyraźnie wzrósł (o 8 pkt proc.) odsetek w ogóle nieuczestniczących w praktykach religijnych.

Więcej osób praktykuje nieregularnie

W ocenie CBOS również poziom zaangażowania Polaków w praktyki religijne, który w latach 1997-2005 pozostawał w miarę stabilny, po roku 2005 dość istotnie słabnie. Zmniejszył się w tym czasie odsetek respondentów praktykujących regularnie, przynajmniej raz w tygodniu (z 58 do 50 proc.), przybyło zaś tych, którzy w ogóle nie biorą udziału w praktykach religijnych (z 9 do 13 proc.). Więcej też osób praktykuje nieregularnie (wzrost z 33 do 37 proc.).

Jak podkreśla CBOS, z połączenia deklaracji wiary i praktyk religijnych wynika, że od 2005 roku odsetek osób wierzących i regularnie praktykujących zmniejszył się w Polsce z 58 do 50 proc., nieznacznie przybyło zaś wierzących i praktykujących nieregularnie (z 32 do 35 proc.), niewierzących i praktykujących (z 1 do 2 proc.) oraz niewierzących i niepraktykujących (z 3 do 6 proc.).


http://e.infogr.am/praktyki_religijne_w_polsce?src=embed

Prywatyzacja wiary religijnej przejawiająca się w rosnących odsetkach osób określających się jako wierzące i niepraktykujące lub praktykujące okazjonalnie znajduje też potwierdzenie w innych autodeklaracjach. Od maja 2005 roku do października 2014 roku odsetek respondentów w swoim przekonaniu wierzących i stosujących się do wskazań Kościoła zmniejszył się z 66 do 39 proc., znacząco przybyło natomiast tych, którzy twierdzą, że wierzą na swój własny sposób (z 32 do 52 proc.).

Mniej się modlimy

Jeszcze innym wskaźnikiem religijności – jak podaje CBOS – wykazującym po roku 2005 trend spadkowy, choć w ostatnim czasie dość wyraźnie wyhamowany, jest częstość odmawiania modlitwy. Z tegorocznych deklaracji wynika, że codziennie modli się nieco ponad dwie piąte spośród ogółu badanych (43 proc., spadek od 2005 r. o 13 pkt proc., ale jednocześnie wzrost o 5 pkt proc. w stosunku do roku 2012).

Ponad jedna czwarta respondentów (27 proc., od roku 2012 spadek o 5 pkt proc.) modli się raz lub kilka razy w tygodniu, a co dwunasty badany (8 proc.) mniej więcej raz w miesiącu. Jeden na ośmiu ankietowanych (12 proc.), według własnych deklaracji, modli się kilka razy w roku, a nielicznie (w sumie 3 proc.) raz w roku lub rzadziej. Co 14. Polak (7 proc.) w ogóle się nie modli.

Według badań CBOS na podstawie uzyskanych deklaracji można stwierdzić, że od śmierci Jana Pawła II zmienia się również wiara mieszkańców największych aglomeracji. Od tego czasu zmniejszył się wśród nich odsetek tych, którzy określają się jako głęboko wierzący (z 12 do 8 proc.), nieco mniejsza jest również grupa wierzących (spadek z 80 do 75 proc.), natomiast ponaddwukrotnie zwiększyła się liczba niewierzących (z 8 do 17 proc.).

Sondaż CBOS został przeprowadzony w dniach 5-11 lutego tego roku na liczącej 1003 osoby reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.

