RSS
 

Ka

Kaczyński wyciąga rękę do Kopacz. „Deklarujemy gotowość współpracy w sprawach ważnych dla Polaków”

mf, PAP, 31.10.2014
Jarosław Kaczyński w CzęstochowieJarosław Kaczyński w Częstochowie (!Sebastian Adamus / Agencja Gazeta)
Podczas spotkania z dziennikarzami prezes Kaczyński zaskoczył pojednawczym tonem, proponując Ewie Kopacz współpracę w sprawie reformy ZUS oraz pomocy osobom, które zaciągnęły kredyty we franku. – Jeśli ta współpraca byłaby dzisiaj możliwa, to na pewno dla Polaków byłoby lepiej – mówił.
Już na samym początku prasowego briefingu Jarosław Kaczyński wykonał swoisty ukłon wobec następczyni Donalda Tuska.- Wszelkiego rodzaju sugestie, że ja mam jakieś osobiste anse do pani premier, są całkowicie nieuzasadnione – stwierdził, dodając, że „jest gotowy do współpracy we wszystkich sprawach, które są wspólne, które są ważne dla Polaków”.

 

- Ja oceniam panią premier jako polityka, jako premiera. Bo to, że pani jest kobietą, w żadnym razie nie oznacza, że kryteria oceny są inne. To by było dla kobiet poniżające, gdyby stosować tutaj jakąś taryfę ulgową – dodał jednak, tłumacząc, dlaczego bywa wobec Ewy Kopacz krytyczny.

Razem z PO ws. ZUS i kredytów we frankach

Później Kaczyński znów jednak wrócił do tematów, które raczej jego partię z Platformą łączą, niż dzielą. Zadeklarował m.in. gotowość do współpracy w sprawie rządowej pomocy osobom, które zaciągnęły w przeszłości kredyt we franku szwajcarskim.

- My byśmy chcieli takich rozwiązań, które by stworzyły sytuację bardziej symetryczną – mówił Kaczyński sugerując, że obecnie w relacji bank – kredytobiorca pierwsza strona jest znacznie bardziej uprzywilejowana. Dodał, że – aby zmienić sytuację osób zadłużonych – można przyjąć różne rozwiązania – w tym kontekście wymienił m.in. przerwę w spłacie rat czy przewalutowanie.

Chęć współpracy prezes zadeklarował także w sprawie reformy ZUS, choć nie powstrzymał się od wytknięcia Kopacz tego, że rządowy raport o stanie tej instytucji został utajniony.

- Otóż ja apeluję do pani premier, żeby odtajnić ten raport. Utajnienie nie ma żadnego uzasadnienia. Polacy mają prawo do wiedzy na ten temat – przekonywał.

Współpraca także „w innych kwestiach”

Swoje wystąpienie Kaczyński zakończył nawiązaniem do expose Kopacz, która zachęcała wówczas do zakopania topora wojennego między PO a PiS. Prezes ocenił, że jej słowa „można było uznać za próbę zmiany tej sytuacji, która była w Polsce przez wiele lat, a która w gruncie rzeczy wykluczała współpracę władzy z opozycją nawet w bardzo ważnych kwestiach”.

- Jeśli ta współpraca byłaby dzisiaj możliwa, to na pewno dla Polaków byłoby lepiej. My tę współpracę choćby w tej sprawie [rent i emerytur - przyp. red.] proponujemy, ale będziemy ją proponować także w innych kwestiach – zakończył.

Zasada ograniczonego zaufania do PKW

Kaczyński został przez dziennikarzy zapytany o jego zaufanie do PKW i to, czy PiS będzie na własną rękę liczyć głosy w wyborach samorządowych.

- Zrobimy wszystko, żeby zgodnie z prawem i zgodnie z normalną praktyką demokratyczną kontrolować przebieg liczenia głosów. To jest zwykła procedura, ściśle związana z demokracją. Próby robienia z niej czegoś nadzwyczajnego są zupełnie oderwane od jakiejkolwiek wiedzy na temat mechanizmów demokratycznych. Demokracja opiera się na zasadzie ograniczonego zaufania – mówił.

Kaczyński dodał też, że ma „wiele zastrzeżeń do komisji wyborczej”. – Jesteśmy przekonani, że trzeba dokonać bardzo głębokich zmian, jeżeli chodzi o podstawy prawne działania tych wszystkich instytucji, które przeprowadzają w Polsce wybory – ocenił.

