RSS
 

Róża Thun, 18.08.2017

 

NAWAŁNICA. DURCZOK O POMOCY RZĄDU: PARTACTWO

Krzysztof Burnetko
17 sierpnia 2017

Sąd uniewinnił Obywateli RP, którzy mieli zakłócić mir domowy Sejmu

Uzasadnienie wyroku w sprawie „obywatelskiego wkroczenia” na teren Sejmu jest logicznie poprawne, a taktycznie sprytne. A że nie ma w nim odniesienia „do praw podstawowych i idei wysokich”? Może następnym razem.

25 stycznia uczestnicy ruchu Obywatele RP Wojciech Kinasiewicz i Rafał Suszek weszli bez przepustek na jedną z sejmowych uliczek i rozciągnęli transparent z hasłem „Naszych praw nie oddamy, a zabrane odbierzemy”. Chcieli zaprotestować przeciwko wprowadzanym przez marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego (PiS) ograniczeniom w dostępie obywateli (w tym mediów) na teren parlamentu, a w konsekwencji przeciw utrudnianiu obserwowania prac władzy ustawodawczej.

Kuchciński zgłosił zawiadomienie o przestępstwie naruszenia tzw. miru domowego. Zarzut podjęła prokuratura i zażądała ukarania demonstrantów grzywną.

Jak sąd uzasadnił swoją decyzję?

Stołeczny sąd rejonowy obu jednak właśnie uniewinnił. Uznał, że nie popełnili przestępstwa. Dotyczący miru domowego artykuł kodeksu karnego, mówi bowiem o wdarciu na „teren ogrodzony”, a tymczasem okolice sejmowych gmachów za taki uznać nie sposób, ponieważ od przestrzeni miejskiej wydzielone były wówczas jedynie niskim murkiem.

Sąd skupił się tym samym na literalnej wykładni przepisu, która w tym przypadku sprowadziła się do aspektów, by tak rzec, architektonicznych. Nie podjął zaś kwestii celów, które przyświecały protestującym, ani nie odniósł się do podnoszonej przez obrońców kwestii wymowy czynu. Tymczasem równie dobrze można było stwierdzić, że protest nie jest przestępstwem, jako że nie sposób go uznać za działanie społecznie szkodliwe. Przeciwnie, zwracanie – w pokojowy przecież sposób – uwagi na próby ograniczania przez władzę jawności prac parlamentu jest działaniem ze wszech miar zasadnym.

Cele Obywateli RP

Co więcej uwzględnienie właśnie celów przyświecających demonstrującym (a więc walki o poszanowanie praw podstawowych i zasad wynikających z konstytucji) mogłoby być przykładem i wskazówką dla innych sądów w ostatniej nawale podobnych w istocie spraw, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Dość wspomnieć, że tylko po wtorkowej blokadzie marszu faszyzujących narodowców ulicami Warszawy policja skierowała do sądu 117 wniosków wobec jej uczestników. Toczą się też setki już postępowań związanych z tzw. kontrmiesięcznicami smoleńskimi i protestami przeciwko paradom odwołujących się również do tradycji faszystowskich organizacji pokroju Obozu Radykalno-Narodowego.

Tak czy tak sędziemu Jakubowi Kamińskiemu należą się wyrazy szacunku. Przede wszystkim za odwagę. Wszak obecna władza uważa Obywateli RP za groźnego wroga. Zaś wskutek podpisania przez prezydenta nowelizacji ustawy o sądach powszechnych, minister sprawiedliwości zyskał już wobec sędziów rozmaite możliwości represji. Ale uznania godne jest i to, że owo literalne podejście sądu przez swą bezsprzeczną logikę praktycznie uniemożliwia prokuraturze ewentualną apelację. O ile oczywiście prokuratorzy zechcą trzymać się zasad logiki, a nie poświęcą je na ołtarzu kariery.

PS Inną konsekwencją werdyktu będzie zapewne ogrodzenie kompleksu przy ul. Wiejskiej płotem.

polityka.pl

Sędziowie piszą prawo

Ewa Siedlecka

16.08.2017
środa

Prezydent zapowiedział własne ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, w miejsce tych zawetowanych. Ale nie wiadomo, kto nad nimi pracuje. Ani stowarzyszenia sędziowskie, ani Krajowa Rada Sądownictwa nie zostały do tych prac zaproszone.

