RSS
 

Archiwum - Marzec, 2016

KOD w USA i o dyplomatycznym matołku Waszczykowskim

30 mar

KOD reprezentuje Polskę, a nie Andrzej Duda, który tylko kompromituje.

Plan pobytu KOD w USA.

wizyta

Dyplomatołek Waszyczkowski się wysilił. gazeta.pl >>>

szefMSZ

Matołka należy potraktować jak Andrzej Saramonowicz.

polskiMinister

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Notatki o polityce

 

Dwa Kościoły i Mleczko na dokładkę

28 mar

CelMHq_WwAASKQL

tARGOWICZANIE

nieJest

andrzejMleczko

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Notatki o Kościele

 

Kaczyński – zuchwały, twardy wróg nie fragmentów, ale całej rzeczywistości [KRASOWSKI]

27 mar

Fragment książki politycznej Roberta Krasowskiego „Czas Kaczyńskiego”. Książki bardzo ważnej dla zrozumienia naszego zycia politycznego.

Fragment podaję za 300polityka.pl >>>

Przejęcie władzy przez Kaczyńskiego poprzedziły długie miesiące oczekiwania na apokalipsę. Bo w obrońcach status quo zwycięstwo PiS wzbudziło wielki strach. Kaczyński nie musiał nic robić, wystarczyło, że stał pośrodku politycznej sceny. Przez 15 lat wyrobił sobie wizerunek rewolucjonisty, twardego wroga rzeczywistości, nie jej fragmentów, ale całości. Państwo było skorumpowane, dyplomacja na granicy narodowej zdrady, gospodarka chora, bieda krzycząca. Przypominał radykałów, którzy twierdzą, że trzeba cały świat postawić do góry nogami, aby zaczął wyglądać normalnie. Ale nie miał radykalnych planów. Tusk i Rokita przez dwa lata chcieli koalicji z Kaczyńskim, bo wiedzieli, że jego krytyka szybuje na wysokim poziomie abstrakcji, a takie diagnozy są w polityce bezzębne. Petryfikacja struktury społecznej, peryferyjna mentalność, kapitalizm polityczny, postkomunistyczny cynizm, kryzys patriotyzmu – z takiego pułapu nie da się przejść do konkretnych decyzji. Kto szybuje tak wysoko nad ziemią, w polityce nawet kroku nie zrobi. W istocie, pod maksymalistyczną retoryką IV RP kryły się skromne decyzje. Chciał Kaczyński likwidacji jednej ze służb specjalnych, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego; chciał powszechnej lustracji; chciał powołania nowej służby specjalnej patrzącej władzy na ręce oraz reformy wymiaru sprawiedliwości. To był dość oczywisty pakiet w epoce wystraszonej korupcyjnymi aferami rządów SLD.

Jednak jego epoka – zwłaszcza jego wrogowie – widzieli w Kaczyńskim człowieka zdolnego do czynów wielkich, które Polskę zmienią. Na dobre lub na złe, ale zmienią głęboko. Powodem wyniesienia Kaczyńskiego nie były jego poglądy, lecz jego charakter. A dokładniej, jedna nitka tego charakteru: niezwykła zuchwałość. Odkąd pojawił się na politycznej scenie, nie uznawał żadnych zasad, żadnych granic, żadnych świętości. Stanął na politycznej scenie w 1989 roku, w świecie wyraźnych, opozycyjnych hierarchii i jako jedyny odmówił ich respektowania. Uderzał w każdego, kto mu stanął na drodze. A że stali najwięksi, z nimi wszystkimi poszedł na wojnę. Geremek mu zablokował karierę, więc Kaczyński sprawił, że nie został premierem. Mazowiecki go odtrącił, Kaczyński wypowiedział mu wojnę. Wałęsa zablokował sukces PC, rzucił się do gardła samemu Wałęsie. Wystarczyły dwa lata i walczył z całym solidarnościowym establishmentem. W walce nie uznawał reguł, oskarżał wszystkich o wszystko, Mazowiecki i Geremek byli kryptokomunistami, Wałęsa agentem. Ciężar zarzutów zawsze był niezwykły. Kaczyński szarżował bez umiaru, od faktu, że dwadzieścia lat temu Wałęsa był Bolkiem, przeskakiwał do oskarżenia, że będąc prezydentem, nadal jest agentem. Grał brutalnie nawet wtedy, gdy brutalność nie była potrzebna. W latach 90. namówił prezesa Sądu Najwyższego do startu w wyborach prezydenckich, ale się rozmyślił i cofnął mu poparcie. Mógł się rozstać dyskretnie, wybrał prostacką awanturę. Hall, który wydarzenia oglądał z bliska, wspomina: „Tego… nie sposób nazwać inaczej niż świństwem. Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego było nie tylko obrzydliwe, ale także irracjonalne”, a on sam „niepoczytalny”.