 

Zobacz także

tokfm.pl

Śpiewak: Mam poczucie schyłkowości systemu. Jak w końcówce komunizmu. Przygnębiające

Krzysztof Lepczyński, 31.10.2014
prof. Paweł Śpiewakprof. Paweł Śpiewak (Fot. Wojciech Olkuśnik / AG)

- Przez lata karmiono nas tezą, że polska demokracja jest młoda i musi się dopiero wszystkiego nauczyć. Ale zanim zdążyła się czegokolwiek nauczyć, stała się sklerotyczna. Zestarzała się, zanim dojrzała – mówi w magazynie „Plus Minus” prof. Paweł Śpiewak, socjolog z UW. – Wartości używa się jak pałki do okładania przeciwnika – zauważa.
Prof. Paweł Śpiewak, socjolog z UW, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, kreśli ponurą wizję rzeczywistości w wywiadzie dla „Plus Minus”, magazynu „Rzeczpospolitej”.

„Fala demokratyzacji zatrzymana”

Socjolog wskazuje na upartyjnienie życia publicznego, które staje się oligarchiczne, a nawet „znomenklaturyzowane”. Prof. Śpiewak zaznacza, że partie polityczne „dążą do jedynowładztwa” i odklejają się od wyborców, korzystając z budżetowych dotacji, niewymagających od nich większego wysiłku.

- Model demokracji, który został zbudowany w Polsce, jest coraz bardziej obcy ideałom tego systemu, a przy tym nieprzyjemny dla obywateli. Mam poczucie, że u nas fala demokratyzacji, jeśli nie cofa się, to została zatrzymana – ocenia socjolog.

„Ludzie nie dają rady walczyć z systemem”

Prof. Śpiewak uważa, że nie udały nam się w Polsce ani demokracja, ani społeczeństwo obywatelskie. Pozytywnie w jego ocenie wypada tylko wolny rynek. – Gdy konfrontuję rzeczywistość z moimi oczekiwaniami sprzed 25 lat, to jestem bardzo rozczarowany. Przez lata karmiono nas tezą, że polska demokracja jest młoda i musi się dopiero wszystkiego nauczyć. Ale zanim zdążyła się czegokolwiek nauczyć, stała się sklerotyczna. Zestarzała się, zanim dojrzała – mówi socjolog.

Naukowiec zauważa, że ludzie odsuwają się od udziału w życiu publicznym. – Nie widzą w tym sensu. Nie dają rady walczyć z systemem – wyjaśnia. – Mam poczucie schyłkowości systemu, trochę jak w końcówce komunizmu – stwierdza wreszcie. Schyłkowi nie będzie jednak towarzyszyć przełom, transformacja. – Teraz jej nie będzie. Dlatego to jest tak przygnębiające. Ten ład się wyrodził i nie mamy nic w zamian – ocenia.

 

„Państwo obraziło się na rzeczywistość”

Prof. Śpiewak krytykuje tzw. nowe ruchy społeczne lat 90.: ekologów, feministki, ruchy LGBT. Jego zdaniem oparte są na tożsamości i jako takie „nie prowadzą do poważnych zmian społecznych”. – Pomnażają tylko walkę ideologiczną – mówi. Z przychylnością patrzy natomiast na ruchy miejskie, który odwołują się nie do tożsamości, ale konkretnych działań w przestrzeni publicznej.

Prowadząca rozmowę Eliza Olczyk pyta, czy w Polsce mamy do czynienia z „z zamachem na wartości”. – Raczej dokonuje się zamach na rzeczywistość – odpiera prof. Śpiewak. Socjolog wskazuje, że skoro 30 proc. dzieci w Polsce rodzi się w nieformalnych związkach, a państwo nie potrafi tego uporządkować, to znaczy, że oderwało się od rzeczywistości. – Państwo obraziło się na rzeczywistość, a Kościół zamienił ją w spór o wartości – mówi.

„Niech Kaczyński się opanuje”

- Wartości używa się jak pałki do okładania przeciwnika. Gdy Jan Hartman powiedział coś o związkach kazirodczych, Jarosław Kaczyński wyskoczył jak filip z konopi, że to jest najważniejszy problem w Polsce. Niech się opanuje. Przecież to ciągłe podsycanie wojny domowej jest zwykłym chuligaństwem. Ja sobie tego nie życzę – wskazuje prof. Śpiewak.