Jednak sędziowie przygotowali własne projekty. W środę Stowarzyszenie Iustitia złożyło w Kancelarii Prezydenta projekty nowelizacji trzech ustaw: o KRS, o SN. I o ustroju sądów powszechnych, choć tę trzecią ustawę „sądową” uchwaloną w lipcu prezydent, mimo „łańcuchów światła” pod sądami, podpisał i weszła w życie w zeszłą sobotę.
Propozycje sędziów bazują na tym, co w ustawach o SN, KRS i ustroju sądów powszechnych zmieniał PiS. Ale proponują inne rozwiązania stawianych przez PiS problemów. Np. kwestia postepowań dyscyplinarnych. PiS chce stworzenia specjalnej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym, w której zasiądą dobrani przez ministra-prokuratora generalnego sędziowie, wynagradzani o 40 proc. lepiej, niż pozostali. Dzięki temu kary dyscyplinarne mają być wymierzane częściej i surowiej.

Iustitia proponuje inny sposób: społeczną kontrolę nad postępowaniami dyscyplinarnymi przez publikowanie w internecie nagrań rozpraw dyscyplinarnych. Już od lat te rozprawy są publicznie dostępne, teraz byłoby można obejrzeć je na swoim komputerze

PiS uchwalił – w ustawie o ustroju sądów powszechnych – że minister będzie miał jeszcze więcej władzy, niż dotąd. W szczególności nad prezesami sądów. Sędziowie zamiast zwiększania władzy ministra proponują coroczne, publikowane w internecie, sprawozdanie prezesów z działalności sądu. Prezes przedstawiałby je najpierw mieszkańcom umożliwiając debatę nad nim. To rozwiązane absolutnie nowatorskie

Iustitia proponuje też utworzenie samorządu sędziowskiego, do którego delegaci wybierani byliby na poziomie każdego sadu. Zaczątkiem takiego samorządu jest, powołane w czerwcu, Forum Współpracy Sędziów.

Iustiutia odrzuca rozwiązanie przyjęte przez PiS: że minister sprawiedliwości – prokurator generalny bez konsultacji z samorządem sędziowskim i Krajową Radą Sądownictwa powołuje prezesów sadów . Zamiast tego proponuje, by minister wybierał spośród dwóch kandydatów przedstawionych mu przez samorząd sędziowski. To powtórzenie procedury, która obowiązuje w Trybunale Konstytucyjnym i Sądzie Najwyższym, Tyle, że tam prezesa wskazuje nie minister, a prezydent.

PiS kwestionuje wybory sędziów do KRS jako niedemokratyczne. Chce, by wybierali ich posłowie. Iustitia proponuje, by kandydatów do KRS mogła zgłaszać, poza samorządami zawodów prawniczych, grupami sędziów, rzecznikiem praw obywatelskich i akademickimi wydziałami prawa, także grupy 2 tys. obywateli. Z tych kandydatów sędziowie wybieraliby członków KRS w wyborach „powszechnych” (głosować mógłby każdy sędzia). A przesłuchania kandydatów na członków KRS odbywałyby się publicznie i byłyby transmitowane w internecie.

Tej propozycji PiS raczej nie może zarzucić braku transparentności i społecznej kontroli.

Wreszcie, w ramach usprawnienia pracy sądów, Iustitia proponuje, by sędziowie mogli być delegowani do pracy urzędniczej w ministerstwie sprawiedliwości na nie dłużej, niż dwa lata. I by w tym czasie, mając zakaz orzekania, nie pobierali pensji sędziego, tylko urzędniczą. Mieliby zagwarantowane prawo powrotu na poprzednie stanowisko sędziowskie, ale podczas ich pracy w ministerstwie sąd dostałby dodatkowy etat sędziowski.

To niektóre z propozycji Iustiti. Pytanie, czy prezydent Andrzej Duda zechce wziąć je pod uwagę. „Składamy te projekty Panu Prezydentowi, deklarując wolę dyskusji nad zaproponowanymi rozwiązaniami, oraz otwartość na głos wszystkich środowisk społecznych.”- napisało Stowarzyszenie Iustitia w liście do prezydenta.