wyborcza.pl

Biskup Ryczan: Poganie Europejczycy spod godła trójkąta i cyrkla

angk, KAI, 23.02.2015
Biskup Kazimierz RyczanBiskup Kazimierz Ryczan (PAWEŁ MAŁECKI)
Z udziałem ponad 100 dam i kawalerów Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie odprawiona została msza św., która zakończyła jasnogórskie rekolekcje bożogrobców. W homilii bp Kazimierz Ryczan, wskazując na przyjętą konwencję o przemocy wobec kobiet, podkreślał, że jest to kolejna próba budowania „pogańskiego ładu” opartego na ideologii lewicowo-liberalnej, która dąży do zniszczenia społeczeństwa.
- Przez tegoroczny post i modlitwę stańmy w obronie chrześcijańskiej kultury, w obronie polskiej szkoły, w obronie wnuków i dzieci, wołajmy o Boże miłosierdzie dla Polski. Niech próg chrześcijańskiej rodziny stanie się szańcem, którego nie przekroczy uzbrojony w pieniądze europejski ateizm. Wołajmy, bracia, do Boga słowami proroka Joela: „Przepuść, Panie, ludowi Twojemu i nie daj dziedzictwa swego na pohańbienie, aby poganie nie zapanowali nad nami” – zachęcał w homilii bp Ryczan.- Aby nie dać się zniewolić przez zagrażający nam pogański ład i jego liberalne ustawy, niezbędne jest prawdziwe i głębokie nawrócenie ludzi wierzących budujących silny fundament społeczny na bożych przykazaniach – apelował kaznodzieja.- Aby nie zapanowali nad nami poganie rodzimi spod czerwonego sztandaru, ani poganie Europejczycy spod godła trójkąta i cyrkla, ani gorliwi wyznawcy genderyzmu, który stał się objawieniem dla świata liberalnego pozostającego bez wartości. Wezwanie – nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię – skierowane jest do Polaków dnia dzisiejszego, bo zagraża nam pogański ład – przestrzegł bp Ryczan.Trzydniowym wielkopostnym rekolekcjom członków Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie towarzyszyła refleksja nad historią zakonu, jego odnową i reformą w XIX i XX w.Kawalerowie i damy zakonu służą Stolicy Apostolskiej, pomagają chrześcijanom w Jerozolimie, a także najbardziej potrzebującym, chronią miejsca święte i opiekują się nimi, działają na rzecz pokoju między narodami.