Ale było w Kaczyńskim coś więcej niż brak samokontroli. Był kierunek, w który skręcał, gdy kontrolę tracił. Zawsze w dół, w stronę praktyk ostentacyjnie brutalnych. Gdy trzeba było niszczyć rywala, Tusk sięgał po sztylet lub truciznę, dyskretne narzędzia niezostawiające śladów. Kaczyński odwrotnie, wolał pałkę lub kastet. Tłukł nimi przeciwnika na oczach wszystkich – dziko, zajadle, aż krew bryzgała dokoła. Jak wyrzucał kogoś z partii, to w aurze skandalu. Jak oskarżał, to ześlizgując się w oczywiste kłamstwa. Toczone przez niego wojny zawsze były brudne, nawet gdy racja była po jego stronie. Posuwał się do środowiskowych donosów, od niego Polacy dowiadywali się, że Wachowski zakłada Wałęsie kapcie albo że Kuroń pije wódkę z komunistami. Każdy polityk zna wiele podobnych historii, ale ujawniał je tylko Kaczyński. Dlatego inteligentom trudno było wytrwać u jego boku, uwodził ich diagnozą, ale zawstydzał praktyką. Zarazem brutalne zachowanie dawało mu osobliwą siłę. W swoich wrogach wzbudzał strach – szczery, głęboki, paraliżujący. Dzięki niemu zawsze miał więcej wrogów niż zwolenników. I to oni byli jego wojskiem. Jego prawdziwą siłą byli ci, którzy się go bali, a nie ci, którzy za nim stali. Bo większość zwolenników głosowała na niego dlatego, że w drugiej stronie wzbudzał tak wielki strach. To mu dawało wiarygodność. Prawdziwą armią Kaczyńskiego byli jego wrogowie wpatrzeni w niego jak zając w kobrę. To ich strach sprawił, że ponad dekadę cała polska polityka obracać się będzie wokół Kaczyńskiego, bez względu na to, czy ma władzę, czy nie.

Gdy w 2005 roku wygrał wybory, powszechnie uznano, że jego zuchwała brawura nikogo się nie wystraszy. Żadnej potęgi, żadnego autorytetu, żadnej świętości. Oczywiście był to mit, wielka pomyłka epoki. Nie było w Kaczyńskim tej zawziętej woli, która buduje wielkich buntowników. Jego nieobliczalność była nieobliczalnością publicysty gotowego wypowiedzieć każde zdanie, bez względu na to, jak szalone by było. Ale od słów do czynów droga daleka, wymagająca umiejętności, których Kaczyńskiemu brakowało. Uprzedzając dalsze fakty – Kaczyński, podobnie jak Miller, był wielkim graczem, ale władcą nijakim. Techniki politycznych gier znał perfekcyjnie, technik rządzenia w ogóle. Chciał podpalić III RP, ale nie wiedział, jak się rozpala ognisko. Jego rewolucja mogła się wydać groźna tylko przez jego osobistą zuchwałość. Swoje nieśmiałe plany przedstawiał dziesiątki razy, mimo to ciągle się wydawały drapieżne. Wszystko z powodu dziwnej natury tego polityka.

POWIĄZANE WPISY:

  1. Nasz wróg wewnętrzny
  2. Krasowski chwiejnie we mgle (impresyjka)
  3. Kaczyński dostał za dużo władzy, jak na swoją kiepską głowę
  4. Kaczyński przedstawi kandydata PiS na premiera
 

Joanna Mucha przestrzega i ma propozycje

23 mar

joannaMucha

pisProwadzi

joannaMucha1

 

„Smoleńsk” Krauzego to katastrofa

22 mar

smoleńskPremiera

Premiera „Smoleńska” Antoniego Krauze została  odwołana, bo film jest nieukończony.  Producent filmu – niepodrabiana niedojda – Maciej Pawlicki tłumaczy to „dobrem filmu”.