Jeśli PiS-owi i prezydentowi Andrzejowi Dudzie rzeczywiście chodzi o zwiększenie społecznej kontroli nad sądami – to będą mieli problem w wytłumaczeniu opinii publicznej, dlaczego propozycje sędziów odrzucają. Choć prawdopodobny jest i taki scenariusz, że wezmą tylko niektóre pomysły sędziów, np. publicznie dostępne nagrania rozpraw przed sądem dyscyplinarnym i doroczne sprawozdania z działalności poszczególnych sądów połączone z publiczną debatą. Zostawią natomiast swoje pomysły – które weszły właśnie w życie – na przejęcie całkowitej kontroli nad kierownictwem sądów przez ministra sprawiedliwości. A także powrót do PRL-owskiego rozwiązania, że minister sprawiedliwości daje sędziom nagrody i wymierza kary pieniężne. Prof. Adam Strzembosz, pierwszy po 1989r. Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego zawsze podkreśla, że w PRL-u był to element władzy partii rządzącej nad sędziami. A zniesienie nagród i kar pieniężnych, i wprowadzenie jednolitego uposażenia dla sędziów, jest jedną z gwarancji sędziowskiej niezawisłości.

PiS z niezawisłością walczy, i nazywa ją „sędziokracją”, wiec nie bardzo można się spodziewać, że wycofa się z rozwiązań, które właśnie weszły w życie. I zrezygnuje z przejęcia Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa.
Natomiast to, że sędziowie przygotowali projekty, to ewenement. Od lat poprzestawali na wzywaniu wszystkich środowisk prawniczych i rządu do „okrągłego stołu”, i do debaty. A kolejne władze i tak zmieniały prawo po swojemu.

Przejęcie inicjatywy przez sędziów, zamiast wyłącznie krytykowania projektów poselskich czy rządowych, może oznaczać przełom w samym środowisku. Szczególnie, jeśli wychodzi od stowarzyszenia Iustitia, zrzeszającego wielu młodych sędziów rejonowych. To właśnie na tych sędziów stawia PiS mając nadzieje, że powstaną przeciwko „starym” i zaaprobują prawo, które pozbawi „starych” władzy w sądach.

siedlecka.blog.polityka.pl

Wikipedia blokuje edycję biografii Róży Thun

17.08.2017

Europosłanka PO Róża Thun, która kilka dni temu wyszła ze studia TVP Info w czasie programu „Bez Retuszu”, znalazła się pod ostrzałem złośliwych wikipedystów, którzy uparcie próbują w jej biografii w internetowej encyklopedii zmienić narodowość na niemiecką. Jej biografia została przez jednego z moderatorów zablokowana, tak by nie można jej było edytować.

O sprawie pisze „Rzeczpospolita”. Gazeta przypomina, że europosłanka poruszyła w programie sprawę kontrowersyjnej grafiki, przygotowanej przez Telewizję Republika, na której znajdował się napis „Reparationen Machen Frei” w stylistyce bramy wjazdowej do Auschwitz. – To ewidentnie znaczy, że mamy w Polsce grupę ludzi która marzy o tym, żeby zrobić kolejne Auschwitz, ale tym razem Niemcom – stwierdziła.

Drugi z gości programu, Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej” i wiceprezes zarządu Telewizji Republika S.A. zarzucił europosłance żarty z milionów polskich ofiar w czasie II wojny światowej. – To, co państwo wyrabiają, to przykład kompleksów, ludzi, którzy są wyzbyci jakiegokolwiek interesu narodowego. Pani się nie czuje Polką, pani się czuje reprezentantką Niemiec i to pani nam dziś funduje – powiedział.

Róża Thun żądała przeprosin, a gdy się ich nie doczekała – po słowach prowadzącego program Michała Adamczyka, że jego goście mogą wyjaśnić sobie konflikt po programie – wyszła ze studia. – Bardzo nam przykro, że pani Róża Maria Barbara Grafin von Thun und Hohenstein opuszcza studio - powiedział za nią Adamczyk.

Następnego dnia biografia Róży Thun na Wikipedii została zmieniona przez anonimowego użytkownika. Fragment „polska działaczka organizacji pozarządowych, publicystka” został przemianowany na „niemiecka działaczka organizacji pozarządowych, reprezentująca niemieckie interesy narodowe w Polsce publicystka, posługująca się Polskim językiem” (pisownia oryginalna).

Wpis utrzymał się przez kilka minut, zanim poprawkę usunął jeden z moderatorów Wikipedii. Później jednak w ciągu kilkunastu godzin jeszcze kilkakrotnie anonimowi użytkownicy zmieniali jej polską narodowość na niemiecką. W końcu jeden z moderatorów zabezpieczył wpis z biografią – teraz nie może jej edytować dowolny, całkowicie anonimowy użytkownik.