kielce.gazeta.pl

Siostry oskarżają „Wyborczą” o nagonkę. A same nie chciały rozmawiać

Jarosław Osowski, 23.02.2015
Ogród szarytek z budynkiem klasztoru (z lewej). W tle widać budowany właśnie apartamentowiec przy TamceOgród szarytek z budynkiem klasztoru (z lewej). W tle widać budowany właśnie apartamentowiec przy Tamce(JACEK MARCZEWSKI)
Szarytki z Powiśla oskarżają nas o „kłamliwą nagonkę”, bo ujawniliśmy, że chcą sprzedać deweloperom XVII-wieczny ogród. – „Wyborcza” wrednie nas opisuje – to już reakcja Instytutu Prymasa Wyszyńskiego na to, że napisaliśmy, jak za teren pod wiadukt na ul. Marsa chce sześciokrotnie więcej, niż wynosi wycena
Zaskakują tak ostre sformułowania w ustach osób deklarujących przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Jako gazeta miejska informujemy o sprawach, które budzą kontrowersje i są ważne dla warszawiaków. Zakonnice odbierają to jednak jako atak. Nie nadstawiają drugiego policzka, stosują zasadę: „oko za oko, ząb za ząb”.Tak można odczytać oświadczenie, które wydała siostra Marianna Leszczyńska, wizytatorka prowincji warszawskiej Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego á Paulo. To zakon sprowadzony do Polski przez Marię Ludwikę Gonzagę. Królowa kupiła dla niego przy Tamce kilka hektarów pod skarpą warszawską. Od 350 lat szarytki prowadzą tu gospodarstwo na potrzeby działalności charytatywnej. Mają ogromne zasługi dla sierot, osób chorych i samotnych, pomagają w szpitalach, prowadzą przedszkola. Granatowe habity zakonnic krążących między Powiślem a kościołem Świętego Krzyża to stały element tej części miasta.Przeczytaj o przedsiębiorczych siostrach szarytkachOgród pod skarpą pozostaje zieloną enklawą za klasztornym murem. Dlatego niepokój obrońców przyrody i zabytków wzbudził fakt, że zakon złożył aż 41 uwag do powstającego planu zagospodarowania tej okolicy. Jak pisaliśmy, siostry chciały dopuścić w ogrodzie osiedle mieszkaniowe z szeroką na 15 m ulicą. Kiedy ratusz nie uwzględnił tych zabiegów, zakon zaczął starania o zgodę na siedmiopiętrowy biurowiec z dwoma kondygnacjami podziemnymi. Potem wystąpił o zmianę przeznaczenia tego budynku na „dom pomocy osobom wykluczonym”. „Dobrze, że podnosicie ten temat i go nagłaśniacie” – powiedział nam wiceprezydent Jacek Wojciechowicz. Zapewnił, że „obrońcy ogrodu mogą spać spokojnie”.W oświadczeniu siostry Marianny można jednak przeczytać o „wrogiej kampanii medialnej”, „przekłamaniach” i „bezpodstawnym ataku” nie tylko na zakon, ale też jego podopiecznych. Siostra twierdzi, że szarytki nie mają zamiaru prowadzić działalności deweloperskiej pod skarpą. Przeczy temu publikacja w portalu Onet.pl. Z jego dziennikarzem zakonnice spotkały się w obecności Bogdana Żmijewskiego, byłego radnego AWS, który od lat kręci się przy projektach planów zagospodarowania. Składa do nich dziesiątki uwag, wiele w interesie inwestorów, których reprezentuje. „Sądzę, że niektóre środowiska zaatakowały siostry, bo nie spodziewały się, że pomysł na wykorzystanie tego terenu będzie aż tak dobry” – stwierdza Żmijewski.Czyżby chodziło o planowane pod skarpą osiedle, o którym pisze też Onet.pl? Siostry przekonują, że miałoby zająć „jedynie 1,1 hektara” z pięciu, którymi tu dysponują. Zyski z terenu chcą przeznaczyć na „działalność społeczną zgodną z charyzmatem zgromadzenia, a także wyremontować zabytkowy klasztor”.

Siostra ekonomka żali się dziennikarzowi Onet.pl: „Nikt nie przyjechał, by z nami porozmawiać”. Jednak dwa tygodnie wcześniej naszemu dziennikarzowi powiedziała tak: „Nie udzielę żadnych informacji. To nie jest temat, którym państwa gazeta powinna się interesować”. Po tych aroganckich słowach zakon zarzuca „Wyborczej” nagonkę?

Podobnie było w przypadku Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, który tworzą kobiety świeckie. Żądają prawie 4 mln zł za 580 m kw. potrzebnych pod filar wiaduktu nad skrzyżowaniem ulic Żołnierskiej i Marsa. Wg wyceny rzeczoznawców teren jest warty najwyżej 600 tys. zł. Próbowałem ustalić na miejscu, skąd ta rozbieżność, ale usłyszałem: – „Wyborcza” wrednie nas opisuje. Nie życzymy sobie publikacji w tej gazecie.

Potem przełożona generalna Stanisława Grochowska z Częstochowy wypominała, że nieproszony wszedłem na teren Instytutu. – Czy pan jest powołany, by pisać artykuł na nasz temat? To nie jest państwa sprawa. Proszę się nie spodziewać, że udzielę panu informacji – stwierdziła, po czym zapewniła o modlitwie przed obrazem Czarnej Madonny na Jasnej Górze za prawdę, która zbliży nas do spotkania w niebie.

A ja chciałem tylko wyjaśnić, czy zgromadzenie sprzeciwiające się inwestycji drogowej po prostu podało zaporową dla miasta cenę. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że wynika ona z pazerności osób, które ślubowały życie w ubóstwie.