Ten film nigdy nie będzie ukończony, bo w tej formie nie osiagnie stadium „dobra” artystycznego. Powinien wiedzieć to reżyser, bo to był kiedyś niezły fachowiec.

Ale film miał scenarzysta, który jest żadnym pisarzem. Przede wszystkim do tak skłamanej materii potrzeba talentu ma miarę Leni Riefenstahl, albo woli mocy Nietzschego, czyli geniuszu (piszę o tym ostatnim).

Ale nawet mając tak marny aksjologicznie materiał, jaki dostał Krauze, nie trafił reżyser z formą.

Forma to dużo, czasami 80-90 proc. Nawet przy tym niedorobionym scenariuszu można się zdobyć bodaj tylko na groteskę i przekaz poetycki. Ale nie żadna epika, dramat.

Romantyzm w tym wypadku wyjdzie ściegiem narracji, jako fałsz. Krauze nigdy nie miał frazy narracyjnej Wyspiańskiego i Słowackiego. No, jeszcze od biedy można byłoby pójść w „Nieboską komedię”, ale talentu Bozia Krauzemu nie dała.

„Smoleńsk” kiedyś będzie zrealizowany, może i jako epika, ale scenariusz musi dotykać aksjologicznie i epistemologicznie obcego dla PiS świata przedstawionego.

Przy tej formie poległby Mel Gibson i każdy inny hollywoodzki specjalista od dużych produkcji. Kłamstwo zawsze źle wygląda w narracji, leży jak garnitur od Armaniego na szkielecie w auli akademii medycznej.

Do „Smoleńska” potrzeba Wajdy z okresu „Popiołu i diamentu”. Lecz Zbyszek Cybulski dawno nie żyje.

Dzisiaj doszło do zamachów terrorystycznych w sercu Europy, Brukseli. No i znowu trzeba się wstydzić naszych polityków – Duda i Szydło – którzy nie wiedzą, co naprawdę się stało. I zabrakło im umysłów na właściwe aksjologicznie ustosunkowanie się. Oni są tak samo niedokończeni, jak ten „Smoleńsk”, mają fałszywie napisane scenariusze (w tym wypadku retorykę), są zrobieni „piórem” czwartorzędnego pisarza Wolskiego/Kaczyńskiego.

Więcej >>>

 

Kaczyński dostał za dużo władzy, jak na swoją kiepską głowę

18 mar

lechPrzynosił

Weekendowa gazeta.pl publikuje obszerny fragment ksiązki Roberta Krasowskiego (naprawdę ciekawego publicysty, ścisła czołówka) o Jarosławie Kaczyńskim: „Czas Kaczyńskiego”.

Z wieloma tezami można się nie zgadzać, bo się nie zgadzam. Ale to nie miejsce na recenzję tej książki.

Publikacja na czasie, bo prezes PiS zagraża Polsce. I to dosłownie.

Fragment końcowy tego wybranego fragmentu. Uważam, że Kaczyński sam polegnie ze sobą. To typowy samobójca, jak jego brat Lech, który wybrał mimowolne samobójstwo pod Smoleńskiem.

Jarosław przegra sam ze sobą. Dostał za dużo władzy, jak na swoją kiepską głową:

„Plany na przyszłość też nie były drapieżne. Nie będzie WSI, więc układ straci głowę. Nie będzie nieujawnionych teczek, więc narzędzie nacisku na polityków zostanie zniszczone. Wszystkie kluczowe stanowiska obejmą politycy PiS, co da gwarancję, że będą spoza układu. A gdyby ich swędziały ręce, pilnować ich będzie CBA. Kto zna realia walki z mafią we Włoszech czy USA, wie, jak kruche były wybrane narzędzia. Kaczyński na wojnę z układem – który opisywał jako wielkie imperium – wziął pistolet na wodę i gumowe kajdanki.”