Cała rozmowa w weekendowym dodatku do najnowszej „Rzeczpospolitej”.

tokfm.pl

 

W Polsce jest 90 proc. katolików? To mit. Policzyłem i wyszło mi ok. 4 mln. Wciąż sporo, ale…

Michał Wilgocki, 10.07.2014
Montaż pomnika Chrystusa Króla w ŚwiebodzinieMontaż pomnika Chrystusa Króla w Świebodzinie (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)
Przy każdym sporze światopoglądowym w pewnym momencie pojawia się argument, że ponad 90 proc. Polaków to katolicy i koniec końców powinni mieć w tym kraju coś do powiedzenia. Jak to się stało, że przy takiej znakomitej większości wciąż cierpią z powodu prawa, które gnębi ich sumienia? Mam pewną kontrowersyjną teorię – ponad 90 proc. katolików to mit.
Najpierw spójrzmy na statystykę. Katolicy, powołując się na dane z ostatniego Narodowego Spisu Powszechnego, twierdzą, że jest ich w Polsce 97 proc.Ale te 97 proc. odnosi się tylko do ludzi, którzy zadeklarowali przynależność do jakiejkolwiek wspólnoty religijnej. Jeżeli przyrównać ją do wszystkich obywateli – to katolików jest 88 proc.Okazuje się jednak, że bycie katolikiem wcale nie oznacza, że jest się osobą wierzącą – jako takie deklaruje się 80 proc.Deklaracja wiary wcale nie oznacza zaś, że katolik przestrzega przykazań. Choćby pierwszego przykazania kościelnego, które nakłada obowiązek uczestnictwa w niedzielnej mszy. Regularnie praktykujących, według deklaracji, jest 48 proc. katolików.

To tylko sfera deklaracji. Jak jest naprawdę, sprawdza sam Kościół. A w jego najnowszych statystykach już nie 48, ale 39 proc. chodziło na mszę w 2013 roku.

Gdyby spojrzeć, ilu z nich przystępuje regularnie do komunii, to nie ostanie się nawet połowa – tych było w ubiegłym roku ok. 16 proc.

„Biorąc pod uwagę liczby bezwzględne” (jak mówi jeden z kościelnych statystyków), prawdziwych katolików, którzy szanują przykazania, unikają ciężkich grzechów i regularnie chodzą do komunii, jest ok. 4 mln.

Tym, którzy trochę pogubili się w obliczeniach, tłumaczę – te 4 mln to 16 proc. wszystkich wiernych, którzy są zobowiązani do religijnych praktyk. Nie ma w tej grupie dzieci przed pierwszą komunią oraz osób, które nie mogą o własnych siłach opuszczać domu.

4 mln to niestety wcale nie ponad 90 proc.

Ale to wciąż sporo. To grupa, która byłaby w stanie w obecnej konfiguracji zmienić prawo na takie, jakiego tylko zapragnie. Mogłaby zaostrzyć zakaz aborcji, wprowadzić karę chłosty za obrazę uczuć religijnych i intronizować Chrystusa na króla Polski. Wystarczy, że w wyborach do Sejmu za rok powtórzy się frekwencja z ostatnich eurowyborów. Przypomnijmy – komisje wyborcze wydały wtedy niewiele ponad 7 mln kart do głosowania.

Gdyby w takim układzie 4 mln katolików zagłosowało za swoimi kandydatami, zdobyliby oni ok. 60 proc. miejsc w Sejmie. Wystarczy na samodzielną większość. A przy odrobinie szczęścia nawet na większość konstytucyjną.

 

Wyborcza.pl

Marek Migalski demaskuje system „legalnej korupcji” w PE. Tylko na dojazdach można zarobić ponad milion złotych!

1.04.2014

„Intencją urzędników PE jest, aby politycy jak najmniej angażowali się w prace Parlamentu. (…) Dlatego stworzono cały system „legalnej korupcji”, to znaczy takich zachęt i ułatwień, które skłaniają MEP-ów raczej do skorzystania z szeregu przywilejów i sposobów zarabiania, niźli do wtrącania się do procesów politycznych” – pisze Marek Migalski w książce „Parlament Antyeuropejski”. Pozycji, która może wywrócić kampanię przed wyborami do PE.