 

warszawa.gazeta.pl

Oscary 2015. Agnieszka Holland o triumfie „Idy”: Musiał przyjechać facet z Oksfordu, byśmy dostali Oscara

not. PTF, 23.02.2015
Agnieszka HollandAgnieszka Holland (MAŁGORZATA KUJAWKA)
„Ida” Pawła Pawlikowskiego z Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. – Polskie kino powstało jak feniks z popiołów, a „Ida” jest tego pięknym ukoronowaniem – komentuje dla „Wyborczej” Agnieszka Holland, trzykrotnie nominowana do Oscara (w tym dwa razy za film nieanglojęzyczny – za „Gorzkie żniwa” i „W ciemności”)
To wielki, historyczny sukces. Pierwszy Oscar w tej kategorii dla Polski. Musiał przyjechać facet z Oksfordu, żebyśmy go dostali. To powinno nam dać do myślenia [Paweł Pawlikowski studiował na Oksfordzie - red].Wiedzieliśmy od dawna, że szanse „Idy” są ogromne. Może większe niż kiedykolwiek. Ale wszyscy pamiętamy rok 2010, kiedy „Prorok” i „Biała wstążka” [także nominowana w kategorii film nieanglojęzyczny i za zdjęcia - red.] przegrały z „Sekretem jej oczu”. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tu można wygrać nawet jednym głosem. A „Ida” rywalizowała głównie z „Lewiatanem”, który miał w Stanach bardzo mocną kampanię.Kiedy jednak film Pawła zdobył BAFT-ę, a wczoraj Independent Spirit Award, szala przechyliła się w stronę „Idy”. Wierzył w to również Jacek Szumlas [dystrybutor "Idy" w Polsce - red.], z którym oglądałam w telewizji galę. Przygotował specjalne koszulki z napisem „Ida”, tylko z Oscarem zamiast litery „I”. Właśnie w nich siedzimy.Myślę, że kiedy „Ida” powstała, padła ofiarą nie najlepszej atmosfery wokół polskiego kina. Nie dostała się na przykład na żaden duży festiwal, co było oburzające. Ale potem swoją magią wywalczyła to, co wywalczyła. Dostała nagrody w Toronto, Londynie, Warszawie, na dziesiątkach festiwali. Triumfowała podczas Europejskich Nagród Filmowych. A przede wszystkim spodobała się krytykom i widzom na całym świecie, od Francji po Amerykę. Jak na tak delikatny, mądry, nieoczywisty film, to sukces niebywały.Przemówienie Paweł miał znakomite. Zresztą miał okazję ostatnio poćwiczyć, bo wygłaszał tych przemówień mnóstwo. Nie przejął się czasem, przebił się przez muzykę, co rzadko się zdarza. Inna sprawa, że cała ta polska grupa, która przyjechała do Los Angeles z „Idą”, w cudowny sposób do Oscarów nie pasuje. To nie są ludzie, którzy mogą się tym blichtrem bawić albo zrozumieć, co w tym wszystkim zabawnego. Ani Paweł, ani dwie Agaty – zresztą Agata Kulesza poleciała tam tylko na jeden dzień. Ale właśnie to w „Idzie” piękne: film tak inny, niekomercyjny wygrywa tam, gdzie fetuje się głównie gwiazdy i suknie.To szczególny moment dla polskiego kina: dostaliśmy cztery nominacje do Oscara za filmy zrobione w Polsce [piątą zdobyła Anna Biedrzycka-Sheppard za kostiumy do hollywoodzkiej "Czarownicy" - red.], niedawno film Małgorzaty Szumowskiej zdobył Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie. To oczywiste, że w ciągu ostatnich kilku lat polskie kino odżyło. Powstało jak feniks z popiołów, a „Ida” jest tego pięknym ukoronowaniem. Mam nadzieję, że to da kolegom kopa. Pokaże, że nie opłaca się iść na łatwiznę. Trzeba mierzyć wysoko.