Cały fragment tutaj >>>

POWIĄZANE WPISY:

  1. Debata Kopacz-Szydło nic nie wniesie, winna się odbyć dużo, dużo wcześniej
  2. PiS zachowuje się tak, jakby nigdy nie miało oddać władzy
  3. Kaczyński z Orbanem, a naprzeciw wspólnota Polaków w KOD
  4. Czy Kaczyński stawi się na debatę z premier Ewą Kopacz?
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii K. jak ka, Polityka polska

 

Kaczyńskiego kłamstwo na kłamstwie – Polska pisowska

18 mar

załóżmy

Jarosław Kaczyński naprawdę ma coś z głową. Obnaża go świetny wywiad w „Rzeczpospolitej” przeprowadzony przez Andrzeja Stankiewicza i Michała Szułdrzyńskiego.

- Decyzję o tym, że potrzeba nowej ustawy o Trybunale, podjąłem przed wyborami, w czerwcu, po zamachu Platformy – mówi Kaczyński.

(PO się nie zamachnęła, bo Trybunał Konstytucyjny unieważnił jej zamach; takie kłamstewko Kaczyńskiego).

W programach Porozumienia Centrum, a później PiS, osłabienie TK było jednym z głównych projektów konstytucyjnych tych partii..

I to jest obecne clou.

Trybunał Konstytucyjny przeszkadza autokracji Kaczyńskiemu. Chce jego likwidacji.

Przypomnijmy, czym zajmuje się TK:

Art. 188 Konstytucji RP jasno i wyraźnie określa sprawy, którymi zajmuje się Trybunał Konstytucyjny i kto je może zgłosić. Sędziowie orzekają o:

- zgodności ustaw i umów międzynarodowych z Konstytucją,

- zgodności ustaw z ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi, których ratyfikacja wymagała uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie,

- zgodności przepisów prawa, wydawanych przez centralne organy państwowe, z Konstytucją, ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi i ustawami,

- zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych.

I dalej dla przypomnienia: Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawach wymienionych w art. 188 podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu w organie urzędowym, w którym akt normatywny był ogłoszony. Jeżeli akt nie był ogłoszony, orzeczenie ogłasza się w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”.

Cały wywiad z Kaczyńskim tutaj >>>

POWIĄZANE WPISY:

  1. Do Kaczyńskiego: Polska to nie sen idioty
  2. Popęd Kaczyńskiego, przeszkoda: Trybunał Konstytucyjny
  3. Infantylna dyktatura Kaczyńskiego, Duda podpisał nowelę o TK
  4. Kaczyńskiego seans nienawiści 13 grudnia 2015 roku
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii K. jak ka, Polityka polska

 

KRASOWSKI W KSIĄŻCE O KACZYŃSKIM: Masy padały na kolana przed sutanną, elity przed togą [FRAGMENT]

15 mar

czasKaczyńskiego

„Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt” to trzecia – i zarazem ostatnia – część historii III RP autorstwa Roberta Krasowskiego. Książka obejmuje lata 2005-2010. Premiera  16 marca. Rozdział „Dygresja o postawie elit”.

Warunkiem zwycięstwa prawników było wsparcie ze strony elit. A powodem, dla którego elity udzieliły wsparcia, były środowiskowe przesądy. Bo tak jak polskie masy padały na kolana przed sutanną, tak polskie elity padały przed togą. Sądziły, że to zachodni standard, przez co nie zauważyły, że polski system sprawiedliwości na hołd nie zasługuje. Ich postawa w sporze z prawnikami mocno Kaczyńskiego dotknęła, po raz pierwszy ważne reformy w Polsce zostały zablokowane nie przez masy, lecz przez elity. Kaczyński nie potrafił przejść nad tym do porządku dziennego. Zwłaszcza że jego konflikt z elitami narastał od samego początku III RP. Elity uważały, że w transformacji najsłabszym punktem jest społeczeństwo, które spycha państwo ze słusznej drogi. Natomiast Kaczyński problem widział w elitach, które słusznej drogi wytyczyć nie potrafią. Bo nie myślą samodzielnie, bo nie patrzą pod nogi, bo się karmią frazesami. Z czasem Kaczyński oskarżenie wzmocnił, uznał, że elita III RP składa się z ludzi albo złych, albo głupich. Źli pracują dla układu, głupi tego nie widzą. Źli sprzedają ustawy, blokują konkurencję, nie pozwalają państwu odzyskać siły, głupi natomiast ten system umożliwiają, bo z tego, co się dzieje, niczego nie potrafią zrozumieć.