 

 

Marek Migalski w swojej książce "Parlament Antyeuropejski" zdradza kulisy legalnego "korumpowania" polityków wielkimi pieniędzmi i luksusowymi przywilejami.
Marek Migalski w swojej książce „Parlament Antyeuropejski” zdradza kulisy legalnego „korumpowania” polityków wielkimi pieniędzmi i luksusowymi przywilejami. • Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta

Pieniądze, przywileje, życie w luksusie i szansa na ustawienie się na przyszłość. Oto główne wyzwania, które tak naprawdę stoją przed większością polityków zasiadających w Parlamencie Europejskim. Reguły rządzące w Brukseli, które pozwalają zarabiać członkom parlamentu gigantyczne sumy opisuje w swojej najnowszej książce „Parlament Antyeuropejski” Marek Migalski. Były eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości (później PJN i Polski Razem…) nie ma szans na reelekcję na listach nowego ugrupowania i zdradza dziś najskrytsze sekrety kolegów z europejskich ław.

„Legalna korupcja”
Migalski opisuje więc szczegóły tego, jak na samych funduszach na dojazdy do Brukseli można zarobić w trakcie kadencji nawet… półtora miliona złotych!. Taki zarobek dzięki 49 eurocentom, które każdy eurodeputowany dostaje za kilometr podróż autem wymaga jednak niezwykłego poświęcenia i świetnej logistyki. Nie jest to jednak niemożliwe. Tymczasem już zupełnie normalnie przez te pięć lat kadencji można zarobić co najmniej kilkaset tysięcy złotych tylko za to, że jeździ się autem. Dlatego są i tacy, którzy przez cały tydzień potrafią podróżować między Belgią a Polską.

Zdaniem autora „Parlamentu Antyeuropejskiego”, te możliwości legalnego i łatwego zdobycia małej fortuny stworzono w Unii Europejskiej z premedytacją. Po to, by jak najmniej czasu trzeba było spędzać w gmachu Parlamentu Europejskiego. „Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że to spełnienie marzeń unijnych urzędników – politycy zamienieni w kierowców, obsypani pieniędzmi i odsunięci od ‚poważnej i merytorycznej’ polityki” – sugeruje eurodeputowany.

W swojej książce Marek Migalski zwraca jednak uwagę, że pieniądze za przejazdy to nie jedyny sposób na życie w luksusie dzięki legitymacji eurodeputowanego. „Loty to najżywiej dyskutowany temat wśród wszystkich członków Parlamentu Europejskiego” – zdradza. Dlaczego? Bo każdy szanujący się polityk europejski walczy o tytuł „hona”. Chodzi o najwyższy status „honorable” na pokładach linii lotniczych. Taki, który daje prawo do przelotów w najbardziej luksusowych warunkach, gdzie do snu podawana jest piżama, a obsługa drży, gdy w wazoniku pasażera zabraknie świeżej róży.

O co walczą w Brukseli?
Tego typu usług nie trzeba od razu wykupować z małą fortunę. Wystarczy po prostu latać niezwykle często i w dalekie trasy. Pozwalający na zdobycie najwyższego pasażerskiego statusu program Miles & More polega bowiem właśnie na nabijaniu mili. Dlatego europosłowie latają chętnie i po całym świecie…

„Jeden z europosłów opowiadał mi kiedyś, że był pewien, iż zgromadzone mile wystarczą mu, by już od nowego roku miał status hona i czarną kartę umożliwiającą korzystanie ze wszystkich dobrodziejstw z tego wynikających. Ale ku swojemu przerażaniu 30 grudnia zorientował się, że brakuje mu kilkuset mil. Co zrobił w tej sytuacji? Natychmiast zarezerwował lot do Warszawy i z powrotem, by jeszcze 31 grudnia nabić potrzebne mile i móc w nowym roku rozkoszować się limuzynami i first class lounge’ami” – czytamy w europarlamentarnych wspomnieniach Migalskiego.