Wszystko o Oscarach 2015 w specjalnym serwisie.
.

wyborcza.pl

Schetyna: Miller ws. odszkodowań dla terrorystów powinien mówić jak najmniej. Zabrakło mu wyobraźni

osi, 23.02.2015
Minister Spraw Zagranicznych Grzegorz SchetynaMinister Spraw Zagranicznych Grzegorz Schetyna (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
- Nie wyobrażam sobie, by Polska nie zapłaciła odszkodowań w związku z więzieniami CIA – powiedział szef MSZ Grzegorz Schetyna w RMF FM. Ocenił, że szef SLD Leszek Miller „powinien jak najmniej mówić w tej sprawie”. Minister powiedział też, że wątki żydowskie w „Idzie” mogły wpłynąć na nagrodzenie tego filmu Oscarem.
- Jesteśmy państwem prawa, dlatego musimy zapłacić odszkodowanie zasądzone przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu – powiedział Schetyna, który był gościem „Kontrwywiadu” w RMF FM. Wyrok Trybunału nakazuje Polsce wypłacenie odszkodowań dwóm mężczyznom oskarżonym o terroryzm, którzy mieli być torturowani w więzieniach CIA w naszym kraju.„Warto zrobić wszystko, by odszkodowania nie trafiły do terrorystów”- Ale Miller mówi, że to wspieranie terroryzmu i można za to iść na osiem lat do więzienia – przypomniał słowa szefa SLD Konrad Piasecki, prowadzący audycję. – Miller akurat w tej sprawie powinien mówić jak najmniej. Bardziej powinien posługiwać się gestami przepraszającymi, że zabrakło mu wyobraźni co do konsekwencji [decyzji o współpracy z USA - red.] – odparł na to szef MSZ.

- Warto zrobić wiele, a może wszystko, by odszkodowania nie trafiły do terrorystów. Mamy formułę, którą wyszukaliśmy – jest to rada powiernicza Rady Europy. W ten sposób pieniądze nie trafią do tych, którzy wciąż siedzą w Guantanamo – powiedział Schetyna.

„Ws. Ukrainy trzeba działać z automatu”

Szef dyplomacji odniósł się też do kwestii łamania na Ukrainie postanowień rozejmu mińskiego. – Trudno być entuzjastycznym, kiedy najwięksi europejscy politycy się angażują, a rozejm nie wchodzi w życie – uważa szef MSZ. Według niego „trzeba być gotowym do zaostrzenia sankcji wobec Rosji, która wspiera separatystów”.

- Powinna być agenda dotycząca tego, co robić „z automatu”, jeśli będzie eskalacja konfliktu ze strony separatystów. Musimy reagować na łamanie prawa międzynarodowego – oświadczył Schetyna.

„Wątki żydowskie mogły wpłynąć na sukces ‚Idy’”

Minister skomentował też wielki sukces polskiej kinematografii, czyli przyznanie filmowi „Ida” Pawła Pawlikowskiego Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. – Jestem szczęśliwy i dumny, że polski film został tak wyróżniony – oświadczył Schetyna.

Piasecki zapytał go, czy „nie ma poczucia, że polska kinematografia jest doceniana tylko wtedy, kiedy dotyka tematyki żydowskiej”. – Pewnie mogło mieć to jakiś wpływ, natomiast film jest uniwersalny i dotyczy wielu innych spraw niż historia, którą opowiada – odparł Schetyna.

TOK FM

Lis: Putin napluł światu w twarz. To tyran gorszy niż fanatycy Państwa Islamskiego