Konflikt z prawnikami był dla Kaczyńskiego potwierdzeniem dawnej diagnozy. Do zmian w prawie karnym był świetnie przygotowany, dziesiątki pomysłów, jakie w jego imieniu zgłaszał Ziobro, stanowiły najlepsze zachodnie rozwiązania. Więzienia weekendowe, elektroniczny monitoring, szybkie orzecznictwo, kary bez zawieszenia, niższe ceny usług prawniczych. To był pakiet, który powinien wzbudzić powszechny aplauz. Skoro nie wzbudził, to znaczy, że w Polsce normalność elitom przeszkadza. Kaczyński łatwo popadał w przesadną podejrzliwość, ale w tej sprawie nad jego emocjami warto się pochylić. Nigdy w historii III RP nie było tak dobrze przygotowanej reformy. Obok planu Balcerowicza oraz planu Hausnera nigdy też nie było tak ważnej reformy. Owszem, stał za nią demagog, który właśnie budował koalicję z Lepperem, ale w jego planie budowy państwa prawa nie było grama demagogii. Kaczyński nie potrafił zrozumieć, jak elity mogły kupić retorykę prawników. Jak mogły przeoczyć ich egoistyczne motywy. Zgodzić się na trwanie systemu, który sprawiedliwość czynił dobrem trudno dostępnym.

Ale nad emocjami elit też się warto pochylić. Kaczyński skarżył się, że jego zwycięstwo elity powitały agresją. To prawda, której jednak trudno się dziwić. Przez 15 lat Kaczyński oskarżał elity o głupie poglądy, nieuczciwe cele i brudne dochody. Nic dziwnego, że gdy doszedł do władzy, witała go krytyka. Bo co miało witać? Wojna to wojna. Jednak uderzając w Kaczyńskiego, uważnie go obserwowano. Mijały miesiące, a on nie potrafił wzbudzić zaufania. Jednego dnia obraził znaną dziennikarkę, drugiego oczernił właścicieli mediów, podważył uczciwość szefów banku centralnego, patriotyzm ministrów dyplomacji. Bił w sędziów Trybunału, w redaktorów naczelnych, w rzecznika sądu lustracyjnego, bił we wszystkich, którzy mu stanęli na drodze. Wybory dawno się skończyły, a w przywódcy zwycięskiego obozu nie było państwowej powagi. Spokoju, odpowiedzialności, majestatu. Zachowywał się jak partyjni harcownicy, których się wysyła do telewizji, aby krzykliwie obrażali rywali. Wchodził w sam środek każdej awantury. Nie chciał i nie potrafił nad sobą panować. Uderzony odgryzał się twardo, co było niepokojące, bo zbyt daleko odchodziło od znanych wzorów zachowań.

Nic dziwnego, że zaufanie do niego stało się kwestią wiary. Jedni mu potrafili uwierzyć, inni uwierzyć nie mogli. I w tych drugich Kaczyński zaczął budzić strach. Coraz większy i większy. Aż stał się dla nich równie demoniczny, jak układ był demoniczny dla Kaczyńskiego. Szef PiS nie miał racji z założenia, bo nawet gdyby przypadkiem ją miał, zrobiłby z niej zły użytek. Polityk, który chciał leczyć wszystkie polskie choroby, uznany został za chorobę największą. Nie wierzono, że potrafi zrobić coś pożytecznego. Dostrzegano liczne atuty jego rozumu, ale uznano, że nie rozum nim rządzi, lecz charakter – dziki, awanturniczy, paranoiczny. Kaczyński dla swoich wrogów nie był kolejnym politykiem, ale przybyszem ze świata nieobliczalnych żywiołów. Bano się go nie dlatego, że chciał walczyć z układem, ale ponieważ jego zachowania poruszały się po nieznanych trajektoriach. Po kilku miesiącach elity miały pewność, że dawnej oceny Kaczyńskiego – z czasów, gdy palił kukły Wałęsy – zmienić nie chcą i nie potrafią.

Za: 300polityka.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii K. jak ka, Polityka polska