Dzięki nabijaniu mil spędzonych w powietrzu za pieniądze europejskich podatników politycy mogą bowiem korzystać ze wspomnianych limuzyn, które podwożą ich od wyjścia z jednego samolotu pod drzwi drugiego. Jednak to i luksusowy lot to nie jedyna korzyść. „Hon” może zapraszać do ekskluzywnego saloniku na pokładzie samolotu swoich gości, a także fundować dzięki swojemu statusowi podróże rodzinie i znajomym.

Dojne krowy
Marek Migalski pisze sporo także na temat około dwunastu tysięcy euro czystego przychodu, na który składa się pensja i przede wszystkim diety parlamentarne. Za co przysługują? „Nic nie trzeba zrobić oprócz złożenia własnoręcznego podpisu w tak zwanym rejestrze, czyli specjalnie wydzielonym pokoiku. Siedzi tam strażnik i trzyma na biurku listę obecności” – dpowiada polityk. Między 7:00 a 22:00 trzeba więc się tam pojawić i pierwszym lotem można wracać do Polski. Niektórzy w piątkowy poranek stoją nawet w kolejce od pierwszych minut, by zdążyć jeszcze na lot do kraju o 8:00. Eurodeputowani nie raz udowodnili, że choć to trudne, nie jest niemożliwe.

Udowodnili też, że możliwe jest, by mieć małą rzeszą asystentów opłacanych z funduszy PE, ale większości z nich nie znać. Marek Migalski jest prawdopodobnie pierwszym eurodeputowanym, który zdradza, że polskie partie polityczne znalazły sposób na to, jak za pieniądze z Brukseli finansować działania w kraju. Według Migalskiego, większość europosłów po prostu jest zmuszana do tego, by podpisywać umowy z ludźmi, których na oczy nie widzieli. Ci formalnie są ich asystentami, ale w rzeczywistości pracują dla całego ugrupowania.

Fundusze na biura tym bardziej są więc „dla partii”. „Jakiś lokalny poseł wywiesza na swoim biurze tabliczkę, że jest to także biuro europosła, i w ten sposób może za darmo, czyli za pieniądze od MEP-a, zajmować ten lokal. Eurodeputowani są więc dojnymi krowami ssanymi przez aparaty partyjne…” – nie pozostawia wątpliwości Migalski.

Trudno więc wątpić, by to wszystko wkrótce nie stało się jednym z głównych tematów kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w czasie której politycy próbują przekonać nas, że to właśnie w Brukseli nasi przedstawiciele mają do wykonania najważniejsze zadania…

O tym już w środowy poranek będziemy rozmawiali z Markiem Migalskim w cyklu „Bez autoryzacji”. Serdecznie zapraszamy!

naTemat.pl

PiS przypomina w filmie o rocznicy Smoleńska. Spot SLD poleca Polakom rządy lewicy

Prawo i Sprawiedliwość przygotowało film, który zachęca Polaków do uczczenia czwartej rocznicy katastrofy smoleńskiej. – Bądźmy w czwartek, 10 kwietnia, na Krakowskim Przedmieściu. Pokażmy, że pamiętamy – zwraca się do widzów lektor. W tym samym czasie własne spoty zaprezentowały: SLD, przekonując Polaków, że rządy lewicy przynoszą pracę i wysokie zarobki, oraz Solidarna Polska, która sięgnęła po wizerunek płk. Ryszarda Kuklińskiego.

 

PiS zachęca Polaków, by 10 kwietnia przyszli na Krakowskie Przedmieście
PiS zachęca Polaków, by 10 kwietnia przyszli na Krakowskie Przedmieście • Fot. Prawo i Sprawiedliwość / youtube.com

Krótki film PiS zachęca widzów do przyjścia na Krakowskie Przedmieście w Warszawie i uczczenia pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. W 30-sekundowym nagraniu podano program współorganizowanych przez PiS obchodów. Głosowi lektora towarzyszą zdjęcia wykonane podczas poprzednich uroczystości.

W filmie nie ma ani słowa o majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, ale niektórzy komentatorzy przekonują, że mamy do czynienia ze spotem wyborczym. Taką interpretację filmu PiS zasugerował np. publicysta Michał Szułdrzyński.