Krzysztof Lepczyński, 23.02.2015
„Zamiast hamletyzować i kręcić, skrywając hipokryzję i oportunizm, Zachód powinien błyskawicznie dostarczyć Ukraińcom broń” – pisze w „Newsweeku” Tomasz Lis. I pyta, ile „upokorzeń i policzków” trzeba jeszcze, by Zachód zrozumiał, że Putin to nie partner, ale wróg.
„Ile upokorzeń, ile policzków, ile demonstracji siły i aktów bezczelności zniesie Zachód, zanim zrozumie, że tyran nie jest żadnym partnerem, lecz wrogiem, którego trzeba pokonać?” – pyta Tomasz Lis w najnowszym „Newsweeku”, odnosząc się do rosyjskiej agresji na Ukrainę.„Putin jest tyranem”„Zamiast hamletyzować i kręcić, skrywając hipokryzję i oportunizm, Zachód powinien błyskawicznie dostarczyć Ukraińcom broń” – zaznacza publicysta. Lis podkreśla, że „Putin jest tyranem”, który chce powiększyć swoje imperium i złamać wolę Zachodu. Zdaniem Lisa „wydelikacone” państwa Zachodu muszą przestać „gadać”, tylko zacząć działać, jeśli nie chcą, by plan Putina doszedł do skutku.

Zwłaszcza, że zdaniem Lisa w całym konflikcie chodzi nie tylko o przyszłość NATO i Unii Europejskiej, ale ducha całej Europy. Ducha, którego nie są w stanie złamać siejący postrach islamiści z Bliskiego Wschodu. Zdolny jest do tego Władimir Putin.

„Putin napluł światu w twarz”

Lis zauważa, że po podpisaniu porozumień mińskich „Putin napluł światu w twarz”. „Zachodni politycy potrzebują naprawdę bardzo wiele czasu, by pożegnać się z iluzjami, których bogatsi o historyczne doświadczenia i posługujący się zdrowym rozsądkiem Polacy nie hodowali w sobie nigdy” – zaznacza publicysta.

Szef „Newsweeka” dodaje, że sojusznikami Putina nie są Orban, Le Pen czu Ogórek, ale koniunkturalizm, kunktatorstwo i brak woli Europy.

Cały tekst w najnowszym „Newsweeku”.

TOK FM

Polska hołota prześladująca niewinnych Niemców, czyli filmowa „prawda” z III Rzeszy

Waldemar Kowalski
23.02.2015
Scena z filmu propagandowego "Heimkehr".
Scena z filmu propagandowego „Heimkehr”. • Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zrealizowany z rozmachem, nagradzany, z doborową obsadą – to wszystko wyróżnia niemiecki film „Heimkehr”, czyli „Powrót do ojczyzny”. Nakręcony w 1941 i zdecydowanie antypolski, choć w jego produkcji brali udział polscy aktorzy. Wyklęci dokładnie 72 lata temu przez rodzime podziemie.

Bycie aktorem to ciężki kawałek chleba, szczególnie w czasach wojny. Niby kultura powinna być niezależna, gdy jednak wprzęga się ją w machinę totalitarnej propagandy, zmienia swoje oblicze.

– Tylko świnie siedzą w kinie – głosiło jedno z popularnych haseł polskiego podziemia, bojkotującego niemieckie manipulowanie polską kulturą. Okupanci represjonowali polską elitę, a terror nie ominął także ludzi kina i teatru. Byli jednak i tacy, którzy ściśle współpracowali z Gestapo i występowali w antypolskich produkcjach. Otrzymywali normalne angaże i grali za pieniądze. Wśród nich byli także ci powszechnie znani i lubiani.

Plakat do filmu "Heimkehr".
Plakat do filmu „Heimkehr”.•Domena publiczna

19 lutego 1943 roku Kierownictwo Walki Cywilnej skazało na karę infamii (niesławy) czterech byłych aktorów Teatru Polskiego: Hannę Chodakowską, Michała Plucińskiego, Bogusława Samborskiego i Józefa Kondrata. Ten ostatni był stryjem dobrze znanego nam Marka Kondrata. Całą czwórkę uznano za współwinną „lżenia narodu i Państwa Polskiego”. Co ich łączyło?Film ”Heimkehr” właśnie.