Cały czas edytowany jest z kolei wpis o polityk na portalu wikidata.org. Tam również „polska działaczka społeczna” zmieniane jest anonimowo na „niemiecka”. Do edycji narodowości Thun dochodziło też na angielskiej wersji Wikipedii.

Europosłanka, z domu Woźniakowska – przypomina „Rzeczpospolita” – w 1981 wyszła za Franza Grafa von Thun und Hohenstein i przyjęła jego nazwisko. Jest on dalekim kuzynem z książęcego austro-niemieckiego rodu zamieszkującego Morawy. Róża Thun jest córką hrabianki Marii Karoliny Plater-Zyberk oraz prof. Jacka Woźniakowskiego, historyka sztuki, żołnierza AK, inicjatora wydawnictwa „Znak” i byłego prezydenta Krakowa. Jej przodkiem jest m.in. Emilia Plater.

Źródło: „Rzeczpospolita”


https://wiadomosci.wp.pl/wikipedia-blokuje-edycje-biografii-rozy-thun-6156280721270401a

Sławomir Sierakowski: Czy kontroluje nas Rosja?

17.08.2017

Dlaczego ani Szydło, ani Kaczyński, ani prezydent Duda nie zażądali w dalszym ciągu od Macierewicza wyjaśnienia wszystkich, tak licznych, faktów świadczących o związkach ministra z Moskwą?

Gdy w USA na dobre toczy się śledztwo wokół zaangażowania Rosji w politykę amerykańską, w Polsce wychodzą na jaw szokujące fakty świadczące o tym, że mogliśmy być poligonem doświadczalnym przed Ameryką. W Polsce i w całym regionie Europy Wschodniej Rosja skutecznie trenowała od dawna instalowanie prorosyjskich polityków na szczytach władzy, osłabianie wojska i rozwijanie agentury wpływu. W świetle wychodzących na jaw faktów jest coraz bardziej prawdopodobne, że wywiad wojskowy Rosji kontroluje polskie Ministerstwo Obrony, najważniejszego sojusznika NATO na Wschodzie. Nie sposób inaczej wyjaśnić związków Antoniego Macierewicza z podejrzanymi ludźmi, których związki prowadzą wprost do Moskwy.

Zapytajmy najpierw, komu służy osłabianie armii, dziesiątkowanie przywództwa, unieważnianie kontraktów na uzbrojenie, trzymanie w najbliższym otoczeniu postaci, wobec których polscy i zagraniczni dziennikarze udokumentowali związki z Kremlem albo mafią rosyjską? Kto był przez lata beneficjentem absurdalnego i niepotrzebnie dzielącego polskie społeczeństwo i klasę polityczną konfliktu wobec Smoleńska? Konia z rzędem, kto udowodni, że to wszystko działa na korzyść Polski. Nikt dotąd nie pokazał, co Polacy z tego mają.

Zyski Rosji

Co z tego mają Rosjanie, widać czarno na białym. Największe państwo wschodniej flanki NATO nie modernizuje swojej armii, za to tworzy nie wiadomo po co drugą – amatorską. Najważniejsi, najlepiej wyszkoleni dowódcy, którzy posiadają zaufanie sojuszników z NATO, są wyrzucani ze służby setkami. Macierewicz zamiast współpracować, konfliktuje się ze zwierzchnikiem sił zbrojnych czyli prezydentem Andrzejem Dudą, więc chaos jest już kompletny. Rosja ma na swojej zachodniej granicy państwo słabsze niż było, z armią, która się nie modernizuje, której przywództwo jest nowe oraz gorzej wyszkolone i posiada gorsze kontakty z sojusznikami.

Jeśli dodać do tego antyunijną i antyzachodnią politykę Jarosława Kaczyńskiego i Witolda Waszczykowskiego, to można śmiało powiedzieć, że jak nie raz w historii Polską rządzi „rosyjska partia”. Jedyna zagadka to, czy Macierewicz i inni robią to świadomie na korzyść Rosji, czy bezmyślnie, ogarnięci polityczną furią. Wyrachowanie Macierewicza i konsekwencja w psuciu armii jest podejrzana.