Twitter.com

Do tematu katastrofy smoleńskiej odniósł się podczas wtorkowej konferencji prasowej również premier Donald Tusk, podkreślając, iż ani on, ani jego współpracownicy nie będą wykorzystywać katastrofy w kampanii wyborczej PO. Odpowiadając na pytania dziennikarzy, szef rządu ocenił przy tym, że propozycja PiS, apelująca o uczczenie pamięci gen. Andrzeja Błasika uchwałą sejmową, jest upartyjnianiem tragedii smoleńskiej.

– W jakimś sensie pytając o inicjatywę w sprawie gen. Błasika, sam sobie pan odpowiedział na drugie pytanie, czy ktoś znowu będzie wykorzystywał katastrofę smoleńską w kampanii wyborczej, bo jesteśmy tego znowu świadkami – powiedział Tusk.

SLD mówi o „Europie pracy i wysokich zarobków”
We wtorek nowy film zamieścił na YouTubie także SLD. Jest to oficjalny spot tej partii. Partia Leszka Millera przekonuje w nim, że „Europa rządzona przez lewicę to Europa pracy i wysokich zarobków, zdrowia i bezpiecznego życia, równości i praw kobiet”. Spot przekonuje, że w Europie licza się obecnie tylko dwie grupy polityczne: socjaldemokraci i konserwatyści. – W Polsce oznacza to rywalizację pomiędzy SLD a partią rządzącą – mówi lektor. O PiS ani słowa…

Twitter.com


Solidarna Polska sięga po płk. Kuklińskiego

Swój spot zademonstrowała również Solidarna Polska. W klipie zobaczyć można m.in. płk. Ryszarda Kuklińskiego i Zbigniewa Ziobrę, który chce „walczyć o zasady oraz o nową Polskę”.

naTemat.pl

https://www.youtube.com/watch?v=tXIIYvzaGBI
 

Waldemar Kuczyński -

Narodowa trauma Kaczyńskiego

Miażdżąca większość żyjących przeszła lub przejdzie przez śmierć rodziców. Smutek Jarosława Kaczyńskiego z tego powodu nie jest w niczym większy i bardziej szlachetny niż innych.

Trauma Jarosława Kaczyńskiego jest już kilka lat przedmiotem troski narodowej i rozważań, czy jeszcze jest, jaka jest, czy mija, czy się nasila, czy go uspokoi, czy go uwściekli. Nawet ja napisałem w Wirtualnej komentarz dokąd duchy popchną Jarosława Kaczyńskiego. We wtorkowym Poranku w TOK FM znowu słyszę, jak Michał Komar podziwia odporność Jarosława na tragedie, które go dotknęły.

Podzielam opinię, że tragedią musiała być dla niego śmierć brata. Ale od niej miną zaraz trzy lata, czyli trzykrotna norma żałobna i nawet jeśli w roku 2010 były jakieś powody, aby z traumy Kaczyńskiego zrobić temat publiczny, to chyba od dawna już temat traumy 2010 powinien być pozostawiony ewentualnie tylko jemu. I zupełnie nie rozumiem publicznego biadania nad jego traumą z powodu śmierci Matki. Śmierć matki to dla każdego bardzo smutne wydarzenie, rzecz jasna, nie zamierzam tego kwestionować. Wiem czym jest, bo mam je za sobą. Ale dla 65-latków śmierć rodzica, czy rodziców to na pewno nie tragedia, to kolej rzeczy. Tragedia to coś, co nie miało prawa nastąpić, a nastąpiło.

 

Tragedią dla matki jest śmierć dziecka. Miażdżąca większość żyjących przeszła lub przejdzie przez śmierć rodziców. Smutek Jarosława Kaczyńskiego z tego powodu nie jest w niczym większy i bardziej szlachetny niż innych. Nie przejdą przez ten smutek tylko Ci, którzy staną się sami powodem tragedii, np. wspomniane dzieci odchodzące przed rodzicami.

Więc może koniec z wydziwianiami nad traumą Jarosława? Tym bardziej że on nie z emocji, lecz z kalkulacji, już włączył Matkę do swej gry przeciw obecnej Polsce, jako 97 ofiarę katastrofy i pewno zamachu. Pytałem w Wirtualnej, dokąd to duchy popchną Kaczyńskiego? Po jego wywiadzie dla „W Sieci” już wiadomo. Do piekła. Tylko dlaczego chce zaprowadzić tam także 38 milionów ludzi.

Źródło: Wyborcza.pl

Dodaj komentarz