"Heimkehr" ukazywał Polaków jako zdziczałych okrutników.
„Heimkehr” ukazywał Polaków jako zdziczałych okrutników.•Youtube.com

Uznawany za jeden z największch paszkwilów III Rzeszy, usprawiedliwiający „dziejową konieczność”, jaką był najazd na Polskę we wrześniu 1939 roku. Jak sam tytuł wskazuje, zapowiadał chwalebne czasy. – Pomyślcie, jak będzie wspaniale, gdy wokół nas będą tylko sami Niemy. A gdy wejdziesz do sklepu, nikt nie będzie mówił po polsku, po żydowsku – tylko po niemiecku! Nie tylko wioska będzie niemiecka, ale wszystko dookoła będzie niemieckie, a my będziemy w sercu Niemiec – przekonuje z ekranu w kulminacyjnej scenie fimu główna bohaterka, niemiecka nauczycielka, grana przez gwiazdę tamtych czasów Paulę Wessely. Jej słowa to klasyczna propaganda. Dla dr. Goebbelsa i spółki świetny materiał dydaktyczny.

Akcja toczy się na Wołyniu, w jednym z miasteczek. Marzec 1939. Miejscowi Niemcy protesują przeciwko zamknięciu niemieckiej szkoły. Główna bohaterka jedzie nawet w tej sprawie do Łucka, by interweniować u wojewody. Jej wysiłki nic nie dają. W miasteczku relacje między narodami też nie są najlepsze. Bo Polacy nie dają Niemcom spokoju. Prowokują, palą dobytek, kamieniują, biją, piją. Słowem: wszystko co najgorsze, polska dzicz, hołota w pełnej krasie. Naprzeciwko – miłujący pokój i romantyczni rodacy Goethego i Schillera, dręczeni i mordowani przez wrogi naród. Aż w końcu przychodzi zbawienie, czyli… czołgi i samoloty.

Statyści i ekipa na planie filmu "Heimkehr".
Statyści i ekipa na planie filmu „Heimkehr”.•Bundesarchiv

Taki oto obraz zadebiutował na srebrnym ekranie w sierpniu 1941 roku w Wenecji, czyli jednej ze stolic europejskiego kina. I od razu naczelny spec od propagandy III Rzeszy ogłosił „Heimkehr” arcydziełem. Wyświetlano go w niemieckich szkołach, w Europie (także w Polsce) a nawet w Japonii. Laury zbierał austriacki reżyser Gustav Ucicky, którego ojciec – Gustav Klimt – zyskiwał sławę z zupełnie innych powodów. Bo po prostu był świetnym malarzem.

Igo Sym - kolaborant zastrzelony przez AK.
Igo Sym – kolaborant zastrzelony przez AK.•Narodowe Archiwum Cyfrowe

Swoje „zasługi” w powstaniu tego paszkwila miał znany przedwojenny aktor o korzeniach polsko-austriackich – Igo Sym. Wcześniej występował m.in. u boku słynnej Marleny Dietrich (mówiono nawet, że oboje romansowali). Przy „Powrocie do ojczyzny” werbował rodaków. I miał z tego niezły zysk. W końcu do jego drzwi zapukali egzekutorzy z Armii Krajowej. – Czy pan Igo Sym? – zapytał jeden z „gości”. Był 7 marca 1941 roku. Ostatni dzień życia kolaboranta.

naTemat.pl

Oscary 2015: „Ida” to najlepszy film nieanglojęzyczny! Wielki sukces polskiego kina

Marta Korycka, 23.02.2015
Paweł Pawlikowski z OscaremPaweł Pawlikowski z Oscarem (Fot. Print Screen)
„Ida” Pawła Pawlikowskiego z Oscarem! To pierwszy pełnometrażowy film produkowany w naszym kraju, który został wyróżniony statuetką. I pierwszy, który zwyciężył w kategorii filmów nieanglojęzycznych.
Oscary 2015. „Ida” przeszła do historii, najwięcej bierze „Grand Budapest Hotel” [LISTA] >>Statuetkę odebrał na scenie reżyser Paweł Pawlikowski z rąk m.in. Nicole Kidman. Film Pawła Pawlikowskiego był jednym z pięciu nominowanych w tej kategorii tytułów. Pokonał rosyjskiego „Lewiatana”, „Timbuktu” z Mauretanii, argentyńskie „Dzikie historie” oraz „Mandarynki” z Estonii.