Pozbierajmy fakty jeden po drugim

Jest rok 2014. Polską rządzi od ośmiu lat partia, której jako jedynej w Europie udało się uniknąć recesji gospodarczej podczas kryzysu finansowego. W okresie jej rządów PKB kraju rośnie o niemal jedną czwartą, bezrobocie i deficyt spadają o ponad połowę. I ta partia z kretesem przegrywa wybory z partią Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Co się stało? Dwóch kelnerów z inicjatywy szemranego biznesmena zakłada podsłuchy w jednej z ulubionych przez polityków restauracji. Nagrania eliminują niemal całą czołówkę rządzącej partii (włączając w to szefa MZS Radka Sikorskiego, szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza, ministra finansów Jacka Rostowskiego itd.).

Mimo że politycy opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości odwiedzali te same restauracje, żaden nie został nagrany (albo nagranie żadnego z nich nie zostało ujawnione). Oskarżony o zorganizowanie podsłuchów biznesmen Marek Falenta wygląda na marionetkę. Wiadomo o nim, że współpracuje ze służbami specjalnymi, w których sporo wpływów zachował Mariusz Kamiński z czasów rządów 2005-2007. Sam Falenta winny był 26 milionów dolarów rosyjskiej firmie Kuzbasskaia Toplivnaia Kompaniia, blisko związanej z Władimirem Putinem.

Dodajmy do tego, że podobne afery taśmowe wybuchały także na Węgrzech i Słowacji, wszędzie eliminując polityków liberalnych. Nowe rządy na Węgrzech i Słowacji dokonały zwrotu prorosyjskiego. Rosyjski Łukoil sfinansował kampanię wyborczą czeskiego prezydenta Milosa Zemana i rumuńskiego premiera Victora Ponty, obu z prorosyjskim nastawieniem. Wyraźnie widać podobieństwo do amerykańskiej afery, w której Rosji udało się wprowadzić bliskich sobie polityków na szczyty władzy. Czy powinniśmy być zaskoczeni, gdy Jarosław Kaczyński wykona podobny zwrot w stronę Rosji jak Viktor Orban?

Po zwycięstwie PiS

Po zwycięstwie PiS w 2015 w polityce zagranicznej i obronnej zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Wielkim zaskoczeniem było oddanie ministerstwa obrony najbardziej skrajnemu politykowi PiS, Antoniemu Macierewiczowi. Pamiętamy go jako autora fikcyjnej lustracji w 1992 roku, która de facto opóźniła i skompromitowała ten proces w Polsce (na tzw. liście Macierewicza zostali pomieszani agenci i ludzie całkowicie czyści; przez listę Macierewicza upadł solidarnościowy rząd i ogłoszono przyspieszone wybory, które wygrała partia postkomunistyczna). W pierwszym rządzie PiS Macierewicz doprowadza do rozwiązania polskiego wywiadu wojskowego WSI, co kończy się dekonspiracją wielu agentów i paraliżem polskiego wywiadu. Choć nie posiada żadnych wpływów w partii rządzącej, jest z niewiadomych powodów jedynym niezależnym politykiem od Jarosława Kaczyńskiego, który nie waha się odmówić wykonania poleceń szefa partii. Dlaczego?

Natychmiast po wygraniu wyborów Polska wchodzi w konflikt ze swoimi najważniejszymi sojusznikami w Europie: Berlinem, Paryżem i Komisją Europejską. Już na samym początku rządów w listopadzie 2015 w nocy wyłamują drzwi i przejmują Centrum Eksperckie Kontrwywiadu w NATO, stworzone do śledzenia rosyjskiej agentury. Ministerstwo Obrony niespodziewanie zrywa kontrakt zbrojeniowy na zakup śmigłowców wielozadaniowych Caracali od Francji, pozostawiając do dziś kraj bez tej kluczowej w dzisiejszych czasach broni. MON wyrzuca 90 proc. sztabu generalnego i 82 proc. Dowództwa Generalnego. Minister zakazuje generałom kontaktu z prezydentem, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Jednocześnie ogłasza stworzenie Obrony Terytorialnej, osobnej armii, która ma liczyć 50 tys. Eksperci powołani do tworzenia tych jednostek, to prokremlowscy działacze, krytyczni wobec NATO pochodzący z Narodowego Centrum Studiów Strategicznych (NCSS).

Jakim cudem to wszystko jest możliwe?