Reżyser „Idy” dziękował wielu osobom i przemawiał bardzo długo – producenci próbowali przerwać mu, puszczając muzykę, ale na nic się to zdało. – Nie wiem jak się tu dostałem, zrobiłem czarno-biały film o potrzebie spokoju, wycofania się ze świata i kontemplacji. I oto jestem, w tym zgiełku, w centrum światowej uwagi To fantastyczne, życie jest pełne niespodzianek – mówił Pawlikowski podczas półtoraminutowego monologu. Nagrodę zadedykował zmarłej żonie oraz swoim rodzicom.

Święto polskiego kina

Jeszcze przed oscarową galą producentka „Idy” Ewa Pruszczyńska w wywiadzie udzielonym Gazeta.pl mówiła, że nie jest zaskoczona sukcesem festiwalowym i nagrodowym filmu.

- Wierzyłam, że „Ida” będzie nagradzana na festiwalach. Jestem natomiast zaskoczona sukcesem komercyjnym, którego nie zakładaliśmy. „Ida” została sprzedana do sześćdziesięciu krajów. Dla mnie to już jest sukces – zauważyła. – W Stanach Zjednoczonych wpływy z biletów to prawie cztery miliony dolarów. Jak na maleńki, niszowy film, to naprawdę nieźle – dodała.

Zwycięstwo „Idy” to pierwszy Oscar dla polskiego filmu pełnometrażowego w historii. Wcześniej w tej kategorii nominowanych było dziewięć filmów z naszego kraju: „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego (1964), „Faraon” Jerzego Kawalerowicza (1967), „Potop” Jerzego Hoffmana (1975), „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy (1976), „Noce i dnie” Jerzego Antczaka (1977), „Panny z Wilka” Andrzeja Wajdy (1980), „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy (1982), „Katyń” Andrzeja Wajdy (2008) oraz „W ciemności” Agnieszki Holland (2012).

Którzy Polacy i kiedy otrzymali Oscary? Te fakty warto znać >>

Ida podbija świat

„Ida” zdobyła wcześniej wiele innych wyróżnień na całym świecie, m.in. cztery nagrody Polskiej Akademii Filmowej i dziewięć Złotych Lwów na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a także kilka Europejskich Nagród Filmowych (w tym dla najlepszego filmu), LUX Prize Parlamentu Europejskiego, Nagrodę Specjalną na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Totonto i – ostatnio – BAFTA dla najlepszego filmu nieangielskojęzycznego. Film został także nominowany do Oscara za zdjęcia – ich autorami są Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski. Tutaj jeszcze nie znamy zwycięzcy.

Akcja „Idy” rozgrywa się w latach 60. ubiegłego wieku w Polsce. Główną bohaterką filmu jest Anna – nowicjuszka, sierota wychowywana w zakonie (w tej roli debiutująca na dużym ekranie Agata Trzebuchowska). Przed złożeniem ślubów matka przełożona stawia dziewczynie warunek: musi odwiedzić swoją ciotkę Wandę (Agata Kulesza), jedyną żyjącą krewną. To od niej dowie się, że naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką. Obie kobiety wyruszają w podróż, która ma im pomóc nie tylko w poznaniu tragicznej historii ich rodziny, ale i prawdy o tym, kim są.

Polsko-duńską koprodukcję doceniło wiele osób liczących się w środowisku filmowym. Pedro Almodovar, wybierając pięć ulubionych niehiszpańskojęzycznych filmów 2014 roku, wymienił „Idę” na pierwszym miejscu. Pozytywnie o dziele Pawlikowskiego wypowiadali się również m.in. Julianne Moore i Lian Neeson.

Przeczytaj: Almodovar, Streisand, Gyllenhaal, Neeson… Gwiazdy doceniają „Idę” >>

TOK FM

 

 

Dodaj komentarz