Dziennikarze, Tomasz Piątek z „Gazety Wyborczej” i Radosław Gruca z „Faktu”, a także organizacja pozarządowa Miasto Jest Nasze, odkryli bardzo niepokojące fakty dotyczące działalności Macierewicza. Jednym z najbliższych współpracowników biznesowych i politycznych ministra po 1989 roku jest Robert Luśnia zweryfikowany w 2006 roku jako tajny współpracownik komunistycznych służb specjalnych. Jego prowadzącymi oficerami byli najprawdopodobniej agenci GRU w Polsce. Piątek odkrywa i opisuje także „liczne i wieloletnie powiązania między Macierewiczem a gangsterem finansistą Siemionem Mogilewiczem i rosyjskim wywiadem GRU”. O Mogilewiczu „Foreign Policy” pisze, że należy do 10 najbardziej poszukiwanych przez FBI ludzi i uważany jest za przywódcę mafii rosyjskiej, współpracującego z GRU i Kremlem. Amerykański dziennikarz śledczy Robert I. Friedman określa go jako najbardziej niebezpiecznego na świecie.

Najbliższym sojusznikiem Macierewicza w USA jest były amerykański senator a obecnie lobbysta Alfonse D’Amato, którego asystent Edmund Janniger staje się doradcą ministra obrony. Piątek opisuje dokładnie powiązania D’Amato z Mogilevichem poprzez Bank of New York, który mafii rosyjskiej miał służyć za pralnię brudnych pieniędzy. Zanim Macierewicz zerwał kontrakt z Francuzami, spotkał się z D’Amato – lobbystą amerykańskiego koncernu Lockheed Martin. Od tej pory Macierewicz opowiada o zakupie śmigłowców Black Hawk.

Macierewicz podpisał z firmą D’Amato kontrakt na obsługę szczytu NATO w Polsce w 2015 roku i obsługę największego państwowego koncernu zbrojeniowego. Drugim najbliższym sojusznikiem Macierewicza jest kongresmen Dan Rohrabacher, którego portal Politico nazywa „ulubionym kongresmenem Putina”. Po zwycięstwie Kaczyńskiego w wyborach, to właśnie kongresmen Rohrabacher przyjechał do Polski osobiście pogratulować mu zwycięstwa.

Macierewicz zgłosił do prokuratory zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa z artykułu, który brzmi tak: „stosowanie przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych”. Chce wytoczyć Piątkowi proces karny, a nie cywilny, bo w tym drugim byłby zmuszony do udowodnienia, że dziennikarz się myli. Dlaczego?

Powiązania z Kremlem udowodniono także wiceministrowi obrony Bartoszowi Kownackiemu. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i „The Guardian” pisały: „Bartosz Kownacki, kluczowy podwładny ministra obrony Antoniego Macierewicza, był członkiem grupy zagranicznych obserwatorów z Polski podczas rosyjskich wyborów w 2012 roku. Był tam w towarzystwie Mateusza Piskorskiego, który został zatrzymany i oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji”. Dlaczego ktoś taki jest tak ważną postacią w Ministerstwie Obrony? „FAZ” opisuje także związki obecnych i byłych współpracowników ministra takich jak Tomasz Szatkowski, Jacek Kotas, Grzegorz Kwaśniak i płk Krzysztof Gaj z Narodowego Centrum Studiów Strategicznych (NCSS), które jest kuźnią kadr Macierewicza.

Jak to tłumaczyć?

Jak wiadomo, Kreml wspiera wszystkie skrajnie prawicowe ugrupowania w Unii, dążąc do jej rozbicia. Na rzecz konfliktów i dezintegracji Unii działa również obecny rząd Polski. W interesie Putina jest rozbijanie jedności Zachodu, przede wszystkim dezintegracja Unii Europejskiej. Nikt tego obecnie nie robi lepiej niż polskie władze. Wobec Brexitu i zważywszy na silną gospodarkę Polska mogła być silnym sojusznikiem Francji i Niemiec działając na rzecz wzmocnienia integracji europejskiej. Tymczasem na Polskę, dopóki rządzą w niej Kaczyński i Macierewicz, nie mogą liczyć. Może za to liczyć Putin, którego wpływ na politykę amerykańską zazębia się z wpływem na politykę Polski.

Dlaczego ani Szydło, ani Kaczyński, ani prezydent Duda nie zażądali wciąż od Macierewicza wyjaśnień tych wszystkich, tak licznych, faktów świadczących o związkach ministra z Moskwą?

Sławomir Sierakowski dla WP Opinie


https://opinie.wp.pl/slawomir-sierakowski-czy-kontroluje-nas-rosja-6156167440934529a

Dodaj komentarz